(80. Sic.)Wystarczy wierzyć
Ten temat nie posiada streszczenia.
Aktualnie ten wątek przeglądają: 1 gości
Subskrybuj ten wątek Odpowiedź
Najuch

Dowódca dywizji Yonko

Licznik postów: 2,656

Najuch, 11-12-2008, 01:38
Opis:
Akcja ma miejsce po Water 7, przed Thriller Bark, możliwe, że będzie parę nieścisłości, ale postaram się ich uniknąć. Nie polecam fanom Choppera i Franky'ego, im tu poświęcam najmniej uwagi, najwięcej pola do popisu będą mieli Luffy, Nami, Zoro, Sanji i Usopp w troche mniejszym stopniu oraz kilka oryginalnych postaci. Rzecz jest długa, nawet bardzo, więc ostrzegam od razu przed rozpoczęciem czytania.
Trochę opisów, sporo akcji, choć nie w pierwszej części. Jedyna różnica co do świata przedstawionego przez Odę, to to, że tutaj słomiani zabijają, usuwam także tak zwaną "odporność na obrażenia". Ostrzegam z góry, że od tego miejsca opowieść będzie alternatywą. Tutaj nie będzie Thriller Bark, więc motywy lekko niekanoniczny na pewno spotkają cierpliwych czytelników. Zdecydowałem sie zostawić japońskie nazwy ataków(zwłaszcza Luffiy'ego). Miejsca, znane przedmioty, oraz postaci itp. nazywam po angielsku, organizacje itd. po polsku. Tak mi wygodniej, tak robie na co dzień, tak się już przyzwyczaiłem.
Komentujcie, krytykujcie, oceniajcie.
Nie wiem, czy opłaca się wrzucać następne części, więc jeżeli fanfik Wam się nie spodoba to dam sobie spokój.

Zapraszam serdecznie i miłej lekturySmile



-Widzę coś, ląd na horyzoncie!
-I czego się drzesz głupi szermierzu! Podaję właśnie pięknym paniom podwieczorek!
-Dziękuję. Log Pose w sumie nie zmieni kierunku, który wskazuje, może wybierzemy się na krótki odpoczynek?
-Doskonały pomysł, pani nawigator, chętnie odwiedzę tutejszą bibliotekę.
-A ja aptekę. Szałwii nie mam już w ogóle.
-Ech, ja byłem na tej wyspie już nie jeden raz... Odwiedzimy słynne muzeum, w którym zebrano wszystkie moje trofea ze starych czasów!
-Hej, Słomiany! Co o tym sądzisz? Statek jeszcze świeży więc nie mam czego naprawiać, ale może uzupełnimy zapasy?

-Hehe... JASNE!!!!!!!!!!!!!


ONE PIECE
„Wystarczy wierzyć”

1.

Thousand Sunny był statkiem cudownym, choć załoga, której przyszło na nim płynąć jeszcze o tym nie wiedziała. Nikt z nich nie miał okazji poznać jego możliwości, no może poza kilkoma sztuczkami podczas ucieczki z Water Seven, ale w tej chwili nie na tym zależało im najbardziej. Pogoda, która akurat tego dnia gościła na Grand Line była cudowna, delikatna bryza orzeźwiała, a donośny rechot mew, dochodzący z wszystkich stron, tylko zwiększał poczucie nieograniczonej przestrzeni.
Był spokojny letni dzień. W sam raz na porządne plażowanie.

Roronoa Zoro jednym susem zeskoczył z bocianiego gniazda. Od razu zrozumiał co się święci, nie miał nic przeciwko zatrzymaniu się na pięknej piaszczystej plaży, w świetle słońca lepiej mu się spało. Rozejrzał się po wszystkich Luffy, Usopp i Chopper przez dłuższy czas biegli tylko w kółko nie mogąc się totalnie skoncentrować, Usopp już szykował swoje wspaniałe koło do pływania, które niechętnie, jako, że potrafił pływać, obiecał pożyczyć kapitanowi i małemu lekarzowi. W końcu Nami uderzyła ręką w stół, wspomnę tylko że na widok jej miny wszyscy zamilkli, a potem zaczęła mówić.
-Słuchajcie to naprawdę świetny pomysł. Jak już wspominałam wskazówka Log Pose nam nie ucieknie. Z tego co mam na tej mapie – rozwinęła rulon. – wyspa nazywa się Kaneyama, mają tu nieduże portowe miasto, w sam raz na małe zakupy, większych i tak nie potrzebujemy. Teraz tylko pozostaje nam pytanie czy dokujemy w porcie, czy zatrzymamy statek na redzie, unikając opłaty portowej i...
Monkey D. Luffy jednak już jej nie słuchał. Wszyscy usłyszeli znajomy dźwięk rozciągających się ramion. Schwycił za burtę.
-Gomu gomu no..... Roketto! – Kapitan wystrzelił z miejsca jak z procy zabierając ze sobą Usoppa i Choppera którzy nie zdążyli w żaden sposób zareagować.
Wylądowali na plaży i zaczęli się drzeć.
-No cóż... – powiedział spokojnie Sanji - W takim wypadku zaproszę szanowne panie do szalupy...
-I je potopisz... nie masz siły w łapach by wiosłować. – mruknął Zoro
-Coś ty powiedział szermierzyno za dychę?! – poleciały kopnięcia.
W końcu stanęło na tym, że albo Sanji będzie operował jednym wiosłem nogą, a Zoro drugim, zębami.
-Mamy jakąś szalupę Franky? – zapytał kucharz okrętowego mechanika.
-Szalupę mówisz? A może... – zawahał się chwytając za dźwignie uruchamiającą wszystkie ciekawe rzeczy jakie zainstalował w Thousand Sunny. Chwila minęła. – Albo nieważne. Mamy szalupę. Pomóżcie mi ją zepchnąć na wodę....
Na razie tyle wystarczy, pomyślał.


Nieco później cała ósemka Piratów Słomianego Kapelusza wylegiwała się wygodnie w pięknym porannym słonku. Po incydencie z wyspą Clockwork i kradzieżą Going Merry, a wraz z nią wszystkiego z czego korzystali, nikt nie był już na tyle głupi, żeby nie zabrać ze sobą najważniejszego dobytku. Zabrali więc plecaki w których oprócz ubrania, mieli także swoją broń. Sanji przygotował także nieco plażowego menu i straszliwie go ucieszyło, gdy orzeźwiające drinki tak dobrze przyjęte zostały przez Nami i Robin, które ponadto paradowały w tak seksownych strojach, że nie jego jednego przyprawiały o krwotok z nosa. Robin chyba dojrzała ich spojrzenia gdyż przewiązała na biodrach apaszkę.
Luffy’ego nie obchodziło w tej chwili to, że ma 300 000 000 Beli nagrody chciał po prostu nieco się pobawić a taplanie się w morzu które mogło go zabić gdyby tylko postawił stopę pięć metrów dalej, było dla niego olbrzymią przyjemnością. Patrzył z radością na załogę którą zebrał. Widział jak Usopp razem z Chopperem wygłupiają się bez żadnych ograniczeń, widział Sanjiego, który usługiwał Nami i Robin, a przy każdym dziękuje robił ze sto fikołków z radości. Spojrzał na Zoro który najzwyczajniej w świecie poszedł spać i chrapał donośnie. Widział w końcu Franky’ego, który aktualnie majstrował coś przy szalupie. Był ich kapitanem. Oni byli jego nakama. Był z tego dumny. Nie dostrzegł od razu, że coś poruszyło się w krzakach które otaczały całą plażę. Za nimi był gęsty liściasty las, więc było to o tyle trudniejsze.
Zoro obudził się natychmiast, ale leżał spokojnie w dalszym ciągu. Nikt poza nim tego nie zauważył. Dopiero gdy Luffy wygramolił się na brzeg, by podwędzić coś z polowej kuchni Sanji’ego, on również to dojrzał.
Nie minęła sekunda, nikt nie zdążył się odezwać, zareagować, nawet mrugnąć, a z krzaków wypadła na plażę jakaś postać i wylądowała dokładnie po środku ich skromnego obozu. Rozmowy natychmiast ucichły, wszyscy zamilkli patrząc na młodą dziewczynę, która właśnie podnosiła się z piasku otrzepując się z piasku. Była niezbyt wysoka, szczupła, wielkością biustu nie dorównywała Nami, ale miała bardzo ładną twarz. Rude włosy miała dość krótko przycięte, sięgały jej do ramion, były mocno rozczochrane, a z pod grzywki na świat spoglądały czujne zielone oczy. Ubrana była prosto, jej biało-niebieska bluzka na ramiączkach raczej nie była strojem wyjściowym, a krótka plisowana spódniczka, ukazywała smukłe długie nogi. Najbardziej jednak zwróciło uwagę to, że jasna skóra dziewczyny została przerwana tuż powyżej łokcia lewej ręki, rana wyglądała na postrzałową, zaś w prawej trzymała długi miecz ukryty jeszcze w saya. Na nadgarstku miała przewiązaną czerwoną chustę. Natychmiast spostrzegła gdzie się znalazła i nim Zoro zdążył zapytać ją o miecz, nim Chopper rzucił się leczyć jej ranę, nim Sanji doskoczył do niej by podziwiać jej urodę, odezwała się mocnym, aczkolwiek zestresowanym głosem.
-Wybaczcie, że wpadłam tu bez ostrzeżenia. – spojrzała w stronę lasu. – Lepiej stąd uciekajcie. Zaraz tu będą.
-Kto? – zapytał Luffy, który właśnie stanął obok dziewczyny.
Nie uzyskał odpowiedzi, lecz by ją poznać nie czekał długo. Z lasu wypadło sześciu mężczyzn, a każdy trzymał w dłoni coś co wyglądało jak strzelba jednak miało zamiast jednej lufy sześć. Świadomy człowiek z dwudziestego wieku uznałby to, za pierwowzór miniguna, jednak nikt ze Słomianych o tym nie wiedział. Mężczyźni nie wyglądali na Marines, ani na piratów. Wszyscy mieli na sobie długie czarne prochowe płaszcze.
-Nie masz już szans na ucieczkę! – warknął pierwszy z nich nie zwracając uwagi na piratów. – poddaj się i chodź z nami.
Zoro dyskretnie podważył Tsubę Sandaia Kitetsu kciukiem.
-Kim jesteście? – zapytał Luffy zdenerwowany tym wtargnięciem.
-Nie wtrącaj się! – krzyknęła dziewczyna. Dobyła miecza ranną ręką. – i uciekajcie. To moja sprawa.
Wyskoczyła do przodu i niemal natychmiast ścięła pierwszego ze ścigających. Głowa mężczyzny potoczyła się po piasku. Nami aż krzyknęła, Chopper i Ussop zbledli, Sanji natychmiast stanął zasłaniając sobą dziewczyny. Zoro uśmiechnął się niedostrzegalnie. W tym samym momencie drugi z mężczyzn zdzielił rudowłosą w twarz kolbą swojej broni. Nie miała czasu zareagować. Odrzuciło ją w tył i upadła na piasek. Splunęła krwią.
-Ej, ej! Ty... – warknął Sanji i postąpił krok do przodu, ale nie zdążył nic zrobić, gdy Luffy wrzasnął na cały głos.
-DRAAAAANIUUUU!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! – był wściekły.
Mężczyźni natychmiast zareagowali. Wszyscy wycelowali swoją broń w Luffy’ego i w jego stronę poleciało kilkanaście pocisków. Wystrzelonych serią. Pirat zdębiał, gdyż pierwszy raz zobaczył coś takiego, ale na szczęście jego ciało zachowało się tak jak zawsze. Pociski zostały odbite. Mężczyźni wybałuszyli oczy.
-Zjadł diabelski owoc!
-Chłopaki to za dużo jak na nas! Wiejemy!
Jednak Luffy tylko uśmiechnął się pod nosem. W tym samym momencie on i Sanji rzucili się do ataku.
Pierwszy mężczyzna niemal natychmiast zginął, gdy Mounton Shot kuka trafił go w środek twarzy, łamiąc nos, i gruchocząc czaszkę. Luffy wykorzystał konsternację innych.
-Gomu gomu no.... Muchi!!!!! – Jego kopnięcie dosięgło trzech z nich, wyrzuciło ich z taką siłą, że nie mieli żadnych szans na przeżycie. Jeden z nich nie zginął natychmiast, ale chwilę później Sanji zadał mu ostateczny cios, kopiąc Colierem. Ostatni z napastników wycelował w kucharza, ale w tym samym momencie poczuł przeszywającą go zimną stal i padł bez życia, zaś Zoro, który w tym momencie włączył się do walki tylko po to by ją zakończyć, schował swój Kitetsu do saya.
Walka była bardzo krótka.
Chopper natychmiast podskoczył do dziewczyny.
-Nic ci nie będzie, spokojnie.. to powierzchowna rana! – powiedział i wziął się do oczyszczania jej zadrapania na policzku i postrzałowego rozdarcia na ręce.
-Nie trzeba, jeleniu.
-JESTEM RENIFEREM!
Dziewczyna jednak wstała i odwróciła się do Luffy’ego.
-Dzięki za pomoc. Masz naprawdę zdumiewające umiejętności. Wy też. – skinęła Zoro i Sanji’emu. – ale ja muszę już lecieć. Nie mówcie nikomu, że mnie widzieliście.
-Ale zaczekaj, co się... – zaczął Luffy, lecz ona już biegła wzdłuż plaży, oddalając się od nich coraz szybciej. Po chwili dała nura w las i już jej nie widzieli.
Luffy postąpił parę kroków w stronę swojej załogi.
-Kim oni byli? – zapytał Usopp trzęsąc się cały.
-Nie wiem, myślę, że tak czy siak prędko się tego dowiemy. – odparł Luffy.
Franky aktualnie wygramolił się na brzeg.
-Czy coś mnie ominęło?
-A żebyś wiedział – mruknął Zoro. Rzucił w jego stronę broń napastników. – wiesz może coś na temat tego wynalazku?
Nim Franky zdążył odpowiedzieć, zabrzmiał donośny krzyk. Nie przerażenia ale zaskoczenia. Krzyczał Chopper, który właśnie trzęsąc się nie lada sprawdzał czy któryś z mężczyzn jeszcze żyje. Wszyscy zwrócili się ku niemu. Trzymał w dłoni kartkę i wpatrywał się w nią z przerażeniem.
-Co się stało?! - Luffy w ciągu dwóch sekund był przy nim, a zaraz po nim cała załoga. Wszyscy po kolei otwierali usta ze zdumienia. Sanjiemu wypadł papieros. Zoro upuścił miecz na ziemię. Robin zamknęła książkę. Nami usiadła na ziemię. Usopp zemdlał. Chopper zemdlał już wcześniej. Franky rozdziawił usta do ziemi. Nawet Luffy wyglądał na zaskoczonego. Na kartce widniała podobizna dziewczyny, którą właśnie spotkali. Pod nią podpis:

Marisa. Poszukiwana żywa lub martwa. Nagroda: Trzysta milionów Beli.

Ciąg dalszy nastąpi.



Ukochane pytania podtrzymujące napięcie:

Kim jest Marisa, dziewczyna warta 300 000 000 Beli?
Skąd wzięła się u niej nagroda takich rozmiarów?
Kim byli napastnicy?
I co jeszcze skrywa Kaneyama?
kon

Wicekapitan

Licznik postów: 183

kon, 11-12-2008, 17:56
Bardzo ciekawa opowieść. Jak napisałeś że reszta jest ciekawsza to bardzo proszę o resztę tej Ciekawej opowieści. Jak na razie nie mam się zbytnio do czego doczepić.
Vampircia

Shichibukai

Licznik postów: 1,501

Vampircia, 11-12-2008, 18:11
Wow, prawie nie ma błędów. Tylko nie rozumiem czemu tyle osób nie umie dawać spacji po myślnikach, przecież taki jest poprawny zapis dialogu, chyba czytacie książki? O fabule na razie nic nie powiem, bo jest za mało tekstu. Wrzucaj większe fragmenty, zakładam, że masz już to napisane. Przyznam szczerze, gdyby to pisała dziewczyna, pomyślałabym, że może być z tego Mary Sue, ale ty dziewczyną nie jesteś, więc wygląda na to, że nie będzie schematycznie. Skoro ma być zabijanie i mniejsza odporność na obrażenia, to powinno mi się spodobać. Tych dwóch rzeczy zawsze najbardziej nie lubiłam w OP.
Najuch

Dowódca dywizji Yonko

Licznik postów: 2,656

Najuch, 11-12-2008, 18:37
Ja od zawsze dawałem spacje, ale tylko po drugim myślniku. To taki mój odwieczny błądSmile Obiecuje poprawę i proszę o rozgrzeszenieSmile

[ Dodano: 2008-12-11, 18:18 ]
Okej w porządku, poprawiłem błędy w drugiej części i wrzucam już nieco większy kawałek.

zapraszam - miłej lektury!

2.

Szok, konsternacja, zaskoczenie, momentami panika. Te stwierdzenia najdobitniej oddają to, co w tej chwili przeżywała załoga Słomianego Kapelusza. Zoro wziął się łaskawie za ocucanie Usoppa i Choppera, choć jemu samemu ręce drżały. Dziewczyna. Nagroda taka jak Luffy’ego. Znacznie większa od mojej, myślał potrząsając strzelcem. Nami cały czas przecierała oczy, to musiał być jakiś błąd! W końcu milczenie przerwał Sanji:
- Chodzi mi po głowie, to samo co wam. Jak to możliwe? – Franky, Robin-chan, wy jesteście najstarsi z nas wszystkich, słyszeliście coś kiedyś o takiej osobie? Słyszeliście coś o tej wyspie?
- No cóż... – powiedział Franky – Kaneyama nie jest ziemią, która słynie z takich nagród. Nigdy o tym nie słyszałem.
- Ja również. – dodała Robin – nie miałam okazji nigdy tu się znaleźć, ale ta wyspa naprawdę nie ma w sobie nic szczególnego. Poza uśpionym wulkanem, który wszyscy widzieliśmy jeszcze z pokładu.
Faktycznie, pierwszą rzeczą jaka przyciągała uwagę poza turkusową wodą i złocistą plażą był spory wulkan wyrastający prawdopodobnie ze środka wyspy, porośnięty gdzieniegdzie kępami krzaków i z kilkoma młodymi drzewkami wyrastającymi z żyznego zbocza.
- Ale czy to nie jest fantastyczne? – zapytał Luffy – pomyślcie ile tu ciekawych przygód może nas spotkać!
- Jakich przygód? – jęknął przebudzony już Usopp. - Przecież oni mieli... no właśnie Franky, co oni mieli?
Cyborg raz jeszcze obrócił broń w dłoniach, wcześniej zdążył ją już ze dwa razy rozkręcić i dokładnie obejrzeć.
- Mi to bezsprzecznie wygląda na tak zwany karabin maszynowy. Zauważyliście, że strzela podobnie do broni którą mam w ręce. Seriami, nie pojedynczymi strzałami. Nie trzeba przeładowywać. Jednak jest to zbudowane zupełnie inaczej niż u mnie. Ma większą siłę wystrzału i wypluwa więcej pocisków na minutę.
- Czyli mówiąc krótko... – wyjęczał Usopp.
- Tak, dokładnie tak.
Z Usoppa i Choppera uszło powietrze. Luffy natomiast uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Ja tam idę zobaczyć co kryje jeszcze ta wyspa!
- To dobry pomysł. Myślę, że tej dziewczynie można zaufać. – powiedziała Nami - Jak tylko ukryjemy ciała, możemy się tam udać, bo raczej nikt się nie dowie, że to wy ich zabiliście.
- Ależ Nami – san, ta dziewczyna ewidentnie potrzebowała pomocy! Wypadałoby ją znaleźć i zobaczyć czy możemy coś zrobić! – odezwał się nagle Sanji. W sprawach kobiet zawsze był pierwszy do działania.
- Ja pójdę kuku. – mruknął Zoro. – interesuje mnie ona coraz bardziej. A w mieście będziesz miał wiele innych kobiet które będziesz mógł zamęczać swoim idiotycznym zachowaniem.
- Coś ty powiedział???
Po rozdzieleniu Sanjiego i Zoro przyszła pora, żeby rozdzielić załogę na dwie części. Mimo tego, że Zoro zapewniał i przekonywał jak bardzo chce iść za nią sam, nikt nie przychylił się do tego pomysłu. Każdy znał orientacje szermierza, do wytrawnych wędrowców ze zmysłem gołębia ewidentnie nie należał. W końcu stanęło na tym, że Luffy, Nami, Sanji i Chopper udadzą się do miasta, zaś reszta załogi spróbuje czegoś się dowiedzieć podążając śladami rudowłosej dziewczyny.


Luffy szczerzył się bardziej niż zwykle. Portowe miasto do którego dotarli w kilka chwil tętniło życiem. Wszystkie mięsne zapachy, które jego nos rozróżniał lepiej niż Sanji przyprawy biły z każdej niemal strony. Miasteczko nie było duże, choć ilością sklepów i mieszkańców, którzy krzątali się po ulicy, bardziej przypominało Logue Town niż wioskę Cocoyashi. Roiło się tu od kupców oferujących najróżniejsze towary, było mnóstwo karczm, w których można było nawpychać się do oporu, kilku zbrojmistrzów o tak imponującej ofercie, że aż Sanji napomniał iż kaktusowy szermierz(było to najnowsze przezwisko jakie wymyślił w odniesieniu do Zoro), będzie cholernie zawiedziony gdy dowie się co go opuściło i już cieszył się na moment jak mu o tym powie. Po chwili sam jednak poleciał do sklepu oferującego najróżniejsze przybory kucharskie.
Nami rozglądała się, chłonąc każdy szczegół miasta. Wśród tej czwórki to właśnie ona musiała się skupić na tym by nikt nie wpadł w tarapaty. Luffy okradł już pięć straganów pożerając nieograniczone ilości mięsa, nawet surowego. Sanji biegał do każdej spotkanej kobiety zachwycając się jej urodą, a Chopper dziwił się strasznie temu, że ludzie zamiast uciekać wołali do niego, „cześć jeleniu”. Gdzieniegdzie dziewczyna zauważyła plakaty z nagrodami słynnych piratów raz nawet wybuchła śmiechem, bo ktoś dorysował Zoro wąsy, ale wciąż była czujna. W tym tętniącym życiem mieście nie spostrzegła niczego co mogłoby świadczyć o jakiejkolwiek obecności Marines. Wszędzie natomiast kluczyli się mężczyźni w czarnych prochowcach, takich samych jak napastnicy z plaży. Nagrody i tak były porozwieszane w mało widocznych miejscach i choć znalazła niemalże wszystkie plakaty załogi słomianego kapelusza, to tylko Choppera dojrzała więcej niż raz, pewnie dlatego ludzie go rozpoznawali. Plakatów rudowłosej Marisy było natomiast więcej niż czegokolwiek innego. Widziała poza tym plakat mężczyzny w średnim wieku z rogatywką na głowie. Podpis brzmiał Shin – nagroda 290 milionów Beli. Jego plakatów też było mnóstwo.
- O RANY!!!!! – wrzasnął nagle Luffy, bardziej szczęśliwy niż przerażony. – Patrzcie na to!!!!
Drużyna znalazła się przy nim w ciągu kilku chwil. Luffy patrzył z rozdziawionymi ustami na plakat, na którym widniał dobiegający trzydziestki mężczyzna o zdecydowanym wyrazie twarzy, szeroką szczęką i czerwoną chustą na głowie. Nazywał się Takeyama, nagroda zaś wynosiła ... 480 milionów Beli.
- Jak to możliwe? – odezwał się Sanji. – Takie nagrody a w życiu o nich nie słyszałem!
- Nie mam pojęcia, ale coraz bardziej mi się tu podoba! – Luffy wyszczerzył zęby i wskazał na pobliską karczmę. – chodźmy coś przekąsić!
- W sumie warto zjeść czasem coś z innej kuchni niż Sanji – kuna. – uśmiechnęła się Nami, co wywołało grymas rozpaczy na twarzy kucharza. – oczywiście nie spodziewam się niczego tak dobrego. – dodała nie chcąc sprawiać mu przykrości.
- A później pójdziemy do apteki. Muszę kupić tą szałwię. – rzekła Chopper i w czwórkę weszli do gospody.


- Gdzie ona jest! – warknął Zoro, zupełnie jakby spodziewał się, że otrzyma odpowiedź.
Już od dłuższej chwili przeciskali się przez las szukając śladów dziewczyny. Usopp znalazł plamę krwi, Robin kilka śladów na ziemi, a jednak jej nie było widać. Nie biegła, ściółka nie była zniszczona, ale też nie można było wyczuć jej obecności.
- Czy to do czegokolwiek nas zaprowadzi? – odezwał się Franky – wiadomo, że ewidentnie potrzebuje pomocy, ale skoro ucieka aż tak, może nie powinniśmy jej gonić.
- Zgadzam się z Frankym! – krzyknął Usopp. Coraz mniej mu się podobała wizyta na tej wyspie, las wydawał się nieco mroczny, a w każdej chwili mogło coś ich zaatakować.
- Ja uważam, że powinniśmy jeszcze chwilę się rozejrzeć – Robin poparła Zoro – a jeśli znów ją dopadli?
Po chwili drużyna otrzymała odpowiedź. Weszli na niedużą polanę i przystanęli zaskoczeni. Rozegrała się tutaj niezła walka. Trzech mężczyzn w czarnych prochowcach leżało martwych, a piękna zielona trawa zbryzgana była krwią. Trzeci był przyszpilony włócznią do drzewa.
- A więc jednak nie wszyscy używają tej broni. – mruknął Franky, rzeczywiście, tutaj znaleźli tylko jeden egzemplarz, oprócz tego dwa miecze.
- Ona to zrobiła tak? – jęknął Usopp, uciekajmy, bo zaraz wyskoczy i nas zabije!
Jego wypowiedz przerwał dźwięk łamanej gałązki. Cała czwórka odwróciła się natychmiast. Rudowłosa dziewczyna stała oparta o drzewo trzymając się kurczowo za bok. Miała na bluzce wielką plamę krwi a twarz miała bladą.
- TO OnAAAA! – wrzasnął Usopp i natychmiast naciągnął procę.
- Więc jednak... – powiedziała dziewczyna – jesteście od Corteza. Przyszliście po moją nagrodę...
Nastała chwila milczenia.
- Myślę, że jednak nie. – odezwała się Robin i podeszła parę kroków w jej stronę – jesteś ranna, potrzebujesz pomocy.
- Nie zbliżaj się! – krzyknęła rudowłosa, i wzniosła miecz niemalże przytykając ostrze do czoła Robin.
- Maleńka uspokój się... – próbował powiedzieć Zoro, ale dziewczyna nie słuchała.
- Nigdy mnie żywej nie dostaniecie. – warknęła dziewczyna i z wysiłkiem spróbowała zaatakować Robin.
Kobieta odsunęła się od uderzenia bez żadnego problemu, natomiast Zoro w tej samej chwili wyskoczył do przodu wytrącając rudej katanę z dłoni. Jego nagły ruch absolutnie pozbawił ją równowagi, zachwiała się i runęła na plecy. Kaszlnęła krwią.
- Zoro, przestań, ona jest w poważnym stanie! – powiedziała Robin i szybko pochyliła się nad dziewczyną. – Marisa, słyszysz mnie?
Rudowłosa była ledwo przytomna, bo rzeczywiście jej rana byłą straszliwa. Poza postrzałem, który nosiła już wtedy gdy spotkali się po raz pierwszy na plaży, miała ogromną ciętą ranę na prawym boku. Krew wypływała z niej niemiłosiernie szybko.
- Znasz moje imię?
- Z plakatu.
- I chcesz mi powiedzieć, że nie jesteście tu po moją głowę.
- Cholera, oczywiście, że nie! – warknął wkurzony Franky. – nie gadaj tyle zresztą.
Robin szybko udzieliła Marisie pierwszej pomocy, choć nie była Chopperem, znała podstawy leczenia. Rana tamtej była jednak zbyt ciężka by można było cokolwiek zrobić tu w lesie.
- Powiedz mi, gdzie w tym mieście jest szpital? – zapytała Robin – zaniesiemy cię tam.
- Nie ma mowy! – wrzasnęła Marisa, po jej twarzy znów przeszedł grymas bólu. – nie mogę pokazać się w mieście...
Zoro pokręcił nerwowo głową.
- Powiedz mi. Jak to możliwe jest, że osoba z taką nagrodą jest tak słaba, żeby zostać ranną w walce z trzema podrzędnymi typkami? I czemu nie chcesz iść do miasta?
- To nie jest kwestia... – odpowiedziała szybko Marisa ale w tym momencie zakaszlała jeszcze mocniej i krew trysnęła jej z ust plamiąc bluzkę i skapując na dłonie Robin. Miała uszkodzony jakiś organ wewnętrzny.
- Zoro, nie pora teraz na to! – warknęła kobieta. – ona jest ciężko ranna, potrzebuje pomocy. – Marisa gdzie cię zanieść? Mówże prędko!
Jednak odpowiedzi nie uzyskała. Rudowłosa umierała jej na rękach.
- AAA!!! Ona nie żyje!!!! – wrzeszczał Usopp wyrywając sobie włosy z głowy.
- Żyje jeszcze – powiedział Franky – ale to nie potrwa długo, jeśli natychmiast lekarz nie udzieli jej pomocy.
- W takim razie... – zaczął Zoro, ale w tym samym momencie naraz stało się kilka rzeczy.
Usłyszeli wystrzał. Franky schwycił się za czoło, pocisk trafił go między oczy. Zoro rzucił się chwytając Robin i Usoppa i padł na ziemię za drzewami, od razu wiedział skąd przyleciał pocisk. Koło Marisy nagle znalazł się jakiś człowiek w długiej brązowej pelerynie, zeskoczył najprawdopodobniej z drzewa. W dłoni ściskał długą strzelbę z doczepionym snajperskim celownikiem.
- Ty draniu!!!! – warknął Franky, i wyciągnął kulę z czoła. Tamten zdębiał, ale nie dał tego po sobie poznać.
- Nie ruszajcie się! Wystrzelam was jak psy, jak ktokolwiek drgnie. – warknął przybysz do drużyny. Po czym pochylił się nad Marisą.
- Próbowaliśmy jej pomóc. – wyjaśniła Robin – i nie, nie jesteśmy łowcami, nie chcemy was dorwać.
Marisie chyba udało się wyszeptać parę słów do ucha nowo przybyłemu strzelcowi bo uspokoił się znacznie.
- W takim razie przepraszam. Nie wiem, jak to przeżyłeś – zwrócił się do Franky’ego z szerokim uśmiechem, - ale bardzo mi przykro.
- Idioto!!!! Jakby to był ktoś inny byłby trup na miejscu! – warknął cyborg.
- No co ja mogę powiedzieć... Sorka- uśmiechnął się rozbrajająco.
Był wysokim mężczyzną w średnim wieku, z rozczochranymi włosami lekko przyprószonymi siwizną. Miał na sobie podróżny strój, wysokie buty z cholewami z których jeden przewiązał czerwoną chustą, a na głowie rogatywkę.
- Ty draniu.... – warknął Zoro, a na jego czole pojawiła się pulsująca żyła. Schwycił miecz.
W tym samym momencie wszyscy rzucili się by go uspokoić.

Usopp pomógł przybyszowi sklecić prowizoryczne nosze, na których położyli Marisę. Strzelec przedstawił się jako Shin i przepraszał za swoje zachowanie, ale robił to tak beztrosko, że Zoro miał tylko ochotę ściąć go na miejscu.
- Słuchajcie, dzięki za pomoc, jeśli to wy załatwiliście tych Guards’ów na plaży. Marisie nie udałoby się uciec. – powiedział Shin. – zabiorę was w pewne miejsce i tam dostaniecie odpowiednią nagrodę.
Franky, Zoro i Usopp byli przeciwni temu by Shin ciągnął ich gdziekolwiek, ale Robin przypomniała im, że w ten sposób nieco bardziej poznają tą wyspę, więc wszyscy niechętnie się zgodzili. Shin zaprowadził ich na zachód, nad sam brzeg, po czym wygrzebał szalupę ukrytą pod kupą liści. Ułożyli na niej ranną dziewczynę i wsiedli, Zoro schwycił za wiosła.
- Pokażę Ci gdzie płynąć, ale wszyscy bądźmy bardzo uważni. – powiedział i przeczyścił strzelbę.
Bardzo zwrócił uwagę Usoppa, w końcu on też był strzelcem, ale postanowił zachować pytania na później gdy sytuacja choć trochę się rozwinie.
Po chwili szalupa okrążyła wyspę i wszyscy dojrzeli niewielki skalny otwór z którego najprawdopodobniej wypadała rzeka. Shin wskazał nań ręką.
- Tam wpłyńmy.


Luffy aktualnie pałaszował czwarty udziec wieprzowy, kiedy drzwi gospody otworzyło potężne kopnięcie. Sanji natychmiast wstał, będąc gotowym na wszystko, zaś do lokalu wkroczyło pięciu mężczyzn odzianych w czarne prochowce, uzbrojonych po zęby, w noże, kije i broń palną.
- Daj nam jeść kobieto! – warknął pierwszy z nich, na co właścicielka lokalu natychmiast przybiegła do nich z potrawami ewidentnie przeznaczonymi dla innych gości.
Nami wiedziała już jak takie sytuacje się kończyły i modliła się by Luffy, zajęty żarciem nie zwrócił uwagi na mężczyzn którzy weszli do knajpy. Zwłaszcza, że zachowywali się jak ostatnie chamy zdążyli już obmacać biedną kelnerkę. Upokorzona dziewczyna uciekła na zaplecze ze łzami w oczach, zaś Nami położyła Sanji’emu rękę na ramieniu by usiadł.
- Jeszcze nic o tej wyspie nie wiemy. Zaczekaj jeszcze. Nie pakujmy się w większe kłopoty. – poprosiła i kucharz z największym wysiłkiem psychicznym zajął swoje miejsce, choć już nie jadł, tylko dźgał widelcem swoje danie.
- Dobrze Nami – san. Ale nie wiem ile wytrzymam. I nie wiem, kiedy on ich zauważy.
Luffy natomiast wsuwał w najlepsze.


Łódka wpłynęła w absolutną ciemność.
- Gdzie jesteśmy? – spytał zaniepokojony Usopp.
- Spokojnie... – odpowiedział mu głos Shina. – HIKARI!!!!!!!!!!!!!!!!!
Wrzask strzelca ucichł. Przez chwilę wydawało się, że nic się nie stanie. A potem....
A potem Zoro, Usopp, Robin i Franky zdębieli.


Ciąg dalszy nastąpi

Czy Marisie uda się przeżyć?
Ile wytrzyma Sanji?
Kim jest Shin i inni mający niesamowicie wysokie nagrody?
I co tak zaskoczyło Zoro i innych?

Tego wszystkiego dowiecie się już niedługo Tongue
Grigorij

Shichibukai

Licznik postów: 1,334

Grigorij, 13-12-2008, 13:59
Bardzo ciekawa historia. Dobrze operujesz językiem i używasz wyszukanych słów.
Intrygują mnie te niezwykle wysokie nagrody. Czyżby Marisa stanowiła zagrożenie dla światowego rządu, tak jak Robin?
Najuch

Dowódca dywizji Yonko

Licznik postów: 2,656

Najuch, 13-12-2008, 16:10
Dzięki za ciepłe słowo. Poprawiłem trzecią część to od razu ją wrzucę, na czwartą jednak przyjdzie poczekać chwilę dłużej, bo weekend zarabany.
W tej częsci wspomniana zostanie w rozmowie osoba, której imię i profesja są takie same jak bohatera znanego amerykańskiego serialuSmile

No to jedziemy.

3.

Mężczyźni w czarnych prochowcach zajęli się jedzeniem. Nie mieli specjalnie kogo zaczepić, bo chwilę po ich wejściu cały lokal natychmiast opustoszał. Jedynymi ludźmi jacy pozostali byli tylko Luffy i reszta, ale mężczyźni byli najwyraźniej zbyt głodni, żeby podchodzić do nich na drugą stronę gospody. Luffy wsuwał w najlepsze, wszystko co tylko kelnerka dała radę donieść. Najwyraźniej totalnie nie zauważył ludzi, którzy spowodowali, iż tętniąca życiem knajpa zmieniła się teraz w cichą restauracyjkę, w której jedynym dźwiękiem, poza hałasem od strony ekipy w prochowcach, było jego przeżuwanie.
- Nami – san. – powiedział Sanji. – zbierajmy się stąd. Nie mam najmniejszej ochoty czekać, aż Luffy zrobi coś głupiego. A to bardzo możliwe przy tym co odwalają ci faceci.
- Sanji, nic nie możemy zrobić. – bąknął Chopper. – nie ryzykujmy. Nami ma rację.
- Kto ryzykuje? – Luffy podniósł na nich oczy. Aktualnie skończyły mu się mięsne potrawy toteż na chwile przerwał, by zaczerpnąć oddechu.
- Nikt, nikt. – uśmiechnęła się sztucznie Nami. – jedz dalej.
Nie wzięła pod uwagę jednego. Nikt nie wziął.
- ŁOOOO!!!! – wrzasnął Luffy na widok wielkiego prosięcia z jabłkiem, które kelnerka właśnie postawiła na stole ekipy w prochowcach.
Nim ktokolwiek zdążył zareagować, Słomiany wydłużył swoją rękę, chwycił prosiaka za głowę i przyciągnął do siebie. Twarze pięciu mężczyzn wydłużyły się. Luffy odwrócił się do nich plecami jakby to co zrobił było zupełnie normalne. Nie spojrzał ani na Nami, która straciła nadzieję na spokojny obiad, ani na Choppera, który mimo przerażenia zaczął w myślach powtarzać składniki leków które pomagały tym z którymi Sanji lub Luffy skończyli, nie spojrzał w końcu na Sanji’ego który w spokoju odpalił papierosa, decydując się na próbę powstrzymania kapitana przed zniszczeniem całego lokalu, a samemu chcąc za wszelką cenę skopać tyłki tym burakom. Po prostu żarł, a to zapiekło mężczyzn w prochowcach do żywego. Nie bawili się w jakiekolwiek słowne sprzeczki . Po prostu jeden z nich wyciągnął zza pazuchy pistolet i wycelował Luffy’emu w głowę. Ten w dalszym ciągu się nie odwrócił.
- Hej, ty! Słomiana pało!
- Heeee? – Luffy odwrócił się do mężczyzny, który z wściekłym grymasem twarzy celował w niego. Popatrzył na niego chwilę i odwrócił się by znów jeść.
Mężczyzna w tym samym momencie pociągnął za spust. Nami pisnęła ze strachu. Sanji zastanawiał się czy nie oberwie między oczy, ale strzelec był dobry. Trafił idealnie w widelec, który Luffy aktualnie podnosił do ust. Przedmiot, wraz z kawałkiem mięsa wylądował na glebie. Luffy byłby zatłukł gościa na miejscu, gdyby Sanji nie schwycił go za koszulę nie próbując go powstrzymać. Słomiany nie tyle przestraszył się wystrzału co po prostu z równowagi wyprowadził go fakt, iż kawałek tak dobrej wieprzowiny wylądował na podłodze. Przy okazji wykrzykiwał wszystkie obelgi i groźby jakich nauczył się od dzieciństwa.
Chopper schwycił się za głowę. To już koniec, myślał.
- ZAMKNIJ SIĘ! – ryknął inny z mężczyzn i również wstał, ale Luffy dalej rzucał taką łaciną, że nawet wytrawna złodziejka jak Nami wytrzeszczyła oczy z podziwem.
I w tym momencie padł drugi strzał. Nie trafił w nikogo, utkwił w stole. Nami z przerażeniem spojrzała w dół. Milimetr od jej lewej dłoni powstała w drewnie niewielka dziurka. Potem wszystko potoczyło się natychmiast. Sanji zastanawiał się potem w którym momencie puścił Luffy’ego. Pamiętał tylko, że zobaczył dziurkę, pomyślał o tym, że Nami mogła zostać ranna... a w następnym momencie biegł już jak dziki w stronę mężczyzn, z mordem w oczach i kapitanem przy boku.
- Gomu gomu no... Pistoru!!!!! – pięść Luffy’ego poszybowała w stronę pierwszego z przeciwników. Mężczyzna mimo zaskoczenia jakoś zdążył się uchylić.
-Więc to tak! – natychmiast pozostała trójka wstała, jeden kopnął stołem, który poszybował w stronę Piratów Słomianego Kapelusza.
Sanji nie musiał zbyt długo zastanawiać się co zrobić. Kopnął przed siebie przełamując blat na pół. W ten sposób zostawił miejsce swojemu kapitanowi, który wybił się do przodu i uderzył najbliższego z mężczyzn w twarz. Tamten zatoczył się od uderzenia, ale twardo pozostał na nogach, bynajmniej do momentu, w którym Sanji stanął na rękach i kopnął go w klatkę piersiową, gruchocząc mostek. Przeciwnik wypadł przez okno rozbijając szybę na drobne kawałeczki.
- Ty draniu! – wrzasnął inny z przeciwników.
Nie spodziewał się bynajmniej takiego obrotu spraw. Tych dwóch było silnych, trzeba było działać szybko i zdecydowanie. Z takimi myślami sięgnął po krótki miecz. Zamachnął się celując w głowę Luffy’ego, lecz ta uciekła do tyłu. Nienaturalnie daleko.
- Gomu gomu no.... KANE! – tego mężczyzna się nie spodziewał. Głowa Słomianego wystrzeliła w jego stronę z ogromną prędkością. Oberwał jego czołem w nos i upadł na plecy krwawiąc obficie. Kelnerka krzyknęła.
Nami postanowiła póki co nie ruszać się z miejsca. Tych dwóch mogło spokojnie dać sobie radę. Myśląc o tym zobaczyła jak kopnięcie Sanjiego łamie na pół kij jednego z mężczyzn, który próbował się zasłonić. Następny kopniak trafił go w bark. Człowiek zwinął się z bólu, ale o dziwo nie upadł. Sanji zadziwiony był wytrzymałością tych wojowników, przecież jego kopnięcia kruszyły skały, a ten wytrzymał czyste trafienie. Mimo, że ręka zwisała mu bezwładnie, mężczyzna poderwał się z klęczek i uderzył Sanjiego wierzchem pięści w policzek. Kucharz nie miał czasu zareagować i runął na inny stolik, papieros wypadł mu z ust.
- Sanji! – wrzasnął Luffy. Najbardziej na świecie nie lubił patrzeć jak jego przyjaciele dostają manto. Okręcił się wokół własnej osi. – Gomu gomu no Muchi!
Potężny kopniak odrzucił mężczyznę na stertę krzeseł pod ścianą. Wszystkie się połamały i co było do przewidzenia przeciwnik już nie wstał. Trzech pozostałych przy zmysłach mężczyzn zaczęło ostrożnie wycofywać się z lokalu. Nie spodziewali się takiej siły, nie widzieli, że na to samo nadziali się tego samego dnia inni, ubrani tak samo jak oni. Sanji natychmiast ruszył za nimi.
- Epaule! – pierwszy z przeciwników nie miał szans na reakcję. Próbował wyciągnąć pistolet, lecz kopniak Sanji’ego powalił go natychmiast. Udało się to dopiero drugiemu. Wycelował i wystrzelił, ale chybił, miał za mało czasu by dokładnie wymierzyć. Luffy już przy nim był po czym odrzucił rękę daleko do tyłu, tak, że zatrzymała się tuż przed twarzą Nami. Nawigator uśmiechnęła się delikatnie i cmoknęła pięść Luffy’ego .
- Prezencik dla ciebie frajerze. Za to, że najadłam się strachu. – powiedziała półgłosem do przerażonego mężczyzny zaskoczonego zdolnością Słomianego i pięść wystrzeliła z powrotem.
-Gomu gomu no.... Buretto!!!!! – mężczyzna mógł już tylko patrzeć jak cios Luffy’ego trafia go w brzuch, a potem wyrzuca przez drzwi gospody na ulicę.
Uklęknął na ziemię i splunął krwią. Miał złamane co najmniej trzy żebra i uszkodzone płuco. Ostatni z mężczyzn rzucił się do ucieczki, Luffy nawet nie próbował go gonić, Sanji natomiast wyskoczył przed gospodę i ostrym kopniakiem wytrącił rannemu nóż z ręki.
- Czego do cholery od nas chcecie! – jęknął tamten kaszląc po każdym słowie – wystarczy, poddaję się!
Spojrzał przerażony w górę. Sanji i Luffy przysłaniali mu słońce, wyglądali jak dwa demony.
- Nigdy więcej nie strasz kobiety! – mruknął kucharz.
- I nie strzelaj w moich przyjaciół! – dodał Luffy.
Zabrzmiał odgłos uderzenia.


Roronoa Zoro jak żył nie widział czegoś takiego. Był zaszokowany, zaskoczony, zdziwiony i nade wszystko skonsternowany. Kiedy Shin krzyknął „Hikari” w pierwszej chwili spodziewał się, że strzelec najprawdopodobniej zjadł jakiś diabelski owoc pozwalający rozświetlić ciemność, ale w tym przekonaniu trwał około trzech sekund. Do momentu aż...
Ciemność w której się znaleźli zaczęła blednąć. Wokół nich jedno po drugim pojawiały się jakieś źródła światła, niewielkie świecące na błękitno kule, których po chwili zrobiło się tyle, że oczom załogi ukazał się niesamowity widok.
- To niemożliwe... – mruknął Franky.
- Niezwykłe. – wyszeptała Robin.
- Nikt mi w to nie uwierzy jak będę o tym opowiadał! – krzyknął Usopp.
- Zupełnie jakby ci wierzyli w co innego. – zaśmiał się Zoro, ale i on był zauroczony.
Znajdowali się w ogromnej jaskini. Najprawdopodobniej pod całą wyspą płynęła rzeka, kiedyś wody musiało być tu znacznie więcej, to ona musiała wyżłobić tak wspaniałą rzecz. Wodę od stropu dzieliło około 6 metrów, zaś wszędzie wokół, na ścianach biły delikatne światła, Usopp mógłby przysiąc, że gdzieś już widział takie „lampy”.
Po środku tego podziemnego jeziora znajdowała się spora wysepka, a na niej dość duży piętrowy gmach utrzymany w typowo japońskim stylu. Drużyna widziała wyraźnie jak ludzie biegali teraz wokół wysepki rozpalając pochodnie wetknięte tu i ówdzie w piaszczysty grunt. Woda była nadzwyczaj czysta, mimo tego, że wciąż panował półmrok widać było dno, znajdujące się co najmniej pięć metrów pod nimi.
Na brzegu wyspy zebrało się kilka osób, ewidentnie oczekujących łodzi. Dwóch młodszych mężczyzn wskoczyło do wody, pomagając wciągnąć szalupę na brzeg. Widząc Zoro i resztę wymienili zaniepokojone spojrzenia, ale nie powiedzieli ani słowa. Gdy tylko łódź wbiła się w piaszczysty brzeg Shin wyskoczył z niej i podszedł do niesamowicie wysokiego mężczyzny, który stał wyprostowany obserwując bacznie Słomianych.
- Kabuu – san, Marisa jest ciężko ranna! – wyjaśnił.
Dla ogromnego mężczyzny nie była to pierwszyzna co było widać bo wszystko potoczyło się bardzo szybko. Odezwał się głębokim głosem i dwóch mężczyzn podbiegło wziąć prowizoryczne nosze od Zoro i Usoppa, którzy aktualnie znieśli je na brzeg. Marisa była już nieprzytomna, oddychała szybko i płytko. Kabuu tylko spojrzał na jej twarz.
- Nie jest dobrze. Zabierzcie ją do doktora House’a. Natychmiast, bo musi ją uratować!
- Tak jest! – po chwili dwójka mężczyzn znikła w drzwiach budynku.
Teraz Kabuu odwrócił się do załogi. Miał krótkie, zaczesane do tyłu blond włosy i podłużną twarz, z dziwnym, dużym znamieniem na prawym policzku. Niebieskie oczy oplotły swoim spojrzeniem Zoro, Frank’yego, Usoppa i Robin, zatrzymując się na nieprzyzwoicie długą chwilę na jej dekolcie. Kabuu miał na sobie długi czerwony płaszcz z podwiniętymi rękawami a pod spodem czarny Tank i białe spodnie które wcisnął w wysokie skórzane buty. Na szyi miał czerwoną chustę.
- Shin, kim oni są? – zapytał bez ogródek, kiedy drzwi gmachu zamknęły się już z głośnym trzaskiem.
- Pomogli nam. Kobieta opatrzyła Marisę, a ten zielonogłowy pomagał nieść nosze przez cały czas.
- Spytałem kim oni są, a nie co zrobili.
- Najprawdopodobniej... piratami.
- PIRATAMI?! – niemal wykrzyknął Kabuu. Był zaskoczony do granic możliwości. Przynajmniej na to wskazywała jego twarz. Zoro był gotowy na wszystko, sprawdził czy miecze wiszą tam gdzie powinny. Brakowało mu Yukibashi którego stracił w Enies Lobby. Walka dwoma mieczami nie sprawiała mu problemu jednak jego specjalnością było Santoryu.
- Tak, jesteśmy piratami – powiedziała Robin wychodząc parę kroków do przodu. – dlaczego jednak tak zareagowałeś?
- Hahaha! – roześmiał się Kabuu – piraci na Kaneyamie, dobre! Dawno czegoś takiego nie widziałem.
- Naprawdę! Jestem kapitan Usopp! A to są moi wojownicy! – odezwał się Długonosy ośmielony zaskoczeniem Kabuu. – zaś na zewnątrz czeka osiem tysięcy moich żołnierzy, więc lepiej nie rób niczego głupiego.
- O rany, naprawdę?! – powiedział ożywiony Shin. – mogliby nam przecież pomóc!
- On kłamie. – powiedzieli naraz Zoro, Franky i Kabuu, który tego od razu się domyślił.
Nastała chwila milczenia, w trakcie której Shin próbował zebrać fakty do kupy po czym Kabuu znów się odezwał.
- Kojarzę ciebie z plakatu. Całkiem wysoka nagroda, Roronoa Zoro. Nie skojarzyłem cię w pierwszej chwili.
- I co w związku? – warknął Zoro.
- Nic. Po prostu jestem zaskoczony.... właśnie! Która godzina Shin?
Strzelec sięgnął za pazuchę i wyciągnął niewielki zegarek kieszonkowy.
- Dochodzi druga.
- Kiedy przypłynęliście? – Kabuu zwrócił się do Słomianych.
- Około dwóch godzin temu. – odpowiedziała Robin.
- Czyli południe. – Kabuu uśmiechnął się szeroko. – Farciarze. Trafić akurat w moment, w którym Cortez udaje się nad wulkan... Teraz pewnie wasz statek spowodował u niego niezły wstrząs, dawno piratów tu nie było...A mogę was zapewnić, że nawet byście tu nie dopłynęli, gdyby nie ten szczęśliwy dla was kwadrans koło południa.
- Cholera, zostawiliśmy Sunny zbytnio na widoku. – warknął Franky – w takim wypadku, wszyscy już wiedzą, że tu jesteśmy. Ale kim jest ten cały Cortez?
- Może lepiej wejdziemy już do środka? Skoro Shin was już tu przyprowadził nie macie większego wyboru niż porozmawiać ze mną, lub umrzeć z mojej ręki tu i teraz. Jeśli zdecydujecie się wejść, powiem wam kim jest Cortez i dlaczego jesteście już martwi. Tak czy siak.
Załogą wstrząsnęło. Zoro chciał już sięgnąć po miecz, ale coś mu powiedziało, że lepiej jednak posłuchać co ten olbrzym ma do powiedzenia. W razie czego, był wystarczająco szybki by ściąć go nim cokolwiek by się wydarzyło. Zerknął na resztę załogi, Robin i Franky delikatnie skinęli głowami, Usopp biegał w kółko przerażony sytuacją.
- Dobrze. – powiedział Zoro. Wolał tu ustąpić. – posłuchamy cię.


Nami wyszła z lokalu i odgarnęła włosy. Pod nogami Sanjiego i Luffy’ego leżał mężczyzna w prochowcu, a kilka celnych ciosów sprawiło, że był totalnie nieprzytomny, usta zastygły mu w obłąkańczym uśmiechu.
- Ten ostatni uciekł, tak? – powiedziała dziewczyna. – liczmy lepiej na to, że nie zawiadomi kogoś silniejszego.
Chopper również wypełzł z knajpy. Trząsł się cały, bo jeden z nieprzytomnych mężczyzn jęknął coś i drgnął, gdy przechodził koło niego, ale zachował na tyle zimnej krwi, by ocenić rany przeciwników. Jeden był martwy, reszta prędzej czy później obudzi się, więc nie zajmował się nimi.
- Nami – san, mówiłem, że tak to się skończy. – zaczął Sanji, ale ona natychmiast mu przerwała.
- Zapłaciłam tej dziewczynie za zniszczenia, jesteście mi winni po 100 000 Beli każdy. – powiedziała spokojnym głosem.
- Ale czemu ja też... – jęknął Chopper, ale bał się powiedzieć cokolwiek więcej bo Nami spiorunowała go spojrzeniem.
Luffy uśmiechnął się szeroko i wyszczerzył zęby.
- Tak to się kończy, nie mówmy już o tym. Chodźmy lepiej coś zjeść.
- Przecież dopiero co jadłeś!!!! – ryknęli na niego wszyscy, ale ich kapitan najwyraźniej zupełnie się tym nie przejął gdyż od razu ruszył przed siebie.
Chcąc nie chcąc drużyna poszła za nim. Nie minęło wiele czasu, a uważna teraz już nad wyraz Nami zagadnęła.
- Nie dziwi was to, że miasto nagle zupełnie opustoszało?
I rzeczywiście. Wszystkie okna i drzwi były pozamykane, po ulicy nie chodził już nikt, wszyscy kupcy zwinęli swoje stragany, panowała przejmująca cisza.
- Rzeczywiście – powiedział Sanji i obejrzał się za siebie.
- Ktoś jednak jest! – powiedział Chopper jakby doznał ulgi.
I rzeczywiście. W ich stronę środkiem ulicy szedł wysoki, szczupły mężczyzna ubrany w doskonale skrojony garnitur. Pod nim miał białą koszulę i wzorzysty ciemnozielony krawat. Długie, idealnie proste czarne włosy zaczesał do tyłu, sięgały teraz prawie do pasa. Uwagę od razu zwracały niezwykle długie nogi i ręce. Na jego szczupłej twarzy nie widać było nawet śladu zarostu. Szedł spokojnym krokiem w stronę Luffy’ego i reszty i dostojnie zatrzymał się kilka kroków przed nimi. Skłonił delikatnie głowę.
Luffy wyszczerzył się i już otworzył usta żeby coś powiedzieć, jednak tamten przemówił pierwszy. Lekko i z godnością choć z dziwnym akcentem.
- Dzień dobry zacni panowie i ty nadobna pani. Nazywam się Sigma El Nino. Pan Cortez chce z wami rozmawiać. Najlepiej natychmiast.
Luffy już prawie palnął coś głupiego, ale po raz pierwszy w życiu powstrzymał się. Obawiał się, że tym razem mógłby powiedzieć o jedno słowo za dużo.


Notka odautorska : W tej części nie znalazły się odpowiedzi na wszystkie „dramatyczne pytania” z końca poprzedniej. Nie martwcie się, nie chcę po prostu wrzucać naraz 30 stron wkrótce się dowiecie.

Dramatyczne pytania:
Co czeka Zoro i resztę na podziemnej wysepce?
Kim są Kabuu i Shin?
Skąd wzięły się dziwne przeczucia Luffy’ego?
I kim są Sigma El Nino oraz Cortez?

Odpowiedzi na te pytania w kolejnych częściach „Wystarczy wierzyć”

Komentujcie jak najwięcej - bardzo mi zależy na opiniach. I tych pozytywnych i tych krytycznych.
Vampircia

Shichibukai

Licznik postów: 1,501

Vampircia, 13-12-2008, 16:11
Lubisz cliffhangery, co? Czekam na dalszy ciąg, mam nadzieję, że będzie równie dobrze co teraz, a może nawet i lepiej. Widać leniem nie jesteś i wysiliłeś się przy pisaniu, wszystko jest zgrabnie przedstawione i opisane.
Najuch

Dowódca dywizji Yonko

Licznik postów: 2,656

Najuch, 13-12-2008, 16:12
ale żeś trafiłaSmile akurat dodałem trzecią częśćSmile
Grigorij

Shichibukai

Licznik postów: 1,334

Grigorij, 13-12-2008, 16:41
najuch napisał(a):W ich stronę środkiem ulicy szedł wysoki, szczupły mężczyzna ubrany w doskonale skrojony garnitur. Pod nim miał białą koszulę i wzorzysty ciemnozielony krawat. Długie, idealnie proste czarne włosy zaczesał do tyłu, sięgały teraz prawie do pasa. Na nosie miał okulary, a uwagę od razu zwracały niezwykle długie nogi i ręce. Na jego szczupłej twarzy nie widać było nawet śladu zarostu.
Skojarzył mi się taki długowłosy Kuro.
Dr. House - zonk, nigdy bym nie pomyślał że to właśnie jego dasz.
Najuch

Dowódca dywizji Yonko

Licznik postów: 2,656

Najuch, 13-12-2008, 16:51
FUCK! rzeczywiscie Kuro! ale się rypnąłemTongue i pomyslec ze te okulary wstawilem podczas poprawianiaTongue zaraz je wywaleTongue
Wąski

Wschodząca Gwiazda

Licznik postów: 507

Wąski, 17-12-2008, 01:30
Świetnie napisane, świetny język, a i historia wbija w krzesło. Pisz dalej Najuch. Good Stuff.
Najuch

Dowódca dywizji Yonko

Licznik postów: 2,656

Najuch, 17-12-2008, 05:17
Zrobiłem małą zmianę i dodałem tytuły do trzech poprzednich części, od teraz każda część będzie jednak miała swój tytuł - 4ka poprawiona już od pewnego czasu więc daje juz teraz, piątkę wrzucę później. Jesli kogos interesują tytuły czesci 1-3 to proponuje zaczekac az pojawią się w dziale "Fanficki" na stronie - tam będąTongue


Część czwarta - redi stedi goł!


4. „Człowiek z czerwoną chustą”

Kap.
Dlaczego?

Kap.
Dlaczego odmówiłem?

Kap. Kap.
Nawet Luffy... nawet on się nie odezwał.

Kap.
Zimno mi...
Wszystko przeze mnie... wszystko moja wina...

Kap.
Mokro....

Kap.
Kap.
Kap.

Sanji otworzył oczy.
Był zaskoczony, nie spodziewał się, że kiedykolwiek jeszcze będzie mu to dane, w pierwszej chwili wręcz wydawało mu się, że jest już w innym świecie, ale tępy ból głowy dobitnie pokazał mu, że tak nie jest. Widział bardzo słabo, wszystko było jakby zamglone, jedyne co stwierdził w pierwszej chwili, to to, że panuje półmrok i to, że obudziła go woda, której krople rytmicznie rozbijały się o jego głowę. Podniósł wzrok próbując sobie przypomnieć co właściwie się wydarzyło, a potem wszystko wróciło.
Odmówił Sigmie. Nie widział co go do tego podkusiło, ale gdy tylko El Nino zaprosił ich na rozmowę z Cortezem cały jego rozsądek zabronił mu tam iść. Luffy, jako kapitan nie odezwał się ani słowem, a on natychmiast się sprzeciwił. Nie zdążył powiedzieć nic więcej, a był już w powietrzu, z ogromnej rany na czole trysnęła krew, a całe ciało stało się bezwładne. Za nim pochłonęła go ciemność dojrzał jeszcze jak Luffy pada na kolana, plując krwią, a Sigma rusza w stronę Choppera. Potem pustka. Chciał schwycić się za czoło, ale zrozumiał, że nie może.
Znajdował się w pustym zaciemnionym pokoju bez okien o wielkich stalowych drzwiach, jedynie przez niewielki lufcik wpadało do środka światło. Na wpół stał, na wpół wisiał nad ziemią, zaś z sufitu wisiał łańcuch do którego przykuto mu ręce mocnymi kajdanami. Nogi natomiast miał przykute do ściany i stał tak z poderwanymi do góry rękami nie mogąc się poruszyć.
Co się stało z resztą? Gdzie są Nami, Luffy, Chopper?, myślał. Bał się najgorszego.
Zobaczył, że jest nagi od pasa w gorę, choć poza rozcięciem na czole nie był ranny. Było diabelnie zimno.
A potem usłyszał dźwięk ciężkiej stalowej zasuwy i drzwi powoli się otworzyły.


Kabuu zaprowadził Zoro i resztę do szerokiego pokoju z niskim stropem wyłożonego tatami z niewielkim stoikiem po środku przy którym leżał średniej długości miecz o szerokim ostrzu. Sala była pozbawiona okien, ale było w niej dosyć jasno, gdyż w jej rogach znajdowały się źródła światła, takie same jak na zewnątrz. Usopp zbliżył się do jednego z nich.
- Lamp Diale! – wykrzyknął. – takie same jak na Skypiea! Skąd tyle tego wytrzasnęliście? Te wszystkie światła na zewnątrz....
- Tak to też Diale - odparł Kabuu. – i nie pytaj skąd one się tu wzięły tylko siadaj, twoi znajomi już to zrobili, to nie takie głąby jak ty.
Usopp nieco się zdziwił, ale rzeczywiście, Zoro, Robin i Franky już siedzieli naprzeciwko Kabuu, przy niskim stoliku. Mężczyzna nie bawił się w żadne proponowanie herbaty, żaden savoir vivre, tylko uderzył prosto z mostu.
- Cortez was zabije. Już jesteście martwi.
Zoro uśmiechnął się pod nosem.
- Skąd ta pewność? – zapytała się Robin.
- To bardzo proste – rzekł Kabuu – nigdy nie ma tu piratów. Jeżeli jakaś niczego nieświadoma załoga, spróbuje wylądować na wyspie, to można być pewnym, że nie postawią na nią nawet nogi. Cortez o to dba. Jedynie Shichibukai, Światowy Rząd i najwyższe dowództwo Marines wie o tych faktach ich statki tu się nie zapuszczają, pozwalają żyć Kaneyamie własnym życiem. Wy natomiast wylądowaliście na tej wyspie. Udało wam się coś, czego nikomu jeszcze się nie udało. Sam jestem zaskoczony dlaczego jeszcze żyjecie.
Tym razem odezwał się Franky:
- Skoro taki pewien jesteś tego co powiedziałeś, może nam wytłumaczysz, jak to działa? Dlaczego nas nie zniszczono? A innych przed nami tak? Wspomniałeś coś, że Cortez wszystko widzi, tak?
- Od pewnego czasu Cortez raz dziennie udaje się na wulkan. Obchodzi cały krater wokół, a w trakcie tego zajęcia jest tak skupiony, że nie zauważyłby nawet, gdyby wyspa padła ofiarą Buster Call. To jest powodem, dla którego udało wam się zacumować i przypłynąć na wyspę. I rzeczywiście wszystko widzi. Najprawdopodobniej to, że nie zginęliście na plaży natychmiast, jest wynikiem opieszałości jego ludzi. Zdążyliście spotkać Marisę, pójść za nią i dzięki temu dotarliście tu. Cortez nie wie o istnieniu tego miejsca. Myślę, zresztą, że zainteresowałyby go wasze wysokie nagrody. Właśnie, gdzie wasz kapitan? – Kabuu wyciągnął z tylnej kieszeni gazetę i otworzył na stronie, na której przedstawiona byłą cała załoga Słomianego Kapelusza – raz na jakiś czas dostajemy tu jakąś gazetę i właśnie we wczorajszej widziałem wasze zdjęcia.
- Wczorajszej? – spytał Usopp – toć przecież dostaliśmy te nagrody kilka miesięcy temu.
- Mamy tu mały problem z przesyłem informacji. Mówiłem, tą gazetę dostaliśmy wczoraj.
Przerażające, pomyślał Zoro, ta wyspa jest praktycznie odcięta od świata. Potem coś go tknęło.
-Ale chwileczkę! – poderwał się do góry. – Luffy, Nami, Chopper i ten durny kucharzyna są w tym całym mieście!
Kabuu uniósł powieki.
- W takim razie możesz o nich zapomnieć. Wasz kapitan ma wysoką nagrodę, ale to i tak nic nie da.
Nastała chwila milczenia. Potem Usopp i Franky zaczęli się przekrzykiwać. Mówili, że nie zostawią kapitana i że Luffy nigdy być czegoś takiego nie zrobił, że każdemu z nich pomógł. Nic mu się przecież nie stanie. Franky dorzucił jeszcze, że możliwe, że są na statku, jeżeli w mieście nie przyjęli ich ciepło.
- Wasz statek już na pewno jest obstawiony. Cortez nie pozwoli odpłynąć stąd komukolwiek, kto już tu przybił.
- Więc kim jest ten Cortez? – zapytała w końcu Robin.
Kabuu już otworzył usta, żeby odpowiedzieć, lecz w tym momencie usłyszała świst. Stolik pękł na pół, oba kawałki rozleciały się na boki, uderzyły w ścianę. Dym opadł tak szybko jak się uniósł.
- To nie ważne kim jest. – powiedział Zoro, stojąc z obnażonym mieczem. – Jest silny to wystarczy. Idziemy sprawdzić, co z nim nie tak. Pokaż nam wyjście.
Kabuu uśmiechnął się szeroko i schwycił za dziwny miecz spoczywający koło niego. Podniósł się i stanął naprzeciwko Zoro.
- Po moim trupie. Za dużo wiecie.
- Niech i tak będzie. – rzekł Roronoa i dobył drugiego miecza.
- Zoro, nie rób niczego głupiego! – warknął Usopp.
- Nie powinniśmy teraz walczyć. – powiedziała Robin krzyżując ręce, by użyć mocy swojego owocu. Zoro dostrzegł no natychmiast.
- Nie rób tego! – ryknął szermierz. Kobieta zamarła. – On nie jest w ciemię bity, i naprawdę gotowy nas zabić. Nie mamy na to czasu. Idźcie beze mnie, musicie sprawdzić co się dzieje z Luffym! Ja go załatwię.
- Jesteście pewni? – warknął Kabuu. – nikt wam nie pozwoli opuścić tej jaskini.
- Damy sobie radę! – krzyknął Franky – Załatw go. –dodał do Zoro i ruszył w stronę drzwi. Były zamknięte.
Kabuu powoli wyciągnął miecz z pochwy. Było to szerokie na około 30 centymetrów ostrze, zakończone płasko, było jednosieczne i wyglądało jak ogromny tasak, rękojeść również miało podobną do tego rzeźnickiego narzędzia.
- Tylko szkoda, że nie dacie rady otworzyć tych drzwi. – rzekł spokojnie.
- STRONG.... HAMMER! – Franky z całej siły uderzył w drzwi. Ani drgnęły.
Wszyscy wciągnęli powietrze.
- Czyli pozostaje mi pokonać cię i wydusić z ciebie klucz, tak? – spytał Zoro.
- Na to wygląda – odparł Kabuu.
Zielonowłosy szermierz spuścił luźno ręce bo bokach ciała.
- Jak chcesz.
Poprawił uchwyt, napiął mięśnie i ruszył do przodu.
Zaatakował natychmiast celując w głowę, ale Kabuu bez problemu się uchylił, spodziewał się tego. Czekał teraz na spodziewane zakończenie, i rzeczywiście, Zoro uderzył z góry lewą ręką. Miecze zderzyły się. Kabuu odtrącił ostrze na bok i zaatakował brzuch, Zoro zablokował i odskoczył do tyłu. Nie spodziewał się takiej szybkości, jego przeciwnik był naprawdę wprawnym szermierzem, nie marnował siły na niepotrzebne ruchy.
- Czyli jednak pobędziemy tu dłużej tak? – warknął Zoro.
- Dokładnie przyjacielu. A mówiąc wprost, nigdy stąd nie wyjdziecie.
- Zobaczymy.
Zoro znów zaatakował. Tym razem nie bawił się już zbytnio. Jeszcze w biegu wsunął Kitetsu do saya. Schwycił swój drugi miecz po czym również go schował. Jednakże nie przypasał.
- Ittoryu...
Kabuu wykonał niewielki ruch.
- Shishi Requiem!!!!!! – Roronoa uderzył, minął przeciwnika i stanął gotowy by schować miecz.
Był pewny, że to koniec. To musiał być koniec. Tym razem jednak nie był.
- Dobry atak. – pochwalił Kabuu. – niemal mnie trafiłeś.
Zoro odwrócił się i rzeczywiście, tamtemu nic się nie stało, stał wyprostowany bez żadnego śladu na ciele. Przerzucał tylko tasak z ręki do ręki. Wyglądał na zadowolonego z siebie.
- Jak to możliwe... – warknął Zoro.
- Teraz jeśli pozwolisz ja zaatakuję.
Szermierzowi nigdy tak nie brakowało trzeciego ostrza jak teraz. Wiedział, że prędzej czy później będzie musiał takowe znaleźć jednak póki co, to się nie liczyło. Musiał pokonać Kabuu tylko dwoma mieczami.
- Hitokiri.... – mruknął tamten, po czym praktycznie zniknął.
Szybki, pomyślał Zoro, ale tamten był już po jego lewej.
- TSUME! – ryknął Kabuu i ciął poziomo.
Roronoa, z najwyższym trudem zablokował cios, odrzuciło go nieco do tyłu. Mimo, że cięcie było jedno, poczuł na ostrzu cztery uderzenia. Zaklął w myślach.
- Widzisz, nie jest to takie proste. Ile jeszcze takich ciosów unikniesz?
- Tyle ile będzie trzeba.
- Więc niech tak będzie.
Jednak nim Kabuu zdążył zaatakować drzwi otworzyły się z hukiem. Obaj walczący natychmiast obrócili się w tę stronę widząc jak Franky, który próbował je otworzyć stoi teraz zdziwiony, wpatrzony w postać która właśnie weszła do sali. Był to wysoki mężczyzna dobiegający trzydziestki z lekkim zarostem. Ubrany był prosto, na głowie miał czerwoną chustę i nie sprawiał piorunującego wrażenia wizualnego, jednak kiedy przechodził, powietrze drgało niespokojnie.
Kabuu spojrzał na niego i natychmiast opuścił miecz.
- Takeyama – san – zaczął, ale tamten położył mu rękę na ramieniu i uśmiechnął się.
- Dziękuje, stary druhu, że ich tu zatrzymałeś, ale nie powinieneś być aż tak gwałtowny. Choć nie sądzę, żebyś z tym szermierzem tak łatwo dał sobie radę – powiedział. – a teraz zostaw nas samych, Jin wrócił z bardzo ciekawym raportem, myślę, że będziesz miał ochotę go wysłuchać.
- Eh... no dobra. – mruknął Kabuu po dłuższej chwili. Zerknął jeszcze na Zoro i schował miecz do pochwy. – uważaj tylko.
I po chwili wyszedł. Zoro jednak nie schował mieczy tylko mierzył go ostrym wzrokiem. Był gotowy na wszystko. Tamten jednak uśmiechnął się tylko szeroko.
- Wybaczcie mu, jest trochę nadgorliwy. Każę zaraz podać herbatę. Siadajcie.
- Kim jesteś? – zapytał Usopp.
Mężczyzna odwrócił się do niego i rzekł serdecznym głosem.
- Jestem Takeyama, przywódca Rebelii Czerwonych Chust.


Oczy przyzwyczaiły się do światła i Sanji odważył się spojrzeć kto do niego przyszedł.
Zbladł przerażony tym co zobaczył.
Pot wystąpił mu na czoło, źrenice znacznie się rozszerzyły.
A potem długo krzyczał z rozpaczy.
-ZABIJĘ CIĘ DRANIU!!!! ZABIJĘ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Ciąg dalszy nastąpi.

Kto uwięził Sanji’ego?
Co stało się z resztą?
Czym jest Rebelia Czerwonych Chust i co zamierza Takeyama?
I co zobaczył Sanji?

Część 5 to „Deklaracja Sanji’ego”
SLAWO89

Bosman

Licznik postów: 139

SLAWO89, 17-12-2008, 17:12
Bardzo ciekawy fik czekam na 5 część
Najuch

Dowódca dywizji Yonko

Licznik postów: 2,656

Najuch, 18-12-2008, 00:22
Dobra, wrzucam piątkę bo juz poprawiłemSmile

Proszę o duuużo komentarzy ,bo nie wiem co poprawić, nie wiem jak odbieracie fanfika - możecie bez obaw go zjeżdżać, byle konstruktywnie - każde słowo się liczy!!

Przypis autora: ta część posiada kilka dosyć brutalnych opisów i nie polecam jej osobom poniżej 16tego roku życia

Redi stedi gou!


5. „Deklaracja Sanji’ego”

- Zabiję cię!!! – ryknął kucharz.
Postać stojąca w drzwiach otworzyła usta, by coś odpowiedzieć, ale nie zdążyła.
- Zamknij mordę! Zdejmij mi te łańcuchy, draniu, pozwól mi z tobą walczyć.
- Nie ma mowy.
- Na boga, podetnij mi ścięgna achillesa, ale daj mi szansę, by cię zabić! Jedną jedyną szansę!
- Może jeszcze będziesz ich miał wiele. – odparł tamten.
Sanji nie mógł wytrzymać tego co widział, nie należał do osób specjalnie miękkich, miał silny charakter, ale tym razem uderzono go w jego czuły punkt. Nie mógł zachować spokoju. Nie mógł zatrzymać łez, które strumieniami wypływały mu z oczu.
W drzwiach stał Sigma El Nino i trzymał Nami za włosy. Była blada, nie dawała znaku życia, Sigma musiał wlec nieprzytomną dziewczynę po ziemi. Jednak nie to najbardziej przeraziło Sanji’ego. W trakcie ich podróży widział wiele różnych rodzajów ran. Sam nieraz miał okazję mieć parę złamanych żeber, zaś jedna z jego niebieskich koszul zmieniła kolor na czerwony, ale Nami-san nigdy przecież nie była ranna... Nie aż tak!
Jej pomarańczowe włosy zlepione były krwią. Musiała mieć ranę na głowię nie mniejszą niż on, litościwie opatrzono ją brudnym bandażem. Miała rozdartą bluzkę, która ledwo co przykrywała jej piersi, na brzuchu miała mnóstwo małych ciętych ranek, które broczyły krwią. Miała ściągnięte buty, i otarte ze skóry w pewnych miejscach stopy, zaś na nadgarstkach sine ślady po sznurze. Całe ciało poryte miała siniakami, po lewej stronie twarzy miała ciężką opuchliznę, na plecach cienkie podłużne ślady bicza. Wokół karku miała teraz fioletowe, obrzydliwe pręgi, ewidentnie od przypalania rozgrzanym narzędziem. Wszystko zrobione umiejętnie, żeby się nie wykrwawiła, żeby nie umarła od razu. Gdy Sigma rzucił ją na podłogę celi i przykuł jej nogę do wystającej ze ściany poręczy, Sanji zobaczył, że dziewczyna ma również rozdartą spódniczkę, musiała zostać wielokrotnie zgwałcona, potem jego spojrzenie powiodło na twarz El Nino, który miał dziwne zadrapanie na lewym policzku. Ewidentnie ślad paznokci. Kobiecych paznokci.
- Nie martw się nie zabiłem jej. – powiedział Sigma bez śladu swojej uprzejmości którą okazał im w mieście. – to była najpiękniejsza chwila od bardzo dawna. Uwielbiam robić to kobietom.
- Ty chrzaniony świrze!!!! Ty cholerny szalony świrze!!!!!
W Sanji’ego wstąpił taki szał, że nie obchodziło go już nic co może mu się stać. Rwał się, ale praktycznie nie mógł się poruszyć, przykuty i za ręce i za nogi. Spod kajdan na jego kostkach pociekła krew, metal wbijał się w jego ciało im mocniej próbował się wyrwać. Te łańcuchy były zbyt mocne. Gdyby tylko był tu ten cholerny zielonowłosy...
- Uważaj na słowa – warknął Sigma.
W pierwszej chwili Sanji chciał zapytać, dlaczego to zrobił, ale amok który go ogarnął nie pozwolił na podjęcie żadnych sensownych działań.
- NIECH CIĘ PIEKŁO POCHŁONIE!!!!!!! – ryknął.
Sigma wykonał ruch tak szybki, że oczy Sanji’ego ledwo go wychwyciły. Chwilę później blondyn poczuł ciepłą krew ściekającą po jego policzku.
- Nie drzyj się tak. I nie marnuj sił. Wiele was tu jeszcze czeka. Chociaż nie dzisiaj.
Sanji chciał splunąć mu na twarz, ale nie trafił, za to idealnie splamił mu nogawkę.
- Mój garnitur draniu, tak? – po czym uśmiechnął się złowieszczo – może jednak dzisiaj. – i kopnął Nami w brzuch.
- DLACZEGO JĄ SZMACIARZU! TO JA CIĘ OPLUŁEM!
- Myślę, że twój ból będzie dla ciebie zbyt małą karą. Zaś ta maleńka... – kopnął ją po raz drugi, dziewczyna zakrztusiła się i odzyskała przytomność.
- DLACZEGO?! –ryknął Sanji.
- Wszystko możesz zawdzięczać panu Cortezowi. I mojej inwencji twórczej. – odwrócił się do Nami. – mała podziękuj temu miłemu blondynowi, za to co cię teraz czeka.
Sigma uśmiechnął się raz jeszcze i wzniósł rękę. Sanji spojrzał raz jeszcze w przerażone oczy Nami i wrzasnął ile tylko miał sił w płucach.
- NIE!!!!!!!!
Drzwi otworzyły się z jeszcze większym hukiem niż poprzednio.



Dwie młode kobiety przyniosły herbatę, którą postawiły na ziemi, przed każdym z obecnych w pokoju.
- Niestety, ale rozwaliliście stół. Dlatego na ziemi – powiedział Takeyama, po czym rzucił okiem po załodze.
Zoro nie spojrzał nawet na herbatę. Przypatrywał się wyraźnie mężczyźnie szukając jakichkolwiek oznak chęci do ataku. Franky nerwowo zaciskał pięści, jakby w każdej chwili spodziewał się, że Takeyama wyciągnie coś większego niż tasak Kabuu. Robin delikatnie uniosła filiżankę do ust, lecz nie upiła, tylko powąchała napar. Usopp zaś był blady i ani nie śmiał drgnąć.
- Spokojnie możecie pić – rzekł Takeyama – nie jest zatruta.
- Skąd mielibyśmy wiedzieć, po takim przyjęciu jakie nam zgotował ten rzeźnik? – odezwał się podenerwowany Usopp.
- Ech... – Mężczyzna z czerwoną chustą wychylił swoją herbatę. – nieważne, nie dziwię się, że nam nie ufacie.
- Możemy już iść rozejrzeć się za naszym kapitanem i resztą załogi? – zapytała Robin.
- No właśnie tu się pojawia problem. Ich już... nie ma.
- Co??? – zapytali wszyscy naraz.
- Właśnie dostałem wiadomość od Jina, szefa naszej siatki wywiadowczej. Jeden z jego ludzi zlokalizował Monkey D. Luffy’ego i resztę waszych kompanów w mieście, gdzie stoczyli walkę w jakiejś gospodzie.
- No, chyba ich nie zabito? – spytał z niedowierzaniem Franky.
- Nie. – odparł Takeyama – najprawdopodobniej nie. Pokonali ich bez problemu, ale potem, spotkali człowieka o imieniu Sigma El Nino – jednego z najbardziej zaufanych ludzi Corteza. Nie wiadomo dlaczego, ale wywiązała się walka i wasi przyjaciele zostali pokonani. A potem – wszyscy znikli.
- Znikli? O czym ty gadasz czerwony? – warknął Zoro.
- Jak nam się wydaje Sigma musiał posiąść jeden z Diabelskich Owoców. W ten sposób jedynie można to wytłumaczyć, bo już nie jeden z nas widział podobną sytuację. A tylko jedna osoba wróciła.
- W takim razie powiedz nam gdzie mógł ich przenieść! – krzyknął Usopp – musimy ich uratować!
- Nie wiemy. Siedziba Corteza odpada.
- Ale jak to możliwe, że pokonał tak silnych wojowników jak pan kucharz i pan kapitan? – zapytała Robin. – to przecież nie jest proste.
- To pewnie też związane jest z jego mocą. Przykro mi ale nie mogę wam pomóc.
- W takim razie idziemy ich poszukać i mam nadzieje, że nie będziesz nam w tym przeszkadzał – powiedział Franky i zaczął się podnosić.
- Znów muszę odmówić. Nie mogę ryzykować, że poprzez pochwycenie was Cortez pozna siedzibę naszej rebelii.
- Ale przecież... – zaczął Zoro, ale Takeyama wtrącił mu się w słowo.
- Wiem! Wiem, że jesteście silni! Ale nawet jeśli udałoby się wam jakoś dostać w tamto miejsce, nie macie żadnych szans ujść stamtąd z życiem. Nie jesteście w stanie pokonać Corteza, a my jeszcze nie jesteśmy gotowi do ataku!
- Dlaczego nas w to wplątujecie? – zapytał Usopp – nie mamy z tym nic wspólnego!
- Niestety ale macie. Od chwili jak wylądowaliście na tej wyspie.
- MUSIMY IŚĆ IM POMÓC NIE ROZUMIESZ?! – krzyknęła Robin – LUFFY TO SAMO ZROBIŁBY DLA KAŻDEGO Z NAS!
- Jest moim kapitanem i nie pozwolę mu umrzeć! Ani nikomu z reszty! Nawet temu kukowi za dychę! – rzekł Zoro i wstał.
- Oni są naszymi przyjaciółmi!! – nie jesteś wstanie tego zrozumieć?! – warknął Franky.
- Nigdy nie zostawimy ich na pastwę losu! Choćby to miało nas kosztować życie!!
Takeyama umilkł na chwilę. Przez chwilę walczył z myślami, a potem również wstał.
- Dobrze więc. – powiedział – chodźmy zobaczyć jak się trzyma Marisa. Jeżeli ktokolwiek ze wszystkich ludzi jest w stanie udzielić wam jakiejkolwiek rady, to właśnie ona. Ona tam była.
- Więc chodźmy od razu! – Zoro ruszył do wyjścia.
- Ostrzegam cię od razu. – rzekł Takeyama – ona nikomu jeszcze o tym nie powiedziała. Ani nie zdradziła położenia tego miejsca, ani nie opowiadała nic o tym. Nie jest w stanie o tym mówić i mimo, że minęły już 3 lata od tamtej chwili, milczy jak grób.
- Więc to może ona... – zaczął Usopp.
- Jest godna zaufania – przerwał z naciskiem przywódca rebelii – ale widocznie stały się tam takie rzeczy, które kazały jej zamilknąć.
- Dobrze, więc chodźmy – ponaglił Zoro i otworzył drzwi – komu jak komu, ale nam musi powiedzieć.



W otwartych drzwiach stał wysoki mężczyzna odziany w jeansowe spodnie, dobrze skrojoną marynarkę i wysokie skórzane buty. Wyglądał na więcej niż trzydzieści lat, nosił krótko przystrzyżoną bródkę, i włosy spięte wysoko, co odsłaniało niewielkie zakola. Kucyk jednak nie opadał, lecz rozlewał się burzą włosów na wszystkie strony, ponieważ patrząc na tą wielką szopę można było z powodzeniem stwierdzić, że bez upinania nosiłby na głowie postawne afro. Przy pasie miał, co dziwne siedem długich katan, cztery po lewej, trzy po prawej stronie . Z pewnością ciężko było się w takim czymś poruszać, lecz jemu najwidoczniej nie zrobiło to żadnej różnicy gdyż śmiało przestąpił przez próg i schwycił Sigmę za rękę, którą ten zamierzał wymierzyć właśnie cios skulonej Nami.
- Wystarczy – rzekł krótko.
- Ozuma? Czego tu chcesz cholerny pupilku pana Corteza? – warknął El Nino.
- Pan Cortez nie życzy sobie by bardziej ich uszkadzać. – odrzekł mężczyzna nazwany Ozumą. – a biorąc pod uwagę twoje zapędy, wpadłem zobaczyć czy nie przesadzasz. I widzę, że przesadzasz.
- A co ty mi możesz zrobić! Jestem prawą ręką pana Corteza!
- Lewą – szepnął Ozuma – ja jestem prawą.
Mężczyźni przez chwilę mierzyli się wzrokiem po czym Sigma widocznie stwierdził, że Ozuma ma rację. Odwrócił się na pięcie i wymaszerował z pokoju.
Kiedy jego kroki ucichły Ozuma klęknął przy Nami, która z przerażeniem odsunęła się pod ścianę. Nie była w stanie mówić.
- ZOSTAW JĄ! – ryknął Sanji.
Ozuma spojrzał na niego po czym podszedł i zatrzymał się tuż przed jego twarzą.
- Nie drzyj się tak, bo niczego ci to nie przyniesie.
Wyciągnął z kieszeni klucz i uwolnił ręce kucharza. Na ten moment Sanji czekał. Nic więcej go nie obchodziło, ani własny los, ani nic wokół, po prostu rzucił się na Ozumę z pięściami. Tamten jednak był przygotowany. Po sekundzie klęczał już na głowie kucharza, który z powodu przykutych nóg nie był w stanie się ruszyć.
- Może byś tak zrozumiał, że ja nie jestem tępym sadystą, jak Sigma? – warknął szermierz. – próbuję wam choć trochę ulżyć!
Sanji uspokoił się i Ozuma wstał. Wyciągnął zza pazuchy niewielkie pudełko z czerwonym krzyżykiem i butelkę wody które rzucił na ziemię. Tuż przed nim. Kucharz spojrzał na niego skonsternowany.
- Dlaczego to robisz? – jęknął w końcu gdy już się uspokoił.
- Nie lubię zbędnego okrucieństwa. Zwłaszcza nie w przypadku kobiet. Zajmij się nią. – odrzekł chłodno i wstał. Zwrócił się do wyjścia.
- Masz jakieś szlugi? – zapytał Sanji, nie mogąc wymyślić niczego sensowniejszego, a chcąc choć przez chwilę widzieć jeszcze światło, które wpadało przez otwarte drzwi.
Ozuma bez słowa rzucił na medykamenty paczkę nie napoczętych papierosów wraz z zapałkami i wyszedł zatrzaskując drzwi.
Sanji jęknął i podczołgał się po apteczkę i wodę.
- Nami – san, podjedź tu. – powiedział cicho. – ja się dalej nie ruszę.
Dziewczyna próbowała coś odpowiedzieć, ale tylko z jej oczu popłynęły łzy.
- Przepraszam – jęknął Sanji, on również płakał. – przepraszam za wszystko...
Nami podczołgała się bliżej niego i dotknęła jego ręki. Ten wysiłek wiele ją kosztował. Zakaszlała, splunęła krwią i osunęła się na ziemię.
- Nie przepraszaj Sanji – kun. – spróbowała się uśmiechnąć.
Sanji delikatnie jak tylko mógł obmył wodą i spirytusem najbardziej brzydkie rany na jej ciele. Robiąc to, czuł jak narasta w nim nienawiść, każdy jęk Nami, powodował, że coś skręcało się w jego żołądku, każde drgnięcie jej ciała, powodowało, że on też drżał bojąc się by nie przysporzyć jej jeszcze więcej cierpienia. Kiedy skończył całą tą operację oparł się o ścianę i zapalił papierosa. Poczuł jak dym wypełnia mu płuca, po czym wraca wychodząc na zewnątrz wraz ze słowami, które miał w głowie cały czas.
- Zabiję go Nami – san. Przysięgam na moje życie. Przysięgam na moją flagę.


Franky nigdy nie odznaczał się cierpliwością. Tym bardziej szał wziął go, gdy Takeyama, kazał im czekać przez bite dwie godziny przed jakąś salą, do której sam wszedł i prosił by nie hałasować. Zoro siedział w skupieniu na ziemi, Robin i Usopp byli także podenerwowani.
- Ile to jeszcze zejdzie? – warknął cyborg.
- Skąd mamy o tym wiedzieć? – odpowiedział pytaniem na pytanie Zoro.
- Dajcie trochę czasu. Dziewczyna musi sobie chyba wszystko poukładać w głowie. – wtrąciła Robin – prędzej czy później wyjdzie tu do nas.
- A jeśli do tego czasu Luffy i reszta zginą? – zaoponował Usopp.
Archeolog pokręciła głową.
- Gdyby mieli nie żyć, już by nie żyli. Lepiej poczekajmy co nam powie Marisa.

I tak trwali w milczeniu jeszcze przez dłuższą chwilę, aż w końcu drzwi się otworzyły i stanął w nich mężczyzna z czerwona chustą.
- Dopiero co odzyskała przytomność. Jest bardzo słaba, udało jej się wywinąć śmierci i zgodziła się z wami porozmawiać, ale jeżeli ktokolwiek z was podniesie głos, to własnymi rękoma ukręcę mu łeb.
Wszyscy zgodzili się na ten niewielki warunek i Takeyama wpuścił ich do sali.
Po środku stało sporej szerokości łóżko, na którym leżała Marisa. Była przykryta kocem i przytomna, ale strasznie blada, na czole miała ręcznik, z pewnością gorączkowała. Obok niej krzątał się dziwny, zarośnięty, kulejący facet. Widząc wszystkich wskazał im podłużną ławę pod ścianą na której usiedli wraz z Takeyamą. Także tutaj nie było okien, tylko Lamp Diale oświetlające pomieszczenie zupełnie jak światło słoneczne. Po chwili kulejący mężczyzna odezwał się do Słomianych.
- Jestem doktor House i jestem tu lekarzem. – powiedział. – możecie porozmawiać z Marisą, ale nie wiem jak długo wytrzyma. W razie czego przerwę rozmowę, a wtedy wszyscy będziecie musieli wyjść. Zrozumiano?
- Zgoda – rzekł Zoro i spojrzał na dziewczynę.
Marisa uniosła powieki i zmierzyła ich wzrokiem.
- Więc to prawda? Tych dwóch którzy mi pomogli na plaży złapał Sigma?
Robin spojrzała wymownie na Takeyamę. Wydawało jej się dziwne, że nie rudowłosa nie zna imienia Luffy’ego, podczas gdy większość tu obecnych mówiło już o tym.
- Ona nie czyta gazet. – wyjaśnił - Od chwili gdy zobaczyła na pierwszej stronie którejś tam gazety informację o tym, że „wszyscy ludzie na Kaneyamie zmarli z powodu epidemii gorączki”, co oczywiście było tylko pretekstem do zostawienia władzy Cortezowi – o tym opowiemy później – stwierdziła, że nie będzie już czytać tak stronniczych rzeczy i nie chce nawet o tym słuchać. Przypuszczam, że nie wie nawet o zniszczeniu Enies Lobby. Całe swoje serce zostawia tu na miejscu i nie obchodzi jej świat wewnętrzny, który odwrócił się od nas plecami.
- Powiedz nam lepiej... – zaczął Zoro wychylając się w stronę Marisy, ale Usopp wtrącił mu się w zdanie.
- Niestety. I dlatego potrzebujemy twojej pomocy. Jeśli jesteś w stanie mówić oczywiście.
Zoro chciał coś powiedzieć, ale Franky klepnął go w ramię
- Pozwól mu mówić. – rzekł – gadanie nie jest twoją najmocniejszą stroną.
Słysząc to Marisa uśmiechnęła się słabo.
- Nic nie jesteście w stanie w tej chwili zrobić.
Usopp westchnął.
- Czyli co, już po nich?
- Myślę, że nie. Jeśli zostali złapani przez Sigmę dzisiaj, to co najmniej 21 dni od tej pory śmierć im nie grozi.
- Rozwiniesz to? – dociekał długonosy.
- Ciężko mi o tym mówić... ale powiem, ze względu na to by uratować osoby, które dzisiaj uratowały mnie.
Wszyscy usiedli wygodniej by posłuchać dziewczyny, ale ta podniosła się delikatnie.
Dr House natychmiast pokuśtykał w jej stronę.
- Nie powinnaś się ruszać! Masz raka, astmę, hiperwentylację... – po czym wymienił jeszcze 30 000 nieznanych medycznych terminów.
Marisa zignorowała go po czym powiedziała już nieco głośniej kierując słowa do Słomianych.
- Wybierzcie z pośród was jedną osobę, której powiem wszystko co wiem. Reszta nie ma prawa się tego dowiedzieć. I od razu powiem, że nie mam siły się kłócić. To moje ostatnie słowo.
- Ale... – zaczął Takeyama.
- Wyjdź wujku.
Westchnął.
- Dobrze.
- Ty też doktorze. – rzekła Marisa do House’a.
- Nie mogę w tej chwili wyjść! Bo umrzesz! – rzekł mrocznie i znów zaczął tłumaczyć, że dostrzegł coś czego inni nie widzieli.
- Doktorze wychodzimy! – warknął Takeyama.
House wzruszył ramionami, powiedział, że idzie się kłócić z władzami szpitala i pokuśtykał na korytarz.
- On jest trochę świrnięty – wyjaśniła Marisa. – wybraliście?
Słomiani spojrzeli po sobie. To nie było ważne czy wszyscy się dowiedzą. Wystarczyło, żeby jedna osoba poznała te fakty, a wszyscy mieliby do niej i tak takie samo zaufanie i postąpili by zgodnie z każdym jej poleceniem. W końcu po chwili milczenia zrozumieli kto jest w tym momencie najwłaściwszy. Zoro uśmiechnął się.
- Usopp, powodzenia – rzekł po czym ruszył do wyjścia a za nim Franky i Robin uśmiechając się do strzelca i dziewczyny by dodać im otuchy.
Gdy drzwi się zamknęły Marisa wzięła głęboki oddech.
- Przysięgasz, że nie ujawnisz pewnych szczegółów, które Ci powierzę?
Usopp zaśmiał się w duchu. On, urodzony kłamca, teraz miał przysięgać, i postępować zgodnie z tym co powie. Jakaż to ironia. Jednakże był też piratem i wiedział co to honor. Luffy go tego nauczył. Nie było czasu na zastanowienie.
- Przysięgam.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Więc słuchaj.


Ciąg dalszy nastąpi

Dramatyczne pytania

Gdzie są Luffy i Chopper?
Czy Sanji i Nami przetrwają kolejne dni?
W jaki sposób Marisa może pomóc Słomianym Kapeluszom?
Kim tak naprawdę jest Cortez i co ukrywa Sigma?

Część 6 to „Runda pierwsza”
SLAWO89

Bosman

Licznik postów: 139

SLAWO89, 18-12-2008, 12:23
Piąta część trzyma w napięciu nawet bardziej niż pozostałe Smile
Subskrybuj ten wątek Odpowiedź