Rozdział 4
Słomkowi osiadli na lądzie niedaleko portu, ale dość daleko, aby nikt nie zauważył ich pirackiej flagi. Port był całkiem normalny – kilka łódek i statków przy brzegu, kilka metrów w głąb lądu różne knajpki, stragany, sklepy… Robin, Nami i Franky trzymali przy sobie worki z forsą.
Właściwie Słomkowi mogli od razu wszystko pozałatwiać i wrócić na statek, jeśli woleli to od snu w gospodzie i małej zabawy. Ale woleli jednak pokręcić się po mieście.
- To my z Sanjim pójdziemy uzupełnić zapasy jedzenia – powiedziała Nami i skierowała się w stronę jakiegoś sklepu spożywczego.
- Tak jest, Nami-swaaaaan! – odparł na to Sanji i ruszył za nią.
- Tylko duuuuuuuuużo mięsa – poinstruował ich Luffy.
- Tak, tak – odrzekł już normalnie Sanji.
- W takim razie ja i Usopp pójdziemy kupić jakieś narzędzia – powiedział Franky i wraz z Usoppem poszli przed siebie.
- Ja, Robin i Luffy rozejrzymy się po okolicy i spróbujemy zdobyć jakieś ciekawe informacje – powiedział Zoro.
Wszyscy troje już zaczęli kierować się w wąską uliczkę po lewej i zostawić Choppera i Meg samych, kiedy nagle Robin się zatrzymała, odwróciła do nich i powiedziała z uśmiechem:
- Doktorze, czy nie powinieneś uzupełnić zapasów lekarstw i opatrunków? Lepiej, aby w nagłych przypadkach niczego nam nie brakło.
- Dobry pomysł, Robin – powiedział Chopper.
Robin dała Chopperowi trochę kasy, po czym powiedziała:
- No, a Meg pójdzie z tobą.
- Chodź, Robin! – zawołał Luffy.
- Już idę, kapitanie.
Pobiegła do nich i tak oto Chopper i Meg zostali sami z ważną misją do wypełnienia. Meg wzięła Choppera za rękę, bo myślała, że tak powinna zrobić, i zaczęli się rozglądać za jakąś apteką. Kiedy w końcu jakąś dojrzeli na samym końcu alei tuż przy porcie, pobiegli do niej co sił w nogach.
W środku nie było właściwie kolejki. Na wysokich półkach za ladą, piętrzyły się różne dziwne specyfiki, bandaże, opatrunki… Chopper zaczął się wszystkiemu przyglądać w zamyśleniu. Próbował sobie przypomnieć, czego im brakowało. Podszedł po chwili do okienka i zaczął wyliczać długą listę przeróżnych medycznych rzeczy.
- Jeszcze czternaście paczek bandaży… i dwanaście sztuk penicyliny…
- Kim wy właściwie jesteście? – powiedziała w końcu zszokowana farmaceutka.
Chopper uśmiechnął się szeroko i odparł:
- Powiedzmy, że często wpadamy w kłopoty. Nasza profesja wymaga często walki na pełnym morzu.
Farmaceutka dała Chopperowi wszystkie produkty, o które prosił, i wraz z Meg wyszli na zewnątrz. Już mieli wrócić na statek, kiedy nagle uwagę Meg przyciągnęła jakaś stara kobieta, która siedziała koło jakiegoś sklepu i grała na flecie. Nagle ze stojącego przed nią kosza wynurzyła się duża, czarna kobra. Meg i trzymany przez nią za rękę Chopper przyglądali się z napięciem temu jak wąż stoi przed staruszką, syczy i przygląda się jej z uwagą. Przez chwilę trwała nieruchomo w miejscu, a kiedy staruszka zaczęła poruszać w prawo i w lewo fletem, kobra wodziła za nim głową. Następnie stara flecistka pochyliła się bardziej ku kobrze, wąż zaś wycofał się do kosza. Staruszka pochylała się bardziej i bardziej, aż w końcu doszło do tego, że kobra całkiem schowała się w koszu, którego zaraz potem flecistka przykryła wiklinową pokrywką.
Rozległy się brawa. Następnie widownia zaczęła rzucać staruszce pieniądze i rozchodzić się. Jedynie Meg, a wraz z nią Chopper, stała w miejscu i wciąż przyglądała się tej zaklinaczce węża. To, co przed chwilą widziała, było niesamowite. Meg nagle pomyślała, że jakby potrafiła zaklinać tak przeciwnika, nie byłaby już taka bezbronna jak dotychczas. Flet nie byłby już tylko instrumentem, ale i bronią. Meg w jednej chwili zdecydowała się podejść do staruszki i zapytać ją o to jak ona to robi.
Puściła rękę Choppera, na co zdziwił się, i zbliżyła się do staruszki, która wciąż siedziała. Na widok dziewczyny nagle się uśmiechnęła.
- Czego chcesz, dziecko? Widzę, że cię coś ciekawi.
- Chciałabym wiedzieć… Czy mogłabyś mnie, matko, nauczyć tak hipnotyzować muzyką?
- „Hipnotyzować muzyką”? – zaśmiała się staruszka, po czym powiedziała: – Usiądź tu, dziecko. Wyjaśnię ci wszystko.
Meg usiadła po turecku tuż koło drugiego, mniejszego kosza. Staruszka pochyliła głowę bardziej ku niej, po czym uśmiechnęła się i szeptem zaczęła objaśniać:
- Muzyka nie gra tutaj żadnej istotnej roli, kochanie. Węże nie są ludźmi. Nie wzrusza ich melodia, bo nawet jej nie słyszą. Nie muzyką mamisz kobrę, lecz oczami. Nie możesz przerwać z nią kontaktu wzrokowego. Jeśli utrzymasz go dość długo, zmusisz ją do pójścia za sobą.
- A czy to działa również na ludzi? – zapytała nagle Meg.
- Pewnie tak, ale jest o wiele trudniej. O wiele dłużej musisz przyciągać uwagę człowieka. Ale jeśli umiesz grać automatycznie, to znaczy: nie musząc uważać na to, gdzie nacisnąć dziurki, możesz po jakimś czasie opanować tę sztukę.
- Właściwie umiem tak – stwierdziła Meg i uśmiechnęła się.
- Skoro tak, musisz jeszcze poćwiczyć koncentrację – odparła staruszka i powstała.
Meg również się podniosła z ziemi. Staruszka poszła w swoją stronę, a Meg powróciła do Choppera.
- Wracajmy na statek – powiedziała do renifera.
Skierowali się w stronę, gdzie powinien być zacumowany ich statek. Nagle z jednej wąskiej uliczki wybiegli z impetem Zoro, Robin i Luffy. Chwilę potem ze sklepu spożywczego i ulicy naprzeciw portu dołączyli do nich Usopp, Sanji, Nami i Franky. Goniła ich zgraja rybaków, którzy wołali: „Zabić piratów! Zabić piratów!”. I wszystko było jasne. Nawet na tym zadupiu są listy gończe.
Chopper i Meg przyłączyli się do uciekających. Biegli co sił w nogach w kierunku, w którym uciekała cała reszta.
- Dlaczego ich nie unieszkodliwicie? – zapytała w biegu Luffy’ego.
- To tylko rybacy. Nie przyszliśmy zrobić im krzywdę, tylko załatwić nasze sprawy, co już zrobiliśmy.
- Może ktoś im wyjaśni, że my jesteśmy ci dobrzy – wtrącił Usopp.
- Myślisz, że uwierzą, widząc nasze listy gończe? – odparł Sanji.
- Musimy ich zmylić, aby nie znaleźli statku – dodał Franky.
- Może ja ich zajmę? – zaproponowała Meg. – Odwrócę ich uwagę.
- Z całym szacunkiem, ale ich jest za dużo – powiedział Zoro. – Nawet jeśli paru zatrzymasz, reszta pójdzie za nami.
- Mimo to spróbuję.
Meg bardzo chciała się wreszcie na coś przydać. Przystanęła i odwróciła się do tłumu. Reszta Słomkowych, wbrew jej oczekiwaniom, również stanęła, aby sprawdzić, co się stanie. Poza tym nie chcieli zostawić członka załogi na pastwę losu.
Meg przyłożyła do ust flet i zaczęła grać TĘ melodię, bo znów się jej pierwsza nasuwała na myśl. Przez chwilę jeszcze biegli na nią, ale zaraz prowadzeni przez ciekawość, zatrzymali się przed nią. Po czole Meg popłynęło kilka kropel zimnego potu. Pierwszy raz musiała się zmierzyć z takim tłumem. Pierwszy raz w ogóle musiała się z kimś mierzyć. Stali przed nią i przyglądali się jej z zainteresowaniem, które mogło w każdej chwili przerodzić się znów w rządzę krwi. Kto wie, co mogą jej wtedy zrobić? Może nie było źle. Słomkowi stali tuż za nią, czuła to i wiedziała, że jej nie zostawią. Mimo strachu grała więc dalej. Może muzyka udobrucha rybaków i zostawią ich w spokoju.
Ale nagle musiała przerwać. Bieg i gra na flecie bardzo ją zmęczyły i w pewnym momencie poczuła, że musi odpocząć, bo jeśli jeszcze trochę będzie grać, straci oddech. Opuściła flet i spojrzała na tłum rybaków, którzy stali tylko w milczeniu i przyglądali się jej i Słomkowym pełnymi zdziwienia oczami. Trwała niezręczna cisza. Ktoś musiał ją przerwać i coś powiedzieć. W końcu z tłumu rybaków wystąpił jakiś postawny mężczyzna. Zakaszlał, aby oczyścić gardło, po czym zwrócił się do piratów:
- Odejdźcie stąd. Nie chcemy tu piratów, którzy nic tylko powodują burdy i grabią nasz biedny port.
- Nie chcieliśmy zrobić nic złego – zaczęła tłumaczyć wszystkich Nami. – Przyszliśmy tu tylko uzupełnić nasze zapasy i trochę odpocząć.
- Bardzo długo byliśmy na morzu – wtrącił Usopp. – Raz na jakiś czas musimy wyjść na suchy ląd.
- Skąd mamy wiedzieć, że nie chcecie nas obrabować? – zapytał mężczyzna. – Że po zajściu do gospody nie zdemolujecie jej, a po zjedzeniu i wypiciu raczycie zapłacić za wszystko.
- Słuchaj, człowieku – odezwał się lekko zdenerwowany jego słowami Sanji. – Weszliśmy z Nami-san do waszego spożywczaka i zapłaciliśmy za to, co kupiliśmy. Zapytaj sprzedawcę.
- Rolly? – zwrócił się do kogoś z tłumu mężczyzna. – Tak było?
- No… – zawahał się ktoś z tyłu. – Właściwie tak.
- Ja i Usopp weszliśmy do sklepu z narzędziami i też zapłaciliśmy grzecznie za wszystko – powiedział Franky.
- Mówi prawdę – wtrącił ktoś inny, najwyraźniej właściciel sklepu z narzędziami.
- A ja i Chopper kupiliśmy lekarstwa i opatrunki. Czy my zachowaliśmy się jakoś nietaktownie? – dodała od siebie Meg.
- Rzeczywiście byli bardzo mili – stwierdziła farmaceutka, której również nie było widać.
- A my? – zapytała Robin. – Czy my, chodząc sobie po mieście i pytając o różne rzeczy, robiliśmy coś złego?
- Raczej nie – powiedział mężczyzna na przedzie.
- Nieprawda! – dało się słyszeć z tyłu jakiś damski głos.
Niebawem przed tłum wyszła jakaś okrągła kobieta w fartuchu.
- Ten w słomianym kapeluszu wyżarł mi pół kuchni i zwiał.
Wszyscy Słomkowi spojrzeli z wyrzutem na swojego kapitana, który uśmiechnął się głupkowato, ale zaraz pojął najwyraźniej powagę sytuacji i przestał się szczerzyć. Podszedł do kobiety w fartuchu, pokłonił się jej i powiedział:
- Przepraszam, bardzo się śpieszyłem. Zoro mnie zawołał i musiałem do niego iść.
- Pani widzi, nasz kapitan jest trochę roztargniony – wtrąciła Robin. – Jeśli pani pozwoli zapłacę za niego.
Po rozliczeniu się wyszło na to, że jedzenie Luffy’ego pochłonęło 2/3 budżetu Robin, ale było warto. Rybacy upewnili się, że Słomkowi to ludzie honoru, i rozeszli się do swoich spraw. Załoga Słomianego Kapelusza zaś skierowała się na swój statek. Mieli już dość zakupów jak na jeden dzień.
Do tej samej wyspy, ale nieco później (około ósmej wieczór) i nieco dalej (na przeciwnym brzegu, gdzie były tylko piasek i dżungla) zawinął mały stateczek, wydawałoby się, całkiem nieważny, gdyby nie zawieszona na nim piracka flaga. Przedstawiała ona Wesołego Rogera z czerwonym nosem i dwoma nacięciami na oczach. Kiedy tylko stateczek opuścił kotwicę, na ląd zszedł kapitan Buggy. Jego ofensywny makijaż nawet w ciemnościach był doskonale widoczny. Rozejrzał się po okolicy. Po chwili na jego twarz rozpromieniła się w karykaturalnym i diabolicznym uśmiechu.
- Tak, to jest to. Wyłazić! – rozkazał w stronę statku.
Chwilę potem zeszła na ląd jego załoga. Mohji trzymał w rękach lampę naftową, która oświetliła ciemne zarośla. Alvida postawiła na ziemi beczkę, na której spoczęła lampa. Byli zbyt daleko od portu, aby ktoś ich dojrzał.
- Tutaj spędzimy noc, a jutro… – uśmiechnął się do własnych myśli.
- Pokonamy Słomianego Kapelusza – dokończyła, chichocząc złowieszczo Alvida.
- Ty głupia! – krzyknął na nią Buggy. – On jest dla nas za silny. 300,000,000 beri. Naprawdę chcesz się z nim mierzyć?
- Tak więc po co tu zawinęliśmy? – zapytał Cabaji. – Po co kazałeś nam się zatrzymywać na tej lichej wyspie?
- Tak się składa, że kilka dni temu wszedłem w posiadanie bardzo ciekawej i przydatnej dla nas informacji – powiedział Buggy i usiadł na piasku. – Otóż na statku Słomianego Kapelusza znajduje się obecnie nowy członek załogi, Czerwony Kapelusz Meg. Ta drobna i z pozoru nic niewarta dziewczyna jest siostrą mojego największego wroga, oczywiście drugiego po Słomianym Kapeluszu.
- Rudowłosego Shanksa – odgadła myśli kapitana Alvida.
- Właśnie – odrzekł. – Była na statku brata przez bardzo długi czas, a co za tym idzie zna jego budowę i załogę od podszewki. Jeśli uda się nam ją pojmać i wymusić na niej zeznania, mógłbym wreszcie się zemścić na tym rudym…
Buggy przypomniał sobie wszystkie te nieszczęścia, które wynikły z tego, że Shanks go zaskoczył tamtej pechowej nocy, i zadrżał ze złości. Potem uśmiechnął się na myśl o tym, że niedługo pozna sekrety, które będą kluczem do rychłej pomsty. Przywołał w wyobraźni obraz Shanksa umierającego w mękach. Zaraz jednak spoważniał.
- Teraz idziemy spać. Mohji, ty i Richie stoicie na warcie.
- Tak jest, kapitanie – odparł Mohji.
Wszyscy oprócz wartowników, położyli się do śpiworów i zaczęli spać. Jeszcze zanim zasnęli usłyszeli cichy głos mewy, która niewidoczna stała na pobliskim klifie i dopiero teraz odleciała do przycumowanego mile dalej wielkiego statku, gdzie czekał już Lou Mewa. Chwilę porozmawiał z mewą, po czym zaniósł ją do miejsca, gdzie mogła odpocząć. Następnie ruszył do kajuty kapitana.
Zastał go zamyślonego, nucącego pod nosem kołysankę, którą zwykle grała na flecie
Meg. Na dźwięk otwieranych drzwi, przetoczył powoli wzrokiem w stronę Lou, ale nie powiedział ani słowa. Czekał, aż jego majtek sam się odezwie.
- Mira potwierdza, że Klaun Buggy także osiadł na tej wyspie – wyjaśnił Lou. – Więcej: planuje porwać Meg, aby wyciągnąć od niej informacje na temat naszego statku i załogi.
- Chce dokonać abordażu na statek Luffy’ego? – zdumiał się Shanks. – Czyżby był aż tak pewny siebie?
- Nie sądzę, kapitanie – odpowiedział Lou. – Sam stwierdził, że walka z człowiekiem z 300,000,000 beri na głowie to samobójstwo.
- W takim razie spróbuje raczej jakiejś sztuczki – powiedział Shanks. –Ciekawe czy Meg go zauważyła? I czy to dlatego cięgle gra TĘ melodię? - uśmiechnął się i dodał: – Ja, Buggy i Luffy. W dodatku na jednej wyspie. To będzie ekscytujące spotkanie po latach.