Czerwony Kapelusz
Ten temat nie posiada streszczenia.
Aktualnie ten wątek przeglądają: 4 gości
1 2 3
Subskrybuj ten wątek Odpowiedź
RedHatMeg

Piracki oficer

Licznik postów: 661

RedHatMeg, 31-12-2008, 12:00
Rozdział 4
Słomkowi osiadli na lądzie niedaleko portu, ale dość daleko, aby nikt nie zauważył ich pirackiej flagi. Port był całkiem normalny – kilka łódek i statków przy brzegu, kilka metrów w głąb lądu różne knajpki, stragany, sklepy… Robin, Nami i Franky trzymali przy sobie worki z forsą.
Właściwie Słomkowi mogli od razu wszystko pozałatwiać i wrócić na statek, jeśli woleli to od snu w gospodzie i małej zabawy. Ale woleli jednak pokręcić się po mieście.
- To my z Sanjim pójdziemy uzupełnić zapasy jedzenia – powiedziała Nami i skierowała się w stronę jakiegoś sklepu spożywczego.
- Tak jest, Nami-swaaaaan! – odparł na to Sanji i ruszył za nią.
- Tylko duuuuuuuuużo mięsa – poinstruował ich Luffy.
- Tak, tak – odrzekł już normalnie Sanji.
- W takim razie ja i Usopp pójdziemy kupić jakieś narzędzia – powiedział Franky i wraz z Usoppem poszli przed siebie.
- Ja, Robin i Luffy rozejrzymy się po okolicy i spróbujemy zdobyć jakieś ciekawe informacje – powiedział Zoro.
Wszyscy troje już zaczęli kierować się w wąską uliczkę po lewej i zostawić Choppera i Meg samych, kiedy nagle Robin się zatrzymała, odwróciła do nich i powiedziała z uśmiechem:
- Doktorze, czy nie powinieneś uzupełnić zapasów lekarstw i opatrunków? Lepiej, aby w nagłych przypadkach niczego nam nie brakło.
- Dobry pomysł, Robin – powiedział Chopper.
Robin dała Chopperowi trochę kasy, po czym powiedziała:
- No, a Meg pójdzie z tobą.
- Chodź, Robin! – zawołał Luffy.
- Już idę, kapitanie.
Pobiegła do nich i tak oto Chopper i Meg zostali sami z ważną misją do wypełnienia. Meg wzięła Choppera za rękę, bo myślała, że tak powinna zrobić, i zaczęli się rozglądać za jakąś apteką. Kiedy w końcu jakąś dojrzeli na samym końcu alei tuż przy porcie, pobiegli do niej co sił w nogach.
W środku nie było właściwie kolejki. Na wysokich półkach za ladą, piętrzyły się różne dziwne specyfiki, bandaże, opatrunki… Chopper zaczął się wszystkiemu przyglądać w zamyśleniu. Próbował sobie przypomnieć, czego im brakowało. Podszedł po chwili do okienka i zaczął wyliczać długą listę przeróżnych medycznych rzeczy.
- Jeszcze czternaście paczek bandaży… i dwanaście sztuk penicyliny…
- Kim wy właściwie jesteście? – powiedziała w końcu zszokowana farmaceutka.
Chopper uśmiechnął się szeroko i odparł:
- Powiedzmy, że często wpadamy w kłopoty. Nasza profesja wymaga często walki na pełnym morzu.
Farmaceutka dała Chopperowi wszystkie produkty, o które prosił, i wraz z Meg wyszli na zewnątrz. Już mieli wrócić na statek, kiedy nagle uwagę Meg przyciągnęła jakaś stara kobieta, która siedziała koło jakiegoś sklepu i grała na flecie. Nagle ze stojącego przed nią kosza wynurzyła się duża, czarna kobra. Meg i trzymany przez nią za rękę Chopper przyglądali się z napięciem temu jak wąż stoi przed staruszką, syczy i przygląda się jej z uwagą. Przez chwilę trwała nieruchomo w miejscu, a kiedy staruszka zaczęła poruszać w prawo i w lewo fletem, kobra wodziła za nim głową. Następnie stara flecistka pochyliła się bardziej ku kobrze, wąż zaś wycofał się do kosza. Staruszka pochylała się bardziej i bardziej, aż w końcu doszło do tego, że kobra całkiem schowała się w koszu, którego zaraz potem flecistka przykryła wiklinową pokrywką.
Rozległy się brawa. Następnie widownia zaczęła rzucać staruszce pieniądze i rozchodzić się. Jedynie Meg, a wraz z nią Chopper, stała w miejscu i wciąż przyglądała się tej zaklinaczce węża. To, co przed chwilą widziała, było niesamowite. Meg nagle pomyślała, że jakby potrafiła zaklinać tak przeciwnika, nie byłaby już taka bezbronna jak dotychczas. Flet nie byłby już tylko instrumentem, ale i bronią. Meg w jednej chwili zdecydowała się podejść do staruszki i zapytać ją o to jak ona to robi.
Puściła rękę Choppera, na co zdziwił się, i zbliżyła się do staruszki, która wciąż siedziała. Na widok dziewczyny nagle się uśmiechnęła.
- Czego chcesz, dziecko? Widzę, że cię coś ciekawi.
- Chciałabym wiedzieć… Czy mogłabyś mnie, matko, nauczyć tak hipnotyzować muzyką?
- „Hipnotyzować muzyką”? – zaśmiała się staruszka, po czym powiedziała: – Usiądź tu, dziecko. Wyjaśnię ci wszystko.
Meg usiadła po turecku tuż koło drugiego, mniejszego kosza. Staruszka pochyliła głowę bardziej ku niej, po czym uśmiechnęła się i szeptem zaczęła objaśniać:
- Muzyka nie gra tutaj żadnej istotnej roli, kochanie. Węże nie są ludźmi. Nie wzrusza ich melodia, bo nawet jej nie słyszą. Nie muzyką mamisz kobrę, lecz oczami. Nie możesz przerwać z nią kontaktu wzrokowego. Jeśli utrzymasz go dość długo, zmusisz ją do pójścia za sobą.
- A czy to działa również na ludzi? – zapytała nagle Meg.
- Pewnie tak, ale jest o wiele trudniej. O wiele dłużej musisz przyciągać uwagę człowieka. Ale jeśli umiesz grać automatycznie, to znaczy: nie musząc uważać na to, gdzie nacisnąć dziurki, możesz po jakimś czasie opanować tę sztukę.
- Właściwie umiem tak – stwierdziła Meg i uśmiechnęła się.
- Skoro tak, musisz jeszcze poćwiczyć koncentrację – odparła staruszka i powstała.
Meg również się podniosła z ziemi. Staruszka poszła w swoją stronę, a Meg powróciła do Choppera.
- Wracajmy na statek – powiedziała do renifera.
Skierowali się w stronę, gdzie powinien być zacumowany ich statek. Nagle z jednej wąskiej uliczki wybiegli z impetem Zoro, Robin i Luffy. Chwilę potem ze sklepu spożywczego i ulicy naprzeciw portu dołączyli do nich Usopp, Sanji, Nami i Franky. Goniła ich zgraja rybaków, którzy wołali: „Zabić piratów! Zabić piratów!”. I wszystko było jasne. Nawet na tym zadupiu są listy gończe.
Chopper i Meg przyłączyli się do uciekających. Biegli co sił w nogach w kierunku, w którym uciekała cała reszta.
- Dlaczego ich nie unieszkodliwicie? – zapytała w biegu Luffy’ego.
- To tylko rybacy. Nie przyszliśmy zrobić im krzywdę, tylko załatwić nasze sprawy, co już zrobiliśmy.
- Może ktoś im wyjaśni, że my jesteśmy ci dobrzy – wtrącił Usopp.
- Myślisz, że uwierzą, widząc nasze listy gończe? – odparł Sanji.
- Musimy ich zmylić, aby nie znaleźli statku – dodał Franky.
- Może ja ich zajmę? – zaproponowała Meg. – Odwrócę ich uwagę.
- Z całym szacunkiem, ale ich jest za dużo – powiedział Zoro. – Nawet jeśli paru zatrzymasz, reszta pójdzie za nami.
- Mimo to spróbuję.
Meg bardzo chciała się wreszcie na coś przydać. Przystanęła i odwróciła się do tłumu. Reszta Słomkowych, wbrew jej oczekiwaniom, również stanęła, aby sprawdzić, co się stanie. Poza tym nie chcieli zostawić członka załogi na pastwę losu.
Meg przyłożyła do ust flet i zaczęła grać TĘ melodię, bo znów się jej pierwsza nasuwała na myśl. Przez chwilę jeszcze biegli na nią, ale zaraz prowadzeni przez ciekawość, zatrzymali się przed nią. Po czole Meg popłynęło kilka kropel zimnego potu. Pierwszy raz musiała się zmierzyć z takim tłumem. Pierwszy raz w ogóle musiała się z kimś mierzyć. Stali przed nią i przyglądali się jej z zainteresowaniem, które mogło w każdej chwili przerodzić się znów w rządzę krwi. Kto wie, co mogą jej wtedy zrobić? Może nie było źle. Słomkowi stali tuż za nią, czuła to i wiedziała, że jej nie zostawią. Mimo strachu grała więc dalej. Może muzyka udobrucha rybaków i zostawią ich w spokoju.
Ale nagle musiała przerwać. Bieg i gra na flecie bardzo ją zmęczyły i w pewnym momencie poczuła, że musi odpocząć, bo jeśli jeszcze trochę będzie grać, straci oddech. Opuściła flet i spojrzała na tłum rybaków, którzy stali tylko w milczeniu i przyglądali się jej i Słomkowym pełnymi zdziwienia oczami. Trwała niezręczna cisza. Ktoś musiał ją przerwać i coś powiedzieć. W końcu z tłumu rybaków wystąpił jakiś postawny mężczyzna. Zakaszlał, aby oczyścić gardło, po czym zwrócił się do piratów:
- Odejdźcie stąd. Nie chcemy tu piratów, którzy nic tylko powodują burdy i grabią nasz biedny port.
- Nie chcieliśmy zrobić nic złego – zaczęła tłumaczyć wszystkich Nami. – Przyszliśmy tu tylko uzupełnić nasze zapasy i trochę odpocząć.
- Bardzo długo byliśmy na morzu – wtrącił Usopp. – Raz na jakiś czas musimy wyjść na suchy ląd.
- Skąd mamy wiedzieć, że nie chcecie nas obrabować? – zapytał mężczyzna. – Że po zajściu do gospody nie zdemolujecie jej, a po zjedzeniu i wypiciu raczycie zapłacić za wszystko.
- Słuchaj, człowieku – odezwał się lekko zdenerwowany jego słowami Sanji. – Weszliśmy z Nami-san do waszego spożywczaka i zapłaciliśmy za to, co kupiliśmy. Zapytaj sprzedawcę.
- Rolly? – zwrócił się do kogoś z tłumu mężczyzna. – Tak było?
- No… – zawahał się ktoś z tyłu. – Właściwie tak.
- Ja i Usopp weszliśmy do sklepu z narzędziami i też zapłaciliśmy grzecznie za wszystko – powiedział Franky.
- Mówi prawdę – wtrącił ktoś inny, najwyraźniej właściciel sklepu z narzędziami.
- A ja i Chopper kupiliśmy lekarstwa i opatrunki. Czy my zachowaliśmy się jakoś nietaktownie? – dodała od siebie Meg.
- Rzeczywiście byli bardzo mili – stwierdziła farmaceutka, której również nie było widać.
- A my? – zapytała Robin. – Czy my, chodząc sobie po mieście i pytając o różne rzeczy, robiliśmy coś złego?
- Raczej nie – powiedział mężczyzna na przedzie.
- Nieprawda! – dało się słyszeć z tyłu jakiś damski głos.
Niebawem przed tłum wyszła jakaś okrągła kobieta w fartuchu.
- Ten w słomianym kapeluszu wyżarł mi pół kuchni i zwiał.
Wszyscy Słomkowi spojrzeli z wyrzutem na swojego kapitana, który uśmiechnął się głupkowato, ale zaraz pojął najwyraźniej powagę sytuacji i przestał się szczerzyć. Podszedł do kobiety w fartuchu, pokłonił się jej i powiedział:
- Przepraszam, bardzo się śpieszyłem. Zoro mnie zawołał i musiałem do niego iść.
- Pani widzi, nasz kapitan jest trochę roztargniony – wtrąciła Robin. – Jeśli pani pozwoli zapłacę za niego.
Po rozliczeniu się wyszło na to, że jedzenie Luffy’ego pochłonęło 2/3 budżetu Robin, ale było warto. Rybacy upewnili się, że Słomkowi to ludzie honoru, i rozeszli się do swoich spraw. Załoga Słomianego Kapelusza zaś skierowała się na swój statek. Mieli już dość zakupów jak na jeden dzień.

Do tej samej wyspy, ale nieco później (około ósmej wieczór) i nieco dalej (na przeciwnym brzegu, gdzie były tylko piasek i dżungla) zawinął mały stateczek, wydawałoby się, całkiem nieważny, gdyby nie zawieszona na nim piracka flaga. Przedstawiała ona Wesołego Rogera z czerwonym nosem i dwoma nacięciami na oczach. Kiedy tylko stateczek opuścił kotwicę, na ląd zszedł kapitan Buggy. Jego ofensywny makijaż nawet w ciemnościach był doskonale widoczny. Rozejrzał się po okolicy. Po chwili na jego twarz rozpromieniła się w karykaturalnym i diabolicznym uśmiechu.
- Tak, to jest to. Wyłazić! – rozkazał w stronę statku.
Chwilę potem zeszła na ląd jego załoga. Mohji trzymał w rękach lampę naftową, która oświetliła ciemne zarośla. Alvida postawiła na ziemi beczkę, na której spoczęła lampa. Byli zbyt daleko od portu, aby ktoś ich dojrzał.
- Tutaj spędzimy noc, a jutro… – uśmiechnął się do własnych myśli.
- Pokonamy Słomianego Kapelusza – dokończyła, chichocząc złowieszczo Alvida.
- Ty głupia! – krzyknął na nią Buggy. – On jest dla nas za silny. 300,000,000 beri. Naprawdę chcesz się z nim mierzyć?
- Tak więc po co tu zawinęliśmy? – zapytał Cabaji. – Po co kazałeś nam się zatrzymywać na tej lichej wyspie?
- Tak się składa, że kilka dni temu wszedłem w posiadanie bardzo ciekawej i przydatnej dla nas informacji – powiedział Buggy i usiadł na piasku. – Otóż na statku Słomianego Kapelusza znajduje się obecnie nowy członek załogi, Czerwony Kapelusz Meg. Ta drobna i z pozoru nic niewarta dziewczyna jest siostrą mojego największego wroga, oczywiście drugiego po Słomianym Kapeluszu.
- Rudowłosego Shanksa – odgadła myśli kapitana Alvida.
- Właśnie – odrzekł. – Była na statku brata przez bardzo długi czas, a co za tym idzie zna jego budowę i załogę od podszewki. Jeśli uda się nam ją pojmać i wymusić na niej zeznania, mógłbym wreszcie się zemścić na tym rudym…
Buggy przypomniał sobie wszystkie te nieszczęścia, które wynikły z tego, że Shanks go zaskoczył tamtej pechowej nocy, i zadrżał ze złości. Potem uśmiechnął się na myśl o tym, że niedługo pozna sekrety, które będą kluczem do rychłej pomsty. Przywołał w wyobraźni obraz Shanksa umierającego w mękach. Zaraz jednak spoważniał.
- Teraz idziemy spać. Mohji, ty i Richie stoicie na warcie.
- Tak jest, kapitanie – odparł Mohji.
Wszyscy oprócz wartowników, położyli się do śpiworów i zaczęli spać. Jeszcze zanim zasnęli usłyszeli cichy głos mewy, która niewidoczna stała na pobliskim klifie i dopiero teraz odleciała do przycumowanego mile dalej wielkiego statku, gdzie czekał już Lou Mewa. Chwilę porozmawiał z mewą, po czym zaniósł ją do miejsca, gdzie mogła odpocząć. Następnie ruszył do kajuty kapitana.
Zastał go zamyślonego, nucącego pod nosem kołysankę, którą zwykle grała na flecie
Meg. Na dźwięk otwieranych drzwi, przetoczył powoli wzrokiem w stronę Lou, ale nie powiedział ani słowa. Czekał, aż jego majtek sam się odezwie.
- Mira potwierdza, że Klaun Buggy także osiadł na tej wyspie – wyjaśnił Lou. – Więcej: planuje porwać Meg, aby wyciągnąć od niej informacje na temat naszego statku i załogi.
- Chce dokonać abordażu na statek Luffy’ego? – zdumiał się Shanks. – Czyżby był aż tak pewny siebie?
- Nie sądzę, kapitanie – odpowiedział Lou. – Sam stwierdził, że walka z człowiekiem z 300,000,000 beri na głowie to samobójstwo.
- W takim razie spróbuje raczej jakiejś sztuczki – powiedział Shanks. –Ciekawe czy Meg go zauważyła? I czy to dlatego cięgle gra TĘ melodię? - uśmiechnął się i dodał: – Ja, Buggy i Luffy. W dodatku na jednej wyspie. To będzie ekscytujące spotkanie po latach.
Cornyh

Piracki wojownik

Licznik postów: 125

Cornyh, 02-01-2009, 19:29
Spotkanie po latach ^^ Porwanie Meg ^^ Brzmi ciekawie ^^
RedHatMeg

Piracki oficer

Licznik postów: 661

RedHatMeg, 03-01-2009, 12:43
Rozdział 5
Meg znów wstała wczesnym rankiem. Ostatniej nocy źle spała. Wciąż myślała o tym, co powiedziała jej staruszka i w związku z tym Czerwony Kapelusz był zbyt podekscytowany, aby spokojnie zasnąć. Sen dopadł ją późnym wieczorem.
Teraz na statku nie było nikogo. Meg przez chwilę krzątała się po pokładzie, kiedy nagle na balustradzie przysiadła spora mewa. Meg w jednej chwili pomyślała, że to idealna okazja, aby poćwiczyć hipnozę. Ostrożnie wyciągnęła flet i zaczęła na nim grać. Mewa nagle zwróciła uwagę na flecistkę przed sobą i wtedy Meg spojrzała jej głęboko w oczy. Szybko zrozumiała, że granie i jednocześnie skupienie się na mewie nie jest takie łatwe. Raz skupiła uwagę i myśli na jednym, a zaraz potem na drugim i tak w kółko, a tymczasem „obiekt hipnotyzowany” nawet nie reagował, kiedy Meg podchodziła albo zbliżała się do mewy. Stała po prostu na swoim miejscu, a w jej oczach malowało się zdziwienie, aż w końcu rozpostarła skrzydła i odleciała, utwierdzając Meg w przekonaniu, że nie potrafi hipnotyzować.
Dziewczyna westchnęła i ze zniechęceniem usiadła po turecku na podłodze. Może źle zaczęła? Może powinna poćwiczyć na czymś nieruchomym i opanować sztukę koncentracji na dwóch rzeczach jednocześnie?
Chwilę potem zaświtał jej pewien pomysł. Szybko pobiegła do kajuty Usoppa. Zapukała energicznie i zaczekała. Po chwili po drugiej stronie dało się usłyszeć jego zaspany i rozdrażniony głos:
- Tak, tak, zaraz otwieram.
Kiedy uchylił drzwi i zobaczył przed sobą Meg, w pierwszej chwili zdumiał się, a zaraz potem spojrzał na nią chłodno.
- Po co mnie budzisz o tak barbarzyńskiej porze, Meg?
- Mam do ciebie prośbę. Podobno malujesz.
Na twarzy Usoppa pojawił się uśmiech.
- O, tak. Jestem najlepszym malarzem na świecie – powiedział pewnym siebie tonem. – Co chcesz, abym ci narysował?
- Oczy – odparła.
- Oczy? – zdziwił się. – Tylko oczy?
- Tylko. Na ścianie w mojej kajucie – wyjaśniła. – Zrób to dla mnie, proszę.
- Skoro tego chcesz…
Powrócił do siebie. Wziął ze sobą farbę i pędzel i powrócił do Meg. Następnie zaprowadziła go do swojej kajuty, gdzie zabrał się do dzieła. Trwało to jakieś pięć sekund. Tyle potrzebował Usopp, aby na żółtej ścianie namalować dwie elipsy i kropki, robiące za źrenice. Zaraz cofnął się o parę kroków i z dumą zapytał:
- Może być?
- O to właśnie chodziło. Wielkie dzięki, Usopp – odpowiedziała.
- W takim razie wielki malarz Usopp-sama wraca do wyrka – oznajmił nie bez dumy i wyszedł.
Meg stanęła naprzeciw namalowanych oczu i rozpoczęła grę na flecie. Jednocześnie próbowała skupić się na rysunku. Wiedziała, że długo potrwa, zanim osiągnie koncentrację całkowitą, ale warto było spróbować. Spędziła na tym ćwiczeniu cały dzień, z przerwami na oddech lub jedzenie. Doszła do takiej wprawy, że potrafiła automatycznie grać melodię, jednocześnie koncentrując się na oczach przed sobą. Kiedy więc poszła spać, czuła się niesamowicie dumna z siebie.

- To naprawdę nie do wiary, Luffy! – odezwał się z zewnątrz rozdrażniony głos Usoppa.
Meg mrugnęła kilka razy sennymi powiekami i podniosła się z hamaka i wyszła sprawdzić, co się dzieje. Był ranek. Na zewnątrz cała załoga w piżamach i koszulach nocnych zebrała się, aby – jak Meg – dowiedzieć się, co się stało. Pierwsza zapytała Nami:
- Czemu tak wrzeszczysz, Usopp?
- Ten idiota wyżarł całe zapasy – wyjaśnił Usopp, celując palcem w wesołego Luffy’ego.
- Że co?! – krzyknęli wszyscy.
- To jedzenie wołało do mnie: „Zjedz nas! Zjedz nas!”. Nie mogłem się oprzeć – tłumaczył się Luffy.
- Teraz już przeszedłeś samego siebie – odezwał się do kapitana Zoro. – Przez ciebie będziemy musieli znowu uzupełnić zapasy.
- Tak przy okazji możemy też dokupić krem – dodała nagle Nami.
- I cień do powiek – wtrąciła Robin.
- Nagle wyszło też drewno – odezwał się Franky.
- Dziwne – stwierdził Zoro.
W ciągu kilku minut Słomkowi sporządzili listę rzeczy, których im brakowało, po czym wszyscy razem ruszyli na miasto. Zaraz jak tylko zeszli na ląd stanął przed nim wysoki klaun. Miał gigantyczne, zielone afro na głowie, był ubrany w charakterystyczne kolorowe body z wielkimi guzikami, a na twarzy miał tradycyjny makijaż i czerwony nos. Luffy, Nami i Zoro mogli przysiąc, że skądś go znali, ale nie pamiętali skąd.
Zaczął się popisywać. Wsiadł na bicykl, w rękach trzymał dwa balony. Począł jeździć dookoła piratów i śmiejąc się głupawo, przechylał się w prawo bądź w lewo. Zrobił trzy kółka, po czym przystanął znów przed widownią i zszedł z bicykla. Zaraz wyszedł skądś drugi klaun podobny do pierwszego, ale kobieta, i oboje odegrali scenkę kłótni, która zakończyła się tym, że oboje rzucili w siebie nawzajem ciastem. Przy czym ciasto, które wylądowało na klaunie-kobiecie spłynęło o wiele szybciej niż to z klauna-mężczyzny.
Zabawa się rozkręcała. Słomkowi zapomnieli o zapasach i wciągnęli się w przedstawienie, które się przed nimi rozgrywało. Po chwili pojawił się trzeci klaun, w masce i z wielkim, dmuchanym młotkiem w rękach. Zaczął ścigać dwa pozostałe. Nagle dwaj pierwsi klauni zaczęli gonić tego w masce. Pobiegał chwilę w kółko, po czym wskoczył do wody z wielkim chlupotem. Zaraz wynurzył się, ale jeszcze nie wychodził, tylko siedział w wodzie. Piracka widownia wybuchła chichotem.
Jakaś ręka zakryła Meg usta, a ktoś inny złapał ją za nadgarstki. Kiedy dziewczyna spojrzała na to, co ją uciszyło, zorientowała się, że jest to sama ręka. Ten, kto trzymał ją od tyłu, zaczął ciągnąć ją do jakiegoś ciemnego zaułka. Meg ugryzła rękę, aby móc krzyknąć.
- Auć! – wrzasnął klaun w wodzie zaraz po tym jak Meg to zrobiła.
- Pomocy! – krzyknął Czerwony Kapelusz. Zaraz potem ręka znów zatkała jej usta.
Wszyscy Słomkowi spojrzeli w jej stronę. Zoro wyciągnął katany i wziął się za Cabajiego. Stanął naprzeciwko akrobaty, który wsiadł na bicykl. Wymienili pewne siebie spojrzenia.
- Witaj, Cabaji – odezwał się Zoro. – Chcesz, widzę, popełnić samobójstwo.
- Zaraz zginiesz, Roronoa Zoro – odparł akrobata.
Zaczęli walczyć. Tymczasem…
Robin użyła swoich mocy, aby wydobyć ze statku broń Nami i po chwili dziewczyna trzymała ją w ręce. Podeszła do Alvidy.
- Zdaje się, że my powalczymy razem, Alvida.
- Szykuj się na śmierć, złodziejko.
Tymczasem…
Luffy podbiegł do Buggy’ego.
- Jak to możliwe, że nie toniesz w wodzie?
Buggy zaśmiał się tylko pod maską i po chwili wynurzył się z wody Richie, na którym klaun stał. Następnie Buggy ściągnął maskę i wyrzucił ją do morza, po czym zeskoczył z grzbietu bestii na ląd. Tymczasem powróciła do niego ręka, którą zatykał Meg usta.
- Idź pomóc Mohjiemu – zwrócił się do lwa.
Lew przytaknął, wyszedł na ląd i powoli skierował się w stronę, w którą pobiegł jego poskromiciel. Za nim ruszył Franky.
Buggy zaś odwrócił się w stronę Luffy’ego z pełnym jadu uśmiechem. Słomiany Kapelusz zaś rzucił mu chłodne spojrzenie.
- Znów się spotykamy – odezwał się Buggy. – I wciąż nosisz ten głupi kapelusz.
- Czego chcesz od Meg? – zapytał Luffy.
- Myślisz, że ci powiem? Szykuj się lepiej na śmierć, Słomiany Kapeluszu.
Tymczasem…
Sanji i Chopper wybiegli pomóc Meg, ciągniętej przez Mohjiego w stronę miasta.
- Już ja ci pokażę tak traktować damę – powiedział do poskromiciela lwów Sanji. – Stań i walcz.
Mohji stanął, Sanji i Chopper też. Poskromiciel lwów wyciągnął bat i strzelił nim dwa razy. To jednak nie odstraszyło obu mężczyzn. Problem leżał w tym jak uratować Meg. Dopóki trzymał ją w uścisku, musieli uważać. Trzeba było to dobrze rozegrać.
Niebawem usłyszeli z oddali huk. To Franky strzelił do Richiego, ale lew jeszcze trzymał się na nogach. Sprawa się komplikowała. Sanji i Chopper doszli jednak do wniosku, że Franky sobie poradzi, oni mieli ważniejszą rzecz do załatwienia.
- Puść ją, ośla małpo – nakazał twardo Sanji.
- Bo co mi zrobicie? Dopóki trzymam ją, nie możecie mi nic zrobić. Chyba nie zaryzykujecie aż tak bardzo? Atakując mnie, możecie zranicie członka waszej załogi.
- Zdaje się, że ty też nie możesz jej zranić – odparł z chytrym uśmieszkiem Sanji. – Twój szef z jakiegoś powodu też chce ją mieć. Zniszczysz jego cały misterny plan, robiąc krzywdę zakładnikowi?
Mohji skrzywił się, bo Sanji miał rację.
Tymczasem…
- Hundred Spin Tops Wind Attack! – wrzasnął Cabaji, rzucając w stronę Zoro kilka swoich zabawek.
Zoro stał i czekał aż pierwsze z bąków do niego dotrą. Zaraz jak się zbliżyły, zniszczył je paroma zgrabnymi cięciami. Był jednak za powolny, gdyż już nadciągały następne. Przyglądający się wszystkiemu Usopp podniósł się z ziemi, wyciągnął procę i zaczął odstrzeliwać resztę.
- Idioto, nie wtrącaj się! To moja walka! – krzyknął do Usoppa Zoro. Obaj jednak nie przerywali niszczenia zabawek Cabajiego.
- Ja ci tylko pomagam, ośle! – odkrzyknął Usopp.
- Po prostu przestań!
Usopp schował procę i usiadł na zadku. Taka niewdzięczność.
Cabaji jednak wciąż kierował w stronę Zoro swoje bąki. W miarę jak ich przybywało, Zoro coraz trudniej było je niszczyć. Wiele docierało do niego i powodowało liczne rany. Po jakimś czasie znów parę z nich zostało zestrzelonych i potoczyło się po ziemi w stronę Usoppa.
- Coś mówiłem, Usopp! – wrzasnął Zoro.
- Ale ja nic nie zrobiłem!
Kiedy Usopp spojrzał na leżące koło niego odstrzelone bąki i podniósł jeden z nich, zauważył na nim sadzę, a to oznaczało, że ktoś je zestrzelił z pistoletu. Niebawem Cabajiemu skończyła się „amunicja”.
Tymczasem…
- Gomu Gomu no Pistol!
Dwie łapy Luffy’ego wystrzeliły w stronę Buggy’ego i trafiły prosto w jego brzuch. Buggy poleciał kilka metrów dalej, ale zdążył sam wyrzucić obie swoje dłonie, aby zaatakowały Słomianego Kapelusza. Zaczęły łaskotać Luffy’ego pod pachami tak, że wydłużone ręce opadły na ziemię jak rozciągnięty wąż strażacki. Buggy jednak zaraz potem sam stał się ofiarą własnej sztuczki, bowiem dotąd bezczynna Robin połaskotała go i to w wielu miejscach na raz.
Tymczasem…
Franky ustrzelił Richiego jeszcze dwa razy, zanim lew opadł na ziemię. Sądząc jednak po jego aktywnej klatce piersiowej, był ranny, lecz raczej żywy. Franky ruszył więc co sił w nogach w stronę Meg i Mohjiego.
Tymczasem…
- Heat Ball! – krzyknęła Nami i pokręciła clima-tactem.
Niebawem z laski wyleciały trzy bąbelki ciepłego powietrza. Alvida nawet przed nimi nie uciekała. Po prostu stała, uśmiechając się szyderczo. Kiedy tylko bąbelki ją dosięgły, spłynęły po niej jak po kaczce. Nami zrozumiała, że ma do czynienia z twardym przeciwnikiem. Ale już wiedziała jak ją załatwić. Krzyknęła:
- Weather is cyclone!
Alvida zdumiała się, kiedy podążał w jej stronę cyklon powietrza, który chwilę potem podniósł ją do góry i wyrzucił daleko poza zamieszkałą część wyspy.
Tymczasem…
Cabaji wyciągnął miecz i teraz naprawdę zaczęła się walka między dwoma szermierzami. Cabaji coraz szybciej zbliżał się na bicyklu do Zoro. Roronoa jednak tylko czekał, aż akrobata się pojawi i przeciął go, jak to miał w zwyczaju. Cabaji padł na ziemię ranny. Zoro schował miecze i rozejrzał po okolicy. Alvidy nie było, Buggy tarzał się ze śmiechu od łaskotek Robin, a Richie i Cabaji leżeli pokonani. Wyglądało na to, że teraz musieli zrobić tylko jedno. I chyba Luffy też doszedł do tego wniosku, bo podniósł się i z poważną miną – tą zaciętą, pełną determinacji miną – skierował się w stronę, którą nie tak dawno biegł z Meg Mohji.
- Chodźcie – powiedział do wszystkich. – Sprawdźmy jak poszło Sanjiemu i Chopperowi.
Najuch

Imperator

Licznik postów: 2,656

Najuch, 03-01-2009, 12:51
Po pierwsze nie wydaje mi się, żeby bączki Cabaji'ego mogly cokolwiek zrobić Zoro z jego siłą po Water Seven. Poza tym Cabaji nie jeździ na bicyklu, a monocyklu. Bicykl ma dwa koła.

Ogólnie rozdział fajny, choć walka absolutnie nie porywająca... Wątpie, żeby Buggy był az takim idiotą by walczyc ze Słomianymi - za słaby jest i dobrze o tym wie. Za to porwanie Meg. Hm, jednak marysuizm mocny. Nie mówię, że to źle, zobaczymy jak się rozwinie sytuacja i mam nadzieje ze nie tak kanonicznie jak się spodziewam.
Szogun

Pierwszy oficer

Licznik postów: 1,249

Szogun, 04-01-2009, 07:25
Znaczy się dla mnie duży plus, ja jestem tak mało oryginalny że mi się podoba wszytko w czym występuje Buggy ( czemu mi nie powiedziałaś?! :zdziwko: ). Znaczy powiem tak, co do tego czy Buggy by się nie rzucił na słomianych to nie wiem, wiem natomiast że to Tymczasem... następowało o niebo za szybko i często. Wypowiem się teraz o poprzednich częściach. Błagam Meguś słomianych nie słomkowych jak słysze słomkowych to widzę luffyego w kapeluszu ze słomek do koktajli. Vampi jak wy możecie widzieć wChopperze zwierzę? Dla mnie jest bardziej ludzki niż większość bohaterów. A jak ktoś pisał nie liczą się korzenie tylko to jaki jesteś. Dlatego w moich oczach jeśli Chopper jest zwierzęciem to Lucci, Kaku, Jyabura, Pell, Chaka również. Paring Robin Chopper się czasami pojawia, ciekawe kto tak obstawia :] ? Wiesz coś naciaganego było w rozmowie z tą staruszką i nie chodzi o tekst tylko przebieg, tak ni dowidzenia, dziękuje ani pocałuj mnie w dupę. Po trzecie wiele Mary Sue tutaj nie ma, czytalo się gorsze! Czekam na więcej! I nie mecz tak Buggy'ego. A Zoro nie ma skóry ze stali to go ranią ostrza, przecież mogą.
RedHatMeg

Piracki oficer

Licznik postów: 661

RedHatMeg, 04-01-2009, 17:28
Rozdział 6
Niebawem wszyscy Słomkowi otoczyli Mohjiego, który wciąż trzymał przy sobie Meg. Wydawało się, że jest bez szans, ale wciąż miał atut – zakładniczkę. Póki trzymał ją w uścisku, był pewien, że wszystko było dobrze.
- Oddaj, Meg – odezwał się pierwszy Luffy.
- Powtarzacie się – zakpił Mohji. – Co mi zrobicie jak tego nie zrobię?
- Jesteś otoczony i nie masz już żadnego wsparcia. Poddaj się – oświadczył Zoro.
- Nic z tego – odparł Mohji i wystawił język.
- Dobra, sam tego chciałeś – powiedziała Robin.
Użyła wrodzonej mocy i złapała Mohjiego za nadgarstki i kostki. Przycisnęła go mocno, przez co poskromiciel lwów rozluźnił uścisk i Meg była wolna. Już było po wszystkim, ale to jej nie ucieszyło. Czuła się taka bezbronna…
- Buggy i jego zbiry pokonani, ale my nadal musimy zrobić zakupy – przypomniał Zoro.
- Zrobimy tak – zaczęła Nami. – Chopper, Robin, Sanji, Usopp i Luffy wrócą na statek z Meg, a ja i reszta załatwimy zapasy.
- Dobry pomysł, Nami-san – przyznał Sanji.
- To idziemy – powiedział Luffy.
Objął Meg ramieniem, aby dodać jej otuchy, i wszyscy sześcioro powrócili powoli na statek. Po drodze nie zastali nikogo na miejscu, gdzie rozegrała się cała walka. A to dlatego, że Buggy ocucił Richiego i Cabajiego i wszyscy trzej poszli poszukać Alvidy i lizać rany.
Meg, Chopper, Sanji, Usopp i Luffy powoli dostali się na statek, a tam Meg weszła do swojej kajuty i się załamała. Bardziej niż kiedykolwiek czuła w tej chwili jaka jest słaba. Gdyby Shanks się dowiedział… Gdyby to zobaczył…
Wyciągnęła swój flet i przyjrzała się mu ze smutkiem. Był symbolem jej słabości. Równie beznadziejny, równie bezużyteczny podczas walki jak ona. Powinna go zniszczyć. Postanowiła natychmiast wprowadzić ten plan w życie. Złapała flet za oba końce i już miała go złamać, kiedy nagle jakaś ręka chwyciła flet i go jej zabrała.
To była ręka Luffy’ego. Stał w drzwiach, a za nim tłoczyła się reszta obecnych na statku Słomkowych. Wszyscy weszli do środka. Luffy usiadł na krześle, a reszta znalazła sobie miejsca przy ścianach. Meg spojrzała na kapitana. Na twarzy wciąż miał tę samą poważną minę, co w tym momencie, kiedy żądał od Mohjiego, aby puścił Czerwonego Kapelusza.
- Po co chciałaś to zrobić? – zapytał Luffy.
- Jestem do niczego – odpowiedziała Meg i spuściła wzrok. – Nawet nie umiem się bronić. Musieliście mnie ratować.
- Po to jest nakama – odparł Sanji. – Musimy sobie pomagać.
- Właśnie – dodał Usopp. – Dzisiaj, na przykład, pomogłem w walce Zoro, chociaż on nie lubi jak się ktoś wtrąca do jego walk. Zestrzeliłem parę zabawek Cabajiego, które leciały w stronę naszego zielonowłosego przyjaciela.
- No, a Robin pomogła mnie, chociaż nie musiała – wtrącił Luffy. W jednej chwili znów stał się tym wesołym facetem, co zawsze. – Połaskotała Buggy’ego.
- A ja jestem lekarzem i często opatruję wszystkich jak są ranni – powiedział od siebie Chopper.
- Jestem wam za to wdzięczna, ale nic nie rozumiecie – oświadczyła Meg. – Jestem piratką, a muszę liczyć na pomoc innych, bo nie potrafię się bronić. Tak było u Shanksa i tak jest teraz. Jeszcze dwa dni temu myślałam, że flet może mi się przydać do walki, ale dzisiaj nawet nie byłam w stanie spróbować swojej techniki.
- A tam! Będą inne bitwy – powiedział dziarsko Luffy. Meg spojrzała na niego ze zdumieniem. – Jeszcze zdążysz nam to pokazać. Do tego czasu my się zajmiemy twoim treningiem.
- W końcu Shanks pisał, że mamy cię nauczyć samoobrony – odezwała się dotąd milcząca Robin.
- To chyba twoje – powiedział z uśmiechem Luffy i oddał Meg flet. – Niech co dobrze służy.
Opuścili jej kajutę. Meg znów spojrzała na instrument w swoich rękach i uśmiechnęła się. Tak, następnym razem uda jej się zahipnotyzować przeciwnika.

Wściekły na Luffy’ego, Robin i samego siebie Buggy szedł wraz z poobijanym Richie’m, zhańbionym Mohjim i rannym Cabajim w miejsce, gdzie – jak im się zdawało – wylądowała Alvida. Przedzierając się przez zieloną dżunglę, wołali głośno towarzyszkę, a sam kapitan przeklinał pod nosem Słomkowych.
- Przeklęty Słomiany Kapelusz i to diabelskie nasienie, Nico Robin.
- I Roronoa Zoro… i ten facet z pachinkami… – dorzucił od siebie Cabaji.
- I ogólnie cała ta załoga – dodał Mohji.
- Gdyby ta smarkula nie ugryzła mnie w rękę i nie krzyknęła, poszłoby gładko – żalił się Buggy.
Nagle przystanęli, bo usłyszeli głos Alvidy:
- Kapitanie, to ty? Już do was lecę!
Po chwili wybiegła przed nich i teraz już zaczęli się kierować w stronę swojego statku.
- Cholerny Słomiany Kapelusz – przeklinał dalej Buggy. – Niech go pochłonie jakiś cyklon na Grand Line albo co.
- Miło cię widzieć, Buggy – usłyszeli nagle głos, który sprawił, że klaun nagle zamarł.
Spojrzeli przed siebie. W środku dżungli, koło strumienia, siedzieli Shanks i jego ludzie. Buggy na widok starego znajomego, poczuł jak krew w żyłach wrze od złości i nagromadzonej przez lata frustracji. Posłał swoje ręce, aby go na odległość udusić, ale zaraz zareagował Yasopp, strzelając w stronę rąk, ale właściwie celując gdzieś przed nie, aby wybić z głowy Buggy’ego głupie pomysły o atakowaniu Rudowłosego.
Niepocieszony Buggy zrozumiał ostrzeżenie od razu. Ręce powróciły do właściciela, a sam klaun podszedł bliżej Shanksa i usiadł na pobliskim kamieniu. Posłał jeszcze rudemu chłodne, pełne nienawiści spojrzenie, podczas gdy sam Shanks uśmiechał się do niego przyjaźnie.
- Kope lat, prawda Buggy? – odezwał się pierwszy.
- Nie rozmawiam z tobą, szumowino – zasyczał klaun. – Przez ciebie wszystkie moje plany poszły w łeb.
- Nadal masz do mnie żal o to, że cię wtedy wyciągnąłem? Z dwojga złego, wolę, abyś ty mi nie wybaczył, niż abym ja sobie nie wybaczył.
- Już ja wiem, po co ty mnie wtedy ratowałeś! Chciałeś, abym miał u ciebie dług wdzięczności. Dług, który prędzej czy później, wbrew własnym interesom, musiałbym spłacić. Ty przebrzydła karykaturo.
Shanks posmutniał. Zrozumiał jednak, co męczy jego dawnego kamrata.
- Nie po to, Buggy, i dobrze o tym wiesz.
- Czego chcesz teraz? Co właściwie tu robisz? Doglądasz siostrzyczki?
- A czego ty chciałeś od Meg, Buggy? – zapytał, tym razem bardzo poważnym, prawie grożącym tonem.
- Ja niczego. Kto ci powiedział, że czegoś od niej chcę?
- Pewien mały ptaszek, który podsłuchał, co mówiłeś dwa dni temu o pojmaniu Meg, aby wyciągnąć od niej informację o moim statku.
- Eh – Na twarzy Buggy’ego nagle pojawił się łagodny uśmiech. Klaun podniósł się z kamienia i powiedział: – I widzisz? Sam odpowiedziałeś na własne pytanie, Shanks.
- Ostrzegam cię, Buggy. Jesteśmy starymi znajomymi, ale jeśli zrobisz krzywdę Meg lub Luffy’emu, nie licz, że sentyment do starych znajomości cię przede mną uratuje.
- Spoko, po dzisiejszej bitwie, już na zawsze odechciało mi się eskapad na oba Kapelusze. Ten dzieciak, Słomiany Kapelusz, i jego załoga to jednak zbyt groźny przeciwnik dla mnie i mojej załogi.
- Kapitanie! – krzyknęli jego kamraci wyrzutem.
- Nie wierzysz we własnych ludzi. Tak nie powinien się zachowywać kapitan piratów – powiedział Shanks.
- To nie to, że w nich nie wierzę. Ja po prostu jestem już zmęczony. Zmęczony tą pogonią za Słomianym Kapeluszem. Przez żądzę zemsty nie robiłem nic innego, tylko szukałem sposobu, aby go pokonać. Kiedyś chciałem zdobyć niezliczone skarby świata, a teraz chcę tylko zemsty. Wielu moich ludzi opuściło mnie, widząc co to potworne uczucie ze mnie robi. Dzisiaj zrozumiałem, że on będzie rósł w siłę, a ja będę się starzał i słabł, i że jeśli nie porzucę zemsty, moje pierwsze marzenie odejdzie ode mnie na zawsze. Dlatego wolę już zostawić Słomkowych w spokoju i zająć się rabowaniem. Żegnaj, Shanks.
Buggy odwrócił się do niego i zaczął się oddalać wraz z załogą. Już miał zniknąć w dżungli, kiedy Shanks zawołał:
- A nie znajdziesz czasu na małe sake ze starym kumplem?
Buggy nagle się zatrzymał, a wraz z nim jego załoga. Spojrzał w stronę Rudowłosego ze zdziwieniem, a potem na jego pomalowanej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Zawsze i wszędzie.

[ Dodano: 2009-01-04, 15:29 ]
Oto inna wariacja na temat spotkania po latach Shanksa i Buggy'ego.
Szogun

Pierwszy oficer

Licznik postów: 1,249

Szogun, 04-01-2009, 20:07
No i fajnie w szczególności Buggy zero OOC, za to z Alvidą bardzo. Trochę to lecę było nagięte. Ale szczegół, bardzo fajnie i w ogóle.
RedHatMeg

Piracki oficer

Licznik postów: 661

RedHatMeg, 04-01-2009, 20:16
Gdzie Alvida OOC?!
Szogun

Pierwszy oficer

Licznik postów: 1,249

Szogun, 04-01-2009, 20:57
Wybacz, ale jej zachowanie nie pasuje.
Kapitanie Buggy już lecę do was. To nie okey. Ona by siadła sobie na tyłku, albo wróciła na statek, napewno nie kazała by im czekać tylko prędzej krzyknęła Tutaj jestem.
RedHatMeg

Piracki oficer

Licznik postów: 661

RedHatMeg, 08-01-2009, 18:05
Rozdział 7
- Gomu Gomu no Machine Gun!
Luffy z zawrotną szybkością wysyłał w stronę Meg ciosy rękami. Zdezorientowana dziewczyna zaczęła przeskakiwać, odsuwać się i schylać, aby pięści Słomianego Kapelusza jej nie dopadły i nawet nieźle jej to na początku wychodziło, jednak po chwili już jego lewa ręka musnęła jej ramię, a prawa uderzyła w jej bok. Meg zachwiała się, a kiedy przeleciała koło niej pieść kapitana i dziewczyna znów odskoczyła, przewróciła się. Wtedy Luffy przerwał i podszedł do niej. Pomógł jej wstać.
- Nie jest źle z twoim refleksem. Musisz go jednak udoskonalić, jeśli chcesz być piratem. Spróbujemy jeszcze raz? Tym razem z fletem?
Meg przytaknęła, choć miała złe przeczucia. Wyciągnęła flet, a Luffy oddalił się od niej o parę kroków.
- Gomu Gomu no Machine Gun! – krzyknął i znów się zaczęło.
Meg zagrała jakiś marsz, spoglądając w stronę Luffy’ego. Nogi same tańczyły w rytm muzyki i dziwnym zbiegiem okoliczności kierowały Meg w taki sposób, że musiała jedynie od czasu do czasu się schylać, aby uniknąć ciosu. Nigdy wcześniej Meg nie musiała grać i jednocześnie robić uników, więc nie była świadoma tego, że posiada w ogóle tę naturalną zdolność. W ciągu treningu z Luffy’m, Meg ani razu nie dosięgła pięść Słomianego Kapelusza. W końcu jej kapitan się zmęczył i przerwał walkę.
- Wystarczy, Meg – powiedział. – Zróbmy przerwę na drugie śniadanie.
- Dobrze, Luffy.
Usiedli przy stole, przy którym siedziały już Robin i Nami. Chwilę potem pojawił się Sanji i rozdał wszystkim paniom onigiri i oranżadę, ale nie odszedł, gdyż Luffy zaczął się z nim kłócić o to, że nic nie dostał. Pierwsza do Czerwonego Kapelusza odezwała się Robin:
- Do było niesamowite, Meg. Pierwszy raz widziałam tak płynne ruchy.
- Tak – przyznała Nami. – Ten flet nie jest jednak taki bezużyteczny jak myślałam.
- Prawda – odparła jedynie Meg.
Znów spojrzała na swój flet. Dzisiaj nie tylko Nami i Robin były zdumione jego działaniem. Meg poczuła narastającą dumę na myśl, że umiejętność gry na flecie może jej pomóc w trakcie walki. Już przekonała się, że – przynajmniej jeśli chodzi o uniki – nie jest wcale taka bezbronna. Teraz musiała tylko doprowadzić do perfekcji swoją technikę walki.
Meg włożyła z powrotem za podwiązkę flet, po czym wzięła się za jedzenie. Zapowiadał się miły dzień.

Buggy obudził się z wielkim bólem głowy – pamiątką po wczorajszej popijawie z Shanksem. W mgnieniu oka zorientował się, że znajduje się na statku, ale nie swoim. Ten statek był większy, a na wietrze powiewała nie flaga Buggy’ego, lecz Shanksa. Sam kapitan stał przy balustradzie i wpatrywał się w dal, podczas gdy reszta załogi wraz z załogą Buggy’ego walała się pijana po pokładzie.
Buggy powstał. Wciąż dokuczał mu kac, ale mimo to chwiejnym krokiem podszedł do patrzącego w dal Shanksa. Chwilę jeszcze milczał. Spojrzał na starego znajomego, który wydawał się z czymś zatroskany.
- Wczorajsza noc była naprawdę szalona – zagadnął go z chytrym uśmieszkiem Buggy. – Nie jestem pewien, ale czy Cabaji jeździł tak długo po pokładzie na bicyklu, że w końcu wpadł do wody?
- Tak – odezwał się Shanks i również się uśmiechnął. – a potem jak go już wyciągnęliśmy przyszły wielkie białe myszy, a potem… chyba odleciałem.
Zaśmiali się obaj, po czym Shanks spoważniał i znów powrócił do wpatrywania się w dal. Tymczasem obie załogi już powoli budziły się do życia. Kuk Shanksa poszedł przygotować jakieś jedzenie, Backman podszedł do kapitana i wszyscy trzej wraz z Buggy’m zaczęli ustalać dalszy plan działania. Postanowili, że załoga klauna jeszcze pozostanie trochę na statku Shanksa, ale będzie musiała przycumować swój statek bliżej statku Shanksa.

Zapadł zmrok. Meg siedziała przy balustradzie i przygrywała na flecie jakąś spokojną melodię. Reszta Słomkowych również siedziała na zewnątrz. Zoro czyścił miecze, a pozostali gapili się w rozgwieżdżone niebo, słuchając gry Meg. Następnego dnia zamierzali opuścić wreszcie ten port i ł się ruszyć w dalszą drogę. Na razie jednak leniwie leżeli na pokładzie, pogrążeni we własnych, sobie tylko dostępnych myślach.
Sanji szturchnął leżącego opodal Choppera, który, tak nagle wyrwany z rozmyślań, spojrzał na niego ze zdziwieniem. Kuk oczami wskazał mu Meg. Przez chwilę Chopper nie wiedział o co mu chodzi, co właściwie Sanji chciał, aby renifer zrobił. W końcu Sanji nie wytrzymał i szepnął:
- Zagadaj do niej, głupku.
- Co? Ale ja się wstydzę was wszystkich – odpowiedział Chopper.
- W takim razie zostaw wszystko mnie – odrzekł Sanji.
Chopper tylko przytaknął i natychmiast ruszył w stronę Meg. Usiadł tuż koło niej, na co przestała nagle grać. Chopper uśmiechnął się szeroko, a tymczasem reszta Słomkowych spojrzała w ich stronę z zainteresowaniem.
- Idę zrobić kolację – oświadczył po chwili kucharz i się podniósł z ziemi. Zwrócił się do Franky’ego: – A ty chyba musisz coś zrobić w kotłowni.
- A tak. Dzięki, że mi przypomniałeś – odparł cyborg i po chwili już go nie było.
- Usopp, idź mu pomóc – powiedział do długonosego Sanji, a gdy i on się ulotnił, kuk zwrócił się do Zoro: – No, a ty wracaj na bocianie gniazdo.
- Nie będziesz mi rozkazywał, kuku – odezwał się Zoro. Wymienili chłodne spojrzenia. Po krótkiej pauzie, Sanji pochylił się bardziej w stronę szermierza i szepnął:
- Głupku, chcesz wszystko zepsuć? Chopper wstydzi się rozmawiać przy nas z Meg.
- Oh, trzeba było tak od razu. Głupi kuk.
Wstał, podszedł do masztu i zaczął się wspinać na bocianie gniazdo. Sanji spojrzał w stronę nami i Robin. Już chciał coś powiedzieć, kiedy Nami odezwała się, uśmiechając porozumiewawczo:
- Idę wyznaczyć kurs na następną wyspę.
- A ja chyba coś poczytam – dodała Robin.
- A ty, Luffy… – zwrócił się w końcu do kapitana Sanji, jednak przerwał, gdy tylko zobaczył, że Luffy śpi.
W mgnieniu oka Meg i Chopper zostali sami na pokładzie. Przez chwilę nic do siebie nie mówili. Chopper z lekkim zawstydzeniem przyglądał się swoim położonym na kolanach kopytom. Meg uśmiechnęła się i postanowiła przerwać ciszę.
- Powiedz mi, Chopper, czy zostawiłeś gdzieś kogoś, kto jest dla ciebie bliski.
- Oczywiście. Doctorine Kureha! – wyskoczył nagle z tym imieniem.
- A zastanawiałeś się, co ta osoba robi, kiedy ty jesteś tu?
Chopper zaśmiał się rozkosznie.
- Oczywiście. Zwykle jak o tym myślę, mam ją przed oczami czytającą albo leczącą jakiegoś biedaka z wioski. Zawsze mam wrażenie, że jakby się dowiedziała, co ja wyrabiam na tym statku, dostałaby zawału! Była przeciwna mojemu przyłączeniu się do Luffy’ego, ale ostatecznie musiała się zgodzić, bo uciekłem z nimi. Bardzo za nią tęsknię, ale tu jest moja nakama i w życiu nie chciałbym jej opuszczać.
Meg milczała przez chwilę.
- Myślisz o bracie, prawda? – zapytał Chopper. Meg popatrzyła na niego, ale bez zdziwienia, choć miał rację.
- Tak, myślę o Shanksie – odpowiedziała. Oparła się łokciami na balustradzie, spoglądając w czarne morze przed sobą. – Chyba w tym momencie – odezwała się znów, uśmiechając się do swoich myśli. – robią jakąś popijawę.
- Nierozważnie z ich strony. Będą mieli kaca – zaśmiał się Chopper.
Meg również zachichotała. Chopper nagle ziewnął przeciągle i przetarł oczy. Meg także poczuła przypływ zmęczenia. Powieki obojga zrobiły się nagle ciężkie. Chopper położył głowę jej na kolanach, ale Meg nie zwróciła na to zbytniej uwagi. Zamknęła oczy i zasnęła oparta o balustradę.
Najuch

Imperator

Licznik postów: 2,656

Najuch, 08-01-2009, 18:17
Dwa czepy co do 6ki.

Cytat:Czerwony Kapelusz był zbyt podekscytowany

była zbyt podekscytowana. Nawet jeżeli pseudonim jest w rodzaju męskim, to postać jest kobietą. No chyba, że nakrycie głowy się podekscytowało, to inna sprawaTongue

Cytat:Użyła wrodzonej mocy

Wątpie, żeby df był mocą wrodzoną. Powinnaś napisać diabelskiej mocy.

Ogólnie wszystko jest w porządku i w miare ciekawe.

Co do siódemki, to widzę, że romansik się rozwijaaaTongue
Szogun

Pierwszy oficer

Licznik postów: 1,249

Szogun, 08-01-2009, 20:40
romance dawn? nic nie powiem tylko tyle :padam:
RedHatMeg

Piracki oficer

Licznik postów: 661

RedHatMeg, 08-01-2009, 20:45
szogun napisał(a):romance dawn? nic nie powiem tylko tyle
ale o co chodzi?
Szogun

Pierwszy oficer

Licznik postów: 1,249

Szogun, 08-01-2009, 21:05
świt romansu, taki tytuł nosił pierwszy chapter OP. Chodzi mi o to, że pasuje do sytuacji w fiku!
RedHatMeg

Piracki oficer

Licznik postów: 661

RedHatMeg, 09-01-2009, 14:37
Rozdział 8
Nastał ranek. Śpiących na pokładzie Meg, Choppera, Luffy’ego i Zoro (który przekimał całą noc w bocianim gnieździe) obudziło tak gwałtowne szarpnięcie statkiem, że nie blokowany niczym Chopper poleciał na sam tył statku, uderzając głową o balustradę. Tymczasem statek pruł ze sporą prędkością przed siebie. Za burtą kłębiły się zmącone nagłym przyśpieszeniem statku fale. Meg włożyła w zęby flet, a sama chwyciła się kurczowo balustrady. Spojrzała w stronę Choppera. Renifer również trzymał się mocno. Na szczęście nic mu się nie stało. Dojrzała również rękę Luffy’ego, która trzymała się balustrady, podczas, gdy reszta ciała fruwała gdzieś daleko.
Spojrzała w stronę portu. Oddalał się w zastraszającym tempie. Malał w oczach. To może i dobrze, że nie zabawili w nim dłużej. Ci biedni rybacy mieliby za dużo stresów z powodu bandy piratów.
Nagle statek Słomkowych równie gwałtownie jak ruszył, tak stanął na środku morza. Okrzyk radości poprzedził szybki powrót kapitana na pokład statku. Meg i Chopper odetchnęli z ulgą. Oboje podnieśli się na równe nogi, a Meg schowała flet. Po chwili wybiegli na pokład Sanji i Franky.
- Ty idioto bez wyobraźni! – wrzasnął kucharz. – Mogłeś ich zabić!
Sanji próbował kopnąć cyborga, ale Franky zablokował jego nogę rękoma.
- Ale właściwie o co ci chodzi? – spytał.
- Jeszcze się pytasz?! – tym razem odezwał się Zoro, który schodził właśnie po drabinie z bocianiego gniazda. Zeskoczył na pokład i dodał: – Dlaczego nas nie uprzedziłeś, że zamierzasz użyć dopalacza?!
- Uprzedziłem dwa razy. Wrzeszczałem do was z kotłowni.
- A my mamy super intensywny słuch, aby usłyszeć twój krzyk przez te parę pięter pod nami – odparł sarkastycznie Zoro.
- Ale ostatecznie nic się nie stało – wtrąciła pojednawczo Meg.
- Właśnie, nic nam nie jest. Jednak następnym razem uważaj, Franky – dodał Chopper.
Sanji westchnął.
- Zaraz będzie śniadanie. Chodźcie do stołu.
- Jaj! – ucieszył się Luffy.
Stół był zastawiony smakowicie wyglądającymi i pachnącymi jajkami. Słomkowi usiedli i zaczęli pałaszować śniadanie, rozmawiając ze sobą. Zoro i Sanji chyba po raz pierwszy zjednoczyli siły i wspólnie uwzięli się na Franky’ego. To wyglądało tak:
- Idiota! – mówił Sanji.
- Kretyn! – dodawał Zoro.
- Dobra, dobra! Przecież przeprosiłem! – bronił się Franky. – A jeśli nie przestaniecie, załatwimy to po śniadaniu na zewnątrz jak mężczyźni.
Reszta nie zważała na to, co między nimi zaszło, zajęta była swoimi sprawami. Luffy pochłaniał ogromne ilości jedzenia, Robin i Nami o czymś rozmawiały z zainteresowaniem, a Usopp coś rysował, jednocześnie pilnując, aby jego kapitan mu nie zabrał żarcia. Również Meg i Chopper zajęli się sobą.
- Ty też jesteś taki obolały? – zapytała renifera Meg.
- Tak, to przez to, że spaliśmy wciąż w tych samych pozycjach – wyjaśnił Chopper. – W trakcie snu odruchowo zmieniamy pozycje, przez co nasze mięśnie nie są cały czas naprężone. A w ciągu ostatniej nocy, zdaje mi się, w ogóle się nie poruszaliśmy. To znaczy… Chyba źle to wytłumaczyłem.
- Domyślam się, że to tak jak siedzenie przez ileś godzin w jednym miejscu. Po jakimś czasie tyłek boli.
- Chyba właśnie tak – przyznał Chopper i zachichotał.
- Hej, Chopper – odezwała się do niego Meg, ale tym razem bardzo cichym szeptem. – Będę mogła u ciebie posiedzieć? Nie za bardzo chcę trenować.
- Zawsze możesz do mnie wpaść – odszepnął.
Mimo, że Meg chciała, żeby jej nikt nie usłyszał, nie całkiem jej się to udało. Sanji i Zoro na moment oderwali się od dręczenia Franky’ego, spoglądając na swataną przez Sanjiego parę ukradkiem. Robin i Nami uśmiechnęły się do siebie porozumiewawczo, Usopp przerwał na chwilę rysowanie, a jedynie Luffy niczego nie usłyszał, bo był bez reszty pochłonięty śniadaniem.
Nagle Meg ogarnęła dziwna, głupia myśl. Powoli zbliżyła ręce do brzucha Choppera, kiedy renifer zajęty był pałaszowaniem kanapki z jakąś sałatą i nie spodziewał się ataku, który zamierzała przepuścić na nim Meg. Aż do ostatniej chwili, gdy jej palce zaczęły szybko i zręcznie łaskotać podbrzusze, Chopper w ogóle się nie kapnął. Teraz zwijał się ze śmiechu, próbując przez duszący chichot uprosić Meg o litość. Ona jednak nie znała litości! Łaskotała go najpierw po brzuchu, potem pod pachami, i znów po brzuchu, a on się tarzał z wymuszonego śmiechu. W końcu zmęczyła się i przerwała. Chopper stanął na swoim krześle i zwrócony twarzą do Meg, powiedział zirytowanym tonem:
- Nigdy więcej tego nie rób, dobra?!
- Dobra, Chopper – odparła Meg i zachichotała.
Po chwili wybuchł w jadalni jeden wielki śmiech.

Meg ukrywała się przed resztą u Choppera. Ale świadomość, że pewnie ktoś ją szuka, aby z nią potrenować, nie wpłynął negatywnie na jej humor. Podczas gdy renifer oglądał coś przez mikroskop, Meg opowiadała mu różne anegdotki ze statku Shanksa.
- No, i siedzimy w tej spiżarni i myślimy, że nikt nas nie widzi. Aż tu nagle drzwi się otworzyły i stanął w nich Backman. Konsternacja całkowita przez dobre dziesięć sekund, a potem Backman przysiada się do nas i mówi: „Yasopp podaj kaszankę”.
Oboje zachichotali. Nie odrywając się od mikroskopu, Chopper stwierdził:
- Obojętnie, co powiesz o załodze Rudowłosego, ja i tak twierdzę, że moja nakama jest najdziwniejsza na całym świecie. Powiedz szczerze: widziałaś kiedyś, aby kapitan piratów był takim lekkoduchem, cieśla był cyborgiem, kuk podrywał panienki, a lekarzem był renifer?
- Nie, raczej nie. Ale możesz zawsze natrafić na coś dziwniejszego.
Drzwi się otworzyły i do gabinetu Choppera wpadli poobijani, poranieni i podsmażeni Usopp, Zoro, Franky i Sanji. Po chwili konsternacji zszokowana Meg odzyskała głos i wydusiła:
- Co wam się stało?
- Załatwiliśmy to jak mężczyźni – wyjaśnił krótko Franky i wszystko było jasne.
- A ja mu pomogłem, żeby było fair – dodał Usopp.
Chopper zeskoczył z krzesła na podłogę i jął wszystkich czterech badać, ale jeszcze nie leczyć. Kiedy skończył, cofnął się o kilka kroków, wyciągnął przed siebie prawe kopytko i zaczął:
- „Wpadła bomba do piwnicy/Napisała na tablicy:/SOS, głupi pies./Jeden oblał się benzyną,/drugi dostał w łeb cytryną,/trzeci wskoczył do kieliszka/i powstała z tego/ł-y-ż-k-a.”
Jego kopyto zatrzymało się na kucharzu.
- Ty będziesz pierwszy, Sanji.
- Em… Chopper? – odezwał się Usopp. – To chyba niezbyt profesjonalne wyliczanką decydować, kto ma być pierwszy w kolejce.
- Żaden z was nie ma tak poważnych obrażeń, żeby od niego zacząć. No, dalej, Sanji – zwrócił się znów do „szczęśliwca” Chopper. – Rozbieraj się.
1 2 3
Subskrybuj ten wątek Odpowiedź