Rozdział II- Początek podróży.
Luffy wylądował w plątaninie własnych kończyn.
-Wow! Lata tego nie robiłem!- tylko o tym myśląc, rozpłynął się i po chwili scalił ponownie, uwalniając kończyny. Wtedy zorientował się w swojej sytuacji.
-Roger... dlaczego do cholery jestem dzieciakiem?
Luffy... pomóż....- obrócił się i zobaczył Rogera chwytającego się za klatkę piersiową.
-Podejdź tu...- zakaszlał krwią.
-Roger!- Luffy podbiegł i owinął starszego pirata ramieniem, próbując go podnieść. Szybko zorientował się, że jego dziwnie małe ciało nie ma na tyle siły, aby to zrobić.
-Zostań tu, pobiegnę po pomoc!
-To nie będzie konieczne.- z dziwnym odgłosem Gold Roger „wpłynął” w ciało Luffy'iego.
-Achhh... od razu lepiej.- zadudnił głos dobiegający... skądś.
-Roger!- Luffy rozejrzał się się.- Co? Gdzie jesteś!?
-W tej chwili w twoim ciele. Jedną z wad podróżowania w przyszłość jest fakt, że nie możesz dojść do czasu po twojej śmierci bez poważnych reperkusji. Boli jak diabli przez każdą sekundę.
-To wciąż nie wyjaśnia gdzie żeś wlazł!- Luffy obrócił głowę, szukając „martwego” Króla Piratów.
-W gruncie rzeczy, kiedy podróżujesz w czasy po twojej śmierci, zostajesz duchem. Duchy cierpią,jeśli pozostają w realnym świecie bez fizycznego medium. Kiedy czekałem na Raftel całe te late, w rzeczywistości podróżowałem tam co parę dni na kilka sekund, a potem wracałem na Atlantydę.
-Bez dygresji proszę!
-A tak, duchy. A więc w skrócie, kiedy duchy niczego nie posiadają, boli je to. W kwestii ludzi, po prostu dzielą z nimi ciała.
-Więc... dzielisz ze mną ciało... i nie umierasz jako duch. Chyba łapię!- Gold Roger zaśmiał się.
-Dobrze wiedzieć, że te wszystkie lata nauki na coś się jednak zdały!
-Fajnie... ale dlaczego do cholery jestem dzieciakiem!? Jestem słabowity!- pomachał swoimi malutkimi ramionami.- Nie chcę być mały!
-To kolejna wada podróży w czasie. Jeśli podróżujesz w jakiś okres swojego życia, to wchodzisz wiek, w którym się wtedy znajdowałeś. Powiedziałbym, że teraz jesteś, tak na oko... sześcio- albo siedmiolatkiem.- Luffy podrapał się po podbródku.
-To... będzie wtedy, kiedy Shanks miał diabelski owoc.- przyzwał wodną kulę. Ruchem dłoni sprawił, że rozprysnęła się i uformowała w zaimprowizowane zwierciadło.
-Nie mam jeszcze mojej blizny, więc jeszcze nie czas.- rozpędził wodę i rozejrzał się.- Jestem w lesie, więc to jest prawdopodobnie Dziadek pierwszy raz mnie tu podrzucił. Powiedziałbym, że jakieś dwa lub nawet jeden dzień przed tym, jak Shanks zdobędzie owoc gomu gomu.- Gold Roger zagwizdał z podziwem.
-Zadziwiająca dedukcja. Sam do tego doszedłeś?- Luffy uśmiechnął się z zakłopotaniem.
-Cóż... po nocach starałem sobie przypomnieć wszytko to, co zrobiłem. Żebym mógł..- zamruczał coś pod nosem, jednak Gold Roger go usłyszał.
-Ależ oczywiście, że wszystko potoczy się lepiej! Po to tu właśnie cię sprowadziłem! Gdybym miał ciało, nakopałbym ci!- Luffy zrobił to za niego.
-Haha, no i ładnie!- zaśmiał się Roger.
-No, to skoro pozostało jeszcze kilka godzin do powrotu Dziadka, równie dobrze mogę wykorzystać ten czas na relaks.- wraz z trzaskiem czubków drzew, Luffy leciał w powietrzu.
-Tam!- zatrzymał się na jakiejś gałęzi, po czym skoczył w kierunku ogromnego jeziora.
-JUHUUU!!!- jeszcze w locie ściągając ubrania, wskoczył do wody. -Matko, ale śmierdzę! Nienawidziłem kąpieli, co?- po szybkim odświeżeniu, Luffy wysuszył się metodą „na pieska”.
-Teraz, kiedy już to załatwiliśmy...- w czasie zakładania ubrań, naszła go pewna myśl.- Roger, co się może stać, jeśli zjem następny owoc gomu gomu? Wysadzi mnie w powietrze czy coś?
-Hmm. Zapewne w innych okolicznościach przyrody, tak, zginąłbyś. Ale, jako ze jest to taki sam owoc, jaki zjadłeś, myślę, że twoje ciało pomyśli, iż dostało podwójną dawkę. Jeśli miałbym zgadywać, to powiedziałbym, że podwoi to twoją moc.- Luffy skinął głową, podbudowany.
-Dobrze. Martwiłem się o to.- Nagle dziki knur pognał przez las. Luffy uśmiechnął się.- Witaj, jedzonko!
-Twój apetyt nigdy nie przestanie mnie dziwić. Zjadłeś całego.- rzekł Roger smutnym tonem, kiedy Luffy obgryzał ostatnią kość.- Co teraz?
-Chyba będę musiał poczekać, aż Dziadek mnie zabierze. To chyba będzie za jakieś kilka godzin.
-Luffy! Gdzie jesteś, mała beznadziejo! -Luffy wstał zaskoczony.
-No, a to ci niespodzianka. I jaka dogodna. Milusi.- wstał, strzepując z siebie kurz.- Tu jestem, Dziadku!
Drzewa zadrżały i Monkey D. Garp wylądował w chmurze pyłu. Nagle z jego dłoni pomknął kokos w kierunku Luffy'iego. Chłopak sięgnął po swój miecz, jednak tylko po to, aby zdać sobie sprawę, że go tam nie ma. Kokos Uderzył go prosto w twarz.
-Ałłł!!! Za co, Dziadku!?
-A za to, że musiałem cię szukać! Miałeś zdychać z wycieńczenia na skraju lasu, a nie biegać po nim i bawić się w surviving!- zagrzmiał Garp strasznie, jednak coś przykuło jego uwagę.
-Sięgnął po miecz, którego nie miał. Znam się wystarczająco na szermierce, aby rozpoznać ten ruch. Co tu się działo przez te trzy dni?- Luffy zrobił naburmuszoną minę.
-Tak, tak. Zabierz mnie do domu.
-Gówniarz! Skoro jesteś taki energiczny, sam se znajdź drogę do domu! Ja tylko przyszedłem cię sprawdzić!- i zaraz potem Grap 'odjechał' na przewróconym drzewie, znikając Luffy'iemu z oczu
-Teraz widzę pokrewieństwo. Jesteście tacy sami.
-Taa, zamknij się. Czy to nie on cię złapał?
-Nah. Był pierwszym marine, który mnie odnalazł. Chciałem się już poddać, jako że moja choroba dawała mi się coraz bardziej we znaki. A on był najbliżej.
-Choroba? Nie powinieneś był umrzeć czy coś?
-Nie, podróżowałem do czasu, kiedy nasz lekarz okrętowy był wciąż z nami. Byłem wtedy młodszym mną i mogłem udawać jeszcze bardziej chorego, Crocus dawał mi podwójne dawki, a ja się czułem podwójnie lepiej.- wyjaśniał Roger, podczas gdy Luffy przebijał się przez korony drzew
-Rozumiem. Całkiem mądrze.
-Cieszę się że to doceniasz.- rozmowa została przerwana, kiedy Luffy dotarł do drzewa, na którym 'jechał' Garp. Wkręcił się do środka i czekał na nadejście starca, któremu wyszedł na spotkanie burmistrz.
-A gdzie Luffy?
-Ten cholerny szczyl świetnie sobie radził! Pewnego dnia będzie wielkim marine!- roześmiał się Garp. Luffy wyszedł z ukrycia.
-Nie mam zamiaru zostać śmierdzącym marine! Będę piratem!-Garp zabulgotał, po czym obrócił się na pięcie.
-Tęskniłeś dziadziusiu?- wskazał na dziurę w pniu, z której wyszedł.
-Ty... ty... HAHAHAHAHA!!!- Garp roześmiał się histerycznie. -Wkręciłeś się na gapę!? Hahahaha!!- klepnął Luffy'iego w ramię, ten nie poruszył się ani o milimetr.
-Ooo, i trochę mięśni ci przybyło! Dużo się zmieniłeś w tym lesie! Jakbyś nie był taki szczyl, tobym cię zaprosił na piwo!
-Nie ma takiej potrzeby!- Luffy podbiegł do dziadka, chwycił przymocowaną do pasa piersiówkę
i wysuszył ją jednym haustem. Natychmiast zaczął kaszleć.
-Wow! Pali żywym ogniem!- Garp zamrugał, po czym się roześmiał.
-HAHAHAHA!!! Luffy, ty mały gówniarzu! Niezłe z ciebie ziółko! Zadbaj o to, żeby się nie nudzili w tym mieście, kiedy mnie nie będzie!- potarmosił wnuka za włosy, wskoczył na swoją 'drzewną brykę' i odleciał. Burmistrz popatrzył się na Luffyiego.
-No co? To było mocne! Chyba pójdę się kimnąć!- i pobiegł. Burmistrz pokręcił głową.
-Ślepy by zauważył, że są spokrewnieni...
-*ZIEEEEEW!!!*- Luffy przeciągnął się, długi sen wciąż jeszcze przytępiał jego zmysły.
-Dobry. Roger, która to godzina?
-Około dziesiątej. Dobrze spałeś?- Luffy przetarł oczy, śpiochy z jego oczu spadły na ziemię.
-Nom. Było dobrze bez ciebie skaczącego na mnie skoro świt.- zrzucił pierzynę i wyskoczył z łóżka. Po czym natychmiast wskoczył z powrotem.
-Zimno!- Roger roześmiał się.
-Zamknij się! To nie jest śmieszne!
-Z całą pewnością nie. Ale i tak musisz wyjść wcześniej czy później. Masz dzisiaj coś do zrobienia.- Luffy rozciągnął ramiona i złapał kapcie znajdujące się po drugiej stronie pokoju.
-Tak, tak. Zamknij się.- zakładając kapcie, wszedł do kuchni. Zobaczywszy zimną szynkę na stolę, zjadł ją w pół sekundy. Przeczytał też notatkę lezącą obok. „W robocie. Lepiej niczego nie rozwal. Burmistrz.” Luffy wzruszył ramionami.
-No cóż! A teraz, gdzie jest ten nóż....
-Hej Luffy! Czego znowu chcesz!?- Luffy wzburzył się, stojąc na pokładzie statku Czerwonowłosego.
-Wystarczy już!!! Teraz będziecie musieli wziąć mnie na poważnie!!! OTO JAKI JESTEM TWARDY!!!- Shanks roześmiał się.
-Hahaha! Dajesz! Cokolwiek to jest!.- Luffy przystawił sobie pod oko nóż.
-HĘ!?
-AŁŁŁŁŁŁŁŁŁŁŁŁŁ!!!!!!!
-Ty kretynie! Co ty do cholery wyrabiasz!?
-Toast! Za Luffy'iego... odwagę... I ZA NASZĄ NASTĘPNĄ PODRÓŻ!!!
-Harharharhar! Pijcie!
-Grog, grog, grog! Więcej grogu!
-Hej, to moje mięso!
-Już nie! Ja je zjem!
-Przestańcie walczyć, zniszczycie zabawę!- kakofonia głosów wydobywała się z wnętrza tawerny. Luffy wyszczerzył się ze łzami w oczach.
-W ogóle nie bolało!
-KŁAMCA! To była najgłupsza rzecz, jaką mogłeś zrobić!- zakrzyczał Shanks.
-Ani trochę się nie boję bycia zranionym! Zabierz mnie ze sobą w następna podróż! Ja też chcę być piratem! - Shanks roześmiał się.
-Ty!? Piratem!? Niemożliwe! Luffy, wiesz dlaczego nazywają cię kotwicą? Bo ty nie pływasz- ty toniesz! Jaki dobry pirat nie umie pływać?
-Ale jeśli nie wypadnę za burtę, to nie ma znaczenia! No i jestem silnym wojownikiem!- uderzył w powietrze.- Mój cios jest silny niczym wystrzał z pistoletu!- odgłos wystrzału wypełnił powietrze. Shanks przypatrzył się mu.
-Pistoletu, co? Skoro tak...
-Udowodnię to!- Luffy wskoczył na stolik i przypieprzył Shanksowi w twarz. Ofiara ataku wystrzeliła z wielka prędkością w powietrze i przeleciała na drugi koniec sali. Chłopak chuchnął na swoja pięść, jakby unosił się z niej dym.
-Widzicie!? Pistolet!
-Jasny gwint! Kapitan posłany w powietrze przez Luffy'iego!- zakrzyknął snajper Yassop.
-Toast! Za pistoletowe uderzenie Luffy'iego!- załoga uderzyła w puchara. Shanks wstał, opatrując swoją obolałą twarz.
-Cholera, Luffy! Nie żartowałeś! Co ty jesz!?- Luffy wyszczerzył się.
-Mięso i mleko!- Shanks zamrugał, zanim zrozumiał o co mu chodzi. Zaśmiał się.
HAHAHAHAHA!!! Nieźle dzieciaku, Nieźle! Mógłbym cię zabrać w podróż za parę lat!- pacnął Luffy'iego po plecach. Makino wyszła z zaplecza, niosąc beczkę pełną grogu.
-Kapitanie Shanks! Miło widzieć twoją załogę zabawiającą się! (bez skojarzeń!- dop. tłum.)-zwróciła się do Luffy'iego.-Może byś coś zjadł?- Luffy wyszczerzył się.
-Tak! Postaw mi to na moim stoliku ze skarbami!- Shanks spojrzał nad 'kotwicą'.
-Stolik ze skarbami? Nie próbuj wyrolować damy!- chłopak wskazał na bar pięścią.
-Będę Królem Piratów, znajdę mnóstwo skarbów i przypłynę tutaj, aby jej zapłacić!- Makino zachichotała.- Jeden już nawet znalazłem!- wyciągnął Klepsydrę Kronosa.
-Ale nie oddam jej za nic na świecie!
-Czemu nie? Mógłbyś zapłacić za posiłek...- zasugerował Shanks, zaciekawiony znaleziskiem Luffy'iego.
-Bo to mój pierwszy skarb! Nie oddam go!- schował klepsydrę za koszulę.- Zatrzymam go!
BUM!
-Zróbcie przejście dla dla postrachu gór!- zakrzyknął mężczyzna z wejścia do tawerny.
-Heh... więc jesteście piratami, hę? Pierwszy raz takich widzę.... jakieś popierdółki, a nie piraci!- cała załoga zwróciła na niego wzrok, zaniknął wszelki ruch. Luffy zaczął się histerycznie śmiać. Górski bandyta spojrzał na niego.
-Jaki masz problem, gnojku?
-BWAHAHAHAHAHA!Czy- czy ty wiesz, kogo właśnie obraziłeś!?- Shanks spojrzał na niego.
-Właśnie obraziłeś całą załogę Czerwonowłosego Shanksa!- jeden z bandytów nagle zrobił się blady jak prześcieradło.
-Sz-sz-sz-sz-szefie! Czerwonowłosy Shanks! Z Grand Line!- Luffy wykorzystał zamieszanie wywołaną tym 'odkryciem', otworzył skrzynię z diabelskim owocem i połknął go.- Jeden z Yonko!
-W dupie mam kim jest, dla mnie i tak wygląda jak popierdółka!- zwrócił się do Makino.-No, tylko się nie zmocz. Nie jesteśmy tu, żeby zdemolować to miejsce. Sprzedaj nam tylko dziesięć beczułek grogu, a ograniczymy uszkodzenia do minimum- Luffy parsknął. Bandyta obnażył swój miecz.
-Zaczynam mieć dość tego gówniarza! Po prostu go zdejmę!
-Tylko spróbuj!- wskoczył na krzesło.-Mój cios ma siłę wystrzału z pistoletu!- wystrzelił swoje ramię, posyłając przywódcę w tłum swoich ludzi.-Ułłł jeeeee!
-LUFFY!- zakrzyknął tłum.
-Ty... ty nie zjadłeś tego owocu!?- wydarł się Shanks.
-Tak, na deser! Ale i tak mi nie smakował...
-Luffy!!! To był owoc Gomu Gomu! Owoc posiany przez samego diabła, skrzętnie ukrywany przez mrze skarb! Jeśli go zjadłeś, twoje ciało stanie się niczym guma! I nie będziesz już mógł pływać przez resztę życia!- Luffy zamyślił się na chwilę, przetrawiając jego wypowiedź. I się wyszczerzył.
-Wiem! Dlatego go zjadłem!- załogę na chwilę zamurowało, po czym eksplodowała ze śmiechu.
Przywódca bandytów jakoś pozbierał się do kupy, spojrzał na towarzystwo wzrokiem zimnym, a straszliwym.
-Ty dziwolągu!- wyciągnął zza pasa pistolet i wystrzelił w kierunku chłopaka. Luffy nie poruszył się nawet i milimetr, kiedy kula trafiła go w brzuch. Trzeszcząc, pocisk odbił się od niego i przeszył jedną z bezimiennych płotek.
-CZ-czym ty jesteś!?
-Jestem gumiakiem- Luffy rozciągnął policzek w ramach demonstracji. Bandyci w popłochu zaczęli odsuwać się od wybryku natury.. Luffy zwrócił się do Shanksa z bananem na ustach.
-Teraz chyba zasłużyłem na miejsce na statku!
~mrug~
~mrug~
~mrug~
-HAHAHAHAHAHAHAHAHA!- śmiech kapitana zabrzmiał w posadach tawerny, kiedy załoga wznosiła toast za odwagę Luffy'iego.
-Hej, panie kramarzu! Daj mi rybę!- Luffy wyszczerzył się, wystawiając koszyk. Mężczyzna odwrócił się, kładąc ręce na ladzie.
-Hej gumiaku! Coś w takim dobrym humorze dzisiaj? Piraci odpływają dzisiaj bez ciebie, wiesz? Przez resztę życia nie będziesz w stanie pływać- Luffy uśmiechnął się.
-Nic nie szkodzi, jeśli nie umiem pływać! Jeśli nie wypadnę za burtę, to nie ma się czym martwić!
Cieszę się, że zjadłem ten owoc, zobacz co potrafię!- rozciągnął swoje policzki do groteskowych rozmiarów, po czym przywrócił do pierwotnej postaci.
-Myślisz, że głupienie na punkcie tego, ze jest się dziwadłem, to wielka rzecz, hę? Powiem ci coś, ta wioska nie potrzebuję więcej idiotów, synku!- Luffy skinął głową do burmistrza, który właśnie się pojawił.
-Ostatni raz ci mówię, Luffy: nie pozwolę ci zostać piratem! To by rzuciło na wioskę złe światło! Fucha kapitana nie jest taka zła, ale masz się trzymać z daleka od tych piratów!- Luffy zatkał uszy.
-Piraci są na morzy już bardzo długi czas, Luffy. Nie tęsknisz za nimi?- Spytała Makino, nalewając chłopakowi szklankę soku, który wypił duszkiem.
-Tak, bardzo. I Shanks nie zabrał mnie na tą wyprawę, którą obiecał.- Luffy odstawił szklankę.
-Ale to nieważne! Bo jak zostanę piratem, to na pewno się jeszcze spotkamy!
-Zrobić przejście dla postrachu gór!- z wejścia do tawerny zagrzmiał znajomy głos. Higuma the Bear zlustrował klientelę.
-Dzisiaj żadnych piratów, hę?- Luffy odczuł niemiłe doznanie w okolicach żołądka na myśl o tym, dokąd to zmierzało. Higuma zaszarżował z obnażonym mieczem.
-Dzisiaj nikt cię nie obroni! GIŃ!
-NA ZIEMIĘ!- Luffy krzyknął do Makino, kiedy Niedźwiedź zadał cios. Chłopak (ledwo) go uniknął, po czym wybiegł na dwór.
-Złap mnie jeśli możesz, kupo śluzu!- Higuma zaryczał.
-No i co się gapicie, debile!? BRAĆ GO!- zgraja ruszyła za nim. Makino pognała po nich, mając nadzieję na dotarcie w jednym kawałku do domu burmistrza.
-Nyah nyah ny nyah nyaaaah!- Luffy wystawił język, biegnąc do portu. Higuma wyjął nóż i rzucił go w kierunku chłopaka. Luffy złapał go w powietrzu.
-Mama ci nie mówiła, że noże są niebezpieczne?- odrzucił go z powrotem, trafiają w jednego z bandytów. Przywódca zostawił go zwijającego się z bólu.
-Ty... mały... GNOJU!!!!- znacznie przyśpieszając, Higuma ciął przez tors Luffyiego. Uniknął ciosu, wyginając się tak, ze zawstydziłby zawodowego gimnastyka. Dopiero kiedy Luffy przestał biec, herszt bandy zorientował się, gdzie są.
-Hej, Shanks! Mam tu kilku naszych starych znajomych!- zakrzyknął w stronę statku, po czym wyszczerzył się do Higumy. -No teraz zaczyna się robić interesująco!
-Luffy?- Shanks wyłonił się zza burty, (BUM!) ale zaraz się za nią skrył.
-Piraci Czerwonowłosego! To jest nasza walka!- zakrzyczał Higuma. -Nie pozbawisz mnie dumy!
Z tymi słowami wyciągnął zza pasa kulkę i rzucił nią o ziemię. Kiedy dym się przerzedził, Luffy'iego i bandytów nie było, zaś na morzy dało się zauważyć znikającą łódkę.
-Cholera!- Shanks błyskawicznie znalazł się w wodzie i popłynął za łodzią.
Luffy siłował się z więzami, kiedy Higuma usiadł.
-Cholerni piraci... ale mnie nie dostaną! Teraz twoja pora, aby umierać!- i skopał Luffy'iego do wody. Herszt zaśmiał się histerycznie.
-Tak, tak! Toń, ty mały dziwolągu!- jego euforię przerwało głośne warknięcie za jego plecami.
-Nie..NIE, NIE!!!- król morza połknął go w całości. Po kilu sekundach bulgotania (?), z jego paszczy wyleciał miecz. Luffy przyglądał się rzeźni. Monstrum zwróciło ku niemu swoje paciorkowate oko.
-Nie!- Shanks chwycił Luffy'iego, podczas gdy król morza płynął za nimi. Luffy zacisnął zęby. 'Cholera! Zupełnie tak jak wtedy! Tylko nie znowu!' Nagle zagrzmiał głos, który zatrzymał całą trójkę.
-ODEJD??. Z rozkazu Posejdona.- król morza wytrzeszczył żółte ślepia, po czym obrócił się o 180 stopni i popłynął z prędkością, o którą nigdy się nie podejrzewał. Shanks był zszokowany, rozpoznając ten głos.
-Kapitan...?- morze zakotłowało się. Wielka kolumna wody wyłoniła się i zaczęła się sama formować. Przed ich oczyma ukazała się forma Gold Rogera.
-K-kap-kapitanie! A-ale by-byłe-by...
-Martwy? Aye, w rzeczy samej jestem.- Roger zachichotał- Wybrałem tego chłopaka na następnego króla. Dopilnuj, aby wytrzymał do koronacji.- Shanksa zamurowało.- To rozkaz.
-A-aye, aye, kapitanie.-wyszeptał Shanks. Zanim zniknął, były Król Piratów uśmiechnął się. Luffy'iemu zaimponował ten pokaz, jednak zdecydował się grać dalej.
-Shanks... kto to był? Czemu wyszedł z wody?- mężczyzna spojrzał na małego chłopca w swoich ramionach.
-Luffy... człowiek, którego właśnie widziałeś... to był Gold Roger, Król Piratów.
-Więc już nie wracasz do wioski po tej podróży?- zapytał Luffy ze szklistymi oczami na myśl o kolejnym rozstaniu z jego bohaterem. Shanks przytaknął, jego płaszcz kapitański wisiał na jego ramionach.
-Zgadza się. Używaliśmy tej wioski jako naszej bazy operacyjnej od długiego czasu. Może troszkę zbyt długiego. Smutno ci?
-Pewnie, że tak! Ale nie będę cię pytał op to, czy mnie zabierzesz! Zdecydowałem, ze samodzielnie zostanę piratem!- Shanks uśmiechnął się.
-Nie poradzisz sobie. Za mały szczyl jesteś!- zaśmiał się, jednak nie złośliwie.-Nie ma mowy, żebyś został piratem!
-A właśnie, że tak!- krzyknął Luffy, zwracając na siebie uwagę całego portu.-Pewnego dnia będę miał i statek, i załogę lepszą od twojej! I będziemy mieli o TYYYYYLE skarbów!- wziął głęboki oddech. -I ZOSTANĘ KRÓLEM PIRATÓW!!!- Shanks przypatrywał się mu uśmiechają się smutno.
-Hmm...więc będziesz lepszy od nas, co?- zdjął swój słomiany kapelusz z głowy.- więc się nie przejmiesz, jeśli ci to pożyczę na chwilę.- nałożył mu go na głowę.-Wyświadcz mi przysługę... przechowasz go dla mnie? Wiele dla mnie znaczy.- odwrócił się.- Obiecaj, ze z wrócisz, kiedy zostaniesz wielkim piratem.- podążył w stronę statku, oddalając się o cicho płaczącego Luffy''iego.
-Heh. Dzieciak zachowuje się zupełnie jak ja, kiedy byłem w jego wieku.
-Taa. Pewnego dnia sam coś osiągnie. POSTAWIĆ ŻAGLE! WYRUSZAMU Z PRZYPŁYWEM!!
Luffy uśmiechnął się, kiedy piracki okręt znikał za horyzontem.
-Więc, Roger, co będziemy robić przez następne 10 lat?
-Więc już ustalone, burmistrzu? Będę tęsknić za tym małym łobuziakiem.- powiedziała Makino, kiedy Luffy odpływał w małej łódce. Burmistrz prychnął.
-Jeśli zostanie piratem, przyniesie wiosce wstyd.
-Wow! Piękny dzień na żeglugę, co, Roger?- wyszczerzył się Luffy, po czym zanurkował w dno swojej małej łódeczki. Miecz bandyty Higumy wisiał j u jego pasa, ocalony w porę przed zardzewieniem.
-Tak, idealny dzień na początek podróży. Ale co z królem morza?- Luffy rozwiał jego zmartwienia ruchem ręki.
-Ach, nie ma problemu.- zagrzmiał ryk, kiedy wody morza rozprysnęły się, ujawniają króla morza.
-O wilku mowa! A oto i nasza bestia!- wstał i rozłożył ręce- Witam cię z wielką radością, wojowniku morza. Niechaj twe polowanie będzie owocne i sycące.- król morza zawahał się, kiedy Luffy wypowiedział to starożytne pozdrowienie.
-W porządku. Umiem mówić po waszemu.
-Jak to możliwe? Człowiek, który posiada wiedzę o starożytnych obyczajach?- zasyczał gardłowym tonem. -Kim jesteś?- Luffy przez moment tłumaczył to syczenie ludzki, po czym przemówił.
-Mam wiele imion, nie mam żadnego imienia, jako że dryfują one daleko z prądami.- król morza odsunął się.
-Poseidon!? Tyś jest Poseidon!?- warknął.-Udowodnij. Udowodnij, żeś jest królem morza!- Luffy zaczerpnął wody i uformował ją w zwisającą nad jego dłonią kulę.
-Ty! Tyś jest prawdziwie Poseidon!
-Tak, jestem Poseidonem.- król morza obniżył głowę i rozciągnął płetwy, sposób stworów morskich na kłanianie się.
-Jam jest na twoje rozkazy, Panie.- Luffy skinął głową.
-Dotrzymaj mi przez chwilę towarzystwa. Będę się czuć samotny bez innego człowieka. Jak ci na imię?
-Jam jest Shredder (szatkownica... albo raczej Szatkownik xD).
-Miło mi cię poznać, Shredder! Ja jestem Monkey D. Luffy!