[Sorry, że tak rzadko tu zaglądam, ale od dłuższego czasu mam fazę na Hetalię i przeważnie piszę coś po angielsku na fanfiction.net. W każdym razie - oto fragment który miał sie znaleźć w "Stypei", ale już widzę, że raczej tego projektu nie zrealizuję, wiec postanowiłam to wrzucić jako osobną historię. Jest też tutaj małe nawiązanie do finału"Wielkiego Spotkania", ale myślę, że sami się domyślicie o co chodzi.]
Sanji od czterech dni nie był w stanie zasnąć. Siedział ciągle w kuchni i pichcił różne rzeczy, próbując zająć umysł pracą i nie myśleć o tej paskudnej wiadomości, która przyszła do niego zaledwie cztery dni temu. Mimo wszystko nie potrafił przestać o tym myśleć. Był wściekły. Tak wściekły, że kiedy kroił coś, siekał to na cieniutkie plasterki; że nieraz zapominał o gotującym się obok obiedzie i doprowadzał do tego, że bulgocząca woda po jakimś czasie wylewała się na kuchenkę.
Nie do wiary! Spośród wszystkich świństw, które ten przeklęty staruch mu zrobił, to było już szczytem wszystkiego. Sanji nie czuł się tak paskudnie od… właściwie nigdy nie czuł się aż tak paskudnie. Siekając marchewkę, mówił niewiadomo do kogo:
- Czy teraz ziemniaki są dość cienko obrane? A zupa? Dobrze przyprawiona, stary francie? Musiałeś mi to zrobić. W takim momencie wyciąć mi taki numer.
Łzy zakręciły mu się w oczach, ale otarł je szybko rękawem.
- Co ci się stało? – spytał ponuro Zeff wchodzącego właśnie do kuchni Sanjiego.
Dziewięciolatek był posiniaczony, miał podbite oko, rozciętą wargę i podrapane łokcie. Usiadł na krześle, bo trzęsły mu się kolana, i westchnął. Stary pirat również siedział i wciąż czekał na odpowiedź chłopaka. Ten jednak spuścił wzrok i milczał. Nie chciał mówić, o tym co się stało. Bał się, że kiedy Zeff się dowie, będzie tak wściekły, że go pobije. Jednak starzec nie zamierzał się bawić w detektywa i zgadywać co dokładnie zaszło.
- Miałeś tylko kupić na targu parę rzeczy. Co mają znaczyć te wszystkie rany, mały?
- Okradli mnie – odpowiedział cicho Sanji, spoglądając w końcu na Zeffa.
Starzec zmarszczył brwi i podniósł się z miejsca.
- Wstawaj – rozkazał, wzbudzając w Sanjim niepokój.
Chłopak, mimo strachu, jednak rozkaz wykonał. Stanął tuż przed Zeffem, a ten zdzielił go po łbie drewnianą nogą. W oczach Sanjiego pojawiły się łzy bólu. Spojrzał na Zeffa, którego wyraz twarzy był wybitnie surowy.
- Ile razy ci mówiłem, że masz uważać na rabusiów?
- Ale ich było trzech! – wrzasnął Sanji. – Byli wielcy jak góra! – nagle znów spojrzał w dół i zaczął mówić ciszej: – Zaatakowali mnie, dranie. Broniłem się jak tylko mogłem, ale i tak zbili mnie na kwaśne jabłko, a potem zabrali pieniądze i poszli sobie.
Nagle nie wytrzymał. Wybuchł płaczem.
- Naprawdę nie chciałem się dać obrabować. Z całych sił trzymałem portfel przy sobie, ale z łatwością mi go wyrwali z rąk.
Zeff milczał. Popatrzył na chłopca łagodniejszym wzrokiem i, wzdychając głęboko, kucnął przed nim. Wziął w ręce dłonie chłopca i zaczął je oglądać. Były trochę podrapane, ale mimo to Zeff uśmiechnął się i odetchnął z ulgą.
- Dobrze, że rękom nic wielkiego się nie stało – stwierdził, podnosząc wzrok na zdumionego chłopca. – Ręce to…
- …życie kucharza, wiem – powiedział ze zrezygnowaniem Sanji.
Zeff nagle podniósł się i na moment zniknął, aby niebawem wrócić z apteczką. Otworzył ją i na kawałek waty nalał trochę wody utlenionej. Następnie przytknął go do policzka Sanjiego, rozpoczynając opatrywanie kuchcika.
- Powinienem przewidzieć, że taki mały chłopiec będzie łatwym łupem dla różnych zbirów. Ale nie martw się, mały – mówiąc to zdanie, uśmiechnął się z pewnością siebie. – Już ja cię nauczę się bronić.
- Sanji, wszystko dobrze?
Zmartwiony głos stojącej za drzwiami Nami nie sprawił wcale, że Sanji się choć na moment zatrzymał. Powiedział tylko, że wszystko jest w porządku i pracował dalej. To jednak nie przekonało pani nawigator.
- Sanji, wpuść mnie. Od czterech dni nie wychodzisz z kuchni. Niepokoimy się o ciebie.
Dopiero ostatnie zdanie sprawiło, że Sanji przystopował. Jaka to wspaniała kobieta… Chwilę jeszcze milczał, a potem zawołał:
- To bardzo miło, że się o mnie martwisz, Nami-san, ale niepotrzebnie! Mam się całkiem świetnie. Odejdź, proszę.
Powrócił do pracy, ale zaraz usłyszał Zoro:
- Hej, kuku. Nie kłam, że wszystko jest w porządku. W tej sytuacji nic nie może być w porządku.
- Spadaj, morimo! – krzyknął Sanji.
- Chodź, Zoro – odezwał się do szermierza Franky. – Nie ma co uszczęśliwiać kogoś na siłę. Przyjdzie czas, to się sam otworzy.
Dało się słyszeć odgłos kroków oddalających się od drzwi. Sanji znów mógł cieszyć się samotnością. Pomyślał nagle o leżących w jego kajucie zdjęciach All-Blue. Przerwał znów krojenie marchewki i, oparłszy się rękami o blat, zaczął płakać.
„Jest coś o co chciałbym cię prosić.”
„ Co takiego?”
„Kiedy znajdziesz All-Blue, zrób parę zdjęć i mi prześlij wraz z dokładnym opisem.”
„Dobra. O ile wcześniej nie wykitujesz.”
„Chciałbyś, co? Bądź pewny, że nie umrę, zanim nie ujrzę All-Blue, choćby tylko na zdjęciach.”
„W takim razie ja je dla ciebie zrobię.”
- Stary draniu – wycedził przez łzy Sanji.
Z bezsilnej wściekłości kopnął z całej siły sąsiednie krzesło. Pozostała po nim jedynie sterta połamanego drewna. Sanji opadł na ziemię, oparłszy się o nogę stołu, i zapalił papierosa.
Zaśmiał się gorzko i wypuścił przez usta dym. Ręka, w której trzymał papierosa, drżała mu – nie wiadomo czy ze zmęczenia czy ze zdenerwowania, czy też z czegoś jeszcze innego. Spojrzał beznamiętnie na stojące na kuchence garnki z ugotowanymi przez niego w ciągu czterech dni potrawami. W lodówce było tego o wiele więcej, a że nikt (o, dziwo! – nawet Luffy, który zwykle je wszystko garściami) nie chciał tego jeść, stało tak i się chłodziło.
- Naprawdę zamierzasz mnie nauczyć tych wszystkich super kopów? – spytał zachwycony Sanji.
- Nie ekscytuj się tak. Czeka nas sporo pracy – powiedział Zeff.
Wyszli na zewnątrz. Na niebie świeciło słońce i wiał lekki wietrzyk – idealna pogoda na trening. Sanji aż nie mógł się doczekać, kiedy będzie mógł kopać w taki sam fajny sposób, jak Zeff. O jego szefie można było powiedzieć wiele, ale nie to, że jego styl walki nie jest niesamowity. Sanji miał już wiele okazji, aby obserwować go w akcji. Nawet z drewnianą nogą walczył w taki sposób, że nikt nie ważył się go zdenerwować drugi raz.
Zeff zatrzymał się, Sanji również. Chłopak rozejrzał się z lekkim zdumieniem. Spodziewał się, że będą tu jakieś przyrządy do treningów; chociaż jakieś manekiny, na których można byłoby ćwiczyć. Ale wokoło nie było nic nadzwyczajnego. Po prostu pusta przestrzeń.
- A teraz posłuchaj mnie, mały – zaczął Zeff, spoglądając na chłopaka chłodno. – Nauczę cię mojej techniki walki, abyś mógł się bronić. To jednak będzie wymagało dużo czasu, a jeszcze więcej pracy. Twoje nogi będą musiały znieść wiele bólu, zanim będziesz w stanie kruszyć nimi kamienie i pozostawiać odciski stóp na żelazie. Prawdę mówiąc, będziesz musiał trenować latami.
Sanji nagle zamarł. Cały entuzjazm nagle się ulotnił. Chłopak sposępniał.
- Ja to mam szczęście – szepnął do siebie i podszedł do balustrady.
- Życie jest okrutne, mały – odparł na to Zeff, również opierając się o balustradę. – A mistrzostwo wymaga czasu. Tak jest ze stylami walki, gotowaniem – popatrzył na Sanjiego w sposób, który można byłoby nazwać ojcowskim, i dodał: – i z każdą inną sztuką.
- Chciałem się odegrać na tych rabusiach – powiedział malec. Ze zrezygnowaniem opuścił głowę: – Za jakiś czas opuścimy tę wyspę i popłyniemy dalej. W takiej sytuacji nigdy nie odbiorę im naszej forsy.
- Ty nie – odparł staruszek, uśmiechając się pod nosem. – Ale kto tu jest właściwie szefem?
- Jak zawsze – stwierdził Sanji, spoglądając przed siebie. – Mnie okradają, a ty ich bijesz.
- Bo jesteś mały, słaby i niezbyt rozgarnięty – odpowiedział ze złośliwym uśmieszkiem Zeff.
- Że co, staruchu?! – wrzasnął ze złości Sanji.
Rozległo się pukanie do drzwi. Sanji nawet się nie podniósł. Ogarnęła go nagle dziwna apatia. Krzyknął tylko:
- Czego tam?!
- Przyszedłem z Luffy’m – oświadczył spokojnie Zoro. – Zaraz tu wejdziemy. Wpuścisz nas po dobroci albo wywarzymy drzwi.
- Zostawcie mnie samego, do jasnej cholery! – wrzasną rozpaczliwie kuk.
Kiedy tylko to powiedział, drzwi otworzyły się z hukiem i obaj jego nakama wparowali do kuchni. Sanji odwrócił się twarzą do nich, ale nadal nie podnosił się z podłogi. Spojrzeli na ten cień człowieka przed sobą. Worki pod oczami, blada cera, ręce, które trzęsły się jak w nerwowym tiku, oraz potargane włosy i przepocone ubranie – wszystko wskazywało na to, że miał się bardzo źle.
- Sanji – odezwał się do niego Luffy, robiąc dwa kroki ku niemu.
- Czego chcecie? – powiedział ostro.
- Przyszliśmy ci ulżyć – odpowiedział wesoło Luffy.
Sanji dopiero teraz wstał. Rzucił kapitanowi chłodne spojrzenie, ale Luffy nie wydawał się tym wcale przestraszony. Postawił w stronę kuka jeszcze dwa kroki. Wtedy Sanji podniósł do góry nogę.
- Nie zbliżaj się do mnie z tym swoim głupawym uśmieszkiem. Ty też, morimo – powiedział do Zoro, który stał z boku, po czym Sanji opuścił nogę i zwrócił się do obu: – Nie macie zielonego pojęcia co czuję, więc lepiej zostawcie mnie w spokoju.
Luffy jednak nie zamierzał zostawić Sanjiego w spokoju. Podszedł do niego szybkim krokiem i zrobił coś, co całkiem zbiło kuka z pantałyku – przytulił go do siebie mocno. Sanji poczuł jakieś dziwne ciepło i bliskość jakiej nigdy wcześniej nie czuł. Nagle poczuł, że może się otworzyć; że jak to zrobi, będzie mu lepiej. Odwzajemnił uścisk i momentalnie rozpłakał się męskimi łzami.
Stojący obok Zoro tylko patrzył.
- Dziesięć lat! – krzyknął przez łzy Sanji. Nagle zapragnął wyrzucić z siebie wszystko. – Przez dziesięć lat siedział w tej restauracji i był tam szefem kuchni i nikomu to nie przeszkadzało. Nikt nie zwracał na to jakiejś większej uwagi.
Luffy nic nie odpowiedział. Poklepał tylko swojego kucharza po plecach. Poczuł jak ręka Sanjiego zaciska się w pięść, chwytając się kurczowo czarnego ubrania kapitana.
- I nagle po dziesięciu latach – wrzasnął rozpaczliwie blondyn. – te szuje z Marines przypomniały sobie, że był kiedyś piratem!
Luffy nie wiedział co powiedzieć. Milczał więc. Nagle dojrzał stojące na kuchence garnki i uśmiechnął się szeroko.
- Dużo tego! – prawie wykrzyknął i dodał spokojniej: – To dobrze. Będzie akurat na stypę.
- Stypę? – zdumiał się Sanji.
Przestał ściskać Luffy’ego i spojrzał na niego ze zdziwieniem. Zoro również był zaskoczony. Kapitan uśmiechnął się do kuka i położył rękę na jego ramieniu.
- To jedzenie, nie możemy go zmarnować. A że gotowałeś to wszystko z żalu, będzie lepiej, jeśli zjemy je na stypie. Ale zanim do tego dojdzie – posmutniał – musisz się przespać. Zoro zaprowadzi cię do kajuty i odpoczniesz sobie.
- Dalej, kuchta. Idziemy do wyrka – powiedział Zoro, odrywając się od ściany.
Szermierz zawiesił sobie kucharza na ramieniu, jak rannego wojownika, i zaczął go w ciszy prowadzić w stronę jego kajuty. Kiedy tak szli w milczeniu przez korytarz, Zoro nagle postanowił przerwać niezręczna ciszę:
- Jeżeli będziesz chciał się zemścić, ero-kuku – Sanji spojrzał na niego ze zdziwieniem. Wyraz twarzy Zoro był bardzo poważny, kiedy szermierz spojrzał kucharzowi w oczy i powiedział: – możesz na mnie liczyć.