Szczery:
Jak mogliście zauważyć, Xatonlandia zyskuje coraz większą popularność. Zazwyczaj w takich sytuacjach powstają zabawki, filmy kinowe, naklejki... słowem, tania komercha. Razem z Qbolem postanowiliśmy jednak zmienić tor historii, wyginając go na komercję wyższa, czyli ocierającą się o sztukę. Taa.... "Ocierającą się" to dobre słowo. Cóż, po prostu zapraszamy do lektury pierwszej części opowieści wywodzącej się z magicznej krainy Xatonlandii ;P
qbol:
Jako współautor (hehe), chciałbym podziękować Xatonowi, za ten wspaniał pomysł założenia Xatonlandii. Dzięki niemu przeżywamy liczne emocje.... A tak w ogóle, to cieszę się, że mogłem to napisać współnie ze Szczerym. Miłej lektury (Za niedługo powinien pojawić się bonus;D.... Rysowany, ale ciii. Nie mówcie Szczeremu, że o tym powiedzałem).
Aha, śmiertelnymi zajmiemy się w kolejnym rozdziale ;P Który powstanie, jeśli ta "zajawka" się wam spodoba
I tak nie pożyją długo
Strona z rozdziałem 1
Strona z rozdziałem 2 i z komiksami
Strona z rozdziałem 3
Strona z rozdziałem 4
Strona z rozdziałem 5
Strona z rozdziałem 6
[size=150]
Prolog
______________________________________________________________________
Kami, opiekuńcze bóstwo Xatonlandii, wyspy umiejscowionej gdzieś nieopodal Grand Line, właśnie przebudził się z krótkiego, lecz czujnego snu. Nie lubił spać, gdyż w trakcie tej czynności śmiertelnicy objawiali mu się zdecydowanie zbyt często. Istnieje pewna teoria, iż sny ludzkie są obrazami od Boga. Teoria nie głupia - bo prawdziwa, jednakże każdy kij, z wyjątkiem golfowego, ma dwa końce - kiedy bóstwo zasypia, jego oczom ukazują się obrazy od śmiertelników. A to, miłym widokiem już nie jest.
Kami otworzył swoje wszechwidzące oczy, po czym podrapał się po swym kroczu (jakby nie patrzeć, był bóstwem objawiającym się w postaci mężczyzny, a to obliguje do pewnego typu zachowań). Następnie zwlókł się z boskiego posłania (w zasadzie nie będącego niczym więcej, niż skleconym z paru desek łóżkiem) i odetchnął zawsze świeżym, niebiańskim powietrzem. Najprawdopodobniej było już południe, ale w miejscu, gdzie zawsze panował nastrój rześkiego poranka – trudno to było stwierdzić.
Po dokonaniu odświeżenia wodą wyciśniętą prosto z chmurki, a także odziawszy się w obłok niebiańskiej mgły (która zamieniła się w lekką, jaśniejącą szatę), Kami postanowił raz jeszcze spojrzeć na swoje małe królestwo.
W tym celu wyszedł ze swego pałacu, który był zbudowany z chmury, na kamienny balkon (skąd się tam wzięły kamienie?), służący mu do obserwowania świata śmiertelników. Skupił się na wysepce, oddającej mu niezmiennie hołd, od początków istnienia na niej człowieka (czyli od jakichś trzech miesięcy). Rozwiał obłoki niewiedzy, przesłaniające mu przeszłość, przyszłość, a także, co najgorsze – teraźniejszość. Po chwili szamotaniny, w której ucierpiała niczemu niewinna mewa, oczom Kamiego ukazała się Xatonlandia - rozkosznie jeszcze zielona, zapełniona nieprzebytymi lasami, otoczona błękitnym morzem, obfita we wszelkie skarby natury.
Patrzył Kami na to, czemu przyszło mu sprawować patronat i wzdychał raz po raz z dumy, nad pięknem tej krainy, gdy nagle rozległ się krzyk, docierający prosto do jego uszu.
- Bogu! Booogu! *trochę mamrotania* Co on, śpi tam czy jak? Booogu!
Westchnął Kami ponownie, lecz tym razem bez cienia dumy. Kapłanka Jolly, służąca często reszcie śmiertelników jako łącznik pomiędzy światem ziemskim (naszym), a nadprzyrodzonym (Kamiego). Kami kiedyś spróbował wpłynąć na swoją wyznawczynię, by nie wołała go jak podrzędnego dżina, jednakże, po nieudanej próbie wyzwolenia się z podwójnego Nelsona, jakiego założyła mu kapłanka, uznał, że krzyk jest całkiem niezłą metodą komunikacji.
- Idę, idę, czekaj chwilę... - Powiedział Kami do swej kapłanki, po czym zniknął w szpanerskich kłębach dymu. Które były jednak szpanerstwem bezcelowym, gdyż wokół nie było nikogo, kto mógłby je ujrzeć.
Obserwowanie Xatonlandii było tego poranka bardzo popularnym sportem, gdyż bóg Kami nie był jedynym, który skierował na nią swoje spojrzenie. Czyniło to także, choć z całkiem innej perspektywy, dwóch piekielnych zatraceńców (Gdzie jest ta ulica, gdzie jest…. Aaa! Takich zatraceńców!).
- A to natomiast – rzekł Malder, przechadzając się wolno po wypalonej, wybrukowanej dobrymi chęciami ziemi
- Jest część naszego wielkiego projektu na rok 2012. Będzie się działo.... - Na piekielnym obliczu pana piekła zagościł mściwy uśmiech. - Jeśli utrzymasz się do tego czasu na tym stanowisku, a wierz mi - jest to niełatwe, uczynię tą wysepkę twoim rewirem.
Jego rozmówca, świeżo awansowany na pana Mhrocznych Koshmarów (sp. Z.O.O TM) Qbol, spojrzał na wyspę. Jego diabelski wzrok przebił się przez kilometry głębokości oceanu, aby wreszcie skupić się na tym, co każdemu czartowi najcenniejsze - duszach.
- Nie wydaje mi się, by to było wielkim wyzwaniem... - zmysły Qbola wyostrzyły się w poszukiwaniu wszelkich słabości śmiertelnych. - Trzy, może cztery potężne dusze, resztę mogę zgnieść w każdej chwili...
- Przypatrzyłeś się dobrze? - Malder znów się uśmiechnął, tym razem jednak złośliwie. Widział, że nowy Pan Mhrocznych Koshmarów musi wiele się jeszcze nauczyć, jeśli chce przeżyć choć kolejny tydzień na swej pozycji. - Może przestaw się na sfery nieco bardziej... uduchowione.
-Co? - zdziwił się Qbol - Chyba nie chcesz powiedzieć, że... - Lecz nie dokończył pytania, gdyż jego piekielne zmysły podały mu już odpowiedź.
- Mają Boga!
- Trafiłeś w sedno. Do tego czasu, z boską pomocą, na pewno wyspa ta stanie się bogatym, potężnym miejscem, obfitym w wiele...- Kontynuujący swoją powolną wędrówkę Malder zauważył nagle, że rozmawia z powietrzem. Obrócił się prędko, po czym płomienną kulą wytrącił podwładnemu z ręki broń, która była wycelowana w Xatonlandie. Porządną, radziecką bazookę, naładowaną zlepkiem specjalnej amunicji Qbola – Rzelkami, które zostały naznaczone przez samo Zuo. Jedna wystarczała, do wywołania niemałej eksplozji, implozji i w ogóle rzeczy, które kończą się na –ozji.
Wystrzelony w ostatniej chwili pocisk zmienił trajektorię i wylądował na zboczu jednej z piekielnych gór, powodując głośny wybuch, i jeszcze głośniejszą lawinę.
- Głupcze! Jeszcze nie pora! - wydarł się Malder, samym spojrzeniem powodując stopienie broni w lśniąca kałużę - Nie zarzynaj wieprza, póki jest jeszcze chudy!
- Chcę zarżnąć wieprza, póki nie wyrosną mu kły! - warknął pan Mhrocznych Koshmarów - Nie ma sensu czekać do 2012, załatwmy najpierw tych słabych, a potem zajmę się ich bogiem!
- Nie pozwolę Ci zniszczyć planu, który dojrzewał od początku wszechświata tylko dlatego, że nie umiesz wytrzymać trzech lat! - Diabeł zniknął w widowiskowym słupie ognia (w przeciwieństwie do sztuczek Kamiego, tutaj efekciarstwo miało widza), jednak po chwili dało się usłyszeć - Jeśli dowiem się, że do tego czasu ruszyłeś choćby jednego z nich, nawet twoje Rzelki cię nie ochronią!
Pozostawiony sam sobie Qbol, ze złością zaczął grzebać kopytem w bulgoczącej cicho kałuży stali, myśląc o zakazie danym mu przez Pana Piekieł. Myślał o tym, że w ciągu trzech lat z pewnością stanowisko zostanie przekazane komuś innemu. Komuś kto, dla przykładu, nie zamienił się w dymiącą kupkę popiołu, w bliżej nieznanych okolicznościach. Walka o stołek pana Mhrocznych Koshmarów, będącego w zasadzie bezpośrednim podwładnym samego Pana Piekieł, zawsze była zażarta. Natomiast tuż przed datą końca świata na Ziemi
*, czorty były szczególnie łase na okazję zdobycia zaszczytów przy eksterminacji gatunku ludzkiego.
Musiał jakoś wykorzystać sytuację na swoją korzyść.
Musiał sprawić coś, co uczyniłoby go antybohaterem całego piekła (diabły mają odmienny system wartości od ludzkiego). W końcu Qbol podjął decyzję. Za sprawą jednego pstryknięcia palcami zmienił swa zewnętrzną powłokę na ludzką. Nawet garnitur sobie (kurna…), od Armaniego wyczarował. Z nadzieją, że na miejscu znajdzie okazję do wyrządzenia wielu przyjemnie szkodliwych rzeczy, przeniósł się na wyspę Xatonlandię. Bez żadnego efektu specjalnego, gdyż Qbol woli działać nie widowiskowo, a skutecznie.
*Miejsce gdzie są zsyłani grzesznicy istnieje w wielu uniwersach. Co ciekawe, nie w każdym wszechświecie istnieje miejsce, do którego idą po śmierci ludzie dobrzy. Dowodzi to jedynie, że groźba bata niesie z sobą większą siłę, niż obietnica marchewki
[
Dodano: 2009-07-09, 23:44 ]
P.S. Akapity nam zj****o przy wysyłaniu posta ;/