Też chętnie przeczytam wywiad z Zoro w Twoim wykonaniu XD
A teraz, póki co, coś ode mnie...
Jakoś tam napisało mi się w pracy takie cuś zwane na forum "Mirriel" trumienką. Nie sprawdzałam jej jeszcze na błędy, bo tu nie mam takiej możliwości (korzystamy z angielskiej wersji Office'a i IE T_T'), ale postaram się naprawić wszystko wieczorem.
Mam nadzieję, że się spodoba... ^^"
EDIT: Zbetować zgodziła się Myszka
- Zabiję ją.
Roronoa Zoro zamknął książkę, po czym położył ją na szafce nocnej, obok lampy. Następnie zdjął okulary i schował je pod kanapę. Zakładał je tylko wtedy, kiedy musiał coś przeczytać i zawsze wcześniej upewniał się, że nikt z pozostałych domowników go nie zobaczy. Przy jego doskonałym niegdyś wzroku binokle wydawały mu się uwłaczające. Przetarł oczy i rozmasował nasadę nosa, przypominając sobie, że Nami umarła jakiś czas temu we śnie i wypowiedziana przed chwilą groźba nie ma większego sensu.
W dodatku wszelkie rozmyślania na ten temat były poniekąd utrudnione, biorąc pod uwagę spory kac gnębiący szermierza.
"Starzeję się" - pomyślał ponuro, sięgając po klina dla rozjaśnienia myśli. Prosta konkluzja przyszła już po pierwszym kieliszku. - "Jeśli istnieją jakieś zaświaty, to ją w nich znajdę i zabiję."
Usatysfakcjonowany, pociągnął mocno z butelki.
Zanim jeszcze zdążył sobie przypomnieć, że w zaświatach będzie też na niego czekał ten durny obrońca niewiast, król wszystkich pantoflarzy, Sanji, jego myśli zostały ściągnięte na zupełnie inne tory przez krzyk, który dobiegł go zza okna.
- RORONOA ZORO!!!
Ponury uśmiech przeciął twarz szermierza niczym przed momentem zadana rana cięta. Podszedł do ściany i zdjął zeń trzy wyeksponowane katany. Nie każdy zdawał sobie sprawę, że Zoro nadal potrafi godzinami dbać, by te trzy ślicznotki były ciągle ostre - czyszcząc je, polerując, a także uprawiając niekończące się treningi.
- Tato! - krzyknął jeden z jego synów, wpadając do pokoju. - Jakiś wariat... - Urwał. Jak zahipnotyzowany patrzył na swojego rodziciela, który bez pośpiechu, płynnymi, pełnymi gracji ruchami wsunął katany w szlufki haramaki, zabrał ze stolika starą, czarną chustę i ze zwinnością, jakiej dawno u niego nie widziano, przeskoczył parapet. Dopiero po chwili stojący wciąż w progu młodzian zawahał się i podleciał do okna. Ojciec podszedł do młodego, może dwudziestoletniego chłopaka stojącego na trawniku przed domem. Wymienili parę zdań.
Zoro pokiwał głową. Ostatnim razem widzieli się parę lat temu. Od tamtego czasu determinacja jego przeciwnika nie zmieniła się ani o jotę, czego nie można było powiedzieć o jego sile, której znaczy wzrost Roronoa wyczuwał nawet stojąc w paru metrowym oddaleniu. Najsilniejszy szermierz świata nie mógł powstrzymać ponurego uśmiechu pchającego się na twarz. Strzepnął bandanę - nie dbał o nią tak, jak o katany, więc po tylu latach leżenia bez użytku zdążyła się nieco zakurzyć - i pierwszy raz od dłuższego czasu zawiązał ją na głowie. Następnie sięgnął po Wadou Ichimonji...
- Tato... - szepnął ze zgrozą mężczyzna, zaciskając palce na parapecie.
- Jeśli nie możesz patrzeć, to idź do salonu - usłyszał z tyłu znajomy głos.
Obrócił się, zaskoczony, i napotkał chłodne spojrzenie matki.
- Trzeba ich powstrzymać! On ma ponad dziewięćdziesiąt lat, do cholery! To chyba jasne, że...
- Twój ojciec był, jest i do śmierci będzie najlepszym szermierzem na tym świecie - przerwała mu ostro. - Jeśli w niego nie wierzysz, to nie patrz na tę walkę. Idź na tyły domu i czekaj tam na mnie.
Zacisnął zęby, po czym odwrócił się i wbił wzrok w ojca.
Zostali sami w domu - pozostała dwójka braci była w tej chwili gdzieś na mieście, a służba dostała wychodne. Stali razem w oknie i obserwowali pojedynek. Do samego końca.
W parapecie powstały głębokie ślady po wbitych weń palcach. Najmłodszy Roronoa trząsł się ze złości na swoją bezradność.
- Mówiłem Ci! - krzyknął na matkę. - Mówiłem, żeby go powstrzymać!!
Tashigi była blada jak ściana. Zacisnęła jednak usta i spojrzała wilkiem na syna.
- Chodź ze mną - powiedziała krótko, odwracając się do drzwi.
Wyszli z domu i przemierzyli szybkim krokiem ogród. Była oficer pokłoniła się przed nowym mistrzem, po czym podeszła do leżącego nieopodal męża. Na jego twarzy nadal widniał krzywy uśmiech.
- Spójrz na niego - powiedziała, walcząc z zaciśniętym gardłem. - Naprawdę sądzisz... - Przerwała na moment, czując, że przegrywa. - Naprawdę sądzisz, że zdołałbyś go powstrzymać?
A ponieważ lubię wesołe zakończenia....
Zoro rozejrzał się. Stał na otoczonej przez las łące. Miejsce wydało mu się dziwnie znajome. Zaskoczony skontaktował również, że nie ma na sobie haramaki, ani trzech katan przytroczonych do niej. Wysokość z jakiej zwykł patrzeć na trawę drastycznie się zmniejszyła. Spojrzał na swoje dłonie. Były zaskakująco małe. Niepokoiły go te zmiany. Nie wiedział, do czego mają prowadzić.
- Brawo, Zoro.
Obejrzał się.
- Kuina...
Dziewczyna stała przed nim, uśmiechając się lekko.
- Dotrzymałeś słowa.
Wreszcie szermierz załapał. Kuina, ta łąka... Wszystko wyglądało jak w nocy, w której pojedynkowali się ostatni raz.
- Kuina! To ciebie widziałem po walce z Mihawkiem, prawda? Nie miałem przywidzeń?
Był wtedy wykończony i słabo cokolwiek pamięta z tego, co się działo po zabiciu Sokolookiego. Ale wizja uśmiechającej się Kuiny wryła mu się w głowę i do dziś męczyła - jej duch naprawdę tam był? Czy to były, jak mówiła Nami, halucynacje spowodowane upływem krwi?
Teraz też tylko się uśmiechała.
- Kuina! Odpowiedz mi!
Pokręciła głową.
- Wracaj do przyjaciół, Zoro. Czekają na ciebie.
Wszystko się rozmazało i sczerniało.
- Kuina!!!
Dziewczynka pomachała do niego.
- Dziękuję, Zoro - usłyszał, zanim zapadła ciemność.
Dłuższą chwilę zajęło mu skontaktowanie, że nadal ma pod stopami twarde podłoże. Poczuł, że całe pomieszczenie lekko się przechyla. Uśmiechnął się. Znał ten rodzaj kołysania. U boku poczuł miły ciężar katan. Rozejrzał się i przekonał, że znajduje się w ciemnym pomieszczeniu, oświetlanym słabym światłem przesączającym się przez szczeliny między framugą a drzwiami, zza których usłyszał rozmowę.
- Sanji, a ciebie co tak właściwie wykończyło?
- Luffy! To niegrzeczne pytać o coś takiego!
- Ale ja jestem ciekawy...
Zoro uśmiechnął się krzywo. Nawet, gdyby Nami nie krzyknęła imienia kapitana, to szermierz nie miałby najmniejszych problemów z rozpoznaniem żywego głosu i wesołego tonu przyjaciela.
- Piąty zawał - parsknął śmiechem Sanji. Rozległ się dźwięk otwieranej zapalniczki zippo.
- Ciebie nic nie nauczy, że nikotyna jest szkodliwa, co? - zapytał wiecznie dziecinny głos doktora.
- A jaki szlag mnie może
tutaj trafić? Co, Chopper?
Zoro znudziło się stanie w przedsionku, który już dawno rozpoznał jako ten z Going Mery. Podszedł do drzwi i otworzył je, mrużąc oczy przed światłem.
- ZORO! - krzyknął radośnie Luffy.
- Nie śpieszyło ci się, glonogłowy - rzucił Sanji, szczerząc się szeroko.
Franky podszedł i klepnął go w plecy tak mocno, że szermierz miał wrażenie, że zaraz wypluje własne płuca.
- Yohohoho, no to nareszcie jesteśmy w komplecie!
Zoro obejrzał się w stronę znajomego głosu, po czym zamrugał zaskoczony.
- Ty jesteś...
- Co, tak ciężko mnie rozpoznać, kiedy mam mięśnie i skórę? - zapytał Brook.
- Ja go poznałam tylko po afro - przyznała Nami ze śmiechem.
- TY! - krzyknął wściekle Zoro, przypominając sobie o książce. - Ja cię zamorduję, stara kutwo! Coś ty nagadała tamtemu pisarczy... Czego chcesz, ero? - burknął, blokując przedramieniem wyprowadzone kopnięcie.
- Jak ty się zwracasz do mojej słodkiej Nami, chamie!
- Kshishishi... - zachichotał kapitan, nakładając nieśmiertelny kapelusz na głowę. Dawno temu oddał go Shanksowi. Zaświaty jednak najwyraźniej uznały, że z nim jest mu najlepiej. Luffy wstał i podszedł do wyjścia. - Chodźcie! - zawołał, otwierając drzwi. - Stawiamy żagle i cała naprzód!
Ze zgodnym okrzykiem "AYE!" załoga wyszła na pokład i wyruszyła na swoją ostatnią przygodę.
PS: Przepraszam. Nie pamiętałam imion synów Zoro, więc tego jednego dałam tam strasznie bezosobowo ^^"
[
Dodano: 2008-07-15, 12:23 ]
Tuna - ja też nie wyobrażam sobie takiego rozstrzelenia załogi wszędzie gdzie się da. Mam wrażenie, że Luffy by już nie miał czego szukać na morzach i byłoby mu cholernie smutno.
Zakładałabym, że z załogi osiedliliby się Sanji z Nami, do tego Usopp wróciłby do Kayi. I to raczej tyle. Jak mówiłaś - Zoro zostałby przy Luffy'm (lojalność po grób), Franky zostałby na statku, Robin zabrałaby się z nimi, bo po spełnieniu jednego marzenia należy szukać następnych (co nie? ^^), Chopper nigdy pewnie nie będzie się czuł dobrze w świecie ludzi, więc też by został...
Trumna jednak jest jaka jest - pod fik.