Dobra, wrzucam. Tytułu jeszcze nie wymyśliłam. Oczywiście liczę na jakieś komentarze, nie muszą być pozytywne, ale ważne, żeby były szczere. Trochę mi przykro, że niektóre moje prace zostały zignorowane, jak np. "Sztuka krzywdzenia", bo to jednak demotywuje

Jeśli macie cokolwiek do powiedzenia, nie bójcie się wyrazić swojego zdania (póki nie jest to nic chamskiego).
Rozdział I
- Masz nadwyrężone ramię i nadgarstek. Mogę dać ci maść, ale najlepiej zrobiłby odpoczynek – stwierdził doktor Espen, oglądając rękę swojej pacjentki.
- Nie mogę przestać pracować, nie kiedy ludzie kupują moje drewno – oznajmiła stanowczo Ingrid ubierając koszulę.
- To nie jest praca dla kobiety, na dłuższą metę nie podołasz.
- To ci niby mam zrobić? Trza się z czegoś utrzymywać.
- Sprzedaj las – wycedził lekarz, przeczuwając z jaką reakcją się spotka.
- Sprzedać las? Czy ty wiesz co mówisz? – zbulwersowała się kobieta.
- Pieniędzy starczyłoby ci do końca życia. Nie musiałabyś pracować.
- Ten las należał do mojej rodziny od pokoleń, nie sprzedam go!
- Uspokój się, In, ja chcę ci tylko pomóc. Znam cię od dziecka, przyjąłem cię na świat, chyba rozumiesz, że twoje dobra jest dla mnie bardzo ważne?
Kobieta wstała i skierowała się do wyjścia.
- Wiem, rozumiem... – rzekła na odchodnym – Ale ty powinieneś rozumieć też mnie. Lasu nie sprzedam – i z tymi słowy wyszła.
Ingrid wiedziała, że lekarz miał sporo racji. Trudno było jej podołać tak ciężkiej pracy w pojedynkę, ale postanowiła, że las zostanie w rodzinie i zamierzała się tego trzymać. Zdążyła się zresztą przyzwyczaić to samotnego trybu życia i pracy drwala. Ludzie z wioski również zaakceptowali ją taką jaką była, choć w tych stronach dwudziestoczteroletnia kobieta bez męża i dzieci była zjawiskiem rzadko spotykanym.
W drodze do domu minęła głęboki fiord i choć znała go bardzo dobrze, tym razem zatrzymała się przy nim. Była absolutnie pewna, że zobaczyła łódź przy brzegu. Port znajdował się dwie wioski dalej, więc nie rozumiała po co ktoś miałby przybijać akurat tutaj. Z ciekawości zeszła ze wzgórza, aby się lepiej przyjrzeć.
- Co, do czorta? – Rzekła do siebie, widząc, że w łodzi znajduje się jakaś postać i nie wykazuje żadnych oznak życia.
Gdy była już na tyle blisko, by móc wejść do łodzi, mogła już bez problemu stwierdzić, że człowiek znajdujący się w środku jest ciężko ranny, a może nawet martwy. Miał na oko koło dwudziestu lat, jego górna część odzieży była w strzępach, odsłaniając liczne, broczące krwią rany. Kiedy Ingrid sprawdziła puls, zdała sobie sprawę, że mężczyzna jeszcze żyje. Zrozumiała, że nie może zostawić go w takim stanie na pastwę losu. Szybko wyciągnęła go z łodzi i gdy tylko wyszła z wody, oparła go sobie na plecy. Najlogiczniejszym rozwiązaniem było zaniesienie rannego prosto do lekarza, ale ponieważ do siebie miała dużo bliżej, postanowiła najpierw zostawić nieznajomego u siebie i dopiero wtedy pójść po doktora.
Mężczyzna stęknął, kiedy położyła go na łóżku. Cóż, było to dobry znak, przynajmniej jeszcze żył.
- Hej, słyszysz mnie? – Klepnęła nieznajomego w twarz, ale nie otrzymała żadnej reakcji, po za płytkim, nierównym oddechem.
Gdy bliżej przyjrzała się ranom poszkodowanego, zauważyła, że wystają z nich jakieś metalowe ostrza. Wyglądało to naprawdę poważnie i jeśli nie chciała mieć w domu trupa, musiała się bardzo spieszyć. Osiodłała więc swego jedynego konia i pognała do domu Espena. Lekarz bardzo zdziwił się na jej widok, ale nie dała mu nawet dojść do słowa.
- Wyjaśnię ci wszystko po drodze, to nagła sprawa – oznajmił, a doktor podążył za nią bez dwóch zdań.
- Na szczęście nie wdało się zakażenie, rany wyglądają na świeże – oznajmił lekarz, oglądając pacjenta. – Stracił jednak dużo krwi.
- Pomożesz mu?
- Zrobię, co w mojej mocy. Jak ma silny organizm, to przeżyje.
Lekarz wziął się do pracy, a Ingrid siedziała obok, milcząc.
- A więc znalazłaś go w łodzi? – Espen postanowił przerwać ciszę. Kobieta tylko przytaknęła. – Nie masz pomysłu, co mogło go tu sprowadzić?
- Pewnie prąd zniósł łódź tak daleko. Przypuszczam, że przed kimś uciekał.
- Dziwne... – lekarz wyjął pierwszą strzałkę z ciała rannego. – Nie wiem po co ktoś strzelałby czymś takim, kule są skuteczniejsze.
- Może nie mieli kul? – Palnęła kobieta.
Resztę operacji doktor przeprowadził w ciszy, bo w zasadzie nie mieli wielu podstaw do snucia domysłów. Kiedy skończył, Ingrid zaproponowała by został na obiad, ale odmówił.
- Jak się ocknie, daj mi znać – powiedział. – I lepiej na niego uważaj, nic nie wiemy o tym człowieku.
Następnego dnia Ingrid udała się na wyrąb drzew, tak jak zwykle. Ból ramienia bardzo jej dokuczał, ale nie mogła sobie pozwolić na odpoczynek, więc starała się w miarę możliwości używać drugiej ręki. Kolejną sprawą było pozostawienie rannego człowieka samego. Może nie było to rozważne posunięcie, ale Ingrid nie mogła sobie pozwolić na stratę całego dnia, zwłaszcza, że nie wiedziała, kiedy mężczyzna odzyska przytomność. Poza tym biorąc pod uwagę jego stan, nawet gdyby się ocknął, prawdopodobnie nie wygramoliłby się nawet z łóżka o własnych siłach.
- U mnie i tak nie ma coś ukraść – powiedziała do siebie kobieta, aby trochę się uspokoić.
Usiadła na trawie, by odpocząć i po chwili usłyszała, że ktoś woła jej imię. Wkrótce zauważyła, że to doktor biegnie w jej stronę, wyraźnie czymś przejęty.
- In, jest niedobrze, bardzo niedobrze – powiedział zdyszany mężczyzna. Musiał biec całą drogę.
Trwoga w głosie lekarza sugerowała, że naprawdę wydarzyło się coś złego.
- Rany, co się stało?
- Doszły mnie słuchy... że Marynarka przetrząsa sąsiednią wieś. Czy ty wiesz co to znaczy?
Oczy Ingrid rozszerzyły się w szoku.
- Chyba nie chcesz powiedzieć, że...
- Musi być poszukiwany! Na pewno chodzi o tego człowieka, o kogoż innego mogłoby chodzić?! – doktor chwycił koleżankę za ramiona, podkreślając powagę sytuacji
- Jeśli znajdą go u mnie w domu...
- To cię aresztują.
Dreszcz przeszedł ją po plecach. Jeszcze nigdy nie znajdowała się w tak patowej sytuacji.
- Co mu zrobią, jeśli dostanie się w ich ręce?
- A co Marynarka robi z przestępcami?
Było to oczywiście pytanie retoryczne.
- Ocaliliśmy mu życie – powiedziała Ingrid, mając nadzieję, że doktor zrozumie, co chciała przez to powiedzieć.
- Uwierz mi, ja też nie czułbym się w porządku wydając człowieka na kaźń i śmierć, ale... co jeśli on naprawdę jest niebezpieczny?
- A co jeśli nie jest?
Podobne dywagacje mogliby prowadzić cały dzień, ale i tak nic by z nich nie wynikło.
- Ty chyba nie zdajesz sobie sprawy, jakie ryzyko podejmujesz? – Rzekł lekarz. – I nie chodzi o to, czy jest niebezpieczny. Jeśli Marynarka przyłapie cię na ukrywaniu przestępcy, to już po tobie.
- Jesteś lekarzem, więc chyba cenisz ludzkie życie? Pomyśl, co będziesz czuł jeśli skażesz na śmierć osobę, którą uratowałeś?
Po minie mężczyzny widać było, że nie ma już więcej argumentów. Ingrid go przekonała.
- Zrobisz, co uznasz za słuszne – powiedział i westchnął. – Ja w każdym razie będę milczał jak grób.
- Mam przeczucie, że dobrze robimy – kobieta się uśmiechnęła, choć Espenowi nie dodało to otuchy. Wrócił jednak do domu, nic już nie mówiąc.
Nagle Ingrid przypomniała sobie o jednej ważnej rzeczy, której nie mogła zignorować. Pognała nad fiord i zauważyła, że łódź znajduje się tak, gdzie ją znalazła. Wszelkie ślady należało zniszczyć, a w tym przypadku siekiera była do tego idealna.
Przybyli jeszcze nim zapadł zmrok. Ingrid zauważyła ich przez okno, oficer i grupka podwładnych, zmierzali prosto do jej chaty. Kobieta zacisnęła pięści i wzięła głęboki oddech. Nie mogła pokazać, że się boi, co stanowiło nie lada wyzwanie, bo już dawno nie czuła tak wielkiego strachu. Może i postępowała lekkomyślnie, ale coś podpowiadało jej, że człowiek, którego chroni nie jest złoczyńcą.
Usłyszała głośne pukanie do drzwi i zamarła. Wciąż jeszcze nie było za późno, wciąż mogła zawrócić, zmienić zdanie, ale... nie, podjęła już decyzję.
- Otwierać! – Doszedł jej głos i wtedy wreszcie udało jej się opanować nerwy.
Widok grupy uzbrojonych mężczyzn bynajmniej nie działał na nią kojąco, ale zachowała kamienną twarz. Nagle oficer skinął na podwładnych, a ci wmaszerowali do chaty, jeden za drugim.
- Poszukujemy groźnego pirata i mamy podstawy przypuszczać, że znajduje się w okolicy – to mówiąc, mężczyzna pokazał list gończy.
„Monkey D. Luffy, 600 milionów beli” głosił napis, a zdjęcie jednoznacznie wskazywało, że chodzi o tą samą osobę, którą ukrywa.
Sześćset milionów? – pomyślała zdumiona kobieta. W głowie jej się nie mieściło, że za czyjąś głowę mogła zostać wyznaczona taka nagroda, ale o dziwo, intuicja dalej podpowiadała jej, że poszukiwany nie jest złym człowiekiem. Nawet się go nie bała. Wprost przeciwnie, nie mogła się doczekać, aż się ocknie i będzie mogła zasypać go pytaniami.
- Pierwsze słyszę, pierwsze widzę – rzekła oschle. – Od lat nie widziano tu pirata.
- Oczywiście wie pani, że za ukrywanie przestępcy grozi powieszenie?
- Czemu miałabym kogokolwiek ukrywać? Mam własne problemy.
- Więc nie ma pani nic przeciwko, jeśli przeszukamy dom? – Z tonu głosu oficera dało się wywnioskować, że to pytanie retoryczne.
Żołnierze przetrząsnęli izbę, wywracając wszystko do góry nogami.
- Znaleźliście coś? – spytał dowódca.
- Nie, ale jest tu zejście do piwnicy – odezwał się jeden z marynarzy.
- Przeszukać!
Dwóch ludzi zeszło na dół, a Ingrid cieszyła się, że stoi tyłem do oficera, bo nie widział, jak po czole spływa jej stróżka potu. Ręce mimowolnie zaczynały jej drżeć i modliła się w duchu, by to wszystko już się skończyło, bez względu na rezultat.
- Czysto – oznajmił jeden z żołnierzy, wyłaniając się spod podłogi.
W tej chwili z serca Ingrid spadł kamień wielkości króla mórz.
- Cóż, przepraszamy za najście – oficer ukłonił się z wymuszoną uprzejmością, wyraźnie nie zadowolony z rezultatu poszukiwań.
Gdy marynarze sobie poszli na dobre, Ingrid weszła do piwnicy i podeszła do wielkiego kosza z jabłkami. Wsunęła ręce pomiędzy owoce i wyciągnęła ze spodu wciąż nieprzytomnego pirata. Jednak pomysł na kryjówkę okazał się dobry.
- Mięsa... – stęknął Luffy, odzyskując przytomność. Bolało go całe ciało, ale głód bardziej dawał mu się we znaki.
- Preferujesz drób, czy dziczyznę? – głos bynajmniej nie należący do Sanjiego, sprawił, że król piratów otworzył szeroko oczy.
Pierwszym co zauważył była młoda kobieta. Ubrana w stare dżinsy i kraciastą koszulę, siedziała na stołku i paliła fajkę. Nie była tęga, ale też nie filigranowa, miała dość szerokie ramion, co prawdopodobnie wynikało z pracy fizycznej.
Luffy na pewno nie znajdował się na statku, tylko w drewnianej chacie, tyle przynajmniej zdołał zauważyć. Zauważył również, że ktoś opatrzył jego liczne rany. Nagle przypomniał sobie jak ścigała go Marynarka, a on umknął w maleńkiej łodzi, odciągając żołnierzy od swych przyjaciół. Dobrze, że była wtedy mgła, bo inaczej pewnie już by nie żył.
- Kim jesteś? – spytał nieco skołowany
- Ingrid Fir, drwal – wyjaśniła ze spokojem kobieta. – Więc jesteś wart sześćset milionów, Monkey D. Luffy? Kupa kasy. Masz szczęście chłopie, żeś trafił na terytorium mego lasu. W sąsiedniej wsi znaleźliby się tacy, co by cię od razu Marynarce wydali. I masz szczęście, że tutejszy lekarz, to mój kumpel. Byłeś paskudnie ranny, gdy cię znalazłam.
- Dzięki za wszystko i w ogóle, ale muszę odnaleźć moją załogę – Luffy podniósł się, co nie było łatwe, biorąc pod uwagę jego stan. – Gdzie jest moja łódź?
- Musiałam ją porąbać – Ingrid rzekła, z tym samym stoickim spokojem co wcześniej, nie wyciągając nawet fajki z ust.
Oczy pirata rozszerzyły się w szoku i niedowierzaniu.
- Co?! Jak mogłaś porąbać moją łódź!!! – Luffy krzyknął wkurzony.
- Nie gorączkuj się tak, człowieku, bo cię to tylko osłabi. Nie miała wyboru, Marynarka wszędzie rozesłała swoje patrole, musiałam zatrzeć ślady. To i tak cud, że cię nie znaleźli, bo te prostaki zaglądały gdzie popadnie.
- To niby czym mam teraz wrócić?!
- Nie mów mi, że chciałeś płynąć TYM? – Kobieta zaczynała się już lekko irytować.
- Nie ma tu innej łodzi? Muszę wrócić!
- Tyś głupszy od moich kur! Jesteś ranny, do tego wszędzie pełno Marynarki. Pieron wie kiedy teren się oczyści. Nie po to żem ci dupsko ratowała, żebyś teraz dał się ustrzelić jak kaczka. Chcesz mojej rady? Za dwa miesiące przypływa tu statek transportowy, możesz się nim zabrać. Tak będzie najbezpieczniej.
Luffy był kompletnie zbulwersowany.
- Dwa miesiące?! Co ja tu będę robić przez tyle czasu?!
Kobieta postanowiła raz na zawsze zakończyć tą bezproduktywną dyskusję.
- Podobno byłeś głodny?
- A no tak! Mięsa!
Podczas gdy Luffy się napychał, Ingird i obserwowała go w zdumieniu. Tytoń już dawno się wypalił, ale wciąż trzymała fajkę w ustach, siedząc kompletnie zamurowana. Nigdy nie przypuszczała, że taki szczupły człowiek może tyle zjeść, a już tym bardziej w takim tempie.
- To było pyszne! – Pirat poklepał się po brzuchu. – Mogę dokładkę?
- Nie, wszystko żeś zeżarł.
- Aha... – Luffy zmieszał się trochę, ale po chwili był już znowu beztroski. – To może pójdę coś złapać?
- Zidiociałeś? Jeszcze wczoraj byłeś bliski śmierci, powinieneś leżeć.
- Ale ja czuję się świetnie.
- Idę po doktora, miał na ciebie rzucić okiem, jak się ockniesz.
Ingrid zostawiła Luffiego na chwilę samego, mając nadzieję, że nie zje mebli. No i w sumie ich nie zjadł, ale gdy wróciła, przekonała się, że znalazł sobie inną przekąskę.
- Skąd wziąłeś te jabłka?! – Krzyknęła, kiedy ujrzała, że ranny znowu się opycha.
- Zełwałem z dłewa – pirat wybełkotał z pełną buzią.
- Miałeś leżeć!
- Pozwolisz, że cię zbadam? – Wtrącił się lekarz, lekko rozbawiony.
- Tłak, dłękuje za pomoc.
- Jesteś pewna, że jest wart sześćset milionów? – Espen szepnął koleżance, a ta tylko wzruszyła ramionami.
Ingrid wyszła na podwórze, aby dać mężczyznom trochę prywatności. Gdy spojrzała na jabłoń, zamarła ze zdumienia. Wszystkie najdojrzalsze jabłka z samego szczytu znikły.
Jakim cudem? Jak mógł w takim stanie? – zadawała sobie pytanie, ale żadna logiczna odpowiedź nie przychodziła jej do głowy
- Skończyłem! – Lekarz opuścił chatę. – Jest zdecydowanie odporniejszy od zwykłego człowieka.
- Cóż, to by częściowo tłumaczyło tak wysoką nagrodę.
- Przyniosłem przyodziewek. Pomyślałem, że będzie chciał założyć świeże ubranie – mężczyzna podał kobiecie zawiniątko.
- Dzięki, zawsze można na ciebie liczyć.
- I jeszcze jedno, wiem, że sprawia sympatyczne wrażenie, ale miej na niego oko, lepiej dmuchać na zimne. Spotkajmy się jutro w gospodzie, to ustalimy co dalej.
- Dobrze – uśmiechnęła się kobieta i tak się pożegnali.
Kiedy wróciła do chaty, zauważyła, że Luffy znowu śpi. Postanowiła go nie budzić.
Następnego ranka Luffy obudził się w typowy dla siebie sposób.
- Sanji, jeść!
Musiało minąć kilka minut, żeby po raz kolejny uświadomił sobie, że nie znajduje się na statku, a Sanjiego nie ma nigdzie w pobliżu. Ingrid cieszyła się, że zeszłego dnia skłamała mówiąc, iż skończyły się jej zapasy.
- Zaraz pójdę do spiżarni – oznajmiła. – Przy tobie chyba będę musiała zacząć racjonować żywność.
- Powiedz... gdzie ty tak w ogóle spałaś? – Luffy dopiero teraz zauważył, że w izbie znajduje się tylko jedno łóżko.
- Na podłodze i wcale mi to nie przeszkadzało.
- Nie muszę zajmować twojego łóżka, mogę spać w hamaku.
- Głupiś! – Rzekła Ingrid, wyłaniając się ze spiżarni, z kilogramem mięsa. – Przecież jesteś ranny.
- Zawsze śpię w hamaku, nawet jak jestem ranny.
- Pomyślę o tym – kobieta wyłożyła całe jedzenie na stół i oczywiście długo tam nie postało.
Po ekspresowo krótkim śniadaniu Ingrid chwyciła siekierę, nosząc się z zamiarem pójść do lasu. Ramię wciąż jej doskwierało, więc zaczęła je intensywnie masować.
- Boli cię? – Jak gdyby nigdy nic spytał Luffy.
- Trochę – westchnęła kobieta.
W tym momencie w umyśle pirata coś zaskoczyło.
- To może porąbię drwa za ciebie?! – Pirat wykrzyknął tak, jakby to był najlepszy pomysł w jego życiu.
- Ile razy mam ci powtarzać, że w twoim stanie...
- Ile razy mam ci powtarzać, że czuję się świetnie?
Tym razem Luffy trochę ją zaskoczył. Spoważniał i przestał sprawiać wrażenie naiwnego idioty. Nawet nie wiedziała co mu odpowiedzieć, więc tylko przytaknęła.
- To gdzie mam iść? – Niecierpliwił się Luffy.
- Najpierw się odziej.
Mężczyzna wstał i bezceremonialnie zdjął zniszczone gacie, a Ingrid wlepiła wzrok w ścianę, zakłopotana. Pirat ubrał strój od doktora, prostą białą koszulę i brązowe spodnie. Wyglądał niemalże jak tubylec.
- To gdzie to? – Ponowił pytanie.
- Możesz rąbać, gdzie zechcesz, cały las jest mój.
- Ale czad! – Luffy wybiegł z domu, po czym wrócił się po siekierę, wybiegł znowu i pognał w stronę najbliższych świerków, zupełnie nie sprawiając wrażenia rannego.
Ingrid westchnęła z politowaniem i wzięła strzelbę. Jeśli Luffy miał u niej zostać, musiała zaopatrzyć się w dużą ilość mięsa. Uczyła się strzelać od dziecka, a w lesie było dużo zwierzyny, więc bez większego wysiłku upolowała dzika. Ciągnąc zwierzę do domu, zastanawiała się czy Luffy aby nie przeforsował się tym całym rąbaniem. Zaczynała nawet mieć wyrzuty sumienia, że go puściła, ale gdy wróciła, bezpowrotnie minęły. Obok domu stała sterta drewna, sięgająca wyżej niż komin. Ingrid rozdziawiła usta, widząc dzieło pirata.
- Oddaję – Luffy podał jej siekierę i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Po chwili kobieta również się uśmiechnęła i to dość zaborczo.
Z niego jednak może być jakiś pożytek – pomyślała.