A oto długo wyczekiwany (przez nikogo), rozdział pierwszy.
Komcie PLZ!!!
P.S. zmieniłem tytuł.
Rozdział I
Słomiani oraz ich nieoczekiwany gość siedzieli w kuchni pochłaniając gorący rosół ugotowany przez Sanjego. Siwy jegomość po wyciągnięciu z wody, okazał się drobnym, pomarszczonym mężczyzną około osiemdziesiątki, lecz mógł być znacznie starczy. Mimo swego, prawdopodobnie podeszłego wieku był nad wyraz żwawy i sprawny. Ubrany był w przemoczony do suchej nitki, czarny kombinezon z szelkami, wyposażony w dziesiątki kieszeni z których wystawały śrubokręty, nożyki, kombinerki oraz wiele innych narzędzi.
- Jak się nazywasz? - spytał Zoro.
- Jestem Markus. Och, ależ to doskonałe – powiedział dziadek z zachwytem, wciągając solidną porcję makaronu... - Wasz kucharz jest prawdziwym wirtuozem.
- Oszczęd?? sobie te komplementy i jedz póki gorące. Musisz się rozgrzać po kąpieli w morzu. - odpowiedział Sanji.
- A właśnie, pro po twojej kąpieli... – zaczęła Nami. - Mamy do ciebie kilka pytań...
- Ach, domyślam się co was trapi... - Cała załoga zamarła w oczekiwaniu na wyjaśnienia. - Tak naprawdę nie jestem aż tak stary na jakiego wyglądam, ledwo przekroczyłem pięćdziesiątkę.
- Nie, chodzi nam o coś innego – kontynuowała, lekko zbita z tropu nawigator.
- Och, pewnie chodzi wam o mój kombinezon. Jestem mechanikiem na pobliskiej wyspie.
- Mechanikiem? A czym dokładnie się zajmujesz? - spytał zaciekawiony Franky.
- Wyspa? Czy jest na niej coś ciekawego? - spytał Luffy.
- Zamknijcie się idioci! - krzyknęła wyprowadzona z równowagi Nami, po czym zwróciła się do Markusa - Skąd się tu wziąłeś? Dlaczego spadłeś z nieba?
- Ach, trzeba było tak od razu. A więc pozwólcie że wyjaśnię. Jak już wspominałem, jestem mechanikiem z Zegarowej Wyspy. Nie jest to jednak zwyczajna praca. Zegarowa Wyspa słynie z tego że znajduje się na niej Wielki Mechanizm, tajemnicza, starożytna maszyna która pracuje nieprzerwanie od niepamiętnych czasów. Nie wiemy po co, ani kto ją zbudował, wiemy natomiast że jeśli mechanizm się zatrzyma to stanie się coś niedobrego. Toteż od setek lat na Zegarowej Wyspie szkoleni są najznamienitsi mechanicy po to, by nie musieć się przekonać co się stanie kiedy maszyna się zepsuje.
- Chcesz powiedzieć że nie wiecie praktycznie nic o tym Mechanizmie? Czy jej twórcy nie zostawili żadnych informacji? - zapytała Robin.
- Jedynie schematy jej budowy, na podstawie których uczymy się swojego fachu. Oraz ostrzeżenie przed przerwaniem jej pracy.
- Chciała bym ją zobaczyć na własne oczy. To z pewnością interesująca, historyczna zagadka.
- Ale nadal nie wyjaśniłeś nam jak się tutaj znalazłeś. - Wtrącił Sanji.
- Właśnie do tego zmierzam. Kilka dni temu doszło do awarii. Jeden z wielkich trybów rozleciał się na dwie części. Co jakiś czas zdarzało się że jakaś część psuła się ze starości i trzeba ją było wymienić. Jednak w tym przypadku było inaczej. Tryb wyglądał jak gdyby został przecięty mieczem na dwie części.
- Sugerujesz że ktoś mógł zrobić to celowo? - spytał Usopp.
- To możliwe, jednak nie potrafię wymyślić przyczyny dla której ktoś chciałby zniszczyć Mechanizm. W dodatku kamień z którego wykonany był tryb jest kilkanaście razy mocniejszy od stali, a więc jego przecięcie wymagało by niesamowitej siły i umiejętności...
- Bardzo chciałbym poznać człowieka który tego dokonał, jeśli rzeczywiście istnieje – powiedział Zoro poruszony ostatnią uwagą mechanika.
- Uchhh, zaczyna robić się interesująco! Postanowione! Płyniemy na Zegarową Wyspę! - krzyknął radośnie Luffy.
- Nie bąd??cie tacy szybcy i dajcie Markusowi dokończyć opowieść – upomniała ich Nami.
- Jako że to ja byłem odpowiedzialny za sektor w którym doszło do awarii...
- Sektor? To jak wielki jest ten cały mechanizm? - wtrącił Franky.
- Cała maszyna przypomina sześcian o boku 200 metrów. Nie licząc części podziemnej.
- Jest gigantyczna!
- W każdym razie – kontynuował Markus – bezzwłocznie wyruszyłem by wymienić zniszczone koło zębate. Gdy już byłem niedaleko mojego celu, napotkałem nieoczekiwaną przeszkodę. Drogę zagrodził mi wielki mechaniczny ptak. Słyszałem co prawda, podobnie jak każdy mieszkaniec wyspy, legendy o stalowym ptaku który rzekomo zamieszkuje te tereny, jednak nigdy w nie nie wierzyłem. A tu nagle coś takiego! Bestia chwyciła swoimi olbrzymimi pazurami zapasowy tryb i podniosła go niczym piórko. A mnie razem z nim, gdyż z przerażenia odruchowo się go chwyciłem. Bestia wzbiła się na znaczną wysokość i pofrunęła w stronę morza aż w końcu mnie puściła. I oto jestem.
- Wow, to doprawdy niezwykła historia, z wrażenia aż dostałem gęsiej skórki. Aczkolwiek nie mam skóry.
- Miałem prawdziwe szczęście że na was natrafiłem. Ale teraz, jak najszybciej muszę wrócić na wyspę i naprawić Mechanizm póki nie jest jeszcze za pó??no.
- Nie ma sprawy, podrzucimy cię! I tak mieliśmy zamiar płynąć na Zegarową Wyspę. - odparł Luffy.
- Luffy, a może to jeszcze przemyślisz? Nie chcę wyjść na tchórza, ale tam jest super silny szermierz i krwiożercze blaszane ptaszysko! - powiedział lekko blady Usopp.
- Zdajesz sobie sprawę że jeszcze bardziej go nakręcasz? Zresztą, już za pó??no na jakiekolwiek negocjacje... - odparła zrezygnowana Nami.
- A więc postanowione! Kierunek: Zegarowa Wyspa!
- Uczcijmy początek nowej przygody piosenką! - zawołał Brook wyjmując zręcznym ruchem swoje skrzypce. Gdy tylko przejechał smyczkiem po strunie by wydać pierwszy d??więk, rozległ się głośny brzdęk.
- Chyba poszła ci struna. - skomentował Chopper. - Musiałeś ją nadwyrężyć kiedy „łowiłeś ryby”.
- Tylko nie to! Nie mam żadnej zapasowej! Prawdziwa tragedia!
- Może brewka naszego kucharza się nada? - podsunął Zoro.
- Przymknij się ty mecho-głowy imbecylu!
Muzyk przez chwilę uważnie przyglądał się Sanjemu, po czym z powagą w głosie rzekł – Proszę mi wybaczyć Panie Sanji, ale dla dobra muzyki! - wysunął swój rapier. - Proszę się nie ruszać...
- Chętnie ci pomogę. Wyskakuj z brewki! - krzyknął wesoło Zoro rzucając się na kucharza.
- Po moim trupie!
Po ponad godzinie spokojnego rejsu (chociaż nie dla okrętowego kucharza), załoga ujrzała zarys wyspy. Skalista linia brzegowa wznosiła się ponad wodę, która przez setki lat uparcie żłobiła w niej głębokie rysy.
- Widzę port – oznajmił Usopp spoglądający przez lunetę z bocianiego gniazda. - Chyba możemy się tam zatrzymać.
- To pewnie któraś z małych rybackich wiosek jakich pełno na Zegarowej Wyspie. - oznajmił Markus.
- Idealne miejsce dla wyjętych z pod prawa piratów. Franky, kieruj się w stronę tego portu! - rozkazała Nami.
Wioska rzeczywiście okazała się niewielka. Port składał się z niewielkiego drewnianego pomostu przy którym cumowało kilka starych i połatanych łódek rybackich. Na widok pirackiego okrętu, kilku majstrujących przy sieciach rybaków czmychnęło w głąb wioski, która składała się z kilkunastu ubogich chałup zbudowanych głównie z drewna i słomy. Po zacumowaniu okrętu, załoga wraz z mechanikiem zeszła po trapie na pomost.
- Myślę że jest tu dość bezpiecznie by zostawić Sunny`ego bez ochrony. - stwierdziła Nami.
- A więc dalej! Chcę polatać na mechanicznym ptaku! - oznajmił z entuzjazmem Luffy.
- A co jak wrzuci cię do wody? Przecież nie umiesz pływać! Szykanie tej bestii to pewne samobójstwo... - stwierdził Usopp.
- Potrzebuje nowych strun! Bez moich skrzypiec jestem tylko bezwartościową stertą kości!
- Tak czy tak jesteś bezwartościową stertą kości – odparł złośliwie kucharz, nadal mając za złe próbę kradzieży swojej brwi.
- Dobra, musimy zdecydować kto, gdzie, z kim i dokąd idzie. - ustaliła Nami.
Po kilku minutach zażartej dyskusji postanowiono że Luffy, Robin, Zoro i Franky wraz z Markusem, udadzą się do Wielkiego Mechanizmu, Nami i Brook do miasta na zakupy zaś Usopp, Chopper i Sanji postanowili zwiedzić wyspę i w miarę możliwości coś upolować.
Brook i Nami szli udeptaną drogą biegnącą wzdłuż wybrzeża. Niebo zaszło ciemnymi, stalowymi chmurami i wyglądało na to że niedługo zacznie padać. Po lewej stronie ścieżki, równolegle do niej ciągnęła się zaśmiecona martwymi glonami, trawą morską oraz kawałkami zbutwiałego drewna plaża, z prawej zaś strony rósł las iglasty napełniający powietrze charakterystycznym żywicznym zapachem.
Markus poinformował załogę, że najbliższe i jednocześnie największe miasto na wyspie – Balaga, znajdowało się w oddaleniu około pięciu kilometrów od rybackiej wioski, idąc wzdłuż brzegu. Kościotrup szedł w milczeniu, wzdychając co jakiś czas. W swojej kościstej dłoni trzymał resztki przerwanej struny.
- Już nie mogę się doczekać kiedy dojdziemy do Balagi. Za pieniądze z Thriller Bark kupie sobie mnóstwo nowych ciuchów. - przerwała milczenie Nami.
- To świetnie Panienko Nami. - odpowiedział ponuro muzyk.
Widząc ponurą czaszkę swojego kompana, nawigatorce zrobiło się mu go żal.
- Och, i koniecznie muszę sobie kupić jakąś figlarną bieliznę...
- Na pewno będzie Panienka uroczo wyglądać. - odpowiedział Brook. Brak zboczonego komentarza wstrząsnął nawigatorką.
- Hej, przestań już się tak martwić. Jestem pewna że w mieście będziesz mógł kupisz świetne struny. - spróbowała pocieszyć muzyka.
- Och, to już nie będzie to samo. Ta struna służyła mi wiernie od czasu... mojej śmierci! To tak jak bym stracił nos. I wiem o czym mówię. Yohohohohohoh... - zaśmiał się smutno.
- Ale przecież muzyka pochodzi od artysty a nie od instrumentu!
- Naprawdę tak Panienka myśli?
- Ależ oczywiście! Przecież jesteś wspaniałym muzykiem a twoja gra na każdym instrumencie będzie równie wspaniała!
- Och, niech Pani już przestanie, bo aż się rumienie. Aczkolwiek nie mam policzków. - odpowiedział wyra??nie zadowolony kościotrup.
- Ależ to prawda!
Szli przez chwilę w milczeniu aż w końcu Brook zapytał niepewnie.
- A czy... - zaczął i przerwał wyra??nie zawstydzony.
- Tak?
- A czy będę mógł Panienkę zobaczyć w tej fikuśnej bieli??nie którą Panienka kupi?
- Możesz pomarzyć. - odpowiedziała chłodno Nami.
- Stać! - Usłyszeli niespodziewanie. Głos dochodził zza ich pleców. Gdy się odwrócili ujrzeli za sobą grupę pięciu ludzi uzbrojonych w dziwne, mieczo-podobne bronie. - I nie próbujcie żadnych sztuczek.
Tymczasem Usopp, Chopper i Sanji przedzierali się przez las iglasty. Tysiące grubych pni, prostych jak strzału, wznosiły się na znaczną wysokość, gdzie rozgałęziały się tworząc zielone chmury igieł które zasłaniały niebo, kreując na dole złowieszczy pół mrok. Nie było tu żadnych krzaków czy innych zarośli, toteż przeprawa nie była zbyt męcząca.
- Trochę tu strasznie... - zauważył Chopper.
- Przesadzasz. Zresztą, czy jako renifer nie wychowywałeś się czasem w podobnym lesie? - odpowiedział Usopp.
- Zgadza się. I dlatego dobrze wiem, że jest się tu czego bać...
- Sanji! Natychmiast wracamy! Sanji, słyszysz mnie?
- Zamknijcie się obaj, to tylko głupi, nudny las i nie ma tu nic niebezpiecznego. - odpowiedział zirytowany Sanji który poruszał się dziwacznie zgięty w pół, z nosem tuż przy ściółce. W jednej dłoni trzymał zaś niewielki czerwony koszyk.
- Co ty właściwie robisz?
- Pamiętacie jak cztery miesiące i dwanaście dni temu Nami powiedziała przez sen że chętnie zjadłaby potrawkę ze świeżymi maślakami? Och, jak pięknie wygląda kiedy śpi...
- Nie. Czekaj, a skąd ty właściwie wiesz o czym Nami mówiła przez sen, skoro zawsze śpi w damskiej sypialni? - zapytał Usopp.
- Nieważne. - odpowiedział szybko kucharz. - W każdym razie, jeśli ugotuję jej potrawę którą domaga się nawet jej podświadomość to z pewnością zdobędę jej serce! Ach, moja ukochana Pani Nawigator!
- Zobaczcie, tam kończy się chyba las! - zawołał renifer. Wszyscy ruszyli do miejsca w którym wyra??nie przerzedzały się drzewa. Gdy stanęli na krawędzi lasu i spojrzeli dalej, wszyscy zaniemówili.
W środku lasu, otoczona ze wszystkich stron drzewami znajdowała się niewielka dolina w której zalegały setki, a nawet tysiące zbudowanych z czarnego kamienia, gigantycznych trybów, belek, przekładni, rur i innych części maszyn wszelakich. Wyglądało to jak pogorzelisko po jakiejś ogromnej wierzy zegarowej czy fabryce.
- Co to za miejsce do cholery? - przerwał milczenie Sanji.
Podczas gdy Sanji, Usopp i Chopper dokonywali dziwnego odkrycia, Luffy i reszta szli drogą biegnącą przez środek iglastego lasu.
- Markusie, czy mogę cię o coś zapytać? - wtrąciła Robin.
- Ach, chyba wiem co cię ciekawi. Mój starczy wygląd mimo młodego wieku, prawdopodobnie odziedziczyłem po ojcu. Jego też zawsze brali za starszego niż jest w rzeczywistości. Pamiętam że często zdarzało mu się, że jego rówieśnicy, którzy dawno go nie widzieli brali go za jego ojca. Ale cóż się dziwić, skoro gdy miał trzydzieści lat był już całkiem siwy a jego skóra...
- Nie dokładnie o to mi chodziło. Jak myślisz, czy Wielki Mechanizm mógł zostać zbudowany w czasie Pustego Wieku?
- Trudno mi na to odpowiedzieć, jak już wspominałem nie mamy o nim praktycznie żadnych informacji. Mimo to, nie wykluczał bym tej możliwości, gdyż po pierwsze, maszyna jest bardzo stara a po drugie, w ciągu tych ośmiuset lat od Pustego Wieku nie powstała na tym świecie technologia zdolna do zbudowania czegoś takiego.
Robin zamyśliła się głęboko i przez jakiś czas szła w milczeniu. W końcu powiedziała tylko, cicho i jakby do siebie – Koniecznie muszę ją zobaczyć...
- Daleko jeszcze będziemy musieli iść, staruszku? - spytał niecierpliwy jak zawsze Luffy.
- Obawiam się że tak. Nie idziemy prosto do mechanizmu. Najpierw muszę odwiedzić moją przyjaciółkę Sarę i pożyczyć od niej pojazd. Jej dom powinien być już niedaleko. Potem pojedziemy po nowe koło zębate i dopiero wtedy do Mechanizmu. Mam nadzieje że po drodze nie wpakujemy w żadne niebezpieczeństwo...
- A ja nie mogę się tego doczekać – powiedział Zoro. - Przekonamy się czy ten cały szermierz jest taki dobry jak go opisujesz.
- Dziadku, czy to nie czasem chata twojej przyjaciółki? - powiedział Franky wskazując palcem przed siebie. Daleko od nich, tuż przy leśnej drodze stał sobie niewielki domek zbudowany z drewna.
- Tak, to on. Dawno jej nie widziałem.
- Dziwne – powiedział Franky obserwując domek przez swoją lunetę. - Stoją tam jacyś dwaj, ubrani w zbroje faceci a w dłoni trzymają jakąś dziwną broń...
- Mogę spojrzeć?. - Markus wziął lunetę od Frankiego. - To Gwardia. Pilnuje porządku na wyspie. Ciekawe co tam robi, mam złe przeczucia...
- Może wejdziemy w las, póki jeszcze nas nie zauważyli i podkradniemy się do nich żeby zobaczyć z bliska o co chodzi? - zaproponowała Robin.
- Dobry pomysł, zróbmy tak.
C.D.N (chyba)