(80. Sic.)Wystarczy wierzyć
Ten temat nie posiada streszczenia.
Aktualnie ten wątek przeglądają: 1 gości
Subskrybuj ten wątek Odpowiedź
Najuch

Imperator

Licznik postów: 2,656

Najuch, 05-01-2009, 20:31
13. „Wybacz Sogekingu. Tajemnica ludzi Corteza”

Kiedy Luffy w końcu się przebudził, słońce chyliło się już ku zachodowi rozlewając się szkarłatem po całym nieboskłonie. Był zły na siebie, że dał się zaskoczyć Chopperowi i wściekły na niego, że przez jego głupi wybryk stracił szansę by osobiście wycisnąć z Corteza miejsce pobytu Sanji’ego i Nami. Nie tego się po nim spodziewał, zupełnie nie rozumiał tego irracjonalnego strachu, który tak często trawił lekarza. Tylko, że Chopper jeszcze nigdy nie posunął się do tak radykalnych działań.
Słomiany usiadł na ziemi nakładając na głowę kapelusz, czuł jeszcze lekkie swędzenie w nosie, pozwolił sobie na to by obscenicznie w nim podłubać. Potem wstał i spojrzał w górę wulkanu. Coś tu było nie tak.
To co zapamiętał, gdy jeszcze patrzył na zbocze, to to, iż powierzchnia była gładka, piaszczysta. Teraz tuż przy kraterze widniał spory lej. Luffy jednak widział nie jedną eksplozję w życiu i zdawał sobie sprawę, iż to nie materiały wybuchowe do tego doprowadziły. Lej wyglądał na wydrążony siłą natury.
Szybkim krokiem zaczął się wspinać po zboczu wytężając wzrok, by po chwili wytrzeszczyć oczy. Mały kształt, który wydawał się być kamieniem teraz się poruszył. Luffy obawiając się najgorszego rzucił się biegiem w tamtą stronę i po chwili był już pewien. To nie była skała ani nic w tym stylu. Na zboczu leżał, twarzą w dół, lekarz okrętowy Słomianych Kapeluszy – Chopper.
- Hej! Nic Ci nie jest? – krzyknął Luffy dopadając do przyjaciela i szybko obracając go na plecy.
Przeraziło go to co zobaczył. Chopper broczył krwią z rany na czole, całe ciało miał umorusane pyłem wulkanicznym i pokryte sinymi pręgami.
- Luffy... – jęknął tamten i otworzył oczy.
Pirat nienawidził takich momentów. Kiedy jakikolwiek z jego przyjaciół był ranny, on też odczuwał ból, może i większy niż oni. Cortez....
- Marisa. – Chopper najwyraźniej nie mógł mówić już więcej, bo zakaszlał potężnie odpluwając krwią, na wargi wystąpiły mu czerwone bańki, a ciało wygięło się w łuk.
- CHOPPER!!! – ryknął Luffy potrząsając przyjacielem.
Renifer był w bardzo złym stanie, aczkolwiek żył. Przynajmniej na razie. Luffy obejrzał się w obie strony szukając Marisy i istotnie dojrzał dziewczynę. Siedziała na ziemi oparta o spory kamień, głowę miała spuszczoną, zaś dłonie zaciśnięte na rękojeści katany, która spoczywała jej na kolanach. Włosy zasłaniały jej twarz, Luffy nie mógł od razu stwierdzić czy jest ranna, czy nie, stwierdził jedynie, że się nie rusza. Kiedy jednak podszedł bliżej zobaczył, że jej jasna bluzka przesiąknięta jest krwią. Usłyszała go nim zdążył coś powiedzieć i podniosła głowę. Uśmiechnęła się.
- Dobrze spałeś?
- Co się stało?! – Luffy był wściekły do granic możliwości. Jak mógł dopuścić do czegoś takiego?
- Nie udało się go pokonać – powiedziała dziewczyna cichym głosem. – a owocu użył tylko raz....
- Jaką ma moc?
- Nie wiem... Nie dojrzałam.... Za szybko... – Marisa jęknęła z bólu. – Powiedz Takeyamie... że... przepraszam...
- Sama mu to powiesz. – mruknął Luffy po czym spojrzał ze szczytu wulkanu w dal. Wziął głęboki wdech.
- CORTEEEEZ!!!!!!!!! Gdziekolwiek jesteś, wyłaź!!! SKOPIĘ CI DUPSKO!!!!!!!!!
Odpowiedziała mu długa i przeciągła cisza.
- Nie da rady w ten sposób – rzekła Marisa. – Nie przyjdzie. Będziesz musiał na niego zaczekać.
- O nie, moja droga – warknął Słomiany – Ja po niego pójdę!
To mówiąc wziął Marisę na barana, Choppera zaś podniósł jedną ręką. Zaczął powoli schodzić z wulkanu myśląc o Cortezie. Postanowił już, że go pokona.


Kilka godzin przed tym jak Słomiany otworzył oczy po spokojnym, sztucznie wywołanym śnie, Cortez właśnie powolnym krokiem, wręcz się ociągając schodził po zboczu wulkanu. Marisa i Chopper, świeżo powaleni, zostali za nim z tylu, tego co się stało nie można było nazwać nawet walką. Cortez nigdy nie należał do specjalnie okrutnych ludzi, dlatego wstrzymał się od zadania śmiertelnych ciosów. Takich płotek nie było sensu zabijać, wiedział o tym aż za dobrze. Był pełny podziwu dla dzielności tej dwójki, ale wiedział też, że taki pokaz jego umiejętności doskonale zatrzyma ich od węszenia wokół wulkanu. Przy skraju lasu, który otaczał wulkan czekała na Corteza piękna, młoda kobieta, w turkusowej yukacie, z długimi, czarnymi włosami spiętymi w koński ogon wysoko z tyłu głowy. Była szczupła, o doskonałych kształtach w jej brązowych oczach kryła się figlarność, zaś twarz spowijała maska szacunku. Skłoniła się Cortezowi, gdy ten zatrzymał się naprzeciwko niej.
- Kichiru... – powiedział przyjmując od niej hołd. Rozejrzał się.
- Czujesz to prawda, Cortez – san? – spytała.
- Istotnie. – rzekł przeczesując dłonią skronie. Pierwsze siwe włosy pojawiły się już wśród jego blond czupryny. Za dużo miał stresu w życiu. – Ktoś się zbliża. Potrój straże i wyślij sporą grupę w las. Obawiam się, że rebelianci mogą zbytnio węszyć.
- Domyślam się – rzekła Kichiru. – tylko, że ja i Kidari również idziemy. Sprawa może wymagać szybkiego rozwiązania. Co z piratami?
- No cóż, dostałem wieści, że uciekli z koszar The Guards, Sigma strasznie cierpi z tego powodu. Myślę jednak, że póki co nasza trójka, z Ozumą, nie będzie się wtrącać do tej sprawy. Ja chcę tylko i wyłącznie trochę spokoju. Zajmiesz się wszystkim, prawda?
- Oczywiście. Z największą przyjemnością.
- W takim razie masz wolną rękę. Nie zapomnij wysłać kogoś do Białego Starca, dobrze? – nie czekając na odpowiedź mężczyzna dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Niemniej jednak Kichiru skłoniła się nisko.
- Tak jest, Cortez – san.



Usopp biegł szybko, ile miał tylko siły w nogach. Zoro jednakże również był szybki i znacznie bardziej pewny siebie. Miał w końcu trzy katany przy boku, to nie to samo co nędzna proca Usoppa. Długonosy nie miał zbytnio okazji by odwiedzić Thousand Sunny i wziąć Kabuto, musiał radzić sobie z tym co miał.
Shin miał podwójny powód by się śpieszyć. Po pierwsze musiał uratować Marisę, bo to właśnie przez niego taka sytuacja zaistniała. Obiecał, że ją uratuje, że naprawi to co stało się z jego winy. Po drugie za dobrze pamiętał cierpienia, które Kaneyama otrzymała od Corteza. Wszystkie rany które odniósł w walce z jego ludźmi paliły go teraz żywym ogniem. Musiał zabić uzurpatora. Miał przecież najlepszą strzelbę po tej stronie świata, sam ją modyfikował, miała zasięg dalszy niż jakakolwiek inna broń w posiadaniu piratów lub ludzi Corteza. I dodatkową amunicję. Modlił się by mocą Corteza nie okazała się jakaś logia.
- Stójcie. – powiedział nagle Zoro, gdy tamci, zaaferowani szybkością działania zupełnie nie usłyszeli tego co on. Zoro był jednakże zbyt uważny by puścić mimo uszu taki szczegół. Cichy świst. Coraz głośniejszy i głośniejszy.
- Co się dzieje? – zapytał Shin zdejmując instynktownie strzelbę z ramienia.
- Ktoś lub coś tu leci – odparł szermierz. – coś. – dodał po chwili.
- To znaczy.... – zaczął Usopp, ale nie skończył.
To stało się w ułamku sekundy.
Błysk stali, wrzask Zoro, Sandai Kitetsu wysuwający się z Saya i przepotężne cięcie. Zoro nie krzyknął, nie ostrzegł, niczego nie powiedział. Zdawał sobie sprawę iż na to jest za późno, że po prostu trzeba działać. Przeciął na pół kulę armatnią, która o mało co nie roztrzaskała mu czaszki. Liczył się z tym, że to koniec. Że za chwilę nastąpi eksplozja i cała trójka przeniesie się do innego świata. Nic takiego jednak się nie stało.
- Co to do diabła? – zapytał Usopp, wyciągając procę i wpatrując się w rozciętą na pół kulę. – gdzie jest proch?
- Nie ma, nigdy nie słyszałeś o tego typu pociskach. Niszczą nie tworząc niepotrzebnej eksplozji.
- Ale one zawsze są łączone z łańcuchem... – zaczął Usopp i w tym momencie wszyscy usłyszeli pękające drzewa, jakby uderzyła w nich niesamowita wichura.
Z tego samego kierunku co poprzednia kula leciała druga, ciągnięta łańcuchem, pomalowanym na zielono. Istotnie, w lesie, o zachodzie słońca ze stresem, który nie pozwalał myśleć można by nie zauważyć łańcucha. Tym razem jednak mieli przewagę widzieli kulę już wcześniej.
- Dobra... – warknął Zoro i dobył drugiej katany.
Poczuł dotyk ręki na ramieniu. Usopp wyminął go z zacięta miną i stanął naprzeciwko lecącej kuli.
- Nie wtrącaj się Zoro. Muszę się od czasu do czasu na coś przydać.
- Ale... – Shin był zaskoczony tą sytuacją. Przecież Usopp zginie!
Kula była coraz bliżej, zaś pirat sięgnął do torby.
Zoro zadrżał. Ryzykował własnym życiem ufając długonosemu, ale wierzył w niego. Przynajmniej chciał wierzyć. Odsunął się. I w tym momencie zamknął z przerażenia oczy.
Usopp wyciągnął rękę. Ostatnie co Zoro zauważył to to, że kula go w nią trafia. Kilka sekund później, kiedy spodziewana śmierć nie nadeszła odważył się je otworzyć.
Jego przyjaciel trzymał kulę armatnią wyciągniętą w prawej dłoni. Uśmiechnął się i skierował ramię w stronę z której przyleciała kula.
- IMPACT!!!!!!!!!!!!!! – krzyknął i pocisk wystrzelił jak z armaty mknąc w ciemny las i pociągając za sobą jedną z połówek drugiej kuli.
Shin otworzył oczy z wrażenia, nie spodziewał się czegoś takiego. Nie wierzył wręcz temu co ujrzał.
- Jak ty to zrobiłeś? – jęknął nie mogąc ustać z przejęcia.
- Jeśli nie znasz diali długo ci będziemy musieli to tłumaczyć. – westchnął Zoro. – Niemniej, Usopp ma parę przydatnych umiejętności.
Długonosy uśmiechnął się słysząc pochwałę z ust przyjaciela i pokazał Shinowi muszlę którą miał przywiązaną do dłoni. Strzelec pokiwał głową mimo, że niczego nie rozumiał. Nie to jednak w tej chwili go obchodziło. Bardziej interesowało go z kim mają do czynienia, kto strzelał.
Nie musiał długo czekać na odpowiedź.

Była sama. W pierwszej chwili wydawała się zwykłą zagubioną niewiastą, jednakże po chwili Shin już wiedział, że taką nie jest. Z cienia drzew wyszła w ich stronę młoda kobieta w turkusowym kimonie, jednakże ze zdecydowanym wyrazem twarzy. Rebeliant poznał ją od razu – była to Kichiru, jedna z najbardziej zaufanych wojowniczek Corteza, przywódczyni drugiego plutonu The Guards. Nie było czasu na to by mówić o tym Słomianym, widział jednak, że oni też wyczuwają, iż coś jest nie tak.
- Jestem zaskoczona. – powiedziała nie zwalniając kroku. – Nie spodziewałam się, że odbijecie coś takiego.
Tutaj już Zoro i Usopp nie mieli żadnych wątpliwości. Była wrogiem.
- Rebelia Czerwonej Chusty, tak? Piękna nazwa do podręcznika z historii. – zakpiła Kichiru widząc kawałki materiału na ich nadgarstkach i idąc teraz nieco wolniej – Niestety, każdy wie, że wszystkie rebelie upadają. Wasza już za dwadzieścia dni.
Shin nie zrozumiał o co jej chodziło, ale nie odniósł się do tego. Nie było teraz pory na dekoncentrację.
- Ale póki co, nie dopuszczę byście przeszkadzali panu Cortezowi – rzekła i zatrzymała się przed nimi.
- Co powiedziałaś maleńka? Niby jak chcesz nas zatrzymać? – prychnął Zoro – W pojedynkę?
- Ach oczywiście, że nie. – zaśmiała się Kichiru. – Nie w pojedynkę.
Usopp pierwszy spojrzał w las i dostrzegł jak powoli wyłaniają się z niego ludzie. Każdy miał na sobie czarny prochowiec. Ich liczba szła w dziesiątki i cały czas ich przybywało. Nikt z nich nie dzierżył żadnej broni, pirat wiedział jednak aż za dobrze, że to nic nie znaczy. Sytuacja wcale, a wcale nie wyglądała różowo.
Po chwili dało się usłyszeć kolejne kroki i z pomiędzy drzew wyszedł najwyższy człowiek jakiego Usopp kiedykolwiek widział na oczy. Miał co najmniej 3 metry wzrostu i choć widać było, że olbrzymem nie jest, to jednak krzepę musiał mieć jak olbrzym. Niósł ze sobą wielki łańcuch wieńczony z obu stron kulami armatnimi, jedną rozciętą na pół. Długonosy od razu pojął, że to jego sprawka, że to on rzucał.
Zoro natomiast uśmiechnął się szeroko.
- Za mało.
- Co? – Kichiru zdziwiła się nieco jego miną.
- Jest was za mało. – powtórzył szermierz chwytając oba miecze.
Kobieta nawet się nie odezwała. Dała ręką malutki gest i cała grupa natychmiast rzuciła się do przodu. Do ataku.
- Za mało tak?! – ryknął pierwszy, który zbliżył się wystarczająco by przekrzyczeć ogłuszający wrzask tłumu za nim.
Zoro jedyne co zrobił to wypuścił powietrze z płuc i pozwolił by ogarnęła go pustka.
- Tak. ZA MAŁO! Nana-jyu-nii pondo hou!!! – uderzył nie czekając na atak. I trafił idealnie. W sam środek tłumu.
W powietrze wzniosło się mnóstwo dymu, Shin uśmiechnął się widząc moc ataku szermierza, jednak sekundę później uśmiech mu zbladł. Z dymu wypadł jeden z The Guards i z całym impetem wszedł Zoro łokciem w podbródek. Tylko swojemu zadziwiającemu instynktowi bojowemu szermierz zawdzięczał to, że nie stracił swych mieczy. Zacisnąwszy odruchowo pięści jak przy każdym otrzymanym przez siebie ciosie, pozwolił by jego ciało przekoziołkowało i uderzyło plecami w drzewo o bardzo grubym pniu.
- Zoro!! – ryknął Usopp, ale było już za późno. Kolejnych dwóch wyskoczyło na niego.
Uderzyli szybko i bezbłędnie. Długonosy padł plackiem na ziemię wypuszczając z dłoni procę.
Shin spodziewał się co nastąpi teraz. Przymierzył i czekał. Trzech rzuciło się na niego. Wypalił natychmiastowo celując pierwszemu z nich w serce. Trafił, jednakże tamten nie padł. Zdziwiło go to do tego stopnia, że prawie nie zauważył kiedy Guard wymierzył mu celny cios w klatkę piersiową. W pierwszym momencie nie poczuł bólu, ale sekundę później strumień krwi trysnął mu z ust, zaś z drugiej strony pleców rozdarła się koszula. Buchnął ogień.
Zaraz, ogień?, pomyślał Shin po czym upadł na trawę wymiotując krwią.
- Co to do cholery było... – jęknął Zoro skacząc na równe nogi. – dlaczego mój atak nie podziałał?
- Niestety, ich nie zranisz – odezwał się roześmiany głos z góry. Zoro zerknął do góry i dojrzał Kichiru siedzącą na gałęzi sporego drzewa i najwidoczniej obserwującą jedynie starcie.
- Nie? – Zoro uśmiechnął się i otarł krawędzią dłoni stróżkę krwi, która spłynęła z rozbitej wargi. – zaraz zobaczymy.
- Niczego nie zobaczymy. Zgniecie w przeciągu kilka chwil. Potem przyjdzie kolej na tą dwójkę na wulkanie. A ten wasz słynny kapitan? Gdzie on niby jest? Podobno wpadł do wody uciekając przed naszym Sigmą.
- Zamknij się... – warknął Zoro zaciskając mocniej dłonie na rękojeściach katan.
- Zwiewał tak, że zapomniał, że zjadł diabelski owoc. Utopił się! – szydziła Kichiru. – Co? Nie zgadzacie się? Widzę to po waszych minach. Więc w takim razie powiedzcie mi. Gdzie jest kapitan Słomianych Kapeluszy?

- KAEN BOSHI!!!
Kichiru nie zdążyła zareagować. Spojrzała w lewo i dostała w twarz pociskiem, który eksplodował tworząc barwną kulę ognia. Spadła z drzewa uderzając się w plecy i natychmiast rzuciła się by zgasić płomienie. Gdy już podniosła poparzoną twarz spojrzała na tego, który tego dokonał. Zaledwie dziesięć metrów od niej stał wyprostowany Usopp trzymając w dłoni procę.
- Tutaj. – odezwał się drżącym głosem.
- Co?
- Kapitan jest tutaj. Kiedy nie ma Luffy’ego, to ja jestem zastępcą!!! – długonosy nałożył kolejną ze swych pachinko.
Kichiru powoli podniosła się z ziemi jakby już delektowała się tym co za chwilę nastąpi, po czym sięgnęła za pazuchę i wyciągnęła.... niedużą, ręczną procę.
- Nie ruszać mi pinokia – rozkazała swoim ludziom. – sama go zabiję.
Strzeliła, to że Usopp nie zginął od razu było jedynie dziełem przypadku. Poczuł ból w kostce wywołany poprzednim ciosem i opadł na kolano podczas gdy pocisk przeleciał nad nim. A potem ogromna eksplozja przegoniła z lasu wszystkie ptaki, jakie jeszcze pozostały.
Długonosy spojrzał na nią z przerażeniem. Miała bardzo, ale to bardzo dziwne pociski.
- Skoro tak się śpieszysz na tamten świat, pomogę ci w tym. – powiedziała kobieta i strzeliła kolejny raz.
Usopp nie musiał już dłużej udawać kogoś innego, zresztą i tak nie mógł. Po prostu rzucił się do ucieczki. Wybuch rozerwał kolejne drzewa.
- Zostawcie ją mnieee!!!!! – wrzasnął jeszcze po czym zniknął w głębi lasu.
Kichiru pognała za nim.

Biegł ile tylko miał sił w nogach. Walczył już wiele razy, wiele razy przechodził sam siebie, jednakże tym razem trafił na procarza! Nigdy jeszcze nie spotkał kogoś władającego taką samą bronią jak on sam i nigdy jeszcze nie widział takich pocisków. On takich nie miał. Wokół niego eksplodowały kulki pachinko Kichiru. Drzewa waliły się jak pod wpływem wichury, zaś dźwięki eksplozji nieznośnie brzmiały w uszach. Byłą tuż tuż.
Usopp obejrzał się za siebie i zobaczył jak jego przeciwniczka wkłada kolejną kulkę do kieszeni procy.
- Kemuri Boshi! – wrzasnął rzucając się na ziemię i jednocześnie strzelając w jej stronę. Trafił. Zasłona dymna rozprzestrzeniła się w ułamku sekundy i po chwili mógł już salwować się ucieczką.
Biegł dalej, odwrócił się plecami do przeciwniczki i... gorzko tego pożałował.
- Kiri Boshi – usłyszał spokojny głos i poczuł piekący ból w lewej nodze.
Spojrzał w dół. Zwolnił kroku. W jego udo wbity był spory kawał metalu, ciepła posoka spływała po nodze. Już nie pobiegnie. Nigdy nie przypuszczał, że można do walki używać tak okropnych rzeczy.
Następna kulka poleciała już bez słowa. Uderzyła go w brzuch i eksplodowała pozbawiając go oddechu. Potem kolejna. I jeszcze kolejna. Wypuścił z rąk procę i padł na ziemię. Pasek od torby pękł i zawartość rozsypała się wokół niego.
Wybacz, Luffy... Zawiodłem, pomyślał po czym spojrzał w górę. Stała nad nim Kichiru z kolejnym ostrym kawałkiem stali w naciągniętej procy.
- Tak kończą ci, którzy odważą się mnie zaatakować.
Usopp spojrzał w niebo myśląc, że widzi je po raz ostatni, potem zerknął na swoje rzeczy. Młotek... Diale.... Maska Sogekinga...
Przyjaciel. Druga osobowość. Czy Sogeking mógłby go teraz uratować? Wyciągnął rękę w stronę maski i schwycił ją końcem palców.

- Ten Sogeking był naprawdę niesamowity! – mówił Luffy gdy płynęli już z dala od Water 7.
- Naprawdę? – dopytywał się Usopp uśmiechając się pod nosem.
- No! Świetny był. Ale cieszę się, że ty wróciłeś – Słomiany wyszczerzył się w uśmiechu – nie zastąpiłbym ciebie żadnym strzelcem na świecie. Jesteś moim przyjacielem!!!

Usopp uśmiechnął się szeroko.
- Co się szczerzysz? Tak ci spieszno na tamten świat? – warknęła Kichiru.
Puścił maskę.

Wybacz Sogekingu, ale tę walkę stoczy Usopp, pomyślał. Przyjaciel człowieka, który zostanie królem piratów.

- Usoppu Hamma!!!
Kichiru złapała się za piszczel zaskoczona nagłym atakiem i upadła na ziemię koło długonosego. Ten zerwał się koślawo na równe nogi i schwycił mocno procę upuszczając jednocześnie młotek, który zostawił siny ślad na nodze jego przeciwniczki. Wymierzył jej kopniaka w szczękę zdrową nogą, obciążył tym ranną i stęknął z bólu, ale wytrzymał.
- Nie wygrasz ze mną. – powiedział spokojnie.
- Niby czemu? – warknęła wstając powoli.
- Czemu? – uśmiechnął się – Bo już się nie boję.


Ciąg dalszy nastąpi

Dramatyczne pytania:

Kto zwycięży w tym starciu?
Czy Rebelia Czerwonych Chust ma szanse powodzenia?
Kiedy dojdzie do ostatecznej bitwy?
Co ukrywa Cortez?

Część 14 to: „Skończmy to. Ostateczne przygotowania.”
SGDrom

Super świeżak

Licznik postów: 196

SGDrom, 05-01-2009, 21:13
Na to właśnie czekam w OP...Idealne rozwinięcie postaci Usoppa. Chociaż zostawiłbym to na później ale niemniej dobre...
Vampircia

Legendarny pierwszy oficer

Licznik postów: 1,499

Vampircia, 05-01-2009, 22:21
Nie mam zbyt wiele do dodania, rozdział jak zwykle FaJnIuSi (sorry, nie mogłam się powstrzymać Tongue ). Może trochę za dużo walk, jak na mój gust, ale mam nadzieję, że wkrótce będzie więcej psychologii i relacji między bohaterami, bo dobrze ci to idzie. Cieszę się też, że starasz się mniej więcej równomiernie rozwijać każdą postać. Dwa małe czepy:
najuch napisał(a):Kiedy Luffy w końcu się przebudził słońce chyliło się już ku zachodowi rozlewając się szkarłatem po całym nieboskłonie.
Po pierwsze przecinek po "przebudził", po drugie "Słońce" z wielkiej litery.
Cytat:- IMPACT!!!!!!!!!!!!!!
No tutaj, to już przegiąłeś z tymi wykrzyknikami. Trzy w zupełności wystarczą i tak każdy zrozumie.

Nie mówiłam jeszcze do tej pory co myślę o twoich OC. Podoba mi się, że są one potrzebne i niezbędne dla właściwego rozwoju fabuły, a nie stworzone tylko ze względu na twoje widzi mi się. A uwierz mi, wielu tfurcuf tak robi.
BlackKuma

Król piratów

Licznik postów: 3,505

BlackKuma, 05-01-2009, 23:32
Fajny rozdziałek :] dużo walk, to fakt, ale mi to nie przeszkadza Smile
Ciekaw jestem jak sobie poradzi nasz drużyna ratunkowa i co głupiego zrobi Luffy Big Grin
Najuch

Imperator

Licznik postów: 2,656

Najuch, 06-01-2009, 00:51
Dzieki za komentarze!!!

Vampirciu: czemu Słońce wielką litera? Rozumiem, że nie podobają Ci się walki, ale niemniej ten fik zawiera w sobie sporą dozę akcji, zwłaszcza teraz kiedy nastąpiła koncentracja i zaczyna się dziać. Nie znaczy to oczywiście, że zapomnę o relacjach międzyludzkich, jednak możesz się spodziewać sporo walk - tak jak w serii.
Co do wykrzykników, wiem, że to błąd, ale czasem po prostu nie mogę. Kiedy Luffy przysięga Elenie, że pomoże, kiedy Sanji wchodzi Mounton Shotem w twarz Sigmy, czy w końcu teraz z tym Impactem - emocje tak we mnie buzują gdy to piszę, że nie mogę wrzucić po prostu trzechTongueTongue Postaram się zredukować takie momenty do minimum. Co to jest OC?

SGDrom: nie mów, że za wcześnie, dopóki nie przeczytasz dalszych częsci

BlackKuma: Myślę, ze na pierwsze pytanie dostaniesz bardzo satysfakcjonującą odpowiedź, na drugie raczej wątpięTongue

Co do rozwijania postaci. jak powiedziałem na początku najmniej miejsca będą miały te postaci z Mugiwary, które lubię najmniej czyli Franky i Chopper. O ile ten drugi będzie jeszcze miał swoje 5 minut, to nie mam żadnych pomysłów odnośnie naszego cyborga. W tej sadze jednak spróbuje coś wymyślić i dodać jakiś motyw do już napisanych chapterów.
Vampircia

Legendarny pierwszy oficer

Licznik postów: 1,499

Vampircia, 06-01-2009, 02:35
najuch napisał(a):Vampirciu: czemu Słońce wielką litera?
Bo to nazwa własna. Tak jak Księżyc, Jowisz, czy Saturn.
najuch napisał(a):Co to jest OC?
Original character. Weź przeczytaj słowniczek terminów fanfikowych na portalu Tongue
Najuch

Imperator

Licznik postów: 2,656

Najuch, 06-01-2009, 02:39
Ale jest to nazwa własna w odniesieniu do określenia go bezpośrednio jako gwiazdy, a nie tego co widzimy na niebie i nas ogrzewa. Czyli:

słońce świeciło mocno

i Ziemia jest oddalona od Słońca o xxxx km.

Podobnie jest z księżycem. Właśnie sprawdziłem w Harrym Potterze i Stu latach samotności, tam jest małą literą.

Cieszę się, że moje postaci Ci się podobająTongue
Vampircia

Legendarny pierwszy oficer

Licznik postów: 1,499

Vampircia, 06-01-2009, 02:45
No i znowu gafa, ale cóż, człowiek uczy się całe życie.
Najuch

Imperator

Licznik postów: 2,656

Najuch, 06-01-2009, 02:48
Nie, no nie przejmuj sięTongue Zawsze możesz zerknąć w byle jaką ksiązkę, zeby się upewnić. A Twoje komentarze zwykle trafiają w cel, więc się nie martw.
Na przykład z tymi wykrzyknikami masz rację, a ja walę gafę, że często się to powtarza Smile .
Vampircia

Legendarny pierwszy oficer

Licznik postów: 1,499

Vampircia, 06-01-2009, 02:49
Ale przecinkiem miałam rację, prawda? Miałam racjęXD
Najuch

Imperator

Licznik postów: 2,656

Najuch, 06-01-2009, 02:50
Już poprawiłem przecinek, czasem się gubi -jak to wkurza, Spędzam około godziny nad chapterem, czytam go 3 razy, czasem przepisuję parę zdań. Czasem parę stron. I zawsze jakieś błędy są.
Vampircia

Legendarny pierwszy oficer

Licznik postów: 1,499

Vampircia, 06-01-2009, 02:56
I tak się starasz bardziej ode mnie.
Najuch

Imperator

Licznik postów: 2,656

Najuch, 06-01-2009, 02:58
Hmmm, powiedzmy sobie tak. Ja napisałem WW już jakiś czas temu. Teraz robię z tego coś co można by wam pokazać.

Ty natomiast nie masz problemów ze stylem, nie musisz poprawiać. Więc przez to masz mniej roboty. Ciesz się!
BlackKuma

Król piratów

Licznik postów: 3,505

BlackKuma, 07-01-2009, 16:15
Kiedy następna część? :oczami:
Najuch

Imperator

Licznik postów: 2,656

Najuch, 07-01-2009, 23:50
Nowy chapter?... hmmm, teraz.

Ruszamy z tym koksem!!!!


Redi set gouuuu!!!!!!!!!!!!!!!


14. „Dwadzieścia dni. Ostateczne przygotowania”

Zoro odczuwał brak Yukibashiri dotkliwie. Znał mnóstwo technik korzystających z dwóch ostrzy i często je stosował, obok tego miał w swoim arsenale sporo ataków jednym mieczem, jednakże wszystkie potężne uderzenia, które wypracowywał przez lata, wszystko co mogłoby jednym uderzeniem zmiażdżyć przeciwnika wymagało jeszcze jednej katany. Wręcz czuł, że brakuje mu tego znajomego ciężaru w ustach. Może nie nazwałby tej walki najtrudniejszą w swoim życiu. Może nie powiedziałby, że nie ma żadnych szans, lecz wiedział, że nie będzie łatwo. Zresztą już nie było.
- Shin, za tobą!!! – krzyknął, zaś strzelec odwrócił się by w ostatniej chwili posłać kulę w pierś Guarda przymierzającego się do ciosu. Tamten upadł ale wstał niemal natychmiast.
Zoro nie rozumiał dokładnie co się dzieje. Ilekroć zadawał, jak myślał śmiertelny cios, mężczyzna wstawał od razu, zupełnie jakby prochowiec był swego rodzaju ochroną. Próbował celować w głowę, ale ani razu mu się to nie udało, gdyż napór przeciwników był zbyt duży. Shin również miał ten problem, otrzymał potężny cios i nie mógł skupić myśli na właściwym, celnym strzale. Jego strzelba mimo, że pół automatyczna, miała magazynek jedynie na 8 pocisków. Nie raz musiał uderzać kolbą i szukać schronienia za plecami Zoro by zmienić magazynek.
- Jak tak dalej pójdzie, będzie po nas! – warknął strzelec przeładowując broń.
- Zaraz będzie jeszcze gorzej – Zoro spojrzał na mężczyznę, który górował nad innymi z The Guards. – On zaraz włączy się do walki.
Miał rację. Olbrzym zakręcił łańcuchem i uderzył między nich, w ostatniej chwili udało im się dać susa na boki. Zoro dojrzał kątem oka Guarda wyciągającego pistolet i ciął na ślepo, będąc wciąż jeszcze w powietrzu. Nie spodziewał się zbyt wiele, ale po chwili ciepła krew spryskała zieloną trawę. Trafił mężczyznę w szyję i przeciął mu tętnicę, ten zaś osunął się na ziemię i znieruchomiał.
- Celuj w głowę! To płaszcze ich chronią! – zawołał do Shina i spojrzał na największego spośród przeciwników. To nie będzie teraz takie trudne, pomyślał.
W momencie kiedy Guard znów zamachnął się na niego łańcuchem wiedział co robić.
- Saikuru!!! – uderzył ile tylko miał sił.
Nie trafił w głowę, ale siła uderzenia wyniosła przeciwnika w powietrze. Miał okazję.
- Taka Nami! – i tym razem atak dosięgnął celu, uderzył w plecy.
Olbrzymi Guard upadł na ziemię z głuchym łoskotem, zaś Zoro otarł pot z czoła.
Z dwoma tylko mieczami to nie będzie proste, tego był pewien.


Usopp jeszcze nigdy nie był taki spokojny. Mimo, że ledwo trzymał się na nogach, miał dotkliwie zranioną nogę i prawdopodobnie uszkodzone organy wewnętrzne stał wyprostowany i gotowy do działania. Wypełniało go miłe uczucie, jakby wszystkie troski się ulotniły, Kichiru wydawała się tak odległa jakby nie z tego świata. Rany także nie sprawiały mu teraz bólu, myślał szybko i ostro. Miał wrażenie jakby coś, co od zawsze go hamowało teraz uciekło.
- Czy ty się nie za pewnie czujesz? – jakiś kobiecy głos dobiegł jego uszu.
Nie odpowiedział. Ścisnął mocniej procę i spokojnie sięgnął do torby by zawiązać zerwany rzemień. Kątem oka dojrzał jak Kichiru nakłada na procę pocisk. Był szybszy.
- Tamago boshi. – trafił w środek jej twarzy.
Wydawało mu się, że strzela celniej, szybciej. Spokojniej. Zarzucił torbę na ramię szybkim ruchem, przez trafienie jajkiem w twarz Kichiru zyskał czas potrzebny na zapakowanie wszystkiego co rozsypało się po trawie. Uśmiechnął się.
- Kayaku Boshi! Kaen Boshi! Sakuretsu Saboten Boshi! – takiej serii nikt nie mógł przetrwać.
Długonosy zawsze był dumny ze swoich zdolności strzeleckich, zazwyczaj trafiał w cel, wymyślił tak różne pociski, że na każdą okazję miał coś przygotowanego. Wiedział, że długo to nie potrwa, Kichiru nie wytrzyma takiego natężenia ataków. Wiedział jednak też, że przed oczyma robi mu się ciemno, że ból doskwiera mu coraz bardziej.
Kobieta podniosła się z ziemi z wściekłym wyrazem twarzy. Była poparzona, szrapnele w wielu miejscach boleśnie wbiły się w jej ciało. Naciągnęła procę. Jak mogłaby pozwolić by przegrać z kimś takim?
Usopp wiedział, że ma tylko jedną szansę. Nie umiał walczyć, co do tego nie było wątpliwości. Żył jednak w ten sposób, że musiał się przemóc. Ile razy Luffy lub ktoś inny go ratował? Ile razy był ciężarem dla swoich przyjaciół? Teraz jednak był im równy. On też się nie bał. Przynajmniej w tym momencie.
Naciągnął procę. Widział w myślach tor lotu pocisków, wymierzył...
- Kayaku Boshi! – krzyknęli oboje w tym samym momencie.
Usopp nie trudził się unikać, i tak by nie zdążył. Pachinko musnęło jego policzek zostawiając bolesną szramę, ale nie trafiło bezpośrednio. Eksplozja nastąpiła daleko za nim. Kichiru nie miała tyle szczęścia. Kulka Usoppa uderzyła centralnie w jej procę trzaskając ją na kawałki i eksplodując natychmiast. Kobietę odrzuciło do tyłu, uderzyła plecami w drzewo i opadła na ziemię kaszląc krwią.
- Cholerny gnoju... – jęknęła podpierając się na ramionach.
- Nie masz jak walczyć – uśmiechnął się długonosy. – Przegrałaś.
- Nie przegrałam! – krzyknęła. – Ja nigdy nie przegrywam!
Usopp ruszył wolnym krokiem w stronę miejsca gdzie jego przyjaciele walczyli z The Guards. Musiał im pomóc. Nie wiedział na ile się przyda, bo ból był do tego stopnia uciążliwy, że musiał walczyć ze sobą by nie stracić przytomności. Wyminął Kichiru bez słowa. Przegrała, nie musiał jej dobijać.
- Gdzie ty idziesz? – wrzasnęła. – Ja nie przegrałam! Walczymy dalej słyszysz?
Nawet jeśli Usopp słyszał to na pewno nie słuchał. Zacisnął zęby. Potem będzie czas na cierpienie. Teraz trzeba walczyć. Uśmiechnął się krzywo i zaczął biec. Do uszu dobiegł go łamiący się głos rannej kobiety.
- Dorwę cię! To jeszcze nie koniec!
Ale na razie to był koniec. A Usoppa nic więcej nie obchodziło.


Zoro miał rację. Shin mimo, że zostawiony sam, ze sporą grupą The Guards nie miał najmniejszych problemów w tym, żeby po kolei wysyłać ich na tamten świat. Nigdy zbytnio się nie patyczkował. Strzelał, a wszystkie kule trafiały, był strzelcem wyborowym, jakby nie patrzeć. Broni jaką władał mogli by pozazdrościć wszyscy, tak samo jak jego zdolności. Dowodem na to była góra trupów która wkrótce urosła wokół niego. Spojrzał na Zoro. Wciąż się zmagał z tym olbrzymem. Rzeczywiście, różnica ich wzrostu była taka, że ciężko było szermierzowi trafić w głowę. A przeciwnik najwyraźniej się nie patyczkował. Atakował z zaciekłością i Zoro z coraz większym trudem unikał ataków. Shin był jednak za bardzo związany walką z przeciwnikami tutaj by pomóc. Odwrócił się więc i strzelił kolejnemu Guardowi w głowę rozsadzając czaszkę.
- Silny jesteś draniu, co? – mruknął Zoro wskakując na gałąź drzewa. Przeciwnik nie odpowiedział tylko wyciągnął po niego swoją olbrzymią rękę. Szermierz tylko na to czekał.
Po prostu przebiegł po jego ręce. W mgnieniu oka znalazł się przy jego twarzy i z uśmiechem wymierzył mu potężnego kopniaka. Olbrzym zwalił się na ziemię, ale to jeszcze nie był koniec. Zoro wbił miecz w jego dłoń, nieosłoniętą płaszczem część ciała. Istotnie podziałało. Przeciwnik ryknął z bólu, z rany chlusnęła krew. Machnął ręką i odtrącił Zoro od siebie, tamten jednak był na to gotowy. Wypuścił z rąk miecz, który przyszpilał dłoń Guarda do podłoża i jeszcze w powietrzu uderzył z całych sił.
- San-jyu-rokuu pondo hou!!! – Guard akurat usunął z dłoni katanę Zoro i zaczynał wstawać. W momencie kiedy podniósł głowę atak go dosięgnął wyrzucając go daleko w tył. Pod jego naporem złamało się drzewo, potem następne i jeszcze jedno, a kiedy mężczyzna opadł już na ziemię był już nieprzytomny. Płaszcz ochronił go przed śmiercią, ale takiego uderzenia nie mógł przyjąć ze spokojem. Na ustach pękały mu bańki krwi i nie ruszał się.
Szermierz uśmiechnął się do siebie i podniósł z ziemi Sandaia Kitetsu, którym przyszpilił dłoń olbrzyma. Odwrócił się do Shina i zobaczył, że The Guards nerwowo się wycofują widząc z jaką celnością mężczyzna strzela. Wokół niego leżało co najmniej dwudziestu martwych wojowników. Rebeliant wystrzelił jeszcze dwukrotnie, dwóch kolejnych padło bez życia, co reszcie odebrało jakąkolwiek wolę walki. Rzucili się do ucieczki nie zważając już na nic. Nie minęło wiele czasu i Zoro wraz z Shinem zostali na polance sami.
- Niezły jesteś. – rzekł szermierz widząc martwe ciała. Wszyscy zginęli w ten sam sposób. Kula ugodziła ich dokładnie po środku czoła. – Kiedyś też spotkałem dobrego strzelca. Tylko, że on, był moim przeciwnikiem. – Zoro przypomniał sobie Brahama.
- Chodź. Nie czas na gadanie. Trzeba ratować Marisę. – Shin spojrzał ze smutkiem na ludzi których zabił – Kolejnych dwadzieścia osób. Przez Corteza...
Zoro spoważniał.
- Wiesz, że tak musiało się stać – rzekł spokojnie – wiesz, że Luffy nigdy mu tego nie wybaczy.
Shin mruknął coś niewyraźnie i już odwrócił się żeby odejść, ale posłyszał cichy szelest dobiegający z pomiędzy drzew. Zoro również musiał to usłyszeć gdyż obaj mężczyźni położyli natychmiast dłonie na broni. Uspokoili się jednak, gdy sekundę potem ich oczom ukazał się Usopp.
- Wygrałeś? – zapytał Shin.
- Ta... Tak – powiedział długonosy z trudem łapiąc oddech – przegoniłem frajerkę!!!
Po tych słowach zachwiał się i runął bezwładnie na trawę. Zoro natychmiast dostrzegł głęboką ranę na nodze i krew która teraz potoczyła się Usoppowi z ust. Natychmiast znalazł się przy nim.
- Hej, nic ci nie jest?! – warknął przewracając przyjaciela na plecy i delikatnie nim potrząsając.
- Spoko... – jęknął ranny – Ale... muszę przez chwilę odpocząć...
Shin spojrzał w stronę wulkanu i zacisnął pięści. Spojrzenia jego i Zoro spotkały się. Szermierz od razu zrozumiał i nie próbował protestować kiedy Shin spokojnym głosem poprosił:
- Zostań z nim. Ja idę zrobić to co do mnie należy.
Zielonowłosy uśmiechnął się tylko i skinął głową.
Chwilę później Shin biegł już ile sił w nogach wiedząc, że za chwilę wybiegnie z lasu, a przed nim wyłoni się Cortez walczący z ranną Marisą i jednym ze Słomianych Kapeluszy. Przed nim wyłoni się jedna jedyna szansa kiedy będzie mógł pociągnąć za spust i modlić się by Cortez nie władał żadną logią. Przyspieszył kroku. Jeszcze sto metrów. Jeszcze pięćdziesiąt. Wyłoniło się szkarłatne już niebo. Jeszcze dziesięć metrów, widział wulkan. Metr...
Wypadł na otwartą przestrzeń z bronią gotową już do strzału, ale ten nigdy nie padł. Wiedział już, że przybył za późno. Corteza po prostu już tu nie było.
- Cholera – zaklął, ale w tym momencie poczuł czyjąś obecność po swojej lewej stronie. Natychmiast się odwrócił i ujrzał kogoś, kogo się nie spodziewał zupełnie.
Ledwo dziesięć metrów od niego stał Monkey D. Luffy i patrzył mu prosto w oczy wzrokiem kogoś, kogo nic nigdy nie może zaskoczyć. Na baranach niósł Marisę, ponad wszelką wątpliwość nieprzytomną, zaś lewą ręką utrzymywał lekkiego Choppera, również znieruchomiałego.
Stali tak przez chwilę w milczeniu, po czym Luffy uśmiechnął się szeroko.
- Jestem Luffy, a ty?
Jego bezpośredniość była bardzo dziwna w tym momencie, ale Shin wiedział już, że może mu zaufać. Podszedł do niego wolnym krokiem i ścisnął krótko jego ramię.
- Nazywam się Shin, rebeliant czerwonej chusty – powiedział cicho po czym jego spojrzenie spoczęło na Marisie – żyją?
- Tak, żyją. Są ranni, Marisa nawet dość poważnie, dobrze spotkać kogoś od niej. – Twarz Luffy’ego rozjaśnił wyraz ulgi.
Shin przejął od niego ranną dziewczynę, po czym przypomniał sobie o czymś ważnym. O czymś co Luffy na pewno chciałby wiedzieć.
- A właśnie, twoi wszyscy towarzysze są z u nas. Niedawno dotarli ten kucharz i ta dziewczyna... Nami, tak?
- Wspaniale! – Luffy uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Zoro i długonosy procarz są ze mną, wasz snajper lekko ranny. Reszta została w naszej kryjówce i czekają na ciebie.
- W takim razie chodźmy! – zakrzyknął się Luffy. – Tylko, żeby było dużo mięsa!
Shin jednak spoważniał.
- Są tez mniej dobre wieści. Blond kucharz został poważnie ranny. Z całą pewnością był torturowany.
Luffy zesztywniał i zatrzymał się. Nie spojrzał na Shina.
- Co więcej, dziewczyna... została najprawdopodobniej zgwałcona. I również jest ciężko ranna....
- C...co? – Słomiany spojrzał na niego z przerażeniem. Sanji... Nami... Wiele razy byli ranni, ale nikt nigdy nie pastwił się nad nimi. A Nami? Ta miła uśmiechnięta Nami... zgwałco... Nie mógł dokończyć myśli. Spojrzał na Shina zbielały z gniewu. – Kto to zrobił?!
- Ludzie Corteza... – odparł Shin. – Myślisz, że walczymy przeciwko „tym dobrym”?
Monkey D. Luffy miał w życiu coś ważniejszego niż przygody i mięso. Coś ważniejszego niż piractwo i samo życie. Przyjaciele. Ktoś uderzył w jego czuły punkt. Ktoś uderzył go poniżej pasa.
- Dziewczyna siedziała zapłakana przez parę godzin, nawet teraz, gdy szykujemy się do bezpośredniego starcia siedzą z kucharzem w kryjówce. Rozwaleni psychicznie – Shin ciągnął swoją opowieść bezlitośnie.
Luffy patrzył na niego jak w transie. Nie mógł tego słuchać. Był szczerze, szczerze przerażony. I już w momencie gdy chciał coś powiedzieć, wrzasnąć na całe gardło, czy też uderzyć w ziemię z całych sił, odezwała się Marisa:
- Luffy... – jęknęła po czym splunęła krwią. – Nie pokonasz Corteza...
Shin spojrzał na nią z troską, zaś Słomiany z szokiem w swoich okrągłych oczach.
- Nie pokonasz... Ma zbyt wielką moc... Jak zdejmie wisiorek... To będzie koniec...
- Przestań się odzywać... – skarcił ją Shin. – Jesteś ciężko ranna, musisz wypocząć.
- Luffy... pokonaj Corteza, błagam Cię. – powiedziała Marisa nie zważając na Shina, który trzymał ją w ramionach – Ostatnie co powiedział Chopper zanim... – tu przerwała. – to było twoje imię. Pokładał w tobie nadzieje do ostatniego momentu, aż zasłonił mnie przed atakiem, a sam... padł...
- Marisa! – warknął Shin, jednakże Luffy stał spokojnie i słuchał.
Po policzkach rannej dziewczyny popłynęły łzy.
- Widziałam jak ci ufał... i wiem, że jesteś godny tego zaufania.... dlatego proszę... Pokonaj... Cor...teza... Uwolnij... nas... – nie powiedziała już nic więcej. Na ustach pękły jej krwawe bańki i straciła przytomność.
Shin spanikował. Była zbyt bliska śmierci. Dlaczego pozwolił jej na ten cholerny patrol?
- Słomiany, chodź! Wracamy do kryjówki!
Luffy jednak się nie poruszył. Skrył oczy pod rondem kapelusza. Nie chciał, żeby ktokolwiek zobaczył tak straszliwą złość jaką teraz przedstawiało jego oblicze. Odwrócił się plecami do Shina i położył Choppera na ziemi.
- Zabierz ich oboje.
Strzelec znieruchomiał.
- A ty?
- Pozdrów moich przyjaciół. Ja muszę coś załatwić. Coś bardzo, bardzo ważnego.
- Ale...
-Nie martw się o mnie. Spotkamy się... dokładnie za 20 dni od teraz. Tyle czasu potrzebuje.
Shin znów próbował coś powiedzieć, ale tym razem Luffy spojrzał mu w oczy. Uderzyło go coś dziwnego, coś co sprawiło, że dreszcze przeszły mu po całym ciele. Czuł, że jeszcze chwila i się przewróci.
- Przekaż to moim przyjaciołom. Wrócę za dwadzieścia dni. I skopię dupsko temu Cortezowi. Przysięgam.
Strzelec znów się uśmiechnął. Dawno nie widział kogoś tak zdeterminowanego, a zarazem o tak dobrym sercu. Sięgnął do węzła swojej chusty.
- Nie wiem co chcesz robić przez te dwadzieścia dni. Mało mnie to obchodzi. Jeszcze nie wiem kiedy ruszymy do ataku, jeśli przegramy to ty to załatwisz. A skoro tak, to ty również jesteś w Rebelii Czerwonej Chusty. Od tego momentu jesteś jednym z nas.
Luffy przyjął ów materiał i przewiązał nim prawe ramię. Uśmiechnął się do Shina.
- Ok. – po czym odwrócił się i pobiegł najszybciej jak tylko zdołał.
Rebeliant jeszcze przez chwilę odprowadzał go wzrokiem, aż tamten zniknął między drzewami. Potem on sam odwrócił się i biorąc pod pachę Choppera ruszył w drogę powrotną. Będę musiał się nieźle tłumaczyć, pomyślał i pomknął w stronę Zoro i Usoppa.


Takeyama szedł wraz z Kabuu wzdłuż rzędów swoich wojowników. Nie była to grupa uporządkowana, nie mieli jednolitego munduru poza jednym elementem – czerwoną chustą, zawiązaną w dowolnym miejscu. Nie zależało mu na bezwzględnej organizacji, wiedział, że tutaj wszyscy się znają, że każdy osłoni tu każdego, że wszyscy są przyjaciółmi. I, że walczą o wspólny cel.
- Słuchajcie – powiedział odchrząkując. – Nie jestem zbyt dobry w takich zebraniach, ale chciałem zakomunikować, że Jin wrócił z nowymi informacjami. Przesuwamy bitwę o 20 dni.
Z tłumu dało się wychwycić pomruki niezadowolenia.
- Uspokójcie się. – rzekł głośno – mam podstawy twierdzić, że nie wszystko jeszcze jasne. Czekamy na rozwój sytuacji i wykorzystujemy czas, żeby się jeszcze lepiej przygotować.
- Ale dlaczego? – zapytał ktoś z tłumu.
- Ponieważ bardzo możliwe, że niedługo odkryjemy plany Corteza i położenie jego siedziby.
Buchnęły okrzyki radości. Takeyama powiedział już swoje i ze spokojem wrócił do siebie. Słyszał jeszcze jak Kabuu krzyczy „Macie dwadzieścia dni, rozejść się”.
To będzie bardzo krótkie dwadzieścia dni. Bardzo krótkie, pomyślał.

Luffy biegł ile sił w nogach. To będzie krótkie dwadzieścia dni, przeszło mu przez głowę.

Cortez uśmiechnął się siedząc w wygodnym perkalowym fotelu.
- Dwadzieścia dni... – powiedział do siebie. Po czym roześmiał się w głos, aż solidnie się zakrztusił.


Ciąg dalszy nastąpi

Ile dni?
No ile?
No ile do cholery??!

Część 15ta to „Dzień pierwszy. Ten najlepszy drink.”
Subskrybuj ten wątek Odpowiedź