Cz.9 Wielkie Spotkanie
Shanks siedział w swojej kajucie, a na jego biurku leżało sześć dyktafonów, każdy z opisem osoby, która nagrała nim odpowiedź któregoś ze Słomkowych na pytanie: „Co uważasz o swoim kapitanie?”. Wraz z Shanksem obecna była w jego kajucie ta garstka jego towarzyszy, która pamiętała jeszcze tego Luffy’ego sprzed dziesięciu laty.
- Zacznijmy od jego kuka – powiedział Shanks i włączył dyktafon z imieniem Zeffa.
Wpierw dało się słyszeć szum, a potem odezwał się głos Zeffa zadającego pytanie:
- A jaki jest twój kapitan?
- Luffy? – zdumiał się Sanji. – Przecież sam wiesz. To ty przecież powiedziałeś mi, że on jest z tych, co nie myślą o śmierci, bo ich „przekonanie zakłada odmowę śmierci”. Jest, co prawda, trochę nierozgarnięty i lekkomyślny, a do tego pochłania niewyobrażalne ilości mięsa, ale ostatecznie można na niego liczyć. Prawdę mówiąc, nie chciałbym innego kapitana.
Nagranie się skończyło. Shanks się uśmiechnął i włączył dyktafon użyty przez Nojiko.
- Twój kapitan… Słomiany Kapelusz… Jakim on jest człowiekiem?
- Ach, czasami jego nieodpowiedzialność mnie przerasta. Często jak osiądziemy na suchy ląd, biegnie gdzieś bez opamiętania i trzeba go szukać. Jego orientacja w terenie pozostawia wiele do życzenia. Ale – tu nagle ton Nami się zmienił. Mówiła teraz jakby z rozmarzeniem. – choć czasem wydaje się być idiotą, to ma wielkie serce. Nie zapominaj, Nojiko, że uratował naszą wioskę. Każdy, kto potrzebuje pomocy z brutalnymi piratami, takimi jak Arlong, od niego ją otrzyma. Tyle ci powiem. A teraz chodźmy na zakupy!
W tym momencie Nojiko z oczywistych względów przestała już nagrywać. Shanks zastanawiał się, które nagranie ma być następne, ale po chwili Yasopp zawołał:
- Teraz mój! Teraz mój, kapitanie!
- Dobra. W takim razie zobaczmy, co o Luffy’m mówi Usopp – powiedział Shanks i włączył dyktafon Yasoppa. Najpierw usłyszeli krótki dialog między nim a jego synem:
- Jest jeszcze jedna rzecz, której chciałbym się od ciebie dowiedzieć. Dawno temu nasz statek zawinął do portu, gdzie spotkaliśmy twojego kapitana.
- Wiem. Luffy mi o was opowiadał.
- Był z niego naprawdę pocieszny malec. Chciał z nami wypłynąć w morze, ale nasz kapitan się nie zgadzał. Luffy był wtedy jeszcze za mały. W każdym razie chciałem cię zapytać: Jaki jest teraz? Jak się czujesz jako członek jego załogi?
- Ach, Luffy? On jest wielki! – wykrzyknął nagle Usopp, ale zaraz dodał spokojniej: – Może czasem nieco lekkomyślny, ale on zostanie Królem Piratów. – W tym momencie głos Usoppa stał się poważniejszy. – Nie wiem już ile razy padał pod ciosem przeciwnika, ale zawsze potem podnosił się, aby walczyć dalej. Tato, to jest człowiek, którego widok każe ci dać z siebie wszystko. On walczy aż do końca, a ja, jako jego kamrat, też muszę tak walczyć. Przy nim mam wrażenie, że mogę zrobić wszystko…
W tym momencie nagranie się urwało. Shanks spojrzał na Yasoppa.
- Przepraszam. Chyba nieopatrznie nacisnąłem „stop” – wyjaśnił snajper, śmiejąc się nerwowo. – Ale powiem wam, co mój chłopak powiedział na koniec: „Wiem, że przy nim zostanę odważnym wojownikiem mórz, tak jak zawsze marzyłem”.
- Hm, kto teraz? – zastanowił się głośno Shanks.
Jego wzrok stanął na dyktafonie z opisem: „Doktor Kureha”. Bez słowa włączył nagranie lekarki:
- Powiedzcie mi, kochani, jak wam się żyje z tym szaleńcem?
- Dobrze to określiłaś, Doctorine – zaśmiał się Chopper. – Luffy potrafi być szalony. Naprawdę, jako lekarz, mam na tym statku sporo roboty. Zawsze po jakiejś wielkiej walce jesteśmy wyczerpani i poranieni, a Luffy już najbardziej. On się nie martwi o rany, nawet nie myśli o tym, że może zginąć w walce.
- Ale niech doktor pamięta – wtrąciła się Robin. – że pan kapitan nie jest zwykłym człowiekiem. Jego Diabelski Owoc sprawił, że nasz kapitan jest człowiekiem-gumą, a co za tym idzie, jest odporniejszy na wiele urazów.
- Prawda – stwierdził Chopper. Nagle zmienił ton na bardziej poważny. Mówił też o wiele ciszej. – Doctorine, wciąż pamiętam go, stojącego na szczycie wieży Wapola i trzymającego flagę doktora. Pamiętam też jego wyraz twarzy. Są rzeczy, które Luffy uważa za święte i nie pozwala ich bezcześcić ani się z nich śmiać. Kiedy ktoś popełni tę zbrodnię, Luffy robi się poważny, a wtedy biada temu komuś.
- Najświętszą zaś rzeczą dla kapitana są przyjaciele – dodała Robin, równie poważnie. – Jestem tego żywym przykładem.
Nagranie się skończyło.
- No, no – powiedział Shanks z lekkim uśmiechem i nacisnął dyktafon Iceburga, którego głos zabrzmiał pierwszy:
- Jaki on jest?
- Hem? – zdziwił się Franky.
- No, Luffy Słomiany Kapelusz. Jaki jest?
- A jaki ma być? – prychnął cyborg. – Muszę przyznać, że spodziewałem się po kimś, kto ma wyznaczoną nagrodę 300,000 beli większej ostrożności, ale on jest jak dzieciak. Mnie właściwie to nie przeszkadza. Najbardziej w nim lubię to, że jest taki nieprzewidywalny. Co ty robisz?
- Czyszczę kadłub – odpowiedział Iceburg.
- Ty się lepiej zajmij swoją papierkową robotą, dobra? Pewnie już zapomniałeś jak się trzyma młotek, co?
- Odszczekaj to!
Shanks, będąc pewnym, że dalej był tylko zapis kłótni, która z Luffy’m nie miała nic wspólnego, zatrzymał nagranie. Teraz pozostało tylko jedno nagranie, dokonane przez Backmana.
- Aż się nie mogę doczekać, aby usłyszeć, co Roronoa Zoro ma do powiedzenia o Luffy’m – powiedział Shanks, włączając dyktafon z nazwiskiem swojego bosmana.
Przez chwilę trwała cisza, przerywana jedynie przez szum z nagrania, a potem Shanks i jego załoga usłyszała wreszcie głos Zoro:
- Ja byłem pierwszy. Pamiętam dokładnie jak głodny i ogorzały od słońca wisiałem przywiązany do pala w bazie Morgana, a Luffy stanął tuż przede mną. Był bardzo wesoły i nawet zaproponował mi pomoc w ucieczce. Ja jednak nie mogłem przyjąć jego pomocy. Mniejsza o to. Wiesz, co on mi powiedział jak oświadczyłem, że zamierzam zostać największym szermierzem na świecie?
- Co takiego? – spytał z zainteresowaniem Backman.
- „Największy szermierz na świecie? Nieźle. Od kamrata Króla Piratów nie powinienem wymagać nic mniejszego od tego…” Wszyscy mamy marzenia, jakieś wielkie cele, które zamierzamy wypełnić. On w nie wierzy i pragnie, aby się spełniły, a my, jego załoga, wierzymy w to, że jego szalone marzenie o zostaniu Królem Piratów się spełni. Bo jego wola i siła ducha są tak wielkie, że to się prędzej czy później stanie. A kiedy się stanie, również i nasze marzenia się spełnią.
- A co ty powiesz, Brook? – zwrócił się do kościotrupa Backman.
- To, co do tej pory zdążyłem zobaczyć wystarczy mi, abym się zgodził z Zoro. Słomiany Kapelusz jest naprawdę niezwykłym człowiekiem. Wybiera swoich kamratów według dziwnych kryteriów, jest dziecinny i nadpobudliwy, jednak kiedy tylko stanie się poważny… W gruncie rzeczy ma dobrze ułożony system wartości i trzyma się go bardzo mocno.
- Gdyby zaszła taka potrzeba, oddałbym za niego życie – wtrącił szermierz. – To samo tyczy się reszty. Myślę, że dowiedziałeś się tego, czego chciałeś – powiedział tonem wręcz wyganiającym.
- O, tak – odparł Backman i w tym momencie nagranie się skończyło.
Shanks podniósł się z krzesła. Wszystko, co usłyszał, teraz połączył w jedną całość, tak jak reszta obecnych w jego kajucie ludzi. Do tego Shanks wciąż miał w pamięci scenę, której był świadkiem dziś rano…
Shanks szedł po ulicach Gull, mając szczerą nadzieję, że nikt go nie rozpozna. Zatrzymał się dopiero przy barze, do którego wcześniej wszedł Luffy. Bez trudu rozpoznał który z obecnych w barze mężczyzn to Luffy, bo od razu rzucił mu się w oczy szczupły chłopak w słomianym kapeluszu. Jednak zamiast wejść do środka, Rudowłosy stanął w drzwiach. Chciał podejść do niego i powiedzieć: „Cześć! Kope lat, Luffy”; chciał pogadać o starych, dobrych czasach; chciał zapytać Luffy’ego o to, jak mu się powodzi; ale czegoś się obawiał. Może tego, że jego wyobrażenie o Luffy’m było zbyt przesiąknięte wspomnieniem chłopaka z jego młodych lat, a może po prostu chciał najpierw dowiedzieć się jak widzi go jego własna załoga. Albo też widok jedzącego z takim apetytem i bez żadnych manier Luffy’ego, wywołał podświadomie w Shanksie obrzydzenie.
Nagle podniósł się jakiś mężczyzna o zakazanej gębie, który siedział tuz obok Luffy’ego. Wycelował pistolet prosto w zajętego obiadem Luffy’ego i wystrzelił. Luffy nawet na niego nie spojrzał, tylko wystawił rękę i złapał kulę w locie. Zdumionemu strzelcowi (który wydał się Shanksowi jakiś mało rozgarnięty) opadła szczęka. Luffy uśmiechnął się do niego.
Na twarzy faceta powróciło zdecydowanie. Rzucił się na Luffy’ego. Słomiany Kapelusz spokojnie podniósł się z miejsca i stanął, aby zmierzyć się z przeciwnikiem. I wtedy Shanks to zobaczył. Luffy wydłużył obie swoje ręce, krzycząc: „Gomu Gomu no Pistol”, i po chwili napastnik leżał na ziemi. Shanks zamarł na ten widok. Pistol? Pistolet? Jego pamięć błyskawicznie przywołała wspomnienie małego chłopca, który uderza pięściami w powietrzu, mówiąc: „Moje ciosy są jak pistolet”. To było takie dziwne, zobaczyć jak jego dziecięce przechwałki się urzeczywistniają.
Tymczasem Luffy powrócił do mięsa. Zanim jednak zabrał się za nie, spojrzał w stronę swojego napastnika, który podniósł się z ziemi.
- Jesteś łowcą nagród, tak? – spytał Luffy, uśmiechając się szeroko.
- Nie, skąd! – zarzekał się mężczyzna.
- To co to tam robi? – zaśmiał się Luffy, wskazując swój list gończy pod pachą łowcy nagród.
Na twarzy rzezimieszka pojawił się strach.
- Przepraszam – zapłakał. – Po prostu od paru dni nie mam pracy i muszę skądś wziąć pieniądze na chleb.
Słysząc to, Shanks zastanawiał się, dlaczego ten amator rzucił się od razu na pirata, którego już po samej nagrodzie 300, 000,000 beli można było określić jako niełatwego przeciwnika. Ale cóż – ludzie w desperacji robią różne głupoty, a tak forsa piechota nie chodzi.
- Nie mam pieniędzy, ale możesz wziąć to – powiedział z szerokim uśmiechem Luffy i podał łowcy duży kawałek mięsa.
Shanks uśmiechnął się na ten widok, a Luffy, jakby nigdy nic, powrócił do jedzenia. W tym właśnie momencie pojawił się Backman.
Teraz, w swojej kajucie, Shanks uśmiechnął się na myśl o tym wspomnieniu. O, tak. Przez te wszystkie lata Luffy bardzo wydoroślał. Shanks nabrał ochoty na spotkanie z nim i to jak najszybciej. Ciekawe jak młody zareaguje na jego widok? Pora się przekonać.
- Panowie – zwrócił się do swoich ludzi Shanks. – Idziemy na spotkanie z naszym starym znajomym.
Luffy ziewnął przeciągle, po czym zorientował się, że jest nadal w barze. Najwyraźniej zasnął po napełnieniu żołądka. Za oknem słońce świeciło jasno, a więc Luffy nie spał zbyt długo.
- Ile płacę? – spytał barmana.
- Nie trzeba. Pański kościsty przyjaciel z afro zapłacił.
- Oh? – zdumiał się Słomiany Kapelusz, po czym uśmiechnął się szeroko. – W takim razie, miłego dnia!
Wybiegł dziarsko na zewnątrz i ruszył w stronę plaży, gdzie stała przycumowana Thasuend Sunny.
Od razu, kiedy postawił nogę na statku, coś wydało mu się inne. Wszyscy rozmawiali o czymś z zapałem, a kiedy tylko ujrzeli Luffy’ego, zamilkli.
- Coś się stało? – spytał Luffy.
Spojrzeli po sobie. Zoro przytaknął głową i wyszedł naprzeciw kapitana.
- Jest coś o czym powinieneś wiedzieć, Luffy.
Opowiedzieli mu pokrótce o spotkaniach, które miały dziś miejsce. Luffy na początku miał wrażenie, że to wszystko zwykły zbieg okoliczności, ale Nami kilkoma silnymi argumentami prosto w łeb, obaliła te tezę. Wtedy Luffy zdał sobie sprawę z tego, że…
- Zaraz, zaraz. Skoro Backman i Yasopp są tutaj, to znaczy, że Shanks też tu jest. Super! – zawołał z radości.
- Jego refleks w łączeniu faktów w jedną całość mnie dobija – westchnęła ze zrezygnowaniem Nami.
- Zaprosiliśmy ich wszystkich na imprezę – wtrącił Sanji. – Niebawem zaczną się zbierać.
- Super! – znów wykrzyknął Luffy. – Zobaczę Shanksa!
Zaraz jednak posmutniał ku zdziwieniu własnej załogi.
- Co się stało, kapitanie? – zapytała Robin.
- A jeśli on przyszedł tylko po swój kapelusz? Przecież jeszcze nie zostałem Królem Piratów.
- Luffy! – krzyknął Chopper, który nagle stał przy balustradzie, przyglądając się plaży. – Idą tu!
Wszyscy podeszli do balustrady i spojrzeli w tę samą stronę, co renifer. Od strony lasu szła spora grupa osób, ale na przód wysuwali się Kureha, Zeff, Iceburg, Nojiko, Yasopp,
Backman i Shanks. Mimo wcześniejszych wątpliwości, na widok Rudowłosego Luffy nie potrafił powstrzymać wzruszenia. Miliony uczuć i wspomnień, jak morskie fale podczas sztormu, kłębiły się i szalały w jego głowie, kiedy Shanks zbliżał się do Thausend Sunny. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu też po policzku Luffy’ego poleciały łzy.
Shanks również czuł wielkie wzruszenie. Chociaż widział nastoletniego Luffy’ego już wcześniej, teraz miał stanąć z nim twarzą w twarz. Było tyle rzeczy, które chciał mu powiedzieć; tyle rzeczy, które chciał z nim zrobić…
Zatrzymał się przed statkiem, a wraz z nim zatrzymała się reszta. Shanks podniósł wzrok i oczy obu mężczyzn się spotkały. Rudowłosy się uśmiechnął. Luffy przetarł ramieniem łzy i na jego twarzy również pojawił się szeroki uśmiech. Pierwszy odezwał się Shanks:
- Kope lat, Luffy.
- Shanks! – zawołał głośno Słomiany Kapelusz. Radość wręcz się z niego wylewała.
- Możemy wejść? – zapytał Shanks, nadal się uśmiechając.
- Jasne – odparł Luffy. Zwrócił się twarzą do Franky’ego, ale zanim cokolwiek powiedział, cyborg odrzekł:
- Już ich wpuszczam.
Kiedy goście stanęli już na pokładzie, Shanks rozejrzał się dookoła. Luffy wiedział, że ocenia teraz jego statek. Thausend Sunny był na szczęście dość duży, aby pomieścić naprawdę sporą załogę Shanksa.
- Duża łajba – stwierdził po chwili milczenia Rudowłosy.
- Prawda? Franky ją zbudował – powiedział z dumą Luffy, klepiąc cyborga rubasznie po plecach.
- No, najwyższy czas zacząć imprezę – odrzekł Shanks.
Sanji ruszył do kuchni, a Zeff poszedł za nim. Brook wziął w ręce skrzypce i zaczął coś grać. Reszta piratów i nie-piratów podzieliła się na małe grupki (Nojiko z Nami, Iceburg z Franky’m, Kureha z Chopperem, Yasopp z Usoppem, a także załoga Shanksa miedzy sobą), które w swoim gronie rozmawiały o swoich sprawach. Shanks i Luffy również utworzyli taką grupę. Usiedli przy stole na powietrzu i przyglądali się wszystkim. Ich wzrok zatrzymał się na Backmanie, który próbował zagadać do Robin. Po chwili dosiadł się do nich Zoro.
- A więc, kapitanie Shanks – zaczął do rudego. – to ty dałeś Luffy’emu słomiany kapelusz?
- Tak, to ja. Miło wiedzieć, że Kotwica o mnie wspominał.
- Jak mnie nazwałeś?! – zdenerwował się Luffy.
- Przepraszam, ale nie mogłem sobie odmówić tej przyjemności – zaśmiał się Shanks.
- Kotwica? – zdziwił się Zoro.
- Nazywaliśmy tak Luffy’ego, kiedy był mały.
- Dlaczego „Kotwica”? – dopytywał się Zoro.
- Bo nie umiałem pływać – wyjaśnił Luffy z kwaśną miną. – Nawet przed zjedzeniem Diabelskiego Owocu. Niech mnie! Nienawidziłem tego przezwiska.
- Oh, naprawdę? – spytał retorycznie Zoro, a na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmieszek.
- Ale zanim coś powiesz – zaczął Shanks, wiedząc, co Zoro zamierza zrobić. – wyjaśnijmy jedną rzecz: Ja i moja załoga możemy tak nazywać twojego kapitana, ale ty, jako jego człowiek, musisz okazywać mu szacunek.
- Możesz być pewien, że go szanuję – odparł już poważnie Zoro. – Spytaj swojego bosmana.
- Czasem się kłócimy, ale nakama to nakama – wtrącił Luffy, znów się uśmiechając. – Moja załoga mnie nigdy nie zawiodła.
- No, ja myślę – odrzekł Shanks i znów dodał złośliwie: – Kotwico.
- Nie nazywaj mnie tak! – Luffy znów się zdenerwował, ale po jego twarzy widać było, że raczej nie na tyle, aby doszło do rękoczynów.
Shanks i Zoro wybuchli śmiechem.
Tymczasem w kuchni pod nimi Sanji próbował zrobić obiad, jednocześnie ignorując krzątającego się po kuchni i wtrącającego do jego pracy Zeffa.
- Więcej soli! Co ty robisz z tym estragonem?! Tnij na jeszcze drobniejsze kawałki tę pietruszkę!
Głos starego pirata był dla Sanjiego naprawdę irytujący. Znów się poczuł jak uczniak w Baratie. Ale to było jeszcze bardziej frustrujące, że Zeff krytykował go w JEGO kuchni! W tym pomieszczeniu on – Czarnonogi Sanji – był panem i władcą. W tym pomieszczeniu, on był szefem kuchni. On decydował o tym, co ma podać, jak pokroić, jak przyprawić… Nikt inny nie miał prawa się wtrącać do jego pracy. A już na pewno nie Zeff Czerwona Noga, który sam chciał się Sanjiego pozbyć.
Sanji w końcu nie wytrzymał. Odłożył nóż na bok i odwrócił się twarzą do Zeffa. Drżącym ze złości głosem wycedził:
- Wynocha.
Zeff uśmiechnął się, krzyżując ręce na ramionach. Było jasne, ze nie zamierzał ruszać się z miejsca. Krew gotowała się w Sanjim na widok tego bezczelnego starucha.
- Posłuchaj, starcze – zaczął, patrząc na Zeffa chłodno. Jego głos nadal drżał. – Przez te wszystkie lata znosiłem twoją krytykę. Słuchałem z goryczą jakie to moje potrawy są ohydne i niezdatne do jedzenia. Przez dziesięć lat nie usłyszałem od ciebie ani słowa pochwały. Nawet jednego małego słowa z twojej strony, które świadczyłoby o tym, że moje zdolności kulinarne, choć trochę się poprawiły. Wiesz jak się wtedy czułem? Nie wiesz. Przyszedłeś tu, aby mnie dręczyć?
- Nie. Chcę tylko nie dopuścić do tego, abyś coś zepsuł.
- To nie Baratie! – wrzasnął Sanji. – Nie jesteś tutaj szefem! Wynocha z mojej kuchni!
Jednym, sprawnym kopem wyrzucił Zeffa na zewnątrz, ale ten szybko powrócił. Podszedł do zajętego swoja pracą Sanjiego i popatrzył na chłopaka poważnie, gdy ten nie zwracał na niego uwagi, tylko siekał czosnek.
- Najwyższy czas dowiedzieć się, który z nas jest lepszy – oświadczył, a Sanji zatrzymał nóż nad główką czosnku.
- Mów dalej, starcze.
- Podamy im dwie zupy. Ja przygotuję jedną i ty jedną. Niech sami zdecydują, kto jest lepszym kucharzem.
Sanji uśmiechnął się chytrze.
- Zgoda.
Wszyscy, oprócz Sanjiego i Zeffa, siedzieli przy wielkim stole na środku pokładu i czekali na obiad. Słomkowi umilali gościom czas, opowiadając (na prośbę Shanksa) o swojej ostatniej przygodzie. Przy tym nie potrafili usiedzieć na miejscu – ciągle wstawali z krzykiem i gestykulowali, a czasem nawet pokazywali ciosy jakie zadawali przeciwnikom.
- I wtedy wybiegł ich kapitan – ciągnął opowieść Luffy.
- Był wielki jak góra i miał takie zęby – dodał Chopper, robiąc rękami w powietrzu wielki okrąg.
- A my jeszcze nie skończyliśmy załatwiać reszty – westchnęła Nami.
- Więc postanowiliśmy, że Luffy zajmie się nim, a my skończymy z jego załogą – odparł Zoro. – Ja wziąłem na siebie tego szermierza z czterema rękami. Mimo, że moje zranione ramię bolało jak cholera – wstał z krzesła. – wyciągnąłem miecze i załatwiłem go swoimi…
- A ja zabrałam się za tego wielkoluda z młotkiem – przerwała mu Nami po czym wstała. – Użyłam „Weather is Cyclon” i po chwili facet zniknął za horyzontem.
- A to wszystko, dzięki mojemu wynalazkowi – wtrącił z dumą Usopp.
- Cudownie – powiedział z tą samą dumą Yasopp i poklepał syna po plecach, mówiąc: – To mój chłopak.
- No więc ja, mimo rany, stanąłem naprzeciw tego gościa i… – zaczął znów Zoro, ustawiając się do ataku, ale bez mieczy w rękach i ustach. Jednak zanim dokończył, odezwał się Chopper:
- A ja, Doctorine, rozgryzłem Rumble Ball i w Horn Poincie załatwiłem tamtego goryla.
- Bo widzisz, Shanks – wtrącił się do opowieści swojego lekarza Luffy. – To najsilniejsza forma Choppera.
- Mam nadzieję, że nie zrobiłeś potem nic głupiego, co? – powiedziała z poważną miną Kureha.
- Nie, Doctorine – odparł Chopper.
- A więc – wręcz warknął ze zniecierpliwienia Zoro. – Mimo rany, wycisnąłem miecze, powiedziałem jeszcze: „Przeliczyłeś się, stary. Nie zadziera się z Roronoa Zoro” i przeciąłem gościa.
Zoro wykonał ruch, który zwykle wykonywał podczas walki. Akurat wtedy wyszedł z kuchni Sanji, niosąc w rękach wielki, czerwony garnek z zupą. Zoro prawie wytrącił mu go z ręki, ale w ostatniej chwili, kiedy już prawie garnek spadł na podłogę, Sanji złapał go opuszkami palców i ostrożnie położył na ziemi.
- Głupi morimo! – wrzasnął, znowu chwytając garnek i kładąc go na stole.
- To ty patrz jak leziesz! – odszczeknął Zoro.
Zaczęli walczyć jak to mieli w zwyczaju. To był ciekawy popis ich stylów walki.
- Em, Luffy – zagadnął chłopaka Shanks. Luffy się odwrócił. – Nie powinieneś zainterweniować? Jesteś kapitanem.
- Oni sami przestaną, jak się zmęczą – odparł z uśmiechem Słomiany Kapelusz.
- Poza tym, Zoro i Sanji często się biją – wyjaśniła Nami. – ale jeszcze nigdy się nawzajem nie zranili.
Jednak tym razem Zoro i Sanji nie skończyli walczyć sami, tylko dostali obaj po kopie od Zeffa. Czerwona Noga postawił swój niebieski garnek z zupą tuż obok czerwonego garnka Sanjiego i oświadczył:
- Proszę o uwagę. Ja i ten smarkacz – wskazał ręką Sanjiego, który właśnie wstał, pocierając obolałą potylicę. – postanowiliśmy raz na zawsze rozstrzygnąć który z nas jest lepszym kucharzem. Toteż damy wam do posmakowania dwie zupy, a wy nam powiecie, która smakuje lepiej.
- Ok. – zgodził się Luffy. –To dawajcie te zupy.
- Najpierw moja – odparł Zeff. – Bo jestem starszy.
Wziął chochlę i zaczął wszystkim nalewać na łyżki po kropelce. Każdy szybko ją wypił, po czym Sanji nalał po kropelce swojej zupy. Obserwował w napięciu jak wszyscy –goście i jego nakama – wypijają jego zupę. Teraz wraz z Zeffem czekali już tylko na werdykt. Shanks uśmiechnął się lekko i podniósł się z miejsca, mówiąc:
- Trudno określić po jednej kropli smak zupy. Dajcie na więcej, to wam powiemy.
Tym razem pierwszy nalał swoja zupę Sanji. Kiedy ostatnia osoba już opróżniła swój talerz, do dzieła przystąpił Zeff. I znów czekali w napięciu na to, co powiedzą. Tym razem pierwszy odezwał się Luffy:
- Twoja zupa, Sanji, jest najlepsza na świecie. Pobiłeś Zeffa na głowę.
Jednak Sanji nie wydawał się zachwycony tą recenzją. Brew drżała mu, kiedy podniósł się. W końcu krzyknął:
- Nie kłam, Luffy! To, że jesteś moim kapitanem, nie znaczy, że musisz kłamać, abym poczuł się lepiej! Zeff gotuje lepiej, prawda?!
Luffy lekko się zdziwił, po czym na jego twarzy znów pojawił się szeroki uśmiech.
- Właściwie, obie są tak samo dobre.
Na twarzach obu kucharzy pojawiło się zdumienie.
- Prawda – stwierdził Shanks. – Tak samo dobre.
- Niemożliwe – powiedział Zeff. – Ja i ten smarkacz nie możemy być sobie równi.
- A jednak – odrzekł Shanks, po czym zwrócił się do swojej załogi: – Prawda, chłopcy?
Wszyscy jego ludzie zaczęli przytakiwać.
- A wy? – zapytał swoja nakamę Luffy. – Co powiecie o tych zupach?
- Fajnie byłoby cię dobić, głupi kuku, mówiąc, że twoja zupa to lura, ale w sprawach honorowych się nie kłamie – oświadczył poważnie Zoro. – Rzeczywiście nie ma różnicy między twoją a jego zupą.
Podobnie stwierdziła reszta Słomkowych. Następnie wszyscy zaczęli sobie nalewać obie zupy. Potem nadeszło drugie danie i wszyscy znów podzielili się na kółka zainteresowań.
- Hej, Luffy – zagadnął go po obiedzie Shanks. – Ta zabawa w konkurs kulinarny przypomniała mi, co powiedziałeś, jak opuszczaliśmy twoja wioskę: „Zbiorę własną załogę, która pokona twoją…”. Może teraz sprawdzimy, jak się wywiązałeś z tego zadania?
- Nie – odparł stanowczo Luffy. – Nie chcę, aby moja i twoja załoga się pozabijały.
- Ależ ja nie chcę, aby ze sobą walczyły. Zmierzą się po prostu na ręce.
- Na to mogę przystać – stwierdził Luffy i zwrócił się do swoich przyjaciół: – Co wy na to?
- Może być – odparli chórem.
- Od kogo zaczynamy? – spytał Shanks Luffy’ego, ale zaraz zaproponował: – Może od Usoppa i Yasoppa? Podobno Usopp jest dobrym strzelcem.
- No, prawda. Jest – stwierdził Luffy.
- To oni się zmierzą w strzelaniu – świadczył Shanks.
Yasopp spojrzał z lekką trwogą na syna, który również wydawał się nieco skonsternowany tym, że będzie musiał się z nim mierzyć. Co prawda Usopp myślał, że kiedyś do tego dojdzie, ale teraz, kiedy już miało do tego dojść, miał pietra. Jego ojciec był wielkim wojownikiem mórz i doskonałym strzelcem. Co sobie pomyśli, kiedy zobaczy jaką bronią posługuje się jego syn?
Po krótkiej naradzie miedzy sobą Shanks i Luffy ustalili na czym będzie polegać konkurencja, w której zmierzą się Yasopp i Usopp. Luffy powiedział coś do Sanjiego, ten przytaknął i poszedł na chwilę do kuchni. Wrócił trzymając w ręce trzy całkiem spore jabłka.
- Phi – prychnął z lekceważeniem Yasopp. – Taki duży cel to nie wezwanie.
Shanks odebrał jedno z jabłek i położył je na stole. Sanji wyjął skądś nóż kuchenny i przeciął je na pół. Następnie Rudowłosy podniósł obydwie połówki i pokazał obu strzelcom.
- Nie będziecie celować w jabłka, tylko w pestki. Luffy wyrzuci dwa całe jabłka w powietrze, a wy będzie musieli je tak przestrzelić, aby trafić w pestkę – wyjaśnił. Yasopp zaśmiał się pod nosem, po czym powiedział:
- Lubię twoje pomysły, kapitanie.
Usopp przełknął ślinę.
Zaczęły się przygotowania. Wszyscy obserwatorzy stanęli z tyłu, podczas gdy obaj zawodnicy wyjęli broń. Yasopp na widok procy i pachinek Usoppa uśmiechnął się z drwiną.
- To jest twoja broń? – spytał syna, chichocząc.
Luffy podszedł, położył rękę na ramieniu przyjaciela i wtrącił z szerokim uśmiechem:
- Usopp strzela z procy lepiej niż z pistoletu. Poza tym może zrobić z pachinkami wiele ciekawych rzeczy.
- Zobaczymy – odparł Yasopp.
Usopp poczuł się lepiej, kiedy Luffy okazał mu wsparcie. Yasopp, chociaż tego nie okazywał, również cieszył się, że kapitan jego syna w niego wierzy.
Luffy stanął tuż za nimi, trzymając w rękach oba jabłka. Rozciągnął ręce i zatrzymał je tuż nad burtą, podczas gdy obaj strzelcy, nie spuszczając jabłek z oczu, wzięli je na cel. Usopp naprężył gumkę procy, a Yasopp odbezpieczył pistolet. Zapadła cisza. Wszyscy oczekiwali w napięciu na to, co się stanie. Kiedy Luffy puścił jabłka, obaj – Yasopp i Usopp – strzelili do spadających w powietrzu jabłek, po czym z głośnym westchnieniem odeszli od balustrady. Luffy szybko podbiegł do burty i wyłowił jabłka. Podał je Sanjiemu, który przekroił owoce na pół.
- To jest, zdaje się, ślad po kuli Yasoppa – oświadczył Shanks pokazując wszystkim jabłko z okrągłym wgłębieniem, które przechodziło dokładnie w miejscu, gdzie znajdowała się pestka.
Pośród ludzi Shanksa rozległ się głośny okrzyk: „Hura! Yasopp rządzi!”. Luffy nic nie odpowiedział, ale podszedł do stołu i podniósł do góry jabłko Usoppa. Po obu pestkach pozostały jedynie osobne dziury od pachinek.
- Trafił obie? – zdziwił się Shanks.
- Użyłem dwóch mniejszych pachinek i ułożyłem tak, aby trafiły w miejsca, gdzie powinny być pestki – wyjaśnił z uśmiechem dumy Usopp. – Po co celować w jedną, kiedy można załatwić obie?
- Mówiłem, że z pachinkami można zrobić wiele ciekawych rzeczy – przypomniał Luffy, klepiąc Usoppa po plecach.
- Jestem pod wrażeniem – stwierdził Shanks.
- Ja również – dodał Yasopp i uśmiechnął się do syna.
Teraz już był pewien, że Usopp to Sogeking, ale skoro już się z nim zmierzył, pozostało mu tylko uznać swoją przegraną. Być może, gdyby Sogekingiem nie był jego syn, chciałby rewanżu, ale w takim wypadku wręcz przeciwnie – był szczęśliwy, że jego własne dziecko go pokonało.
- No to zaczynamy siłowanie się na ręce – ogłosił uroczyście Shanks.
Wielki stół zniknął z pokładu, a zastąpiła go beczka i dwa taborety. Słomkowi i Czerwoni zaczęli się po kolei ustawiać do pojedynku. Wszyscy ludzie Luffy’ego, oprócz Usoppa, Sanjiego (którego filozofia, jak wiadomo, odrzucała walkę rękami), Nami (która sama zrezygnowała) i Zoro (na wieść o tym, że Backman został już wcześniej pokonany przez Roronoę, Luffy uśmiechnął się od ucha do ucha), siadali naprzeciwko ludzi Shanksa i starali się nie zawieść swojego kapitana. Chopper przyjął Heavy Point, czym zaskoczył niebywale swojego przeciwnika. Wygrał. Brook powiedział swojemu oponentowi, że chętnie sprawdziłby siłę swoich mięśni, gdyby je miał. Również wygrał z łatwością. Franky, dzięki swojej mechanicznej dłoni, niezbyt się namęczył przy pokonywaniu rywala. Robin nawet nie siadała, tylko użyła mocy swojego Diabelskiego Owocu i jedną, wystającą z beczki ręką również wygrała.
- No, Luffy – odezwał się nagle Shanks, siadając przy beczce i stawiając swoja rękę. – Nasza kolej.
- Shanks, ale…
- Żadnych „ale”. Kapitan musi się mierzyć z kapitanem.
- Ale… – powtórzył Luffy, jednak nie dokończył.
Na jego twarzy pojawił się smutny grymas. Zacisnął dolną wargę na wspomnienie tamtego dnia, kiedy Shanks uratował mu życie, tracąc przy tym ramię. Mało brakowało, aby się przy wszystkich rozpłakał. Tymczasem jego załoga obserwowała go w skupieniu. Dobrze wiedzieli o co chodzi.
- Luffy? – zmartwił się Shanks, który nadal siedział przy beczce.
- To nie fair – szepnął Luffy. – To nie jest fair.
- Boisz się mnie? – spytał Shanks z lekkim uśmiechem.
- Nie. Ja po prostu – odpowiedział, wyciągając obie ręce przed siebie. – mam oba ramiona, a ty tylko jedno. To nie będzie fair i dobrze o tym wiesz. Jak możesz proponować mi coś takiego, Shanks?
- Ależ ja chce się z tobą zmierzyć od bardzo dawna, Luffy Kotwico.
Shanks miał nadzieję, że przezwanie Luffy’ego zmotywuje chłopaka doi walki, ale tak się nie stało. Jednak stało się coś jeszcze innego. Niespodziewanie Zoro posadził siłą Luffy’ego na taborecie i szepnął mu do ucha:
- Siedź tu. Mam pomysł.
Zszedł do dolnej części statku i po chwili wrócił z liną. Kucnął przy Luffy’m i zaczął związywać jego lewą rękę. Jego kapitan bardzo się wiercił, umyślnie utrudniając Zoro zadanie.
- Przestań, bo węzeł będzie za słaby – syknął Zoro.
- Nie chcę tego robić – szepnął do niego Luffy. – Nie rozumiesz tego, Zoro?
- A myślisz, że Usopp chciał się pojedynkować z własnym ojcem? – odszepnął Zoro. Zawiązał mocno węzeł po czym dodał głośniej i z uśmiechem na ustach: – Nie narób nam wstydu, kapitanie.
Luffy popatrzył na niego ze zdumieniem. Potem odwrócił się w stronę Shanksa, który nadal trzymał rękę na beczce. Chłopak uśmiechnął się z pewnością siebie i postawił swoją. Ich pięści splotły się w uścisku i rozpoczął się pojedynek. Oczywiście obie załogi skandowały imiona swoich kapitanów, aby okazać im wsparcie. Jedynie Zeff, Kureha, Nojiko i Iceburg siedzieli cicho, bo nie wiedzieli komu kibicować. No, i Zoro z Sanjim byli jacyś markotni.
Pierwsze parę sekund upłynęło im normalnie. Obaj z całych sił starali się położyć na ziemi rękę przeciwnika, jednak to nie było łatwe. Naprężali mięśnie, zaciskali z niewyobrażalnego wysiłku zęby, ale ich splecione dłonie przechylały się w którąś ze stron tylko odrobinkę, a potem znów wracały na sam środek.
- Silny jesteś, Shanks – odezwał się Luffy.
- No, pewnie. Przez dziesięć lat miałem czas, aby moja prawa ręka wzrosła w siłę.
Luffy wytrzeszczył oczy ze zdziwienia. Poczuł w sercu ukucie poczucia winy. Jego ręka nagle przechyliła się w jego lewą stronę, co znaczyło, że Shanks zdobył przewagę. Krzyki obu załóg nagle ustały.
- Luffy, skup się – nakazał stanowczo Rudowłosy. – Przestań wreszcie o tym myśleć.
- Kiedy nie mogę – odparł Luffy.
- To tylko jedno ramię – powtórzył zdanie sprzed dziesięciu laty Shanks. Na jego twarzy pojawił się ten sam uśmiech, co wtedy. – Wcale mi go nie żal.
- Wiem, ale teraz…
Sanji zapalił papierosa i spojrzał mimowolnie na Zeffa. Starzec również skupił swój wzrok na chłopaku. Przez chwilę myśleli dokładnie o tym samym.
- Kapitanie Shanks – odezwał się nagle Zoro. – A dlaczego nie nosisz protezy?
- Zamknij się, Zoro – zasyczał do niego Luffy, nie spuszczając wzroku z Shanksa.
- Głupi morimo – szepnął Sanji. Gdyby miał więcej miejsca, by go pewnie kopnął.
- Bo protezy są głupie. Nie da się ruszać palcami – odpowiedział na pytanie szermierza Shanks. – Poza tym lubię jak jest trudniej. Wiesz ile rzeczy można robić zębami, jak się dobrze potrenuje?
Luffy znów zaczął tracić na sile.
- Luffy, przestań o tym myśleć! – powtórzył jeszcze głośniej i bardziej stanowczo Shanks. Następnie uśmiechnął się i powiedział przyjaźniej: – Jak ja mam się dowiedzieć czy urosłeś w siłę, kiedy rozpraszasz się na wspomnienie tego głupiego incydentu?
Słowa Shanksa sprawiły, że w Luffy’ego wstąpiły nowe siły. Wziął się w garść i skupił na pokonaniu Rudowłosego. Ich oczy spotkały się. Na twarzach obu kapitanów pojawił się ten sam uśmiech, zdradzający żądze zwycięstwa i pewność siebie. Byli teraz tylko oni dwaj. Całą siłę mięśni przeznaczali na jeden cel – położenie ręki przeciwnika na beczce. To była zaciekła walka, jednak w końcu Luffy zaczął tracić siły, gdy tymczasem Shanksowi energii jak na złość nie ubywało. Powoli, powoli (choć z przerwami, gdyż Luffy nie zamierzał się poddać) ręka Luffy’ego chyliła się w lewą stronę. Zanim jednak opadła, wieszcząc ostateczne zwycięstwo Rudowłosego, Luffy stawiał opór tuż nad blatem beczki. Ręka Słomianego Kapelusza trwała w tym położeniu jeszcze przez jakieś pięć minut, aż w końcu Shanks przygwoździł ją.
Jego załoga znów zawyła z radości. Posępny Zoro podszedł do kapitana i zaczął go rozwiązywać.
- Muszę przyznać, że jesteś bardzo silny! – powiedział głośno i wyraźnie Shanks. Jego ludzie nagle umilkli. – To nie było łatwe zwycięstwo, choć na początku byłeś trochę rozproszony! Prawda, Backman? – odwrócił się do bosmana, który stał tuż za nim.
- Święta prawda, kapitanie – przyznał Backman.
- Luffy – Shanks znów spojrzał na chłopaka. – Nie ulega wątpliwości, że od naszego ostatniego spotkania urosłeś w siłę. Twoi ludzie mają jak najbardziej prawo być z ciebie dumni.
- I jesteśmy – oświadczył Zoro, a reszta wzniosła gromki okrzyk:
- Pewnie, że tak!
Shanks uśmiechnął się na ten widok. Powstał, ale nagle zachwiał się, opierając przy tym o beczkę. Na jego twarzy pojawił się grymas bólu.
- Kapitanie! – krzyknął Backman i podszedł do niego.
- Shanks… – szepnął ze zmartwieniem Luffy.
Backman uchylił lekko pelerynę Shanksa i wszyscy ujrzeli z przerażeniem, że lewy bok Rudowłosego krwawi obficie. Kureha spojrzała na Choppera. Przytaknęli porozumiewawczo i zabrali kapitana Czerwonych piratów do gabinetu renifera.
Luffy chciał za nimi iść, jednak Żarłok zatrzymał go słowami:
- Kapitana bez koszuli mogą oglądać tylko lekarz i Backman.
Luffy w pierwszej chwili nie słuchał, ale jego własna nakama przytrzymała go, a Zoro powiedziała nawet:
- Chyba nie chcesz wprawić go w zakłopotanie, prawda?
Luffy się uspokoił. Wodził więc za Shanksem, Backmanem i obojgiem lekarzy zmartwionym wzrokiem, dopóki nie zniknęli. To, co przed chwilą widział, martwiło go jeszcze bardziej, niż utracone przez Shanksa ramię. Zanim jednak zdążył cokolwiek pomyśleć, odezwał się nagle Yasopp:
- Niech to! Myślałem, że już się zagoiła.
- Wszyscy tak myśleliśmy – stwierdził ktoś inny. – Wygląda jednak na to, że nie całkiem i ten pojedynek znów ją otworzył.
- A więc to stara rana – podsumował Sanji.
- Jak to się stało? – spytał rozpaczliwie Luffy.
- My sami nie wiemy – odpowiedział Yasopp, kręcąc głową. – W jednej chwili kapitan Shanks stał nad pokonanym wrogiem, a w następnej…
…Shanks złapał się za lewy bok, opadł na ziemię i zawył z bólu. Ból był potworny, Shanks miał tę pewność, że w jego ciele właśnie stało się coś złego. Wystawił rękę przed swoje oczy. Byłą pokryta krwią o bardzo ciemnym odcieniu. W tym momencie podbiegł do niego Backman i pomógł wstać, po czym bezzwłocznie zaprowadził na Red Force. Przy każdym ruchu lewy bok Shanksa przeszywał ostry, niewyobrażalny ból, który sprawiał, że kapitan Czerwonych miał wrażenie, że zaraz wyzionie ducha.
Mimo tego udało mu się wejść na statek i dojść do gabinetu lekarskiego, aby tam położyć się na leżance. Lecz cóż to miało za znaczenie, skoro ich lekarz pokładowy zginął przed paroma minutami, a w pobliżu nie było nawet żadnej wioski? Shanks oddychał z trudem, a do tego tak kręciło mu się w głowie, że był pewien, iż niebawem straci przytomność. Omdlenie jednak nie przychodziło, chociaż zdawało się być blisko. Tymczasem Backman i Yasopp kręcili się nerwowo po gabinecie, szukając czegoś co mogłoby pomóc ich rannemu kapitanowi.
Backman w końcu się zatrzymał, aby pomyśleć. Yasopp też zaprzestał bezsensownych poszukiwań.
- Muszę najpierw obejrzeć tę ranę – podjął wreszcie decyzje bosman i zwrócił się do Yasoppa: – Wyjątkowo możesz zostać.
- Och, dzięki, łaskawco – odparł z sarkazmem Yasopp.
Backman posadził Shanksa i go rozebrał do pasa. Rana była paskudna. Wyglądała jak od pistoletu, ale była cztery razy większa, a przez to odsłaniała trochę nieapetycznego mięsa. Do tego krew miała ciemnoczerwony, prawie czarny kolor, co niepokoiło obu niedoświadczonych medycznie piratów.
- Dobra, co teraz? – spytał Yasopp, spoglądając na bosmana.
- Chyba jedyne, co możemy zrobić, Yasopp, to zdezynfekować ją i zabandażować.
- No, to do roboty – oświadczył snajper i ruszył po spirytus.
Polali ranę obficie. Shanks aż szarpnął się z bólu, krzycząc przeraźliwie. Następnie Backman zabandażował szybko tułów swojego kapitana, który wydawał się być potwornie wycieńczony i nawet nie całkiem świadomy tego, co się dzieje. Kiedy bosman skończył go opatrywać, położył Shanksa z powrotem na leżance. Wyglądał źle – wciąż oddychał ciężko, był cały mokry od potu, wzrok miał mętny.
- Kapitanie, słyszysz nas? – spytał Backman.
- Tak – szepnął. Nie miał siły mówić głośniej, ale uśmiechnął się do obu przyjaźnie, dodając cicho: – Dobrze się spisaliście, chłopcy.
Backman dotknął ręką jego czoła i zmartwił się jeszcze bardziej.
- Jest rozpalony – wyjaśnił Yasoppowi. – Lepiej przygotujmy okład.
- Ja i Backman czuwaliśmy przy nim całą noc, i następną, i kolejne, które nadeszły. Stan, w jakim się znalazł, trwał przez równe dwa tygodnie. Co jakiś czas mieliśmy wrażenie, że kapitan Shanks już zaraz zejdzie z tego świata, bo zamykał oczy i oddychał coraz wolniej, ale zaraz potem otwierał je gwałtownie i łapał każdy haust powietrza. Pewnego dnia, po bardzo długim śnie, tak po prostu podniósł się z leżanki i spokojnie wyszedł na pokład. Przeszedł się po nim bez żadnych problemów, a kiedy Backman rozwinął bandaż, po ranie pozostała tylko blizna. Nasz kapitan powrócił i miał się dobrze.
- Aż do teraz – podsumował smutno Zoro.
- Czy ty też masz dla mnie jakieś niespodzianki, starcze? – spytał Zeffa Sanji.
- Chciałbyś, co smarkaczu?
Wtem wyszedł im naprzeciw Chopper. Wyglądał na bardzo zmartwionego. Zatrzymał się i ściągnął z głowy cylinder.
- Mam dla was złe wieści – oświadczył smutno. – To, co zaatakowało Rudowłosego Shanksa, przebiło jego wątrobę. Od razu, kiedy doszło do urazu, wątroba powinna zostać przede wszystkim natychmiast zoperowana. Lanie spirytusu do jamy brzusznej też nie było najlepszym pomysłem. To cud, że mimo wszystko kapitan Shanks jeszcze żyje. Jednak Doctirine twierdzi, że to tylko kwestia czasu…
- Chcesz powiedzieć, że kapitan… – zaczął Yasopp, ale słowa, które chciał wypowiedzieć, nie przechodziły mu przez gardło.
Chopper przytaknął głową. Był, mimo wszystko, niedoświadczonym lekarzem i chyba po raz pierwszy w życiu musiał przekazać taką wieść. Napawało go to wielkim smutkiem, bo wiedział, że sprawi tym ból kilku osobom, ale musiał to zrobić, po to został wysłany. Dlatego westchnął głęboko, wziął się w garść, podniósł wzrok na słuchaczy i oznajmił:
- Rudowłosy Shanks niebawem umrze.
- Niemożliwe… – jęknął Luffy.
- Przykro mi, Luffy – zwrócił się do niego Chopper. – ale to prawda. Nie możemy nic zrobić.
Nad Portem Gull zapadł zmrok. Luffy stał oparty o balustradę i przyglądał się smutno słomianemu kapeluszowi, który trzymał w ręce. Luffy wspominał w milczeniu wciąż i wciąż wszystkie chwile spędzone w dzieciństwie z Shanksem. Najpierw to, co zaszło pomiędzy nimi, kiedy bandyci opuścili bar Makino, rozlawszy wcześniej sake na Shanksa. Wtedy jeszcze to było dla Luffy’ego niezrozumiałe, dlaczego Shanks śmiał się z tego, że Hugome (czy jak mu tam było) rozlał na niego sake, a potem go obraził.
„Dlaczego się śmiejesz?! To nie było fajne! Dlaczego mu nie oddałeś?! Nieważne ilu ich jest ani na jak silnych wyglądają, jeśli nie oddasz, nie jesteś mężczyzną! Nie jesteś piratem!”
„To nie to, że nie rozumiem, co czujesz, ale oni tylko rozlali trochę sake. Nie ma o co się tak denerwować…”
Jego twarz taka spokojna. Siedział na tej podłodze w barze, wesoły jakby nic się nie stało. Taki był wtedy i taki był w morzu, kiedy uratował Luffy’ego od morskiego potwora. Trzymał płaczącego chłopca przy sobie, zanurzony po pas w wodzie.
„Hej, nie płacz. Jesteś mężczyzną.”
„Ale… Shanks… Twoje ramię!”
„Nie było wiele warte, to tylko jedno ramię. Cieszę się, że jesteś bezpieczny.”
Zawsze pogodny, nawet w tak, wydawałoby się, smutnym momencie jak utrata lewego ramienia. Taki też był – przynajmniej na początku – kiedy Luffy wpadł w kłopoty. Na początku wydawało się, że chłopakowi nikt nie pomoże, nawet błagania burmistrza. Przywódca bandytów deptał wielkim butem twarz chłopca.
„Luffy!” – krzyknęła Makino, a burmistrz dodał:
„Proszę, wypuśćcie go!”
Wtedy odezwał się Shanks, który stał za nimi: „Zastanawiałem się, dlaczego nie było nikogo w barze, i doszedłem do wniosku, że to pewnie sprawka bandytów z poprzedniego razu.”
„Kapitan!” – krzyknęła Makino.
„Shanks…” – szepnął równie zdumiony Luffy.
Stał tak otoczony przez załogę. Nie przejął się zbytnio, kiedy jeden z bandytów przystawił mu lufę do skroni. Zresztą Żarłok później tego faceta unieszkodliwił. Twarz Shanksa nagle stała się poważna i wypowiedział słowa, które na zawsze zapadły Luffy’emu w pamięć: „Posłuchajcie, bandyci. Możecie zrzucać na mnie jedzenie, a nawet wylewać na mnie napoje i ja będę się z tego śmiał. Jednakże, jeśli, obojętnie z jakiego powodu, skrzywdzicie mojego przyjaciela… nie wybaczę wam!”
Do jednego wspomnienia Luffy powracał bardzo często i bardzo chętnie. Moment, w którym Shanks włożył mu na głowę swój kapelusz, był tym, który Luffy darzył szczególnym sentymentem. Zawsze uśmiechał się na to wspomnienie, a jego serce napełniało się miłą nostalgią i dumą. Od tego wszystko się zaczęło – od obietnicy danej zaprzyjaźnionemu piratowi.
„Rudowłosy Shanks niebawem umrze” – słowa Choppera natrętnie przypominały się Luffy’emu, świdrowały jego świadomość i przyprawiały o czarną rozpacz. Luffy rozpłakał się męskimi łzami. Dlaczego to miało się tak skończyć? Ledwo zdążyli się znów spotkać, już los chciał Luffy’emu odebrać kogoś tak ważnego. To nie było fair. To nie było fair, aby zabierać mu właśnie Shanksa.
Z dala obserwowała Luffy’ego jego posępna załoga.
- Ej, spróbujmy go jeszcze raz pocieszyć – zaproponował Usopp, siedzący na balustradzie.
- Pocieszaliśmy go przez bite dwie godziny i nic to nie dało – powiedział oparty o ścianę kuchni Sanji, zapalając papierosa. – Masz mu jeszcze coś do powiedzenia?
- Może zagram mu „Sake Binksa”? – wyszedł z inicjatywą Brook.
- Wiesz, że Czerwoni śpiewali to, kiedy Luffy był mały. Tylko go zdołujesz – odpowiedział Franky.
- Żałuję, że mu o tym powiedziałem – odparł siedzący tuż obok kuka Chopper, kryjąc twarz w przednich kopytach.
- Wygląda jakby się poddał – stwierdziła Nami. – Zupełnie jak nie Luffy.
- Właśnie, i to jest najstraszniejsze – wtrącił Zoro. Po krótkiej chwili ciszy, odezwał się znów: – Swoją drogą żal samego Shanksa. Pomyślcie: Gdyby Luffy go nigdy nie spotkał, być może nie byłoby nas jako nakamy. Luffy nigdy nie ruszyłby się ze swojej wyspy, aby zostać Królem Piratów i nigdy byśmy go nie poznali.
- Obserwowałem tego faceta przez jakiś czas – dodał Sanji. Wszyscy spojrzeli na niego beznamiętnie. – On i Luffy są do siebie bardzo podobni, zauważyliście?
- Jakoś nie – odpowiedział bez namysłu Zoro.
- Naprawdę, morimo? Zastanów się: Shanks jest prawie cały czas wesoły, Luffy też. Między Shanksem a jego załogą jest mniej więcej tak samo jak między Luffy’m i nami wszystkimi. A pamiętasz odpowiedź Rudowłosego na twoje pytanie o protezę? „Lubię jak jest trudniej…”. Tak jak nasz Luffy, Shanks lubi wyzwania. Prawda, trochę ich też różni, ale dla mnie nie ulega wątpliwości, że kapitan Rudowłosy Shanks był wzorem do naśladowania dla naszego Luffy’ego.
- Jakby się nad tym głębiej zastanowić… – powiedziała Nami.
- Doktorze – odezwała się do Choppera Robin. – o czym pan myśli?
Chopper właśnie przyglądał się ogarniętym mrokiem wzgórzom, trwając w zamyśleniu. Pytanie Robin oderwało go od tego zajęcia.
- Zastanawiałem się… – zaczął. – Z tak zniszczoną wątrobą kapitan Shanks nie dożyłby tygodnia, a co dopiero dłużej. Coś musiało się wtedy stać, że przeżył tak długo.
Nagle ku swojemu zdumieniu ujrzeli idącego bardzo szybkim krokiem przez korytarz Backmana, który trzymał zawieszonego na ramieniu Shanksa. Przeszedł tylko koło nich, a kiedy dojrzeli obaj Luffy’ego, zatrzymał się. Kapitan powiedział do bosmana:
- Wielkie dzięki, Backman. Teraz pójdę sam.
- Aye, kapitanie.
Backman dołączył w milczeniu do załogi Słomianego Kapelusza. Tymczasem Shanks powoli podszedł do wciąż pogrążonego w smutku Luffy’ego i stanął tuż obok niego. Przez chwilę chłopak nie zdawał sobie sprawy z obecności Shanksa.
Tymczasem z tego samego korytarza, co wcześniej Backman, wybiegła Kureha. Na widok Shanksa i Luffy’ego, zatrzymała się i tylko powiedziała:
- Co za lekkomyślny facet…
- Zwykle taki nie jest, ale musiał to zrobić – wyjaśnił Backman.
- Wreszcie cię znalazłem, Kotwico! – odezwał się dziarsko do Luffy’ego Rudowłosy.
Luffy zorientował się, że Shanks tu jest i to równie wesoły jak zawsze. Po tym wszystkim, co się wydarzyło, nadal się uśmiechał? To sprawiło, że Luffy’emu jeszcze bardziej zachciało się płakać.
- Ej, nie płacz, Luffy. Jesteś mężczyzną – odpowiedział z uśmiechem Shanks.
- Shanks, ja… Ja nie chcę, żebyś umierał – wyrzucił z siebie Luffy.
Shanks zaśmiał się pod nosem i powiedział:
- Spokojnie, Luffy. Ja nie umrę – nagle z powagą dodał: – bo jeszcze nie mogę.
Te słowa wywołały zdziwienie nie tylko na twarzy Luffy’ego, ale i stojących i słuchających wszystkiego z zainteresowaniem Słomkowych. Jedynie Backman uśmiechnął się pod nosem ironicznie.
- Ale Chopper powiedział… – zaczął Luffy.
- Nie rozumiesz, Luffy – odparł Shanks, znów się uśmiechając. – W tamtą noc…
…Shanks miał wrażenie, że jego koniec był coraz bliższy. Gorączka nie malała, potworny ból nie mijał, a oddech był coraz trudniejszy do utrzymania. Yasopp i Backman robili, co mogli, ale to było na nic. Rudowłosy leżał w gabinecie i z każdą chwilą coraz bardziej godził się z tym, że nie dożyje następnego dnia.
Zaczął myśleć o swoim życiu. Od najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa, poprzez okres młodości na statku Rogera, aż do wszystkich miłych chwil które spędził jako kapitan własnej załogi. Tak, to był zdecydowanie najpiękniejszy okres jego życia.
- Chłopcy… – wycedził cicho. Backman i Yasopp natychmiast przy nim przycupnęli.
- Tak, kapitanie? – spytał bosman. – O co chodzi?
- Tyle razem przeżyliśmy. Smutki i radości, morskie podróże, walki i postoje w partach; wesołe piosenki śpiewane przy sake… Co to za Raj, gdy nie ma tam nakamy? Będę tęsknił za wami wszystkimi.
- Nie mów tak jakbyś umierał! – wrzasnął Yasopp. – Kapitanie…!
W tym momencie Shanks ze smutkiem pomyślał o Luffy’m. O tym, że nie będą mieli okazji się ponownie spotkać. O tym, że Shanks nigdy się nie dowie, na kogo wyrósł mały Kotwica. Wszystkie wspomnienia o Luffy’m sprzed dziesięciu lat krążyły niechronologicznie w jego ociężałej głowie, aż w końcu zatrzymał się myślą na ostatnim dniu, kiedy odpływali z jego wioski. Ten moment, kiedy mały Luffy odgrażał się, że zbierze własną załogę, odnajdzie One Piece i zostanie Królem Piratów. Wtedy on – Rudowłosy Shanks – niezbyt przestraszony tymi groźbami, ale urzeczony jego ikrą, zapytał: „Oh, zamierzasz nas pokonać…?”. I wtedy, pod wpływem impulsu, zrobił to – ściągnął swój ulubiony słomiany kapelusz i włożył na głowę wciąż wkurzonego Luffy’ego, mówiąc: „W takim razie dam ci do przechowania mój kapelusz. Jest dla mnie bardzo ważny. Dbaj o niego dobrze. Pewnego dnia zwrócisz mi go jako wspaniały pirat. To przysięga, Luffy.”
Teraz, w łożu boleści, jego serce zaczęło bić mocniej. Twarz Rudowłosego przyjęła wyraz silnego zdecydowania. Yasopp i Backman spojrzeli na niego ze zdumieniem, a nawet – nadzieją.
- Nie mogę umrzeć – szepnął Shanks. Zaraz powtórzył głośniej i bardziej stanowczo: – Nie, nie mogę umrzeć. Mój kapelusz… Nie zdążyłem go odebrać od Króla Piratów…
- Widzisz więc, Luffy – odparł Shanks. – Myśl o tym pozwoliła mi wtedy przeżyć i tym razem też utrzyma mnie przy życiu. Nie mogę umrzeć przed dniem, w którym zostaniesz Królem Piratów i oddasz mi mój kapelusz. To by się równało ze złamaniem obietnicy, którą zawarliśmy.
- Jakbym słyszała pewnego znanego mi konowała – odrzekła Kureha i zaśmiała się.
- Ja też, Doctorine – dodał Chopper, rozpromieniając się.
- Przekonanie, które zakłada odmowę śmierci – szepnął Sanji. – Jeszcze jedno podobieństwo między nimi.
- Wiesz, przez te wszystkie lata zastanawiałem się kim się stałeś. Tego między innymi chciałem się dzisiaj dowiedzieć – powiedział do chłopaka Shanks. Uśmiechnął się znów do Luffy’ego i oświadczył: – Wyrosłeś na wspaniałego mężczyznę, Luffy. Silnego ciałem i duchem. Odważnego, wytrwałego i honorowego.
- Naprawdę tak myślisz, Shanks? – spytał Luffy, rozpromieniając się.
Rudowłosy przytaknął głową.
- Do tego zebrałeś bardzo dobrą załogę. Z taką nakamą można zdobyć świat. Zrobimy więc tak, Luffy: Ty zostaniesz Królem Piratów, a ja, choćby nie wiem co się działo z moją wątrobą, poczekam na dzień, w którym oddasz mi kapelusz. Zgoda?
Na twarzy Luffy’ego pojawił się jego szeroki uśmiech. Shanks od razu zrozumiał, że umowa stoi. Spoważniał i zrobił coś, co wprawiło chłopaka (i resztę gapiów) w zdumienie. Ostrożnie odebrał trzymany przez Luffy’ego słomiany kapelusz i, tak jak dziesięć lat temu, włożył mu go na głowę.
- Nie zawiedź mnie, Luffy Kotwico.
Odwrócił się, aby odejść, ale zaraz zatrzymał się na widok doktor Kurehy, która wyglądała na bardzo niezadowoloną – ręce miała skrzyżowane na ramionach, a jej twarz wyrażała powagę.
- Zgoda – powiedziała lekarka, nie zmieniając wyrazu twarzy.
Shanks uśmiechnął się szeroko.
- Wiedziałem, że potrzebowała pani jedynie trochę czasu do namysłu.
- Na co się zgadzasz, Doctorine? – spytał lekko skonsternowany Chopper.
- Doktor Kureha zostanie moim lekarzem pokładowym – wyjaśnił Shanks.
- Nie martw się, Słomiany Kapeluszu! – zawołała w stronę Luffy’ego. – Już ja się postaram, aby dożył waszego następnego spotkania.
Następnego dnia, zaraz po wspólnym śniadaniu, nadszedł czas pożegnania. Tuż obok Thausend Sunny stał Red Force, gotowy w każdej chwili wyruszyć w drogę i zawieść wszystkich gości, gdzie ich miejsce. Shanks i Luffy opierali się o balustradę, koło kładki z poręczami, która – przeprowadzona przez oba statki – stanowiła pomost, i przyglądali się wszystkim.
Yasopp ściskał mocno Usoppa. Obaj mieli łzy w oczach. Obaj żałowali, że to ich wspólne spotkanie po latach trwało tak krótko.
- Kocham cię, synu – szepnął mu do ucha Yasopp.
- Ja ciebie też, tato – odparł Usopp.
Przestali się ściskać. W tym samym momencie zrobili dokładnie to samo – otarli ramieniem łzy i spojrzeli na siebie z uśmiechem. Yasopp poklepał syna po ramieniu i powiedział:
- No, Usopp. Bądź odważny, ale odważny mądrze – spoważniał i dodał: – Chcę cię jeszcze zobaczyć, więc nie daj się zabić.
- Nie martw się, tato. Zawsze na siebie uważam – odpowiedział na to Usopp. Na jego twarzy pojawił się pewny siebie uśmiech.
Yasopp go odwzajemnił i znów wpadli sobie w ramiona.
Tak też żegnała się z Nojiko Nami. Dziewczyny właściwie nic do siebie nie mówiły, tylko trwały w tym milczącym uścisku przez jakiś czas. Widać było w ich twarzach i gestach, że rozstają się niechętnie i będą za sobą tęsknić.
Backman i Zoro uścisnęli sobie ręce, a wtedy Zoro przybliżył się do twarzy bosmana i powiedział poważnie:
- Pamiętaj, co ci wtedy powiedziałem.
Backman uśmiechnął się na wspomnienie siebie leżącego pomiędzy dwoma ostrzami mieczy w barze, i Zoro, który pochylał się nad nim, szepcząc: „Nie wątp w mojego kapitana i nie śmiej się z jego marzenia już nigdy więcej, bo następnym razem nie będę taki łaskawy”.
- Spokojnie. Będę pamiętać do końca życia.
Zeff i Sanji przez dłuższy czas po prostu stali naprzeciw siebie i unikali swoich oczu. Nie znosili się, ale mieli wrażenie, ze powinni się odpowiednio pożegnać. Kto wie kiedy się znów spotkają? W końcu Sanji, nadal unikając wzroku Zeffa, odezwał się pierwszy:
- Trzymaj się, staruchu.
- Ty też, smarkaczu – odpowiedział, również nie patrząc na chłopaka Zeff. Ale zaraz spojrzał na niego i dodał z uśmiechem: – Jest coś o co chciałbym cię prosić.
- Co takiego? – spytał beznamiętnie Sanji.
- Kiedy znajdziesz All-Blue – zaczął, wywołując na twarzy Sanjiego zdziwienie. – zrób parę zdjęć i mi prześlij wraz z dokładnym opisem.
- Dobra – odparł nadal zaskoczony Sanji. Nagle jego twarz się rozpromieniła w złośliwym uśmiechu. Dodał: – O ile wcześniej nie wykitujesz.
- Chciałbyś, co? – spytał Zeff. – Bądź pewny, że nie umrę, zanim nie ujrzę All-Blue, choćby tylko na zdjęciach.
- W takim razie ja je dla ciebie zrobię.
Uścisnęli sobie prawice.
Franky przez dłuższy czas nie odzywał się do stojącego przed nim Iceburga, ale jego twarz zdradzała, że był bliski płaczu. ??dziebko zażenowany tym Iceburg westchnął i powiedział:
- No, już się tak nie rozklejaj, Catty. Chyba nie będziesz za mną płakał?
- Bakaburg, kto ci powiedział, że ja płaczę! – wybuchł rzewnym, męskim płaczem Franky. – Widzisz, że nie płaczę, idioto.
- Przestań, Catty – szepnął zażenowany Iceburg, klepiąc go po ramieniu. – Co sobie ludzie pomyślą?
- Przecież nie płaczę! – łkał dalej Franky.
Kureha nie tuliła na pożegnanie Choppera. Nie lubiła smutnych i ckliwych pożegnań, więc obydwoje lekarzy stało naprzeciw siebie i jedynie uścisnęło sobie ręce na pożegnanie.
- Uważaj na siebie, Doctorine – powiedział poważnie do mentorki Chopper, ściągając z głowy cylinder. – Życie na pirackim statku potrafi być niebezpieczne.
- Ty się lepiej o siebie bój, mały – odparła z lekkim uśmiechem i potargała reniferowi włosy. – Masz jako nakamę zgraję dziwaków, więc musi cię to kosztować mnóstwo stresów.
- Ale ja też jestem dziwny, więc się nie dam, Doctorine – oświadczył dziarsko Chopper.
Kureha znów się uśmiechnęła.
- Do widzenia, mały.
- Do widzenia, Doctirne.
Odwróciła się, aby podejść do Shanksa. Zaraz jednak zatrzymał ją krzyk Choppera:
- Doctorine, patrz! Na wzgórzu!
Wszyscy spojrzeli na stojące w oddali wzgórze, które tak niedawno Kureha odwiedziła z Chopperem i Robin. Nawet z tak daleka widać było dokładnie biało-różowe korony drzew, którymi usiane był szczyt wzgórza. Był to piękny widok, zapierający dech w piersiach wszystkich, którzy na niego patrzyli, a Chopper pomyślał, że nic dziwnego, iż wzruszony tym widokiem doktor zmienił swój sposób życia, a potem zapragnął sprawić, aby wiśnia zakwitła również w Królestwie Drum. Zapewne widok kwitnącej wiśni byłby dla Słomkowych i reszty piękniejszy, gdyby poszli teraz na wzgórze i podziwiali kwitnącą wiśnię z bliska.
- Przepiękne! – zawył, wybuchając ponownie płaczem Franky.
- Cudowne – powiedział Shanks.
Spojrzał smutno na Luffy’ego obok siebie. Chłopak też zwrócił na niego swój wzrok. Teraz nadszedł czas, aby i oni się ze sobą pożegnali. Odeszli od balustrady i stanęli naprzeciw siebie. Shanks wystawił rękę, którą Luffy ścisnął, i zaraz potem przyciągnął rękę chłopaka bliżej siebie i przystawił ją do piersi. Uśmiechnęli się do siebie, Shanks – przyjaźnie, Luffy – z pewnością siebie.
- Pamiętaj, co mi obiecałeś – powiedział Luffy. – Masz na mnie czekać.
- A ty nie zapomnij o swojej obietnicy, Kotwico – odparł Shanks. – Chcę dostać z powrotem swój kapelusz od Króla Piratów.
- Miło było cię znów zobaczyć, Shanks – oświadczył ni stąd ni z owąd Luffy, uśmiechając się beztrosko.
- Ciebie również, Luffy – odpowiedział Shanks. – Do rychłego zobaczenia… Słomiany Kapeluszu.
- Nawzajem, Rudowłosy.
Tymi słowami pożegnał Shanksa Luffy. Rudowłosy i reszta gości przeszli po kładce na Red Force. Chłopaki Shanksa podnieśli kotwicę i statek zaczął się powoli oddalać od Thausend Sunny. Jeszcze Słomkowi podbiegli do balustrady, aby im pomachać. Luffy (ale nie tylko on) nie potrafił powstrzymać łez wzruszenia na widok odpływającego Shanksa. Płacząc, ściągnął kapelusz i wodził wzrokiem za Shanksem, który również się mu przyglądał. Przez chwilę przed Rudowłosym stanął widok sprzed dziesięciu lat – widok małego Luffy’ego, który ze łzami w oczach i jego kapeluszem w rękach przyglądał się odpływającemu z jego wyspy kapitanowi Red Force. I tak jak wtedy Shanks pomyślał, że Luffy jest tak bardzo podobny do niego – Shanksa – z czasów kiedy był w jego wieku… Że tak jak niegdyś przed Shanksem, tak teraz przed Luffy’m świat stoi otworem. I jeśli chłopak tylko zechce, może go zdobyć.