(Fabuła do tego fan fika, powstała już dość dawno, jako baza dla doujinsh’a/jęz. Ang./, którego nadal można przeczytać na moim koncie na devianart. W końcu postanowiłam go przekształcić na opowiadanie, czego to efekt macie przed sobą. W przeciwieństwie do większości fan fików na tej stronie, nie opisuję przyszłości naszych bohaterów. Jest to /jak określiłaby RedHatMeg/ Fan Filler, który nie będzie problemu odnieść do konkretnych wydarzeń. Jest to mój drugi fan fik /pierwszy w świecie OP/, więc proszę o wyrozumiałość.
Zapraszam do przeczytania tego fika)
Drużyna Słomianych Kapeluszy opuściła bezpiecznie miasto ‘gdzie wszystko ma swój początek i koniec’ – Logue Town, i skierowali się ku Mountain Reverse aby dostać się do Grand Line. Niestety sztorm nie sprzyjał ich podróży, ale za to uniemożliwił pogoń marynarce, a w szczególności Smoker’owi, z którym to Luffy nie miał szans. Mimo to, nie bacząc na pogodę, odprawili Żeglarską Ceremonię, jak przystało na prawdziwych piratów. Nie dostrzegli oni jednak cienia, który pojawił się na bocianim gnieździe, a który powiedział:
- Wybrałem was. Przygotujcie się. YUME YUME NO NIGHT HEART!
Gęsta mgła zakryła pokład Going Merry.
- Co się dzieje? To jakaś anomalia. – Krzyknęła Nami.
- Bądźcie ostrożni. – Powiedział Zoro, po czym zniknął wśród mgły.
***
- Ffy…, Uffy…, Luffy – Usłyszał gdzieś za sobą kapitan, a gdy się obrócił, ujrzał osobę którą od dawna pragnął zobaczyć. Przy ladzie siedział sam kapitan Shanks, zajadając się jakąś potrawą przyrządzoną przez właścicielkę baru – Makino. Gdzieś z boku słyszał ożywione i rozbawione głosy pozostałych członków załogi ‘Czerwono włosego’. Sam zaś stał nieruchomo nie mogąc uwierzyć w to co widzi. Tak jakby wszystko co przeżył było tylko zwykłym snem.
- Shanks… - powiedział luffy. – Nie mogę uwierzyć! To naprawdę ty? Przepraszam ale jeszcze nie znalazłem One Piece’a i nie zostałem Królem Piratów. Poczekaj jeszcze trochę, a na pewno…
- Zamknij się! – krzyknął Shanks, po czym wyciągnął rękę w stronę Luffy’ego. – Oddaj mój kapelusz, Luffy.
- Shanks, ale ja na pewno…
- Przestań, Luffy! Nie jesteś żadnym piratem! To nie jest zabawa! Wciąż jesteś jeszcze dzieckiem! A teraz… - Powiedział już spokojniej. – oddaj mój kapelusz. Natychmiast!
- Shanks… - Wyszeptał Luffy.
***
- Hej?! Gdzie jesteście?! – Krzyczała Nami, nie widząc nic przez otaczającą ją mgłę. – Hej! Słyszycie mnie?! Chłopaki?!
- Nami – Dobiegł ją skądś znajomy głos.
- Chłopaki? Kto tutaj jest?
Mgła zrzedła na tyle, że ujrzała wysoką kobiecą postać, z papierosem w ustach.
- Bellemere-san? – spytała zaskoczona dziewczyna. – Niemożliwe, to naprawdę ty…?
- Cicho bądź, Nami! – Krzyknęła kobieta. – Co ty wyprawiasz?! Nie chcesz już być kartografem, więc zostałaś piratem? Zapomniałaś już o Arlongu i o tym co nam zrobił? Chcesz być taka jak on?
- Ależ to nie tak Bellemere-san… Luffy i reszta…
- Nie chcę tego słuchać. – Przerwała jej. – Pirat jest piratem. A ty nie jesteś wstanie być ani nim, ani kartografem. Jesteś tak sam bezużyteczna jak 8 lat temu…
Nami już dłużej nie była wstanie powstrzymywać łez. Przez zdławione gardło, zdołała jeszcze wykrztusić: ‘Bellmere-san…?’
***
Wśród gęstej mgły dało się usłyszeć dzwonienie i stukanie, to Usopp stał na rozdygotanych nogach i wołał jąkając się:
- T-t-to ja, n-n-nieustraszony k-kapitan Uuuuusopp! W-w-więc jeśli się b-boicie, t-to chodźcie wszyscy d-d-do mnie, a was o-o-obronię! Zoro? Sanji? Nami? L-Luffy? – Pytał łamiącym się głosem. – Jesteście tu? H-h-h-hej! Słyszycie mnie?!
Nikt nie odpowiadał na jego wołanie, ale za to ujrzał jakąś ciemną posturę. Skierował się do niej z lżejszym sercem, gdyż był przekonany iż to Nami.
- Hej, Nami! Nie słyszałaś jak woła…? – Osoba do której kierował te słowa, zwróciła ku niemu twarz, która nie należała do nawigatorki. – Kaya? – Spytał ze wzruszeniem w głosie, by po chwili spoważnieć. – Co tu robisz? Gdzie Meri? Poczekaj tu chwilę, znajdę tylko Luffy’ego i resztę, to cię za… - Już odwracał twarz mając nadzieję dojrzeć kogoś z załogi, gdy nagle głos dziewczyny go powstrzymał.
- Usopp! Jak mogłeś?! Stałeś taki sam Kurahodol!
- Ależ ja nie… - próbował się bronić.
- Oczywiście, że jesteś! – krzyknęła Kaya z naciskiem. – W końcu stałeś się osobą ze swoich kłamstw. Z tym wyjątkiem, że nadal jesteś tchórzem! I zawsze nim będziesz! Polegasz jedynie na innych! Nienawidzę cię!
***
- Nie mogę z nimi. Nawet na własnym statku potrafią się zgubić.
Zoro nagle przykucnął i obrócił się, wyjmując przy tym katanę z pochwy. Celował w okolice żołądka, lecz osoba która za nim stała, miała w tym miejscu szyję. Poczuł się tak, jak by miała ziemia się pod nim zapaść. Przecież widział jej martwe ciało, mimo to nie miał wątpliwości, że stoi przed nim jego rywalka – Kuina.
- Ale, ty przecież…
- Zoro, jak mogłeś? Nigdy nie byłeś w stanie pokonać nawet mnie, mimo że jestem dziewczyną. Czy to dlatego stałeś się mordercą? Do tego z moją kataną u boku. I to wszystko z powodu tej głupiej obietnicy? Jesteś potworem Zoro!
Nie był wstanie się w żaden sposób bronić. Zaciskał tylko coraz bardziej rękę na katanie, która to niegdyś należała do Kuiny, a którą do dostał od jej ojca.
***
- Naaami-swaaaaan! Gdzie jesteś? Twój książę zaraz cię znajdzie! – Kątem oka udało mu się dostrzec jakiś ruch, po czym stojąc na rękach, odbił nogą cios skierowany w jego stronę. Jego przeciwnik również używał w walce, dolne partie ciała. Sanji usiadł na ziemi i zapalił papierosa, następnie podniósł wzrok na postać stojącą przed nim.
- Skąd się tu wziąłeś, Stary Pryku?
- Głupi bachorze, nadal poszukujesz All Blue? - spytał Zeff z kpiną w głosie.
- Dokonam tego, co nie udało się tobie starcze! – Mówił z przekonaniem w głosie, kierując przy tym palec na swojego byłego szefa.
- Jesteś idiotą! – krzyknął nagle Zeff. – I ty się śmiesz nazywać kucharzem?! Wciąż wierzysz w takie bajki? Myślałem, że zostając piratem, zapomnisz o tych głupotach! Ale jak widzę, twoja głupota jest nieuleczalna. Żałuję dnia w którym uratowałem ci życie!
Sanji wstał powoli, i z nadal spuszczoną głową, otrzepał się z niewidocznego kurzu na swoich spodniach, następnie wyjął papierosa z ust wypuszczając przy tym dym, by w następnej chwili kopnąć w pokład statku, robiąc przy tym dziurę.
- Gówniany Stary Pryk! – Wypowiedział te słowa na pograniczu złości i smutku.
***
- Czekam Luffy. Oddaj mój kapelusz. – Powiedział Shanks z wciąż wyciągniętą, w stronę Luffy’ego, dłonią.
- Nie! – Krzyknął chłopiec. – Nie oddam go, póki nie wypełnię obietnicy! Udowodnię tobie, że nadaję się na pirata! Odnajdę One Piece’a i zostanę Królem Piratów! Wierzę w moją załogę i w to, że tylko z nimi tego dokonam! – Krzyczał coraz żarliwiej.
- Luffy… - Zaczął spokojnie pirat. – Jeśli nadal będziesz ich kapitanem, oni zginą.
- Jak… - Lecz Shanks mu przerwał.
- Patrz.
Luffy spojrzał w kierunku wskazanym przez ‘Czerwono włosego’, a gdzie jeszcze niedawno słyszał załogę Shanks’a. Teraz znajdował się tam plac egzekucyjny, na którym znajdowali się skuci jego przyjaciele. Przed nimi zaś stali marynarze, gotowi do oddania strzału.
- Nie! – krzyknął jak najgłośniej chłopiec. Już miał biec w stronę swojej załogi, lecz ręka Shanks’a go przed powstrzymała. – Muszę ich uratować.
- Luffy, czy chciałbyś wiedzieć, co oni teraz o tobie myślą? – Spytał ze spokojem pirat.
- Co?
- Słuchaj…
Słomiany kapelusz ponownie spojrzał w stronę swojej załogi kiedy tylko usłyszał głos Zoro.
- Uratował mi życie tylko po to, abym teraz umierał za niego. Nigdy nie powinienem był do niego dołączać.
- Przecież dałabym sobie radę. – Usłyszał smutny głos Nami. – Spokojnie zebrałabym znów taką kwotę. I tym razem, o wiele szybciej. Nie potrzebowałam jego pomocy. Gdyby nie on pożyłabym dłużej.
- Po co się wtrącał?! – krzyczał gniewnie Usopp. – Czyż nie dałbym sobie sam rady z Kurahadol’em?! Ja?! Wielki kapitan Usopp?! Dostał swój statek, to po co ciągnął mnie jeszcze za sobą? Mój talent przywódczy marnuje się przy nim! Zresztą, on nawet nie jest człowiekiem! To potwór!
Luffy już nie chciał tego słuchać. Pragnął jedynie pobiec do swoich przyjaciół i ich uratować. Z dala od tego miejsca będą mgli spokojnie porozmawiać, gdyż to nie był czas i miejsce na żale. Lecz ręka Shanks’a wciąż go powstrzymywała, każąc mu wysłuchiwać słów ostatniego członka załogi.
- Je więcej niż cała załoga razem wzięta. Do tego pozbawiony jakichkolwiek manier i zahamowań. Gdyby nie Nami-swan, nigdy bym do niego nie dołączył. Żałuję, że już więcej nie zobaczę kochanej Baratie. – Narzekał Sanji.
- To była wasza decyzja! – Krzyczał oszołomiony Luffy. – Chcieliście zrealizować swoje marzenia! Ja chciałem wam w tym pomóc! Chciałem waszej przyjaźni! Ja pragnąłem abyśmy wspólnie przeżywali przygody!
- ‘Ja chcę…’, ‘ja pragnę…’ – przedrzeźniała Nami. – Myślisz tylko o sobie. Nigdy cię nie obchodziliśmy.
- To nie… - Zaczął Luffy, ale przerwał mu Usopp.
- Czy to nie ty powiedziałeś, wtedy w Arlong Park, że nie potrafisz walczyć mieczami, nie umiesz gotować, nie znasz się na nawigacji, że nie potrafisz nawet kłamać? I to właśnie dlatego, potrzebujesz innych aby ci w tym pomogli?
- A wasze marzenia?!
- Król Piratów? One Piece? – pytał z kpiną Sanji. – To są nierealne marzenia, które nie mają szans się ziścić. Ja już nie wierze w All Blue – stwierdził kucharz kierując chłodne spojrzenie w kierunku kapitana, który nie tracąc nadziei, krzyczał jeszcze do nich.
- Nie porzucajcie swoich marzeń! Nadal mogą się spełnić!
- ‘Kapitanie’ – zaczął spokojnie Zoro, skupiając wzrok na Luffy’m. – Wyrośliśmy z bujania w obłokach, gdyż są ważniejsze rzeczy. Piraci nie gonią za marzeniami i obietnicami, tylko za złotem i siłą.
- Ale… - Zaczął Słomiany, ale przerwał mu głos jednego z marynarzy:
- ‘Łowca Piratów’ Roronoa Zoro, nawigator Nami, strzelec Usopp oraz kucharz Sanji; za przynależność do poszukiwanego ‘Słomianego’ Monkey D. Luffy’ego, zostaliście skazani na śmierć przez rozstrzelanie. Gotowi, cel…
- Nie! – krzyczał Luffy, odpychając rękę Shanks’a i biegnąc w stronę przyjaciół. – Gomu gomu no…
- Pal!
***
- Nie jestem bezużyteczna. – Zapewniała Nami z większą pewnością siebie, niż chwilę wcześniej. – Są ludzie którzy wierzą w moje umiejętności i którzy mi ufają. Dla nich i dla samej siebie, będę starała się być coraz lepsza. Spełnię swoje marzenie! Narysuję mapę całego świata! – Zapewniła z mocą, by p chwili spokojniej stwierdzić. - Wiem, że Luffy wydaję się nie być poważna osobą, ale za to nie porzuca ludzi, którym stała się krzywda. Wierzę, że zostanie Królem Piratów. A ja mu w tym pomogę!
- Ty? – Spytała z kpiną Bellemere. – To ciebie było trzeba ratować przed Arlong’iem. Czy ty naprawdę sądzisz, że taki bachor ma szansę przeżyć na Grand Line, nie mówiąc już o tobie?
- Wierzę! – Stwierdziła Nami, wkładając w to słowo, całe swoje przekonanie. – Na pewno tego dokona.
- Hmph!
***
- Kaya… Nie mów tak. – Prosił Usopp. – To, że zostałem piratem, niczego nie zmienia. Nadal jestem tym samym Usopp’em którego znałaś.
- Usopp którego znałam, był kłamcą. Żadne wypowiedziane przez niego słowo, nie można było brać na poważnie.
Na te słowa, chłopiec spuścił głowę i wbił wzrok w jakiś punkt na ziemi. Nie kazał jednak na siebie długo czekać, kierując swoje słowa do stojącej przed nim Kayi.
- Moje opowieści… Wszystkie to wymyślone przeze mnie kłamstwa… Ale, po tym jak wrócę z Grand Line, opowiem ci moje prawdziwe, na pewno jeszcze bardziej niezwykłe przygody! – Zaczął mówić z nową siłą w głosie. – Nie tylko jako ich świadek, ale również jako ich uczestnik! Zobaczysz Kaya! Jeszcze będziesz ze mnie dumna!
- Dumna? Z ciebie?! – spytała rozbawiona. – Będąc dowodzonym przez kogoś takiego jak Słomiany? Jest mi ciebie żal. Chciałeś zostać kapitanem, a musisz słuchać rozkazów kompletnego idioty.
- Nie mów tak Kaya! Dużo mu zawdzięczamy. Nie jest kimś, kogo można lekceważyć. On jest w stanie spełnić swoje marzenia, a ja moje!
- Hahahahahahahahahahahahahahahaha….
***
- Nie ważne ile czasu mi to zajmie… I czy po tym będą nazywać mnie: aniołem, diabłem czy potworem. Spełnię obietnicę, którą złożyliśmy tak dawno temu. Nawet jeśli ty już w nią nie wierzysz. – zapewniał Zoro. – Dokonam tego! Stanę się najlepszym szermierzem na świecie! Ten który walczy u boku Króla Piratów!
- Wciąż jesteś taki naiwny Zoro. – mówiła uszczypliwie Kuina. – Żadne z tych marzeń nie może się spełnić. Wciąż będziesz próbował, a za tobą będzie podążało moje wspomnienie, niczym cień, który będzie ci przypominał, że był ktoś zawsze lepszy od ciebie. Jak ty w ogóle możesz ze mną konkurować? To jest nie możliwe!
- Wiesz, – przerwał jej Zoro – w Logue Town, spotkałem pewną kobietę. Jej wygląd, zachowanie, sposób myślenia… Wszystko, oprócz siły, było takie podobne do ciebie…
- Ale to nie ja i ty dobrze o tym wiesz. Pokonanie jej, nie oznacza zwycięstwa nade mną…
- Hmph! Ja już tego nie pragnę. – Przy czym skierował w jej stronę wzrok, w którym można było dojrzeć całą determinację i zacięcie, z jaką wierzy w swoje słowa. – Próbuję spełnić tylko naszą obietnicę: jedno z nas zostanie najlepszym szermierzem na świecie! Podróżując z Luffy’m, na pewno mi się to uda!
- Z kimś takim czeka cię tylko śmierć.
- Jeśli się tak stanie… To znaczy tylko tyle, że nie byłem godny podróżowania z nim.
- Godny?! – Krzyknęła z niedowierzaniem dziewczyna. – Podróżowanie z kimś takim to hańba!
***
- Nigdy nie prosiłem cię o pomoc! Ty sam zdecydowałeś się wtedy za mną skoczyć! Nie jestem ci nic winien! – Gorączkowo bronił się Sanji. – Sam mi powiedziałeś, że to z powodu tego samego marzenia! Jeśli ty z niego zrezygnowałeś, to twoja sprawa Stary Pryku! Ja się nie poddam! Po dotarciu na Grand Line, na pewno znajdę All Blue.
- Nie zapominaj, że ja tam byłem. – Przypomniał mu Zeff. – Nie ma tam takiego oceanu. Myślisz, że dasz sobie tam radę? Że jesteś lepszy ode mnie? Od ‘Czerwonej nogi’ Zeff’a?! Grand Line jest pełne takich żółtodziobów jak ty. Czym ty się od nich różnisz? – Spytał były pirat.
- Sam nie dałbym rady. Ale mam ze sobą przyjaciół, którzy tak jak, pragną czegoś dokonać, coś zyskać i będą o to walczyć, ryzykując własnym życiem. Piękna pani nawigator, długonosy kłamca i strzelec w jednej osobie, marimo szermierz oraz kapitan, o szatańskiej mocy. Z nimi nic nie jest niemożliwe.
- Nawet jeśli kapitan już nie żyje? – na te słowa Sanji się zerwał.
- Co ty piep…?
- Nie wierzysz? Sam się przekonaj – Powiedział Zeff, wskazując na coś co znajdowało się za Sanji’m. Była to platforma egzekucyjna, podobna do tej w Logue Town. A na jej szczycie, w asyście dwóch katów, siedział po turecku Luffy, bez typowego dla siebie uśmieszku, lecz z twarzą stężałą ze strachu.
- Ten idiota! Co on tam robi?
- To jego egzekucja. Zginie zanim chociaż ujrzy Red Line.
***
- Nie pozwalam ci tak skończyć! – krzyczała Nami, w stronę swojego kapitana. – Nie po tym jak dla ciebie opuściłam swoją wioskę! Zamorduję cię, jeśli dasz się tak po prostu zabić!
- Zaufałaś nie tej osobie co trzeba…
***
- Luffy! – Wołał Usopp. – Luffy! Co ty wyprawiasz?! Jak mogłeś dać się schwytać?!
- Jego wola była zbyt słaba. To jego koniec.
***
- Jak to się mogło znowu stać? – Pytał z niedowierzaniem Zoro. – Nie pozwolę ci tak po prostu umrzeć. Nie po tym wszystkim.
- Przyjrzyj się. – Powiedziała Kuina. – Dał się schwytać bez walki. Nie warto ratować kogoś takiego.
Wtem odezwał się sędzia, który na balkonie znajdującym się tuż za miejscem gdzie miała odbyć się egzekucja Luffy’ego.
- Monkey D. Luffy, znany również jako ‘Słomiany Luffy’, za przestępstwo piractwa, sprzeciwianie się jednostkom odpowiedzialnym za sprawiedliwość, powołanym przez Światowy Rząd, tj.: kapitanowi ‘Topór’ Morganowi, majorowi Nezumi oraz majorowi Smoker’owi. Zostajesz skazany na śmierć, poprzez publiczną egzekucję. Wykonać!
***
Luffy długo jeszcze patrzył w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą byli jego przyjaciele, nim spuścił głowę, kierując wzrok na swoje stopy. Shanks podszedł do niego trochę bliżej mówiąc.
- To koniec, Luffy. Nie możesz być piratem w pojedynkę. A czy będziesz w stanie stworzyć nową załogę, wiedząc co stało się z poprzednią? – Spytał Czerwono włosy, lecz nie doczekał się odpowiedzi. – Powiedz coś, Słomiany!
Luffy uniósł głowę i odwrócił się w stronę Shanks’a, który cofnął się, widząc wyraz jego twarzy.
- Mam coś powiedzieć? – spytał. – To słuchaj. Nie wiem kim jesteś, bo Shanks’em na pewno nie, ale jeśli myślisz, że po pokazaniu mi tego wszystkiego, puszczę cię wolno, to jesteś w ogromnym błędzie. GOMU GOMU NO… PISTOL
***
- No i co teraz myślisz o swoim Królu Piratów? – spytała z ironicznym uśmieszkiem Bellemere. – Wracaj do domu Nami.
- Nie.
- Co?
- Nie! – krzyknęła z całej siły. – Ty nie jesteś Bellemere! A to nie był Luffy!
***
- Widzisz, Gówniana Imitacjo, on jest romantykiem. Na pewno powiedziałby…
***
- … coś głupiego. – Stwierdził Usopp. – To już taki typ. Nie potrafi tak po prostu usiedzieć w miejscu.
***
- Tak jak w Louge Town, nawet na własnej egzekucji, będzie szczerzyć się jak głupi. – Powiedział Zoro z szerokim uśmiechem na twarzy. – Taki już z niego irytujący ‘captain’.
***
Nami wyjęła swój składany kij, z którym ruszyła na Bellemere.
- HISSATSU KAYAKU BOSHI! – krzyknął Usopp, strzelając ze swojej procy.
- TATSU MAKI!
- MOUTON SHOT! – krzyknął Sanji, trafiając przy tym Usopp’a w pierś i odrzucając na drugą stronę pokładu, a który to, tylko o parę centymetrów, chybił w Nami uderzającą Zoro w głowę. Atak szermierza posłał Luffy’ego wysoko w górę, w momencie gdy ten już rozciągał swoją rękę do zadania ciosu Sanji’emu.
- Co ty próbowałeś zrobić mojej Nami-swan, długonosy?! – pytał kucharz z wściekłością idąc w stronę Usopp’a i łapiąc go za ubranie, a do którego podeszła jeszcze nawigatorka, uderzając, już i tak ciężko poszkodowanego strzelca w głowę.
- Usopp! Ty kretynie!
- Umieram… - dał tylko radę jęknąć. Lecz zaraz podszedł do nich Zoro, masując miejsce, w którym dostał kijem.
- Nami, TY…!
Za to gdzieś wysoko w górze, Luffy krzyczał spadając.
- Zoro! Co ty…! – Przerwał nagle, gdy ujrzał jakąś postać na bocianim gnieździe. Załoga nawet nie zareagowała, gdy ciężko uderzył o pokład, nadal kłócąc się między sobą. – Hej. – Powiedział, lecz nikt go nie usłyszał. – Hej! – krzyknął głośniej, tak że wszyscy się w końcu odwrócili w jego kierunku. – Kto to?
Spojrzeli we wskazanym kierunku, skąd zeskoczyła ciemna postać, na balustradę górnej części pokładu. Był to niski, łysiejący staruszek, z siwymi wąsami i brodą.
- Całkiem nieźle. –Stwierdził intruz. – Niewielu udaje się uniknąć tego ataku.
- Ech? Coś ty za jeden? – Spytał się Sanji. – Czyżbyś był od tego ‘dymowego gościa’?
- Masz na myśli Smoker’a? Nie, nie jestem marynarzem.
- To sprzed chwili. To że widziałem Kayę, to twoja sprawka? – Było to bardziej stwierdzenie niż pytanie.
- Owszem. To była moc mojego Yume Yume no Mi. Wszystko co zobaczyliście, wszystkie te osoby, odzwierciedlały wasze najskrytsze obawy i wątpliwości. To co chowacie głęboko w waszych sercach.
- A… ale dlaczego? – spytała Nami, będąca coraz bardziej zdezorientowana.
- To nic osobistego. Po prostu pragnę waszych głów. – Mówiąc to, wyjął zza pazuchy jakiś papier. – Monkey D. Luffy, 30,000,000 . Ale chyba nie zaszkodzi złapać was wszystkich.
Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, Zoro przepchnął się do przodu z obnażoną kataną, idąc w stronę w staruszka.
- Zoro! – Krzyknął Luffy, chwytając szermierza za ramiona i zagradzając mu drogę.
- ‘Captain’. Puść mnie, inaczej skończysz tak jak on. Zabiję go za to. – Mówił Zoro, a Luffy czuł pod swoimi rękoma, jak ramiona jego przyjaciela trzęsą się z wściekłości. – Jak mógł mi ją pokazać w taki sposób? Nie wybaczę, że zszargał pamięć o niej.
- Zoro. – Powiedział już delikatniej Luffy, po czym z poważną miną, odwrócił się w stronę staruszka. – Zostaw coś dla nas.
Na te słowa, wszyscy członkowie załogi przyjęli pozycje gotowe do ataku.
- Are, are, are… Czyżbym przesadził? Chyba nie zaatakujecie biednego staruszka?
- Chcesz się przekonać? – Spytał wściekły Sanji.
- Przykro mi, ale nie mam już dzisiaj czasu. Muszę już lecieć!
Wielki cień mignął im w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilką stał łowca nagród. Gdy spojrzeli w górę, ujrzeli wielkiego orła, szybującego tuż nad Merry, a na którego grzbiecie siedział staruszek.
- Dzisiaj już wam odpuszczę! – krzyczał do nich z góry. – Na pewno się jeszcze spotkamy! Do tego czasu niech wasza wartość rośnie, moje główki! Do zobaczenia na Grand Line, Słomiana załogo! – Zdążył krzyknąć zanim zniknął im z oczu.
Wszyscy jeszcze długo wpatrywali się w miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu widzieli staruszka. Zaczęli zdawać sobie sprawę, jak niebezpiecznym miejscem może okazać się słynne morze. Mimo to, kapitan nie dał rozkazu odwrotu, tym bardziej, że już przed sobą widział Red Line.
- Załogo! – krzyknął z całej siły jaką miał w płucach. – Cała naprzód! Na Grand Line!!
- Aje, ‘captain’!!! – krzyknęli wszyscy zgodnie.
Koniec.
/Mam nadzieję, że się podobało./