Tajemnica tego jednego skarbu.
Ten temat nie posiada streszczenia.
Aktualnie ten wątek przeglądają: 1 gości
1 2
Subskrybuj ten wątek Odpowiedź
Zwierzak

Nowicjusz

Licznik postów: 13

Zwierzak, 07-05-2009, 21:59
Meg: UWAGA FIK ZAWIERA SPOILER!
III

Zimne powietrze zaczęło wiać od morza, powoli noc zapadała nad niewielką wyspą. Jednak jej goście nie mieli zamiaru się kłaść. Głośny śmiech niektórych mężczyzn niósł się po całej okolicy, płosząc zwierzęta, które odważyły się zajść tak daleko od swych żerowisk. Czarnobrody w najlepsze opowiadał ludziom Doflamingo o swej walce z Shanksem, przy tym nawołując kobiety z załogi Boa.
Każda z załogi dumnej Hancock ignorowała prostackie nawoływania mężczyzn. Korsarki siedziały z dala od męskiej części załogi, również Moria wraz z Dr. Hogbackiem i Absaloma’nem siedzieli na uboczu. Pan cienia od pojedynku z słomianym warczał na każdego, który odważył się do niego odezwać. Nie było co ukrywać, był naprawdę bliski zmycia plamy, na swej niecnej reputacji.
W tym czasie Boa obchodziła teren, podziwiając krajobraz tak podobny do jej ojczyzny. Jednak nie dano jej był długo upajać się pięknem okolicy, gdyż na horyzoncie pojawił się brodaty mężczyzna. Zanim kobieta zdołała zareagować na intruza, ten szybko się odezwał.
- Mihawk prosi o spotkanie.- oznajmił, szokując Shichibukai.- Proszę się nie obawiać, nic pani nie grozi.- zachęcał dalej Pedro, na co brunetka prychnęła z oburzeniem.
-Ja miałabym się jego bać?- oznajmiła z wyższością.-Prowadź.- dodała, podchodząc do mężczyzny.
Para nie szła zbyt długo, dochodząc do niewielkiej polany, na której czekał brunet z założonymi dłońmi na piersi.
-Pedro możesz odejść.- rozkazał, wbijając przenikliwe spojrzenie w kobietę.
-Czego?- zapytała niezbyt miłym tonem.
-Przyszłość przynosi nam wiele nie wiadomych.- zaczął ex Shichibukai podchodząc bliżej rozmówczyni.-Jednak to wszystko zabrnęło za daleko, by pozwolić przypadkowi rozstrzygać losy historii.
Boa czuła się coraz bardziej nie pewna, z powodu drastycznie zmniejszonej odległości pomiędzy byłymi kompanami. Słyszała o możliwościach Mihawka, ale nigdy nie widziała go w akcji, poza tą zdradą w przystani. Jeszcze ten dziwny wstęp.
-O co tobie konkretnie chodzi?- zapytała marszcząc brwi.
-Chcę wiedzieć, czy dam rade przeciwstawić się twojej woli i nie chodzi mi, o twoje śmieszne moce owocu. Tylko o twój prawdziwy potencjał, dla którego znalazłaś się wśród siódemki.- odpowiedział, świdrując ją wzrokiem, jakby samym spojrzeniem chciał zmusić ją do wykonania jego prośby. Kobieta była zaskoczona, sądziła, że będzie ją prosić o pomoc, o zdradę rządowych piratów, czy coś podobnego. Przez chwile się zastanawiała, co ma zrobić, gdy odezwał się ponownie Sokolooki.
-Co masz do stracenia, to ja się narażam.
Boa uśmiechnęła się i machnęła dłonią od niechcenia w stronę mężczyzny.
-Znaj moją dobrą wole.- oświadczyła wyniośle, marszcząc czoło.
Trawa zaczęła spokojnie falować, gdy ręce szermierza zaczęły drżeć. Prawa dłoń powoli się unosiła, wyglądała jakby jej właściciel wcale tego nie chciał i ciągle z tym walczył.
-Pla…nu…je.- bełkotał Mihawk marszcząc czoło, wtem trawa zaczęła wibrować jak szalona, a kora z okolicznych drzew zaczęła odchodzić po maleńkich kawałkach. Ręka szermierza już zaciskała się na rękojeści jego miecza.
-Zm…zm…ie…nić.- wyrzucał ze siebie sylaby Sokolooki zaciskając oczy z całych sił i padając na kolana. Ból głowy był nie miłosierny, ciągłe szepty, nagadywania, wrzaski, rozkazy, szumiały jak wzburzony ocean . Syknął wytężając wszystkie zmysły i powoli odciągając dłoń od swego miecza, równocześnie kończąc burkać pod nosem.
Hancock ciężko dysząc musiał przyznać, że dzielnie się trzymał, a jego wola jest wystarczająco wielka by nie popełnić samobójstwa i zdradzić swych myśli. Mimo wszystko klęczał bezradnie przed nią, pomijając fakt, że ona sama nie mogła nic mu teraz zrobić, sprytnie ją zaszachował. W końcu odpuściła, jednak odetchnąć z ulgą mogła, gdy trawa i erozja okolicy się zatrzymała. Jeszcze przez moment spoglądała na klęczącego Mihawka opierającego się na dłoniach, zanim zebrał się do pionu. Oboje się rozejrzeli, prawie nie było zmian, poza rozrzuconą korą i źdźbłami trawy ułożonych tak jakby od szermierza coś je ugniotło. Mężczyzna chwiejnym krokiem zaczął odchodzić.
-Skąd ta pewność, że cię nie zatrzymam?!- zawołała, wpatrując się w długie czarne ostrze, o rękojeści w kształcie krzyża, zdobiącą plecy fechtmistrza.
-Bo jesteś mi wina przysługę.- wydyszał.
-Nie bądź śmieszny.
-Wydaje mi się, że tobie też zależy, by słomiany nie wpadł w ręce rządu.
Zaskoczona oświadczeniem szermierza, zaraz zaczęła zaprzeczać.
-Nie wiem co z Shanksem pijasz, ale szkodzi ci... i to bardzo.
-Mam nadzieje, że kiedyś opanujesz wszystkie aspekty twej królewskiej mocy.- dodał na odchodne, tym razem już zupełnie szokując kobietę.
- Skąd...?-wyszeptała tracąc rozmówce z widoku.
Pierwszy oficer podtrzymywał swego dowódcę drepcząc z nim przez las w stronę „Pływającego Nagrobku”. Brodaty czekał niecierpliwie na chociażby strzępek informacji z spotkania dwóch piratów. Jednak jego przywódca był bardziej pochłonięty przyglądaniu się okolicy, niż podzieleniu się informacjami.
-Jest pan zadowolony z starcia?- w końcu przerwał ciszę mężczyzna bez ucha.
-Wiele przed nami.- oznajmił.-To spotkanie tylko utrwaliło mnie w przekonaniu, iż mamy braki w wyszkoleniu.- dodał, ciągle słysząc jeszcze odbijające się echem głosy, które powoli milkły. W oddali zauważyli maszty swego okrętu i białą banderą, na której widniała pęknięta czaszka przebita przez czarne ostrze.
-Żagle na maszt, namiastki planktonu!!!- uniósł się głos Alana widzącego, swych kamratów wychodzących na brzeg. Po chwili kapitan i pierwszy oficer znaleźli się na pokładzie.
-Obrać kurs na naszą kryjówkę?- zapytał łysy mężczyzna.
-Skoro szóstka byłych moich kamratów, nie ma statku, a samozwańcze okręty marynarki raczej po tych wodach nie pływają.- odezwał się Sokolooki spoglądając na mapę, zamkniętą w szklanej gablocie, obok steru.
-To czas odwiedzin.- stwierdził wskazując palcem na mapę.
- Na „Wyspę bezdomnych piratów”- rozkazał.
-Kurs, Tortuga chłystki!- rozniósł się rozkaz łysego, który następnie wydawał szczegółowe komendy reszcie, nie szczędząc obelg pod ich adresem.
-Przez rząd, wielu z tamtejszych piratów mogło by się na ciebie rzucić.- stwierdził Castello masując się w miejscu, gdzie niegdyś miał ucho, a teraz tylko paskudną szramę.
Mihawk nie odpowiedział, będąc już myślami daleko przed okrętem, planując kolejny ruch.
***
Thousand Sunny spokojnie żeglowała przez otwarte morze. Na horyzoncie nie było widać żadnego zagrożenia, tak więc wszyscy postanowili się odprężyć. Kojący szum mórz sprzyjał wypoczynkowi. Trzy kobiety siedzące pod parasolem i obsługiwane przez zauroczonego kucharza oddawały się swym zajęciom. Nami przeglądała ostatnie swoje kartograficzne dzieło, szukając w nim jakichkolwiek niedopatrzeń. Musiała jednak dumnie stwierdzić, iż stworzyła kolejne arcydzieło.
-Masz talent.- odezwała się szatynka lustrując mapę pomarańczowłosej.
-Och nie przesadzaj.- odezwała się zawstydzona, natychmiast wietrząc interes.-Mam parę podobnych, może chciała byś zakupić?- zapytała z nadzieją.
-Nie sądzę by były mi potrzebne.- oświadczyła dziewczyna.- Moje cele nie są stałe, wiec mapa mi się nie przyda.
-Twoje cele?- zaciekawiła się nawigator.
-To nie są rzeczy o których się głośno mówi.- mruknęła.
-Nie wygłupiaj się.- ponaglała Nami.- Dla tej załogi, marzenia są jak wiatr popychający okręt do przodu.
-Nie wiem czy mogę to nazwać marzeniem.- oznajmiła po chwili.
-Chce znaleźć dwóch ludzi, którzy niegdyś przybyli na moją rodziną wyspę, tylko po to, by zamienić największe miasto tej części Nowego Świata w pyrzynę.- zaczęła swą opowieść, wracając wspomnieniami do tamtych czasów.
Przez ulice miasta przebiegała młoda dziewczyna, obdarzając wszystkich przechodniów szczerym uśmiechem. Dobiegła do rynku, gdzie stała wysoka kolumna, na której dumnie był wyeksponowany marmurowy samuraj, wskazując kataną na północ. Dziewczyna spojrzała na swą ulubiona część posągu, marmurową stopę bohatera osadzoną na czaszce bestii, która terroryzowała okolicę. Wpatrywała się dumnie w przodka, jak robiła to co dzień, o tej porze. Wtem przenikliwy dźwięk przeszył okolice, szargając rozpuszczonymi włosami dziewczynki. Zamknęła oczy strudlem utrzymując się na nogach, gdy usłyszała obok siebie huk, natychmiast przerażona otwarła je z powrotem. Przy jej stopach leżała głowa z kucykiem marmurowego posągu.
-Pradziadku.- mruknęła, a jej słowa zagłuszył harmider, towarzyszący zawalającym się budynkom. Tak spokojne jeszcze chwile temu miasto zamieniło się w piekło. Wrzaski i krzyki dochodziły z każdej strony. Przerażona nie wiedziała, gdzie się udać, kręcąc się w kółko. Gdy już podjęła decyzje by ruszyć w jakimś kierunku, z tamtą nadchodziła jeszcze większa wrzawa. Cała drżąc schroniła się za pomnikiem, mając nadzieje, że cokolwiek się działo, tu jej nie znajdzie.. Przybliżyła do siebie głowę przodka, wierząc, iż w ten sposób przetrwa, pod czujnym okiem założyciela miast zwanego Ryu.
Żaden przebiegający obok niej człowiek nawet nie próbował jej pomóc, ludzie do których jeszcze chwile temu się życzliwie uśmiechała tratowali się walcząc o przetrwanie. Budynek przed nią zadrżał i po chwili zapadła się frontalna ściana, przez którą wyleciał mężczyzna. Nie zauważyła jego twarzy, gdyż błyskawicznie uskoczył przed wichrem, który zawalił przeciw legły budynek. Jedyne co zdołała zauważyć to ogromne czarne ostrze, które po chwili widziała w akcji. Nawet nie zauważyła kiedy nad nią przeleciał jakiś rudy mężczyzna i sekundę potem obaj starali się nad jej głową. Cała drżała z całych sił zamykając oczy. Jednak nic się nie stało, nie padł żaden budynek przerażający szum przestał straszyć okolice. Powoli otwarła jedno oko spoglądając na nieco zmieszanych mężczyzn, którzy spoglądali to na siebie, to na nią. Tą przedłużającą cisze przerwały odgłosy zawalającego się budynku. W tym króciutkim momencie przyjrzała się dokładnie twarzą katów jej rodzinnego miasta. Jednym z nich był brunet o przerażającym spojrzeniu z kapeluszem na głowie, jego płaszcz falował na wietrz, jego oponent wyglądnął bardziej przyjaźniej. Rude włosy wystawały z pod słomianego kapelusza, gdy łobuzersko się do niej uśmiechną, cofając się, o dziwo to samo zrobił jego przeciwnik.
-Czemu nie uciekłaś z innymi?- padło pytanie.
-Nie zostawię przodka samego.- wyszeptała ściskając głowę pomnika.
-Odważna jesteś.- oznajmił rudy mężczyzna, podnosząc wzrok na swego przeciwnika.
-Dokończmy to za miastem.- zaproponował brunet, odwracając się i ruszając w kierunku zgliszczy.
-Teraz się najlepiej z tond nie ruszaj.-poradził rudy i położył koło niej skórzany mieszek.-Mała rekompensata.- rzucił na odchodne.
Obaj mężczyźni znikli jej z pola widzenia. Wstała trzymając w uścisku głowę pradziadka i rozejrzała się po zrujnowanym mieście. Jednak krzyki nie ustawały, a stąd widziała jak niesamowite zdolności dwóch szermierzy niszczyły doszczętnie przyrodę wyspy. Od godziny nic się nie zmieniło, cisza, po której chmury na niebie zaczynały szaleć, zwiastując kolejne uderzenie. Wtedy postanowiła to przerwać. Z nadzieją, iż obaj mężczyźni przerwją swój pojedynek jak wtedy. Ruszyła w stronę epicentrum. Biegła z całych sił, nadal kurczowo ściskając głowę przodka. Jednak walczący wciąż się od niej oddalali jakby wiedzieli, iż to dziecko się do nich zbliża. Padła po raz wtóry na ziemie, gdy niedaleko niej ziemia został zaznaczona kolejnymi bruzdami wyciętymi przez energie, której nawet nie mogła dostrzec. Wstała hardo i ruszyła przed siebie, dalej stanowcza w swoim postanowieniu. O dziwo nawet strach, który tak nią targał zmalał prawie do zera. Wtedy zobaczyła to co do teraz ją bolało najbardziej. Na ten widok wypuściła z dłoni głowę swego przodka, która roztrzaskała się o kamień. Obaj mężczyźni jak niby nic przerwali pojedynek i udali się na swe okręty. Nikt z nich nie poniósł śmierci, nie ucierpiał, po prostu stoczyli potyczkę i odpłynęli niszcząc przy okazuj największe miasto w tym regionie. Padła zaszokowana na kolana. Jakoś by mogła zdzierżyć, iż to była potyczka na śmierć i życie, a jej nieszczęsne miasto po prostu stanęło tym Tytanom na drodze, jednak to było, dla niej nie do pomyślenia.

- Rok później doszła nas wieść, iż Mihawk został dzięki swej ostatniej walce w Ryu Shichibukai. Wtedy właśnie przysięgłam sobie, że dopadnę Shanksa i Mihawka.- zakończyła opowieść Kali.
Archeolog i nawigator spoglądały na nią przez chwilę. W tle było słychać płacz cieśli, który wzruszył się opowieścią dziewczyny.
-W pewnym sensie masz szczęście.- odezwała się Nami.-Nasz kapitan przyjaźni się z Czerwonowłosym, a Zoro chce pokonać Mihawka.
-Chce zabić Sokolookiego?
-Pokonać, by zostać najlepszym szermierzem tego świata.- sprostowała nawigator.
-Musiał wiele wydać na te ostrza.- zauważyła piegata, spoglądając na mężczyznę śpiącego na dziobie.
-To jest farciarz, wszystkie te miecze dostał.- oznajmiła kobieta kontynuując.- Na przykład ostatnią katanę otrzymał od jednego z zombiaków Morii.
Na te słowa Kali nieco zmarszczyła brwi.
-Moria przybył na naszą wyspę po porażce z Kaidou. Zabawił przez krótki czas i odpłyną.- wspominała z odrazą jednego z Shichibukai.
-MIĘSO!!!- Rozniósł się krzyk spod pokładu.
-Luffy!-Nami wraz z większością załogi od razu zbiegła do kapitana. Na pokładzie pozostała Kali i Robin krocząca w stronę śpiącego szermierza. Coś jej nie pasowało, zatrzymała się przed mężczyzną rzucając na niego cień.
-Panie szermierzu.- zbudziła zielonowłosego, który niechętnie otworzył oczy.
-Nic panu nie jest?- zapytała.
-Nie.- odparł, szybko dodając.-Czemu pytasz?
W odpowiedzi otrzymał tylko wskazanie na jego lewą dłoń. Spojrzał na wykrzywioną w nienaturalny sposób rękę.
-Musi być niewygodnie tak spać.-oznajmiła lekko się uśmiechając.
Roronoa zmieszany, szybko szukał odpowiedzi na pytanie kobiety.
-Tylko w ten sposób można uodpornić się na ból.- w końcu się odezwał, jednak po minie swej rozmówczyni, mógł się domyślać, iż raczej nie jest przekonana, co do jego wyjaśnień. Zaczynała go powoli irytować stała nad nim i czekała. Wiedział dobrze na co.
-Nie poprawi pan swej ręki?- zapytała w końcu.
-Nie będę przerywał treningu.- od razu odparł.
-Niech pan szermierz nie ukrywa przed nami, ważnych informacji w końcu dzierży poważną funkcję.-przypomniała.
-Nie prosiłem się o nią.- mruknął, w końcu poprawiając ramie.
-Jednak od początku podróży z wami, może nie świadomie, ale jednak pełnił pan tą role. To się dało wyczuć. Jednak jeżeli kapitan jest nie dysponowany, a człowiek który go zastępuje jest zbyt dumny by przyznać się do chwilowej słabości, może przynieść to więcej złego niż myślisz.- ostrzegła już mając odchodzić.
-To może nie być chwilowa słabość.- oznajmił, wstając.-Z jakiegoś nie wytłumaczalnego powodu, dla Choppera nie mogę władać tą ręką.- wyjawił, zaskakując swą rozmówczynię, pewnie nie sądziła, iż może być tak źle. Zielonowłosy zauważył podchodzącą szatynkę z plecakiem w dłoni. Zaczęła coś z niego wyciągać. Zmarszczył czoło, gdy okazała się to szpada. Koszyk ochraniający rękojeść był owinięty metalowymi krzewami posianymi różami. Ostrze naprawdę wyglądało niesamowicie. Jednak fakt, iż to szpada robiło z niej broń drugiej kategorii na morzu, gdzie walczy się bez reguł.
-Shuusui jest ostrzem mego przodka.- oznajmiła dziewczyna
- Ryuuma był z tobą spokrewniony?- zdziwił się szermierz.
-Chce wiedzieć czy jego miecz trafił w dobre ręce.-oświadczyła wyciągając szpadle z pochwy. Gdyby nie budowa głowni, można by powiedzieć, że to identyczne czarne ostrze z purpurowymi wykończeniami jakie on ma.
-Twój przodek mi ją dał, to ci nie wystarczy?
-Raczej jego zombi, jego ciało wykopał Moria, gdy zatrzymał się w Ryu.- oświadczyła zaraz dodając.- Chce tylko sprawdzić co umiesz, nic wielkiego, żadna walka.
Zoro się uśmiechną i chwycił za rękojeść, gdy kobieta lekko bodła go w lewe ramie.
-Tą ręką.- zarządziła.
Archeolog obserwując całe zdarzenie nie znacznie zmarszczyła brwi. Postawiła jej towarzysza w sytuacji podbramkowej. Spojrzał na fechtmistrza, który stał nie ruchomo, jednak tak naprawdę z całej siły woli pragną ruszyć tą nieszczęsną dłoniom. Strużka krwi po otwartej ranie zaczęła spływać po ramieniu. Mężczyzna otworzył szeroko oczy. Czuł, czuł ból. Drżąca dłoń powoli ruszyła się.
-Jak to zrobiłaś?- zapytał, gdy lewa ręka pochwyciła rękojeść ostrza, wyciągając ją z pochwy.
-Znam jednego człowieka, który potrafi stosować tą technikę z taką skutecznością.- zaczęła spoglądając na kolebiącą się dłoń szermierza. Wyglądał jakby zaraz miał upuścić swój miecz.
- „ Chirurg” z Ryu.– wyjawiła stając w charakterystycznej pozie, dla szpadzistów z jedna ręką wysuniętą do tyłu i na ugiętych nogach.
-Ale co to za technika- zapytał szermierz, z trudem opanowując drżenie dłoni.
-Jest to przeniesienie akupunktury do walki, jego szpilasty rapier jest doskonale do tego przystosowany. Gdy tylko cię ukuje, może sparaliżować daną koniczynę w najlepszym przypadku miesień. Ja nie umywam się do jego umiejętności, potrafię tylko podstawy.- Wyjaśniła , pchając z całych sił w katanę, przeciwnika, który hardo utrzymywał broń w dłoni. Powtórzyła czynność parękroć, zanim przerwała.
-Nieźle, mimo niedowładu i tak utrzymujesz ostrze w dłoni.- zauważyła chowając szpadę do pochwy.
-Mój pradziadek byłby dumny.- stwierdziła po chwili.
-Za życia musiał być naprawdę niesamowity.- mruknął szermierz z ulgą spoglądając na dłoń, którą wciąż się kolebała jak szalona.
Milcząca Robin odprowadzała wzrokiem zadowoloną szatynkę.
-Nie musiałem zaprzątać wam głowy moimi problemami.- usłyszała od zielonowłosego.
-Tylko czy można tak długo żyć?- rzuciła pytanie odchodząc.
-Całe życie.-odparł krocząc w kierunku bocianiego gniazda.- Coś o tym powinnaś wiedzieć.- mruknął bardziej do siebie.
RedHatMeg

Piracki oficer

Licznik postów: 661

RedHatMeg, 09-05-2009, 08:38
W koncu udało mi się zmobilizować do przeczytania tego dzieła i nie żałuję. Scena z Mihawkiem, który sprawdza czy wytrzymałby napór haki, była świetna, również to jak ta dziewczyna pomogła Zoro. Natomiast historia z Ryu nieco komplikuje sprawę, no bo w sumie wychodzi na to, że ta biedna dziewczyna (używaj częściej jej imienia w tekście, abyśmy sie w końcu go nayuczyli, dobra?) ma prawo nienawidzić Shanksa i Mihawka. Zapowiada sie więc ostra walka, a przynajmniej rozdzierajaca scena uwolnienia gniewu.

Teraz odezwie się moja modowa natura:
Nad rozdziałami w fanfikach, w których występują spoilery, musisz zamieszczać odpowiednie ostrzeżenie. Tym razem zrobie to za ciebie, ale potem o tym pamiętaj.
Zwierzak

Nowicjusz

Licznik postów: 13

Zwierzak, 18-05-2009, 20:31
UWAGA Fik zawiera spoilery
IV
Oddychał pełną piersią, wdychając morskie powietrze. Uma i nowa przygoda była przed nim. Po kilu dniach dochodzenia do siebie w końcu był w pełni sił. Poprawił swój słomiany kapelusz, spoglądając przed siebie. Ogromna wyspa z masą rowów, które jakby znaczone mieczem zdobiły ją, pod różnorakimi kątami. Port nie wyglądał najlepiej, małe drewniane molo, chodź niedaleko niego ponad powierzchnie wody, wystawały szczątki porządniejszej i większej konstrukcji. Czym bliżej podpływali, tym lepiej cała załoga mogła dostrzec przybrzeżną osadę.
-Uma.- odezwała się Robin.- Miejsce największego, a zarazem ostatniego starcia pomiędzy Shanksem i Sokolookim, oraz zniszczenia perły południa Ryu- dodała przyglądając się dżungli, zajmującą wschodnią stronę zrujnowanego miasta.
-Shanks walczył z Mihawkiem?- zdziwił się Luffy.
-Dawniej wielokrotnie, ze sobą walczyli.- wyjawiła brunetka, spoglądając na Kali, która zmarszczonymi brwiami wpatrywała się w zrujnowaną część wyspy.
-Zoro opuść kotwicę!- rozniósł się rozkaz nawigatora, który szermierz wykonał.
Franki i Brook zostali na statku, gdy reszta ruszyła za Kali . Widać było, iż mieszkańcy próbowali, przywrócić to miejsce do dawnej świetlności. Wiele zaczętych konstrukcji owiniętych rusztowaniami wyrastało jak grzyby po deszczu, czym dalej się zapuszczali w głąb wyspy. Jednak tego co brakowało, to robotników, którzy powinni te domy budować.
-Jest po obiedzie, a oni nie pracują?- zauważył kapitan.
Szatynka nawet nie spojrzała w stronę zaczętych osiedli, jej wzrok ciągle penetrował ruiny.
-Nie mamy pieniędzy.- odezwała się w końcu. -Handel już nie rozwija się tak prężnie, jak przed wielkim starciem.- dodała mijając wielką marmurowa kolumnę.
-Fajna czacha.-usłyszała. Odwracając się w stronę pomnika, -powiedziała.
-To pomnik... zostaw!- warknęła widząc Luffyego trzymającego w dłoni czaszkę gada.
-Mogę wziąć?- zapytał.
-Nie to chluba mojego miasta!- wrzasnęła.
-Eee to cienko, u mnie robią niezłe wędliny, a tu są skamieliny.- stwierdził odstawiając czaszkę na miejsce.
-To jest pamiątka na cześć mojego przodka.- oznajmiła Kali mordując wzrokiem Luffyego.
-Nie masz wyczucia.- warkną Sanji.- Biedna Kali- chwan.- zamruczał zatroskanym głosem
-Chodźcie.- dodała piegata, ruszając dalej.
W końcu zauważyli osadę drewnianych domów, które jak fasady otaczały parę wyższych budowli ostałych się po starym Ryu. Mieszkańcy życzliwie się uśmiechali do dziewczyny i jej towarzyszy, gdy ci podążali przez wąskie uliczki, napotykając miejscowych. W pewnym momencie, drogę zastawił im starszy człowiek.
-Kali...p... udaj się do burmistrza.- powiedział speszony mężczyzna, ciężko wzdychając.-Strzyga porwała radę, nie wiemy po co.- dodał odchodząc. Na te słowa szatyna zaczęła biec.
-Kali- chwan! Co się dzieje?- pytał kucharz równając kroku z dziewczyną.
-Jednym z dziesiątki rady, jest mój dziadek.- oznajmiła kierując się do największego z budynków. Cała załoga za szatynką wbiegła na parter, gdzie było paru mężczyzn ubranych w zbroje i jeden dystyngowany młodzieniec.
-Kali.-odezwał się brunet poprawiając krawat.
-Co się stało?- zapytała, rozpychając się pomiędzy strażnikami.
Słomiani przysłuchiwali się rozmowie po miedzy nimi, która szybko się zakończyła. Dziewczyna upadła na kolana.
-To koniec.- wydukała.
-Jaki koniec?- zdziwił się Luffy.-Płyniemy po tych dziesięciu staruszków na tą Tortugrę.- oznajmił nie frasobliwym tonem. Dziewczyna spojrzała na niego jak na idiotę.
-To wyspa pełna piratów.- zaczęła.-Każdy z nich pochodzi z rozbitej załogi, lub przypłyną tam czekając, by ktoś go zatrudnił. Dlatego na Tortugę mówią „Wyspa bezdomnych piratów.”- wyjawiła.
-Nie widzę problemu, też jesteśmy piratami.- oświadczył kapitan z uśmiechem na twarzy.
-Uratujemy twojego dziadka.- zapewnił Sanji, zapalając papierosa.
-Już mam chorobę „nie mogę wejść na tą wyspę”- szeptał Usopp.
Zoro się szeroko uśmiechną, klepiąc się po brzuchu.
-Czego się tak cieszysz?- spytała pomarańczowłosa. -Wyspa pełna niewyżytych piratów.- mruknęła niezadowolona.
-Niewyżyci?- powtórzył z lękiem doktor.
-Tortuga.- odezwał się szermierz.-Mój dawny kompan od kufla, kiedyś mi powiedział, że dopiero tam się upił.- oznajmił wesoło zielonowłosy.
-Więc postanowiono!- krzyknął kapitan.-Płyniemy na Tortugę!!!
***
Rozbawione głosy sprzeczały się i licytowały. Piraci szarpali się o podział łupów. Mężczyzna z ulizanymi włosami do tyły spoglądał na nich z podestu. Poprawił skórzaną kamizelkę i oparł się na barierce, by lepiej się przyjrzeć, załodze. Właśnie dopływali do wyspy, na której mieli świętować kolejny zuchwały atak.
-Okręt flagowy Białobrodego!- rozniósł się krzyk z bocianiego gniazda.
-Niech go.- warkną mężczyzna spoglądając przed siebie. Zza wyspy jak wygłodniała bestia wypłyną statek z ornamentem białego wieloryba, sunąc w ich stronę.
-Kapitanie szykują się do abordażu!- ponownie usłyszał pirata z lunetą.
-Przygotujcie się i przywitajcie ich z otwartymi ramionami, jak rzeźnik wieprza!- krzyknął ulizany mężczyzna do swej załogi, wznosząc wrzawę na pokładzie. Ogromny okręt zrównał się z statkiem, którego maszty ledwo wystawały nad balustradę flagowej jednostki najsilniejszego człowieka.
Piraci białobrodego zjeżdżali na linach w dół. Zaczęła się potyczka, pomiędzy korsarzami. Ulizany mężczyzna spojrzał na wysoki okręt.
-Nachodzę, dziadygo.- mruknął pewnie zamieniając się w piaskową trąbę, lecącą w kierunku pokładu wrogiego statku. Wylądował pośrodku wrogiej załogi, trzech z nich przebiło go mieczami, lecz w ten sposób nic mu nie mogli zrobić.
-Saburusu- roześmianym głosem powiedział mężczyzna tworząc piaskowa trąbę powietrzną, która rozrzuciła wrogów po pokładzie. Wyciąganą ze swojego ciała miecze, jednego sobie zostawiając.
-Desert spada!- krzyknęła zamachując się prawą ręką, piasek z szybkością torpedy suną do przodu uderzając w zaskoczonych piratów. Od tyłu na ulizanego mężczyznę skoczyło par korsarzy, ale przelecieli przez jego rozpadające się ciało.
-Dajcie mi go synowie.- rozniósł się głos nadchodzącego pirata.
-Musze przyznać Crocodile, że z początkującymi dajesz sobie rade.- oznajmił rozbawiony Białobrody.-Aż się zdziwiłem, że zdołałeś złupić dwa moje statki.- dodał, wprowadzając uśmiech na twarzy swego przeciwnika.
-Czas na młodszych.- wyjawił młodzieniec chytrze się uśmiechając. Zaczął kręcić lewą dłonią w której dzierżył zdobyty miecz.
-Jeszcze ci się sączy mleko matki pod nosem, a już się chcesz rzucać na mnie?- zapytał rozbawiony postawny pirat, gdy jego przeciwnik ruszył na niego rozpadając się, przed ciosem legendy i łącząc za jego plecami. Jednak za wolno się zamachną, gdyż blok Białobrodego był na miejscu. Młody kapitan zmarszczył brwi zamachując się i wypowiadając słowa,
-Baruchan!- jednak jego prawa ręka nie dosięgła przeciwnika, który zdołał zrobić unik.
-Co jest?- mruknął Crocodile, gdy przy jednym z ataków legendarnego przeciwnika, jego ciało nie chciało się rozpaść jak należy. Przyjął ogromne ostrze przeciwnika na swoją klingę, jednak uderzenie było tak silne, iż zniosło go na drugi koniec okrętu, uderzając o balustradę rozsypał się w drobny mak. Rozbawiony postawny mężczyzna z wielkim białym wąsem pod nosem spoglądał na walkę na okręcie poniżej.
-Baby.- zachichotał.-Twoja załoga to baby Crocodile, moja matka by ich wgniotła w pokład, a jest nazbyt delikatną kobietą.- oświadczył rozbawiony.
-No pewnie, że jest.-zironizował młody kapitan i gdy się obejrzał ostrze przeciwnika z niesamowitą szybkością przejechało mu po twarzy. Nawet nie sykną z bólu. Dopiero gdy ciepła ciecz zaczęła mu spływać z rany, ciągnącej się na całej szerokości twarzy, doszło do niego, iż został zraniony. Szybko chwycił za ostrze, szum powietrza i poczuł jak pod jego lewą ręką załamuje się pokład, a ogromne ostrze się przebiło przez dębowe deski. Wrzask Cocodila rozniósł się momentalnie.
-Zjeżdżaj i opowiedz tym których spotka, że pirat wart 81 000 000 beli nie jest godzeń nawet wycierać mi dupy!!!- oznajmił rozbawiony, zaraz dodając.-Kamraci przyszykować szalupę Kapitanowi Crocodilowi i jego niedobitkom, niech wraca na odpowiedniejszym, dla niego okręcie- rozkazał legendarny pirat odchodząc od syczącego z bólu i wrzącego z nienawiści młodego pirata.
-Jeszcze się spotkamy.- wyszeptał, ruszając chwiejnym krokiem w kierunku szalupy, zostawiając tylko na pokładzie odciętą kończynę.

Wystrzał z broni palnej, śmiechy, krzyki, wrzaski, przekleństwa, chichoczące kobiety przechadzające się pomiędzy karczmami, oraz wszech obecny alkohol i dym z papierosów. Z dala od tego wszystkiego siedział mężczyzna, masujący się po wielkim złotym haku, zdobiącym jego lewą dłoń. Rozmarzonym wzrokiem wpatrywał się przed siebie.
-Zbierasz załogę?- usłyszał znajomy głos i odwrócił się w jego kierunku.
-Każdy zna sławę Shichibukai i chętnie się do mnie przyłączy.- odparł mężczyzna, mierząc nieufnym spojrzeniem sokolookiego przybysza.
-Przez tą reklamę jaką robi ci rząd, przynajmniej połowa z tutejszych chłystków powinna cię zaatakować.- zaraz dodał, a w odpowiedzi otrzymał zakrwawiony sztylecik, który mu pokazał szermierz.
-Te pijaczyny nic nie wiedzą o życiu.- stwierdził Mihawk.- Może dziesiątka z tych tysięcy jest coś wart.- dodał zaraz.
-I pracuje od teraz dla mnie.- wyjawił Crocodile wstając.-Chyba nie chcesz bym dołączył do ciebie?- zapytał marszcząc czoło.
-Bynajmniej.
-Więc po co, za mną tu przylazłeś?- zadał pytanie ulizany pirat, poprawiając płaszcz z skóry jakiegoś gada.
-Twoja zemsta.- oznajmił szermierz, na co jego rozmówca staną w pozycji gotowej do ataku.
-Spokojnie Crocodile, nie pracuje dla staruszka.- oświadczył pirat siadając na miejscu swego rozmówcy.
-Wraz z Słomianym i paroma poważnymi kryminalistami uciekłeś z więzienia. Nie udało ci się wtedy zaatakować Białobrodego, to zapewne teraz coś knujesz.-podsumował mistrz fechtunku.
-Co ci do tego?- warknął Cocodile marszcząc brwi.
-Sadzę, że teraz z swoją niesamowitą załogą, będziesz śledził Shichibukai mając nadzieję, iż natkną się na twój cel i się z nim zmierzą. –wywnioskował szermierz, ciągnąc dalej.- Wtem się do nich przyłączysz, by wraz z nimi pokonać starca.
Ulizany mężczyzna się roześmiał, spoglądając na swego rozmówce.
-Wkurzasz mnie.- oznajmił po chwili.
Sokolooki wstał i staną naprzeciw Crocodila, obaj mierzyli się wzrokiem.
-A co jeśli ci powiem, że za niedługo będziesz go mógł pokonać w pojedynkę.- te słowa zaciekawiły mężczyznę z hakiem zamiast dłoni.
-Słucham.
-Od razu brzmi lepiej, Cocodile pogromca Białobrodego, a nie sześciu Shichibukai i Crocodile pokonują legendę.- stwierdził szermierz, dalej świdrując rozmówcę.
-Jak?- padło pytanie.
-Trzeba czekać.- oświadczył Mihawk, odchodząc.
-Gdy nadejdzie czas, wyjdź z swej zapyziałej nory i zrób co będziesz chciał.-wyjawił , jednak nie dano mu było odejść, gdyż przednim zmaterializował się ulizany mężczyzna, chwytając go za kołnierz.
-W co ty pogrywasz?!- warknął Cocodile . Szermierz zmarszczył brwi, gniewnie spoglądając na byłego kompana. W końcu jego rozmówca go puścił.
-Teraz nie jesteś wstanie się zmierzyć z armadą Białobrodego, ale za niedługo...-powiedział brunet wymijając Crocodila.
-Co ty będziesz miał z jego śmierci?- zapytał ulizany mężczyzna.
-Nic szczególnego, osobiści nie kibicuje, ani tobie, ani jemu, po prostu wyrównuje szanse.- oznajmił tajemniczo, na odchodne uchylając rąbek kapelusza.
-Poczekam...- mruknął mężczyzna z hakiem.
-...i zbiorę jeszcze lepszą załogę.- dodał uśmiechając się szeroko.
Pijani piraci na jego widok od razu odzyskiwali trzeźwość, schodząc mężczyźnie z króciutką bródka i wąsikami z drogi. Wokół unosił się harmider i biesiadna muzyka. Westchną cicho widząc członków swojej załogi, zabawiających się z jakimiś panienkami w frywolnych strojach. Raczej dzisiaj nie odpłyną z tego miejsca. Będzie dobrze jak odpłyną za kilka dni. Z tego słynęła Tortuga. Piraci tu znikali bez śladu, pojawiając się po paru dniach, z pustymi mieszkami.
Usłyszał donośny głos Alana przeklinającego jakąś kobietę.
Spojrzał na swego kamrata, szarpiącego jakąś półnagą kobietę.
-Kapitanie.- doszedł go głos pierwszego, odwrócił się w kierunku brodatego mężczyzny.
-Przekonał pan go?- zapytał zaciekawiony Pedro. Ten mu tylko pokiwał, idąc dalej przez wiecznie bawiące się miasto.
-Jak pan to zrobił?- nie dał za wygraną „Uszko”.
-Powiedziałem mu prawdę.-oznajmił szermierz, spoglądając przez ramie na zdziwionego brodacz.
-Prawdę?- wydukał.
-Przemilczałem parę istotnych faktów.- dodał zaraz.
-Czyli wie tyle by snuć swe szalone plany zemsty, w wierze, że się spełnią.- wywnioskował pierwszy, spoglądając na odchodzącego mężczyznę z wielkim czarnym ostrzem na plecach.
***
Pod osłoną nocy mały statek z ornamentem lwa podpływał do wyspy, która z daleka wyglądała jak przełamany tonący okręt. Na szczycie góry, która przypominała dziób tego okrętu, płonęło gigantyczne ognisko ostrzegające nie roztropnych o konsekwencjach zakotwiczenia przy brzegu osławionej wyspy. Mimo to mała jednostka dalej przecinała fale zmierzając w stronę portu żarzącego się tysiącem świateł. Wiele ognisk płonęło również po za miastem portowym, a okręty oblegały ją jak mur.
-Wygląda ekstra.- oznajmił pod ekscytowany Luffy, gdy Thousand Sunny zakotwiczyła.
-JA KAPTAN USOPP!- zaczął hardo długonosy brunet.- zostaje pilnować okrętu.- dodał już bez takiej werwy.
-Ja mu pomogę.- zgłosił się Chopper.
-Ktoś jeszcze zostaje?- zapytała nawigator.
Reszta załogi spojrzała po sobie i pokręciła po chwili głowami.
-No to w drogę!- zawołał kapitan.
Ledwo zegar wskazywał godzinę dwudziestą, a pod niektórymi tawernami leżeli kompletnie pijani piraci, których szybko okradali wprawieni młodociani kieszonkowcy. Ulicami pełnymi świętujących korsarzy szła ósemka piratów słomianego kapelusza. Kali uznała, że najlepiej wejść do najlepiej wyglądającej karczmy i tak też zrobili. Wystrój lokalu przewyższał standardy nie jednej dystyngowanej restauracji. Fotele były obite skórą dzikich zwierząt, w rogu zasiadał kwartet smyczkowy wygrywający wesoła muzyczkę. Za ladą stał barman myjący kufle, po pomieszczeniu krzątały się skąpo ubrane kelnerki. Klientów nie było wiele, za to wyglądali na bogatych. Przy ścianach stali strażnicy z bronią palną, obserwujący nowych gości.
-Nawet w takiej dziurze jest miejsce na taki lokal.- mruknął Sanji do kościotrupa, który jeszcze przed chwilą stał obok niego. Zaczął go szukać wzrokiem i się lekko uśmiechną znajdując kompana wśród czterech grajków i wraz z nimi wygrywając pieśń gościną. Reszta słomianych podeszła do lady.
-Czego sobie życzycie?- zapytał barman pucując kieliszek.
-Informacji.- oznajmiła szatynka, w odpowiedzi gruby mężczyzna podał jej meni.
-Nie chce jeść.- powiedziała zirytowana piegata dziewczyna, wtem mężczyzna otworzył meni, gdzie znajdował się cennik. Nami zabrała skórzany zeszyt przeglądając go.
-Informacje o zamieszkałych wyspie piratach 270 beli, przybyłych piratach 2999 beli, informacje o ruchach marynarki 3000beli, informacje o poczynaniach Yonkou 5000 beli...- przerwała czytanie i spojrzała na barmana.
-To są kpiny!- warknęła, odwracając się do reszty towarzyszy.- Idziemy gdzie indziej.- zarządziła.
-Gdzie indziej niczego się nie dowiecie.- usłyszała głos barmana.- Nie bez kozery karczma się nazywa „Wieść z mórz”. Inni nawet nie będą wstanie powiedzieć kto chleje w ich barze, a co dopiero wyciągnąć od nich jakąś poważniejszą informację.- stwierdził gruby mężczyzna, biorąc kolejny kieliszek i czyszcząc go.
-Wiesz czy jest na tej wyspie Strzyga?- zapytała szatynka, barman tylko wyciągną w jej kierunku dłoń i spoglądał wyczekująco. Pomaranczowłowłosa uznała, że czas na plan „B”. Nachyliła się przed mężczyzną w ten sposób by miał dobry widok na jej pokaźny biust i zaczęła mówić przesłodzonym głosem.
-A może pan przystojniak spuści z ceny?- zapytała
-Może pan przystojniak podwoić cenę... zaraz.- odparł równie przesłodzonym głosem. Nawigator zazgrzytała zębami przekazując pieniądze mężczyźnie.
-Strzyga była na wyspie. - odparł od razu.- Jednak krążyły plotki, iż ma jakieś kłopoty i natychmiast opuściła Tortugę.
-A nie przywiozła niewolników?- zapytała Kali wpatrując się w barmana.
-Z tego co wiem, ma dziesiątkę starców jako kartę przetargową.- wyjawił mężczyzna.- Niestety nie wiem z kim chce się targować.
-To na pewno niebyło warte 2999 beli.- warczała Nami.
-Życie.- uciął krótko mężczyzna, zaraz pytając.- Może coś do picia?
-Obejdzie się.- syknęła, słysząc protesty Zoro.
-Ej taa!- cała załoga odwróciła się w stronę samotnie siedzącego mężczyznę o gęstych brwiach. –Jesteśta załogą Słomianego Kapelusza?- padło pytanie.
-Ja jestem Monkey D. Luffy.- oznajmił brunet poprawiając swój słomiany kapelusz.
-Barman, popierdułko ty.- warkną mężczyzna.- Oni piją na mój koszt.- oznajmił.
-Jak sobie pan życzy.- odparł gruby mężczyzna, spoglądając na słomianych.
-Siadajta i mówta czego wam tsza!- zarządził mężczyzna.- Jestech Calico Jack,- przedstawił się krzaczastobrewy czkając jak najęty.
-Podziwiom wos więc pijta na mój koszt ila wlezie.
Zoro zasiadł w jednej loży wraz z Kali i Luffym.
-Najlepszego trunku!- krzyknęła Kali
-Podwójnie- podpiął się zielonowłosy.
-Luffy ty też musisz spróbować.- zachęcała chłopaka szatynka.
-Wole mięso.- stwierdził brunet, lecz jego rozmówczyni nie dawała za wygraną.
-Jeżeli wypijesz tyle co ja, stawiam ci posiłek.- zachęciła, a jej rozmówca połkną haczyk.
-Ja chce tego co oni!- wrzasną chłopak bojowo nastawiony.
Przy drugim stole siedziała reszta.
-Nie wiem czy to dobry pomysł.- mruknęła Nami, Robin się tylko uśmiechnęła spoglądając na chłopaka wręcz palącego się do picia.
-Spokojnie to Luffy, nic mu nie będzie.- zapewnił Sanji.
-Tak on jest SUPER!- krzyknął Franki układając dłonie w jego firmowym geście.
Kelnerki ruszyły do rozdawania napojów, realizując każde zamówienie gości. Krzaczastobrewy głośno się śmiał na widok młodzieńca w słomianym kapelusz, tańczącym na stole, z rumem w dłoni.
-Przeca on nie umi żłopać!- stwierdził rozbawiony.
-Luffy!- warknęła Nami gdy, chłopak wskoczył na ich stół.
-Uspokój się!- zarządził kucharz zrzucając kapitana z blatu, ten załyczył parękroć porządnie zanim wstał.
-Coś ty za jeden?- wymamrotał Luffy chwiejąc się na nogach. Spoglądał niewyraźnym wzrokiem na swego kompana.- Brzydalu zapłacisz mi za to. – burknął, podnosząc pięść.- Gomu Gomu no pistolet!- krzyknął, jednak jego pięść minęła cel uderzając w sufit, a sam agresor padł na ziemie.
-Zoro!- krzyczał kapitan.- Ten przeklęty brzydal ma jakąś niesamowitą moc.- stwierdził próbując bezskutecznie wstać.
Zielonowłosy pokręcił z zażenowania głową, tak jak i kucharz.
Jednak brunet w końcu zdołał się podnieść do klenczka natychmiast wymiotując.
-Przestań!- wydyszał kapitan, zanim znów padł na ziemie.-Nie torturuj.- mruknął.
-Trzeba go zabrać.- stwierdziła Nami i wraz z Frankim i Sanjim zabrała swego kapitana, a w tle Brook grał marsz pogrzebowy.
-Jednak alkohol to nie dla niego.- stwierdziła szatynka o równie mglistym wzroku.
-Ty też masz już dość.- stwierdził szermierz.
Kobieta zmarszczyła brwi i zaraz się rozpogodziła przylegając do pirata.
-A może pokażesz mi ten czwarty miecz.- zaproponowała wspinając się na szermierza.
-Czwarty miecz?- zapytał podnosząc jedną brew do góry.
-Wiesz o czym mówię.- uśmiechnęła się frywolnie.
-Świetnie.- warczał w myślach szermierz.- Dopóki leje się za darmo alkohol po co to przerywać?
-Za szermierzy!- podniósł toast Zoro, chwytając kufel.
-Za to wypije –podchwyciła dziewczyna opróżniając swój kufel. Roronoa się lekko uśmiechną, widząc mamroczącą pod nosem dziewczynę, to był jej limit. Zielonowłosy się rozejrzał po sali, kościotrup dalej grał wraz z lokalnym kwartetem, Robin właśnie dopijała lampkę wina, słuchając opowieści krzaczastobrewiego pirata, jak to dzielnie walczył z Shanksem i przegrał zanim wyją swój miecz. Archeolog spojrzała na szermierza uśmiechając się jak to miała w zwyczaju i podnosząc kieliszek wyżej, to samo zrobił Zoro z swym kuflem by zaraz go opróżnić.
-Barman Rumu!- zawołał pirat kładąc Kali na tapczanie, a sam przeszedł do rozmawiającej pary.
***
Franki i Sanji nieśli przewieszonego na ich ramionach kapitana, za nimi z kilka metrów ciągły się jego wydłużone nogi.
-Sanji, ale gdybyś widział tego brzydala.- mruczał brunet.- A jego moc.- burknął, coraz bardziej denerwując blondyna.
-Nawet teraz w nogach czuje ciągle powtarzający się ból.- szeptał.
-Co za idiota.- warczała Nami.- Ja mu dam alkohol.- kopała gumowe nogi swego kapitana krocząc za towarzyszami.
-Czyżby Tortuga przerosła Słomianego kapelusza?- usłyszeli znany im roześmiany głos.
-Cocodile?- przerażona Nami spoglądała na mężczyznę z cygarem w ustach.
-Cholera.- mruknął blondyn, cofając się.
-Spokojnie nic wam nie zrobię.- uspokoił ulizany mężczyzna.- Kto by pomyślał, dwaj ex Shichibukai, oraz największy były ich przeciwnik na jednej wyspie.- rozbawiony dodał na odchodne Crocodile.
-Dwaj?- mruknęła nawigator.
-Mihawk.- szybko wywnioskował Sanji.
-Franki dasz rade sam go zanieś na statek?- Zapytała Nami, mężczyzna kiwnął głową.
-Sanji, trzeba ostrzec resztę.- zarządziła.
RedHatMeg

Piracki oficer

Licznik postów: 661

RedHatMeg, 19-05-2009, 14:32
Akcja nadal sie rozwija. Jestem ciekawa co knuje Mihawk? I dodatkowy punkt za pijanego Luffy'ego.
Zwierzak

Nowicjusz

Licznik postów: 13

Zwierzak, 19-05-2009, 14:58
Napisałem już osiem rozdziałów i nadal się nie wyjaśniło co knuje mistrz fechtunku. Chyba zbyt przeciągam to opowiadanie.
xxx

Wilk morski

Licznik postów: 83

xxx, 19-05-2009, 16:46
Jest świetne. Najlepszy fragment to ,,pokazywanie czwartego miecza Zoro '' :hyhy: . W pierwszych częściach bardzo skupiłeś się na tej postaci, dlatego bardzo mi się to podoba.

Zwierzak napisał(a):Eee to cienko, u mnie robią niezłe wędliny, a tu są skamieliny.


Ten rym był celowy ? Bo jeśli nie, to staraj się takich zdań unikać.
Jeżeli chodzi o treść, to strasznie podobają mi się wstawki typu Tortuga. ,,Piraci z Karaibów'' to bardzo znany film i łatwo wczuć się w klimat. No i mam nadzieje, że będzie więcej humorystycznych dialogów Tongue .
Zwierzak

Nowicjusz

Licznik postów: 13

Zwierzak, 16-06-2009, 13:05
V

Uliczkami sz?‚a tr??jka s?‚omianych, jeden z nich ni??s?‚ nieprzytomną szatynkę. Przed nimi z poniekt??rych bar??w przez nie oszklone okna wylatywali piraci, a za nimi wyskakiwali, ich oprawcy niemi?‚osiernie bijąc swe ofiary.
-Czy to nie demon w ludzkiej sk??rze?- zapyta?‚ jeden z mę??czyzn.
Na s?‚owo „Demon” Robin niemal się zatrzyma?‚a, tyle razy w przesz?‚o?›ci ją tak okre?›lano. Niszcząc jej dzieci?„stwo i powodując, ??e prawie przez dwadzie?›cia lat musia?‚a ??yć z dnia na dzie?„, uciekając przez oprawcami. Oczywi?›cie nie licząc momentu, w kt??rym zaczę?‚a pracować dla Crocodila.
-Tak to on „?owca Pirat??w” Roronoa Zoro.- Odpar?‚ drugi.
-Demon?- Zapyta?‚a archeolog.
-Ludzie lubią nazywać swoje lęki.- stwierdzi?‚ u?›miechając się dumnie.
-Mnie nigdy nikt nie nazwa?‚ demonem, a jestem martwy.- ??ali?‚ się Brook, gdy przed nim przelecia?‚ jaki?› mę??czyzna.
-?šcierwa!- warkną?‚ ?‚ysy mę??czyzna z hiszpa?„ską br??dką, przepychając się przez s?‚omianych. Jednak zatrzyma?‚ się gdy w bar, w bar star?‚ się z zielonow?‚osym. Obaj mierzyli się nieprzyjaznym spojrzeniem.
-Panie szermierzu to nie czas na walki.- odezwa?‚a się brunetka.
-Tak panie szermierzu, biegnij do swej pani z p?‚aczem.- wykpi?‚ mę??czyzna.
-Alan!- doszed?‚ ich g?‚os za plec??w ?‚ysego.
Spojrzeli na mę??czyzn bez ucha idącego w ich kierunku.
-Zostaw go, to pierwszy oficer S?‚omianego Kapelusza.- wyjawi?‚ mę??czyzna. Alan zmierzy?‚ Zoro swym gro??nym wzrokiem, zanim się odezwa?‚.
-Ten badyl poro?›nięty mchem?- burkną?‚ jakby zawiedziony.
-M??j kolega nie chcia?‚ urazić.- wtrąci?‚ Pedro.
-Ty jeste?› Castello.- odezwa?‚a się nagle Robin, wpatrując się w jednouchego mę??czyznę.
-Znasz go?- zapyta?‚ Zoro.
-S?‚ysza?‚em o kapitanie „P?‚ywającego Nagrobku”.- odezwa?‚ się Brook.- Podobno targną na ??ycie Czerwonow?‚osego.
Brodaty mę??czyzna nieznacznie zmarszczy?‚ brwi.
-Jednak wa??niejsze jest to, i?? by?‚ pierwszym oficerem w za?‚odze Mihawka, zanim on zosta?‚ Shichibukai- wtrąci?‚a archeolog.
-Soko?‚ooki jest tu?- zapyta?‚ Roronoa zaciskając d?‚o?„ na jednej ze swych katan.
-Naprawdę jeste?›cie ?????‚todzioby.- oznajmi?‚ ?‚ysy.- Czego w tym mie?›ci brakuje?- zapyta?‚.
Robin rozejrza?‚a się, po okolicy. Pe?‚no obdartus??w i innego rodzaju psubrat??w. Bary, domy uciech, kobiety flirtujące z piratami. Jednak na taką liczną armadę okręt??w kotwiczących wok???‚ wyspy, to widzieli zaledwie kilku ludzi, kt??rych mo??na by by?‚o nazwać...
-Strasznie ma?‚o tu kapitan??w.- oznajmi?‚a w ko?„cu kobieta.
-Zgadza się.- przyzna?‚ racje ?‚ysy.- Port Tortugi jest, dla nieznaczącego planktonu, kt??rego w morzu pe?‚no i dla ludzi, kt??rzy chcą się zabawić. Natomiast w g?‚Ä™bi wyspy znajduje się „Oko Lucyfera” prawdziwa per?‚a tej wyspy. Nieoficjalna stolica pirackiego ?›wiata.
-Oko Lucyfera.- powt??rzy?‚ zielonow?‚osy z demonicznym u?›mieszkiem, przekazując nieprzytomną szatynkę w ręce ko?›ciotrupa i mijając rozm??wc??w.
-Nie masz po co tam i?›Ä‡.- zatrzyma?‚ go Pedro.- Tam przebywają tylko kapitanowie i ludzie, kt??rzy co?› znaczą, a uwierz mi, nic nie znaczysz.- zapewni?‚ brodacz.
Zielonow?‚osy spogląda?‚ w zarysy g??r skrywających się pod os?‚oną nocy. Gdzie?› tam by?‚ Mihawek, najlepszy szermierz ?›wiata, jego ostateczny przeciwnik. Chcia?‚by ju?? się z nim zmierzyć, ale niema potrzeby do po?›piechu, Mihawek na pewno nie będzie go unikać, a on musi doszlifować swe zdolno?›ci. Wydarzenia z archipelagu, walka z Kuma i jego klonami da?‚a mu wiele do my?›lenia.
-A co w?‚a?›ciwie w „Oku Lucyfera” robią ci piraci, podejmują jakie?› decyzje?- zapyta?‚ Brook rozbawiając parę do?›wiadczonych korsarzy.
-Robią to co ci tu, tylko z lepszym towarem.- wyjawi?‚ Alan i wraz z swym towarzyszem zaczęli odchodzić.
-Zoro!- us?‚yszeli znajomy g?‚os za sobą i po chwili do nich dobieg?‚a Nami z kucharzem.
-Na wyspie jest Mihawk.- wydysza?‚a nawigator.
-Ju?? wiemy.- mrukną zielonow?‚osy odwracając się od g??ry.
-Nie idziesz do niego?- zapyta?‚ blondyn, jednak mę??czyzna nie odpowiedzia?‚ krocząc powoli przed siebie.
***
Szara sk??ra naciąga?‚a się coraz bardziej, a?? zaczę?‚a pękać i krwawić w wielu miejscach. Ulizany mę??czyzna pu?›ci?‚ cia?‚o, kt??re bezw?‚adnie upad?‚o na szkar?‚atną posadzkę, widzącą ju?? nie jedną zbrodnie. Mę??czyzna zapali?‚ cygaro krocząc przez ledwie o?›wietlone korytarze, na ?›cianach wisia?‚y listy go?„cze legend, nawet jego z racji tego, ??e znalaz?‚ się w?›r??d Shichibukai mia?‚o swoje miejsce na tych zbrukanych krwią ?›cianach. Zatrzyma?‚ się przy wielkim strzelistym wej?›ciu, s?‚ysząc ?›miech jednego z Imperator??w, nawet nie zamierza?‚ tam wchodzić. Wiedzia?‚ doskonale, i?? pirat kt??rego poszukuje stroni od towarzystwa, a w Jamie Diab?‚a, g?‚??wnym pomieszczeniu podziemnego kompleksu pa?‚acowego zwanego Okiem Lucyfera na pewno nie będzie przesiadywa?‚. Ruszy?‚ dalej widząc jak ?›ciany i niekt??re listy go?„cze zosta?‚y poplamione krwią. Wielu kapitan??w nie zdo?‚a?‚o wyj?›Ä‡ stąd ca?‚o. Mimo, ??e mogą tu przebywać hersztowie korsarzy, to ludzie podpadający najsilniejszym z tutejszych go?›ci po prostu ginęli.
Zeszed?‚ ni??ej mijając pomniki piętnastu pirat??w, kt??rzy czterdzie?›ci lat temu wznie?›li tą konstrukcje. Większo?›Ä‡ z nich by?‚o za??artymi wrogami Gol D. Rogera o innych za?› się m??wi?‚o, i?? byli jego mentorami. W ka??dym razie ponoć ??adnemu nie uda?‚o się do??yć czas??w, gdy Roger zosta?‚ Kr??lem Pirat??w. Mija?‚ kolejne wej?›cia do mniejszych komnat, zatrzymując się przy przedostatniej. U?›miechną się s?‚ysząc ten powa??ny g?‚os. Wszed?‚ do pomieszczenia, gdzie przy stole zasiadali piraci, a na honorowym miejscu Mihawk z nogami opartymi o blat sto?‚u. Crocodile spojrza?‚ po towarzystwie w jakim się obraca jego by?‚y kompan.
-Co ty robisz z tymi dobrymi samarytanami?- zapyta?‚ zatrzymując spojrzenie na Sokolookim. - Mo??na by pomy?›leć, ??e tworzysz alternatywę, dla Shichibukai.
W pomieszczeniu zapad?‚a cisza, kt??rą po chwili przerwa?‚ mistrz fechtunku.
-Rozmawiam ze starymi znajomymi.- o?›wiadczy?‚.-Nawet je?›li to są p?‚otki.- mrukną?‚ wpatrując się w go?›cia.-Nagroda większo?›ci z nich jest wy??sza, ni?? za twoją g?‚owę.- stwierdzi?‚ szermierz rozbawiając co poniekt??rych zebranych.
-Nie kpij!- warkną?‚ mę??czyzna z szramą na twarzy. –Co ty planujesz!?
-Je?›li chcesz pos?‚uchać plan??w pirat??w powiniene?› udać się do Jamy Diab?‚a.- o?›wiadczy?‚ Mihawk zdejmując nogi ze sto?‚u. Crocodile zmarszczy?‚ brwi, powtarzając swe pytanie.
- Co planujesz?
Szermierz wsta?‚ od sto?‚u mierząc rozm??wce przenikliwym wzrokiem.
-Na razie nie musisz wiedzieć, ale je??eli będziesz na tyle dobry, to wykorzystasz szanse jaka się nadarzy, byle tylko nie wyjd?? za wcze?›nie z swej nory.- o?›wiadczy?‚ , spoglądając na zbli??ającego się ulizanego mę??czyznę.
-Wiesz co się stanie, je??eli dwaj piraci znajdujący się na li?›cie Baala będą walczyć w tym pa?‚acu?- zapyta?‚ brunet unosząc lekko kącik ust do g??ry.
-Kto powiedzia?‚, ??e cię zabije, ma??e cię tylko po torturuję.- odpar?‚ Crocodile marszcząc brwi.
-M??wisz tak jakby?› mnie pokona?‚, zanim walka się zaczę?‚a.- stwierdzi?‚ Mihawk, dodając.- Gdy zaczniemy, ??aden z nas stąd ??ywy nie wyjedzie i to bynajmniej nie z powodu, ??e jeste?›my r??wni, bo tak nie jest.
Mę??czyzna z hakiem zamiast d?‚oni zazgrzyta?‚ zębami, wiedzia?‚ ,??e walka z Sokolookim będzie na tyle d?‚uga, by wparowa?‚o tu kilku innych figurant??w z listy Baala i ich po prostu rozdzielą na wieki, wiek??w amen. Szermierz zasiad?‚ na swoim miejscu, spoglądając na mę??czyznę z szramą wzd?‚u?? twarzy, kt??ry teraz analizowa?‚ sytuacje.
-Nic ci z gr????b, w tym pa?‚acu.- odezwa?‚ się mistrz fechtunku.- Nawet Kr??l Pirat??w nie walczy?‚ z nikim na terenie kompleksu.
-Szanując zasady czeko?‚ na zewnątrz, na ch?‚ystka kt??ry zaszo?‚ mu za sk??rę i znajdowo?‚ się na li?›cie Baala- doda?‚ jeden z obecnych pirat??w.
-Dowiem się co knujesz, wcze?›niej, czy p????niej.- warkną?‚ Crocodile wychodząc z komnaty.
-A tak konkretnie, ?‚o co mu się rozchodzi?‚o aaa?- zapyta?‚ pirat z krzaczastymi brwiami. Mihawk zignorowa?‚ pytanie i przeszed?‚ od razu do meritum.
-W?‚a?›nie chce wam z?‚o??yć propozycje.- odezwa?‚ się szermierz ?›widrując wzrokiem, ka??dego z obecnych pirat??w. G?‚adzi?‚ d?‚onią z?‚oty krzy?? na ?‚a?„cuszku w kt??rym by?‚ ukryty ma?‚y sztylecik. Tylko jeden z nich znajdowa?‚ się na li?›cie Baala, spojrza?‚ na mę??czyznę z niemal??e po?‚Ä…czonymi brwiami. Tak jak pozostali, tak i ten staruch s?‚yną z tego, i?? często pomaga?‚ ludziom. Jednak lepiej, dla niego i reszty by pozytywnie rozpatrzyli jego pro?›bę bo będzie musia?‚ być pierwszym, kt??ry z?‚amie zasadę nietykalno?›ci Demon??w Zniszczenia na terenie „Oka Lucyfera”. Co?› mu m??wi?‚o, ??e to tylko formalno?›Ä‡, wa??niejsza rozmowa go dopiero czeka. Jednak mimo wszystko puzzle jego uk?‚adanki powoli się uk?‚ada?‚y w jeden wieli obraz, przedstawiający naprawdę Dantejskie sceny.
***
S?‚o?„ce wszystkich zbudzi?‚o po cię??kiej nocy na wyspie bezdomnych pirat??w.
-Musze dokopać do dupy temu brzydalowi.-smęci?‚ kapitan, krocząc bez ??ycia po pok?‚adzie.- Wody!- zawy?‚
-Ile razy mam ci powtarzać, ??e to przez alkohol!- warkną?‚ Sanji.
Brunet powa??nie się zdziwi?‚ i zmarszczy?‚ brwi.
-Alkohol to z?‚o , z?‚oooo.- mrucza?‚, dodając -Wody!
Kosmaty lekarz poda?‚ mu szklankę wype?‚niona zieloną cieczą.
-Co to?- zapyta?‚ kapitan.
-To lek na twoją przypad?‚o?›Ä‡.- o?›wiadczy?‚ Chopper.
Na rufie odpoczywa?‚a Kali, a przygrywa?‚ jej Brook.
-Dobrze, ??e to się tylko sko?„czy?‚o b??lem g?‚owy, a nie czym?› więcej.- stwierdzi?‚ muzykant. Szatynka pokiwa?‚a g?‚ową i spojrza?‚a na dzi??b, gdzie drzema?‚ szermierz.
-Wielka szkoda.- mruknę?‚a, zaraz dodając.- S?‚ysza?‚am, ??e dowiedzieli?›cie się o Oku Lucyfera.- zagadnę?‚a dziewczyna.
-Pierwszy oficer „P?‚ywającego Nagrobka” nam powiedzia?‚.- wyjawi?‚ ko?›ciotrup.
-P?YWAJĄCEGO NAGROPKA!- krzyknę?‚a dziewczyna.
-Sokolooki jest tu.- wywnioskowa?‚a chwytając swą szpadę i szybko się ogarniając.
-Kali-chwan gdzie idziesz?- zapyta?‚ kucharz niosąc jej cisto.
-Wyr??wnać rachunki.- wyjawi?‚a przeskakując przez balustradę okrętu.
-Zaczekaj nie mo??esz i?›Ä‡ sama.- zawo?‚a?‚ blondyn skacząc za dziewczyną. Pomaranczow?‚osa spogląda?‚a na odp?‚ywających towarzyszy.
-Gdzie oni się udają?- zapyta?‚a Brooka.
-Gdy tylko dowiedzia?‚a się, ??e jest tu Sokolooki postanowi?‚a wyr??wnać rachunki.- odpar?‚
-??e co!?- krzyknę?‚a nawigator obracając się do reszty za?‚ogi.
-S?‚uchajcie Kali ruszy?‚a na wyspę by zmierzyć się z Mihawkiem!- ledwo wypowiedzia?‚a imię by?‚ego Shichibukai, a rozni??s?‚ się plusk za balustradą. Nami wychyli?‚a się by ujrzeć wynurzającego się szermierza p?‚ynącego w stronę pla??y.
-ZORO! Nie mo??esz i?›Ä‡ sam, zgubisz się!- warknę?‚a, jednak zielonow?‚osy jej nie s?‚ucha?‚.
-Podzielcie się jako?› i przeszukajcie wyspę, ja idę za tym kretynem!- wyda?‚a komendę pomaranczow?‚osa wskakując do wody.
-IDIOTA!- warcza?‚a wbiegając na pla??ę doszczętnie przemoczona. Zauwa??y?‚a towarzysza biegnącego w stronę portu.
-Czekaj Zoro!- zawo?‚a?‚ ruszając za szermierzem, ten się zatrzyma?‚ i niecierpliwie stuka?‚ stopą czekając na towarzyszkę. Ledwo dobieg?‚a do niego, a on ju?? ruszy?‚.
-Gdzie jej chcesz szukać?- zapyta?‚a kobieta pr??bując dogonić fechtmistrza.
-W okolicy tego ca?‚ego Oka Lucyfera.- wyjawi?‚ zielonow?‚osy.
-Co!? Nie ma mowy, nie wpuszczą nas!- warcza?‚a dziewczyna za mę??czyzną.
***
Luffy wraz z Robin i Frankim biegli przez miasto, w stronę centralnej czę?›ci wyspy, dok?‚adnie w miejscu gdzie okręt w kszta?‚cie g??ry się prze?‚amywa?‚.
-Do Oka Lucyfera!- wrzasną kapitan nie mogąc się doczekać by doj?›Ä‡ do tego miejsca.
-Panie Kapitanie nie wiemy, czy tam jest w?‚a?›nie Oko Lucyfera.- odezwa?‚a się archeolog.
-W?‚a?›nie po zatem mamy szukać, Kali.- wtrąci?‚ cie?›la, wraz z brunetem rozpychając się w?›r??d pirackiej ha?‚astry. Wielu z tych pijak??w zatacza?‚o się, albo by?‚o niesionych przez swych bardziej trze??wych towarzyszy, pod?›piewując, lub burkając pod nosami. Mimo t?‚oku, na ulicach posuwali się bez problemowo, większo?›Ä‡ i tak się przewraca?‚o przez najmniejsze popchnięcie. Dopiero się zatrzymali , gdy drogę zagrodzi im znajomy starzec ciągnący dwa cia?‚a.
-Staruszku dobrze ??e cię widzę.- odezwa?‚ się Luffy.- Nie widzia?‚e?› mo??e mojej towarzyszki Kali, piegata szatynka, z szpadą?- zapyta?‚ spoglądając na zad??ganych ros?‚ych mę??czyzn.
- Taa, sunę?‚a, a?? się za nią kurzy?‚o w strona lasu.- odpar?‚ w swoim stylu, upuszczając jedno z cia?‚ i wskazując kierunek.
-A im co się sta?‚o?- zada?‚ pytanie Franki.
-?oj na boga, te psy odciep?‚y propozycje mego kamrata, a jo im wskazo?‚ drogę do nieba.- odpar?‚ podnosząc upad?‚e cia?‚o.- Dobrze tak od czasu, do czasu rozruszać te spruchnia?‚e sto?‚y.- doda?‚ na odchodne krzaczastobrewy.
- Calico Jack- mruknę?‚a archeolog, da?‚a by sobie g?‚owę uciąć, ??e gdzie?› s?‚ysza?‚a te imię. Co gorsze imię to nie kojarzy?‚o jej się z niczym mi?‚ym.
***
Nie spokojnie oddycha?‚, robiąc niepewne kroki. Ka??dy zamglony wzrok mijanego cz?‚owieka wzbudza?‚ niemal zawa?‚ serca, a by?‚o ich tam wiele. Omal nie wyzioną ducha jak przednim pad?‚ jaki?› zapity szatyn.
-Spokojnie.- mrukną?‚ Chopper, r??wnie?? stawiając niepewne kroki.
-Kapitan Usoppe niczego się nie boji.- wyszepta?‚ brunet rozglądając się woko?‚o czy czasem kto?› go nie us?‚ysza?‚.- Nie opowiada?‚em ci jak sam raz powali?‚em mieszka?„c??w s?‚ynnej na ca?‚y ?›wiat wsi „Nie trze??wych wojak??w”?- wyszemra?‚ d?‚ugonosy powoli przekraczając le??ących na ziemi pirat??w.
-Patrzcie.- odezwa?‚ się Brook wskazując swą laskę na jeden z budynk??w.- Kali.- doda?‚ zaraz.
-Nie mo??e być.- wyszepta?‚ Chopper.
-Boziu.- zaskamla?‚ brunet.
***
Bieg?‚a za nim jak szalona, bez wytchnienia, gdy nagle się zatrzyma?‚, a ona dobi?‚a do jego plec??w. Nie krzyknę?‚a, ani nie opierniczy?‚a, zna?‚a ten wyraz twarzy. Skoncentrowany, zmru??one lekko oczy i ??renice powoli krą??ące po okolicy. Czasami zdawa?‚o się jej, ??e on ma sz??sty zmys?‚. Ju?? zbyt d?‚ugo z nim podr????uje by nie zauwa??yć i?? zielonow?‚osy ma dar do wykrywania niebezpiecze?„stw, a raczej nadzwyczaj wyostrzone zmys?‚y. Tym razem szermierz się nie pomyli. Gdy tak stali w samym ?›rodku lasu, z p???‚nocy nadciąga?‚ mistrz fechtunku. Zadr??a?‚a na samą my?›l, ??e będzie teraz ?›wiatkiem walki pomiędzy nimi. Przyjrza?‚a się mę??czy??nie z kr??tką br??dką, wąsikami, przenikliwym wzrokiem, oraz wielkim czarnym ostrzem na plecach. Ten w?‚a?›nie mę??czyzna jest jedynym szermierzem, kt??ry pokona?‚ Zoro. To szrama z pojedynku z Sokolookim zdobi pier?› jej kompana od obojczyka po skosie ciągnie się a?? do pasa. Jednak by?‚y Shichibukai najwidoczniej ich nie zauwa??y?‚ spokojnie krocząc przed siebie. Wstrzyma?‚a oddech, gdy zielonow?‚osy zrobi?‚ ma?‚y krok do przodu, mog?‚a dostrzec wzmocniony zacisk na rękoje?›ciach i naciągnięte mię?›nie. Zrobi?‚ kolejny krok jednak pu?›ci?‚ swe katany, a w tym momencie zatrzyma?‚ się Sokolooki odwracając się w ich stronę, masując się po z?‚otym krzy??u.
-Te?? tak my?›lę.- odezwa?‚ się Roronoa, na co Mihawk lekko podni??s?‚ kancik ust do g??ry i odwr??ci?‚ się w stronę w kt??rą podą??a?‚.
-Nie rozumiem?- odezwa?‚a się Nami.- O co chodzi?‚o z tym naszyjnikiem w kszta?‚cie krzy??a?- zapyta?‚a spoglądając na towarzysza.
-W tym naszyjniku jest sztylet, najmniejsze ostrze w jego arsenale przeznaczone, dla ?????‚todziob??w.- wyjawi?‚ mę??czyzna rozglądając się czujnie po okolicy.
-Ale ty nie jeste?› ?????‚todziobem.- stwierdzi?‚ pomaranczow?‚osa.
-Nie.- odpar?‚ kr??tko, dodając.- Ale to by?‚a czytelna sugestia, co on my?›li o moich obecnych mo??liwo?›ciach.- sko?„czy?‚ wyja?›niać chwytając ponownie za swe rękoje?›cią. Niedaleko przednimi wybieg?‚a z le?›nej kniei szatynka.
-Sokolooki!- krzyknę?‚a szybko wyjmując szpadę z pochwy.
-CO ta kobieta wyrabia!?- sykną?‚ zielonow?‚osy, wyjmując swe katany.
-Kali, nie atakuj go!- krzyknę?‚a Nami, gdy jej towarzysz w?‚o??y?‚ sobie w usta rękoje?›Ä‡ trzeciego ostrza.
Szatynka bieg?‚a na swego przeciwnika, pchnę?‚a swe purpurowo-czarne ostrze do przodu lecz na jej drodze ju?? znalaz?‚ się ma?‚y sztylecik, z rękoje?›cią w kszta?‚cie krzy??a. Mę??czyzna nie odezwa?‚ się tylko spogląda?‚ na nią tym przenikliwym wzrokiem, jakby samym spojrzeniem mia?‚ ją pokonać, odpierając kolejną pr??bę ugodzenia go. Musia?‚ przyznać, ??e zgrabnie porusza?‚a klinga, jednak daleko jej by?‚o do mistrzostwa. Kolejne jej pchniecie sparowa?‚, czując poka??ny nap??r na swym ostrzu.
-Chcesz mi z?‚amać sztylet?- pad?‚o pytanie, jednak dziewczyna nie zdo?‚a?‚a odpowiedzieć, ratując się skokiem w bok przed szybkim cięciem fechtmistrza.
-Zabije- wysycza?‚a przez zaci?›nięte zęby, lecz jej przeciwnik b?‚yskawicznie ruszy?‚ w jej kierunku gotowy zadać jej ko?„cowe pachnienie, gdyby nie przeszkoda kt??ra wzię?‚a na siebie ten cios. Zoro z ca?‚ych si?‚ trzema katanami zatrzyma?‚ sztylet Sokolookiego.
-To nie czas na naszą walkę.- odezwa?‚ się mę??czyzna.
-Razem go wyko?„czymy!- krzyknę?‚a piegata ruszając na by?‚ego rządowego pirata.
-Nie, s?‚ysza?‚a?› co powiedzia?‚!- warkną?‚ zielonow?‚osy przesuwając wzrok na szatynkę.
-Ale...- przerwa?‚ jej Roronoa.
-Nie zostanę najlepszym szermierzem, pokonując go wraz z twoją pomocą!- oznajmi?‚ wcią?? napinając z ca?‚ych si?‚ mię?›nie, by powstrzymywać ostrze jego rywala, kt??ry mimo niefrasobliwej postawy nadal napiera?‚. Zoro spojrza?‚ na dr??ące d?‚onie, lewa jeszcze nie dosz?‚a do siebie po starciu z tamtym Shichibukai, ale prawa?
-Dlatego to nie czas.- us?‚ysza?‚ Mihawka.- Dlatego powoli ca?‚e twoje ciao dr??y. Oczywi?›cie nieroztropnie by?‚o by z mojej strony walczyć z tobą tym sztyletem, ale nie jest to nie mo??liwe. Ty natomiast czujesz, ??e co?› jest nie tak, wiesz to Zoro. Dlatego mam, dla ciebie zadanie zanim się zn??w spotkamy.- oznajmi?‚ mistrz fechtunku.
Zielonow?‚osy spogląda?‚ na bruneta, z niema?‚ym zdumieniem.- O co mo??e mu chodzić?- zastanawia?‚ się.
-Znajd?? przeciwnika, nie dla ciebie, przeciwnika, kt??rego nie mo??esz pokonać, naturalnego wroga szermierzy i się z nim zmierz.- wyjawi?‚ mę??czyzna chowając sw??j sztylet w naszyjniku.
-Skoro to przeciwnik silniejszy od mnie, to co ma mi przynie?› ta walka, po za ?›miercią rzecz jasna?- zapyta?‚ szermierz marszcząc brwi.
-Dopiero na granicy ??ycia, gdy niema wyj?›cia, cz?‚owiek pokazuje na co go naprawdę stać i odkrywa potencja?‚, kt??ry w nim zawsze drzema?‚.- odpar?‚ Mihawk odchodząc.
-I co pos?‚uchasz jego rady?- warknę?‚a oburzona piegata.
-A znasz lepszego mentora?- odpar?‚ pytaniem na pytanie.
-Jeste?› nienormalny, ale je??eli prze??yjesz tą pr??bę przynajmniej będziesz doskona?‚ym sojusznikiem w walce z nim.- stwierdzi?‚a dziewczyna.
-A gdzie Sanji?- Zapyta?‚a Nami, kt??ra dopiero teraz uzna?‚a, ??e mo??e wyj?›Ä‡ do przyjaci???‚.
-U??y?‚am swych wdzięk??w i go og?‚uszy?‚am, le??y za drzewem.- odpar?‚a Kali, spuszczając wzrok.
-Idiota.- mrukną?‚ szermierz.
-Wybaczcie przeze mnie macie same k?‚opoty, a moja obsesja sprowadzi tylko na was nieszczę?›cie.- przepraszającym tonem odezwa?‚a się piegata.
-Lecz to nie usprawiedliwia cię by?› bi?‚a swych towarzyszy.- oznajmi?‚a Nami.
-Ale ja go nie uderzy?‚am.- zaprzeczy?‚a dziewczyna, gdy zza drzewa wyszed?‚ blondyn m??wiąc.
-Ju?? minę?‚o dziesięć minut, czas na drugiego ca?‚usa.- zaćwierkota?‚, zaraz powa??niejąc na widok trojga kompan??w. Do kucharza podesz?‚a nawigator odwracając się w stronę piegatej dziewczyny.
-Kali następnym razem się nie zastanawiaj, tylko og?‚usz go w ten spos??b!- warknę?‚a uderzając mę??czyznę w krocze. Zoro przymru??y?‚ oczy cicho sycząc na widok dogorywającego kucharza.
-My?›lisz, ??e ona jest o niego zazdrosna?- zapyta?‚a szatynka, a w odpowiedzi otrzyma?‚a zaprzeczenia udokumentowane kolejnymi kopniakami.
-Je?›li to by?‚a zazdro?›Ä‡, to nigdy nie chce sprowokować do tego kobiety.- oznajmi?‚ szermierz, stając w pozycji gotowo?›ci na d??więk ?‚amiącej się ga?‚Ä…zki. W ich stronę wyszed?‚ Luffy, archeolog i cie?›la.
-W ko?„cu was znale??li?›my.- oznajmi?‚.- To teraz mo??emy i?›Ä‡ do Oka Lucyfera!- zarządzi?‚ kapitan
-Nie ma mowy!- warknę?‚a Nami.- Tam na pewno jest Crocodile i Mihawk, oraz B??g wie kto jeszcze
-Po zatem musimy ruszać by dopa?›Ä‡ Strzygę.- wtrąci?‚a Kali.
-Kali-chwan ma rację.- wystęka?‚ le??ący kucharz. Luffy westchną z rezygnacją.
-No dobra.- mrukną?‚ -Wracamy na okręt.- rozkaza?‚ i reszta ruszyli w drogę powrotną, s?‚ysząc skomlenie blondyna.
-Nie zostawiajcie!
***
Na pok?‚adzie statku na resztę czeka?‚ Usopp z Brookiem i Chopperem, ka??dy z nich mia?‚ grobowe miny na widok powracających towarzyszy.
-Uwa??ajcie!- ostrzeg?‚ d?‚ugonosy wskazując na szatynkę.- To Kali...- zaczą?‚ się jąkać, gdy tylko piegata wesz?‚a na pok?‚ad.- ...pso „Strzyga” Ryu

[ Dodano: 2009-07-15, 19:43 ]
[size=150]
VI

Wszyscy stali zszokowani spoglądając na list go?„czy wart 172 miliony beli.
-Porwa?‚a?› swojego dziadka i kaza?‚a?› za sobą gonić?- odezwa?‚ się zdziwiony Luffy.
-Nikogo nie porwa?‚am. Ryu to moje rodzinne miasto moi bliscy zginęli w czasie potyczki Mihawka z Shanksem, zosta?‚ mi jedynie starszy brat.- odezwa?‚a się dziewczyna, odwracając się do reszty za?‚ogi. -Po prostu mieszka?„cy mi pomogli. Wiedzieli, ??e nie mam szans sama pokonać ??adnego z nich, a moją za?‚ogę zdziesiątkowa?‚ jeden z Imperator??w. Gdzie mog?‚am szukać pomocy jak nie u ludzi, kt??rym uda?‚o się pokonać jednego z Shichibukai.- zako?„czy?‚a sw??j monolog niepewna reakcji s?‚omianych.
-Więc to ty zabi?‚a?› ludzi, z tamtej wioski.- odezwa?‚a się Robin. Szatynka przez chwile milcza?‚a, a?? w ko?„cu się odezwa?‚a.
-Znacie przys?‚owie, „nie przyrządzisz omletu bez zbicia paru jaj”?- oznajmi?‚a, jednak po minach za?‚ogi mog?‚a się domy?›lić, i?? nie są przekonani.
-Zoro mo??e potowarzyszysz mi w mojej krucjacie przeciw Mihawkowi?- zapyta?‚a dziewczyna, lecz ten tylko prychną pod nosem.
-A mog?‚o być tak przyjemnie.- powiedzia?‚a krocząc w stronę dziobu.- Na pewno się jeszcze spotkamy!- oznajmi?‚a wyskakując za burtę.
-Gonimy ją?- zapyta?‚ Usoppe,
***
Ponury ornament w kszta?‚cie nagrobka straszy?‚ morskie fale, za?‚oga okrętu pracowa?‚a jak w ukropie, gdy na mostku sta?‚a tr??jka ludzi.
Mę??czyzna o ostrzu z rękoje?›cią w kszta?‚cie krzy??a spogląda?‚ na swych kamrat??w. Wszystko pracowa?‚o jak nale??y, zawsze tak by?‚o. Oni woleli harować ni?? my?›leć o nadchodzącym starciu, tym bardziej, ??e czeka ich za nied?‚ugo nie lada wyzwanie.
-Co takiego jest na wyspie Rodos?- odezwa?‚ się Alan.-Często tam p?‚ywają okręty marynarki.- zaraz doda?‚.
-Na Rodos jest pewien kolos, a raczej ca?‚a masa kolos??w.- wyjawi?‚ tajemniczo szermierz.
-Kolos??w?- powt??rzy?‚ ?‚ysy pirat, drapiąc się po g?‚owie.
-Uwierz mi na pewno ju?? nie raz ich widzia?‚e?›.- stwierdzi?‚ kapitan.
-Ich, czyli kogo?- dopytywa?‚ się Alan Jons, gdy pierwszy oficer zaczyna?‚ rozumie o co chodzi jego prze?‚o??onemu.
-Pacyfista.- o?›wiadczy?‚ Mihawk odwracając się do zaskoczonego towarzysza.
-Cyborgi na wz??r Kumy?- upewnia?‚ się Alan.
-Tak, są dwa miejsca na ?›wiecie gdzie je tworzą.- wyjawi?‚ mistrz fechtunku podchodząc do balustrady.
-Jest nas za ma?‚o na taką eskapadę.- stwierdzi?‚ Pedro, a Alan pokiwa?‚ g?‚ową.
-Musimy zrobić szum by sprowadzić na siebie ca?‚Ä… tutejszą marynarkę.- wyklarowa?‚ Sokolooki.- Gdy rząd będzie nas ?›ciga?‚ wtedy, s?‚omiani spokojnie przep?‚yną ten region.- doda?‚.
-Je??eli tak im będziemy u?‚atwiać ??ycie w tedy nic nam po nich.- stwierdzi?‚ Alan.
-Marynarka to najmniejsze z zmartwie?„ tych szczeniak??w.- odpar?‚ brunet schodząc z mostku, kierując się do swej kajuty.
Parę ?›wiec o?›wietla?‚o jego cztery kąty. Podszed?‚ do kredensu, na kt??rym sta?‚o jedno zdjęcie. Przyjrza?‚ się fotografii pary marynarzy. Pokręci?‚ g?‚ową. Jaki cz?‚owiek trzyma fotografie wrog??w. Wbi?‚ wzrok w kobietę obejmującą postawnego szatyna. Mia?‚a swą z?‚otą katanę przywiązaną do kimona, a jej partner trzyma?‚ platynowe ostrze w wolnej ręce.
-Najlepsi z po?›r??d najlepszych.- odezwa?‚ się do siebie. Pamiętając ten dzie?„, w kt??rym jego miecz i umiejętno?›ci zosta?‚y uznane za jeszcze lepsze.
Spogląda?‚ na kobietę, kt??ra pad?‚a na kolana, spluwając karmazynową cieczą. Nie rozumia?‚ jej zupe?‚nie, nie ona by?‚a jego celem nie chcia?‚ z nią walczyć, a mimo wszystko uparcie chcia?‚a mu przeszkodzić. Kruczow?‚osa wyprostowa?‚a się, a jej bia?‚e kimono w waniliowe lilie na wysoko?›ci uda stawa?‚y się szkar?‚atne. Delikatne d?‚onie dzier??ące z?‚otą katanę dr??a?‚y i bynajmniej nie ze strachu o swe ??ycie, a raczej z ?›wiadomo?›ci, z przera??ającej ?›wiadomo?›ci, ??e nie powstrzyma swego przeciwnika, kt??ry chce dopa?›Ä‡ jej ukochanego.
-Keiko jeste?› s?‚aba, to ju?? nie te czasy...- zaczą?‚ Mihawk, lecz przerwa?‚a mu kobieta.
-Milcz!- krzyknę?‚a, zaciskając mocniejszy u?›cisk na nefrytowej rękoje?›ci.- Czy jego nauki zupe?‚nie nic dla ciebie nie znaczą?- zapyta?‚a po chwili.
-Nie zrobi?‚em nic nie honorowego.- odpar?‚ oburzony Sokolooki.- Od pierwszej pora??ki z nim i zanim udzieli?‚ mi wskaz??wki, o?›wiadczy?‚em, ??e następnym razem go pokonam- wyklarowa?‚ podnosząc w jej kierunku czarną g?‚ownie.
-Więc nie st??j mi na drodze, pokonam go, a to czy wcze?›niej oddasz za Montezume ??ycie niczego nie zmieni.- spokojnie oznajmi?‚ mę??czyzna krocząc w kierunku kruczow?‚osej.
-Nie mo??esz.- wyszepta?‚a podnosząc klingę i przyjmując pozycje defensywna.- On nie da się pokonać, prędzej zginie w pojedynku, ni?? się podda. On nie uznaje pora??ek
-Skoro tak, to nie odrzuci mojego wyzwania, nawet jak zginiesz, wiec poco?- spyta?‚ Mihawk zatrzymując się przed przeciwniczką.
-By mia?‚ jeszcze jeden pow??d by cię pokonać!!!- odpar?‚a z krzykiem rzucając się na zaskoczonego tą odpowiedzią mę??czyznę. Brzdęk stali uderzającej o posadzkę i upadającego cia?‚a roznios?‚o się po pomieszczeniu. Sta?‚a sama nie wię??ąc w to co się sta?‚o. R??wnie zdziwiony by?‚ sam le??ący szermierz, kt??remu bro?„ zosta?‚a wytrącona z d?‚oni.- Jak ?????‚todzi??b!- wrzeszcza?‚ na siebie w my?›lach. Szybko pochwyci?‚ ostrze skryte w krzy??u, by sparować cięcie Keiko. Skoncentrowa?‚ się na pojedynku mimo, ??e ona nie by?‚a celem to by?‚a kolejnym przeciwnikiem na jego ?›cie??ce do tytu?‚u najlepszego. Nie po to wed?‚ug wskaz??wki Montezumy przeby?‚ wzd?‚u?? i wszerz wyspę Quatre, walcząc z ka??dym jej ??ywio?‚em, by pa?›Ä‡ od cięć jego ??ony, przed samym celem.
-Do?›Ä‡ Kliko!- rozni??s?‚ się g?‚os postawnego mę??czyzny, w bia?‚ym mundurze marynarki z p?‚aszczem przewieszonym przez ramie.
-Nie, nie chce patrzeć na twoją ?›mierć.- rozpaczliwym g?‚osem odpar?‚a.
-Mo??e i jestem samolubny walcząc, z ka??dym kto ??uci mi wyzwanie, ale ty nie jeste?› lepsza, chcąc po?›więcić swe ??ycie niewiedzą nawet czy jest wstanie mnie pokonać.- oznajmi?‚ Montezuma podchodząc do kruczow?‚osej tuląc ją.
-On nie wygra.- zapewni?‚ ją mę??czyzna.

Od?‚o??y?‚ zdjęcie na miejsce, ciągle wpatrując się w kobietę, kt??ra zapewne do teraz nie opu?›ci?‚a Dojo Marynarki w kt??rym go pokona?‚.
-On nie wygra.- powt??rzy?‚ Sokolooki.- Nawet nie wiedzia?‚ jak du??e to by?‚o k?‚amstwo.- doda?‚ siadając na pryczy. Tak w?‚a?›nie wygląda ??ycie cz?‚owieka z byt wielkimi aspiracjami, ma się zdjęcia wrog??w na kredensie, a w pamięci największych rywali i ludzi ??yczących ci ?›mierci. Po?‚o??y?‚ się w ko?„cu z postanowieniem przespania się, przed kolejną bitwą.
***
Blondyn w czarnym garniturze przemierza?‚ w raz z nawigator d??unglę. Wiedzieli, ??e statek na kt??rym uciek?‚a Strzyga zakotwiczy?‚ przy brzegu. Chcieli ją z?‚apać by jeszcze wyja?›nić parę niedopowiedzianych kwestii.
-Nawet nie poda?‚a prawdziwego imienia.- mruknę?‚a Nami.- Kalipso, brzmi jako?› strasznie.- stwierdzi?‚a odciągając od siebie dzikie pnącza zwisające z wysokich drzew pokrytych mchem. Nagle się zatrzymali jak us?‚yszeli szelest, coraz g?‚o?›niejszy, krzaki się porusza?‚y w ich stronę, wtem przed nimi pomiędzy pniami przebieg?‚a szatynka, wygląda?‚a jakby przed czym?› ucieka?‚a i to co?› bardzo ją wystraszy?‚o.
-Kali...- usta Sanjego zakry?‚a jego towarzyszka, by nie wydoby?‚ ani tonu więcej.
-Ona przed czym?› ucieka.- stwierdzi?‚a pomaranczow?‚osa. Kucharz zmarszczy?‚ brwi widząc co?› czarnego przemykającego krzakami obok niego. B?‚yskawicznie się odwr??ci?‚ i kopną swą towarzyszkę z p???‚obrotu, ta pad?‚a na ziemie z g?‚o?›nym jękiem.
-Przepraszam! Nie kontroluje swego cia?‚a.- krzykną, gdy powietrze przerwa?‚ charakterystyczny ?›miech.
- Kishishishi... oczywi?›cie g??wniarzu, ??e nie kontrolujesz swego cia?‚a, bo ono się porusza jak cie?„ mu ka??e.- g?‚os dochodzi?‚ daleko z g?‚Ä™bi d??ungli.
-Moria.- wyszepta?‚a przera??ona Nami.- Na tej wyspie muszą być wszyscy Shichibukai.- stwierdzi?‚a natychmiast wstając, kurczowo ?›ciskając swoją bro?„. Wypatrując swego prawdziwego wroga,
za wysokimi drzewami. Kucharz b?‚yskawicznie ruszy?‚ na dziewczynę.
-Uciekaj!- zawo?‚a?‚ mę??czyzna, kt??ry zamachną się na swą towarzyszkę, lecz ta zdo?‚a?‚a zrobić unik, odturlają się od kucharza. W tym momencie zap?‚onę?‚y drzewa w okolicy.
-Psia krew.- warkną Moria wybiegając zza p?‚onących drzew, a nad nimi przelatywa?‚y p?‚onące pociski.
-Usopp.- pomy?›la?‚a pomaranczowow?‚osa wietrząc szansę. –Thunder bolt tempo!- krzyknę?‚a i z przygotowanej wcze?›niej atramentowej chmury wystrzeli?‚ piorun w wysokiego bladego mę??czyznę. Jednak b?‚yskawica uderzy?‚a w czarną podobiznę Shichibukai, kt??ry wynurzy?‚ się z cienia jej blond towarzysza.
-Sanji!- krzyknę?‚a dziewczyna, lecz zanim Moria zdo?‚a?‚ się schylić po cie?„ jej kompana wpad?‚ w niego chuchrowaty mę??czyzna z d?‚ugim rapierem w d?‚oni.
-To ju?? dw??ch.- rozleg?‚ się g?‚os, a po chwili z zaro?›li wyszed?‚ Zoro z ciemnozieloną bandaną za?‚o??oną na g?‚owie i z trzema katanami gotowymi do dzia?‚ania.
-Tak poka?? im Zoro, jak cię uczy?‚ kapitan USOPPE!- rozni??s?‚ się krzyk wydawa?‚o by się z ka??dej strony.
-Parszywe kundle.- warcza?‚ Moria wstając i przed sobą widząc blondyna zapalającego papierosa. Na ten widok blady mę??czyzna z szpiczastymi zębami za?›mia?‚ się w charakterystyczny spos??b, a jego cie?„ zaatakowa?‚ przeciwnika, zamieniając się w wę??a. Kucharz pr??bowa?‚ kopnąć stwora, lecz jego noga przelecia?‚a przez niego na wylot, roz?›mieszając Gecko jeszcze bardziej.
-Nami, Usopp znajd??cie resztę musimy się stąd zmywać!- rozkaza?‚ zielonow?‚osy omijając pchnięcia swego cherlawego przeciwnika.
-Nie damy wam zn??w uciec- oznajmi?‚ mę??czyzna z wąsami zaplecionymi w warkocze. Zoro się tylko lekko u?›miechną.
-Nie prosi?‚em o ?‚askę, sam sobie wytnę drogę.- poinformowa?‚ tnąc dwoma katanami w rapier przeciwnika by go odsunąć na tyle, ??eby m??g?‚ ciąć ostrzem trzymanym w ustach. Jednak przeciwnik nie by?‚ w cienie bity i zdo?‚a?‚ się uchylić, jednocze?›nie kopiąc Zoro by go od siebie odsunąć.
-Podobno moja Kalipso p?‚ywa?‚a z wami.- odezwa?‚ się nowy nabytek Shichibukai, zaskakując swego przeciwnika.
-Twoją Kalipso?- powt??rzy?‚ mę??czyzna z bandaną na g?‚owie, wsadzając dwie katany do pochwy i trzymając je na wysoko?›ci bioder.
-To moja siostrzyczka nie wspomina?‚a o starszym bracie?- zapyta?‚, zaraz dodając.- Jestem Sam „Chirurg” Ryu.- przedstawi?‚ się powoli podchodząc do przeciwnika.
- Nitou-Ryuu iai Rashoumon!- krzykną?‚ Zoro i b?‚yskawicznie ruszy?‚ na przeciwnika, b?‚ysk ostrzy, d??więk ?›cieranej się stali i ju?? para wrog??w sta?‚a plecami do siebie.
-Szybko.- mrukną?‚ Sam odwracając się w stronę przeciwnika.
- Spokojnie po trzydziestu dniach parali?? ustąpi.- wyjawi?‚ weso?‚o, gdy poczu?‚ b??l na klatce i spojrza?‚ na swą szarą koszule, kt??ra powoli nabiera?‚a odcieni czerwieni.- Rzeczywi?›cie szybko.- powiedzia?‚ zdumiony spoglądając na prostującego się szermierza, z ma?‚Ä… raną na biodrze, nad jego g?‚ową przelecia?‚ kucharz, kt??rego jeszcze w powietrzu dopad?‚ cie?„ oplątując go jak boa dusiciel swą ofiarę.
-Chirurg! Przyszed?‚e?› tu na pogawędki?- zapyta?‚ starszy sta??em Shichibukai, w tym momencie Sanji zaczą?‚ wirować, a cienisty wą?? rozpryskiwa?‚ się po okolicy, a?? w ko?„cu kucharz by?‚ wolny.
Roze?›miany Gecko sta?‚ pomiędzy drzewami przyglądając się poczynaniom przeciwnik??w.
-Nana-Juu-Ni Funt Hou!- krzykną?‚ Zoro podnosząc dwie katany nad ramiona i zamachując się w powietrze tworząc energię, kt??ra cię?‚a powietrze w kierunku przeciwnik??w i tak parę na?›cie razy. Odg?‚osy pękających i zwalających się drzewa roznios?‚y się po g?‚uszy strasząc ptactwo i okoliczna zwierzynę.
-W nogi!- zadecydowa?‚ Roronoa odwracając się od stosu drzew zawalonych na bladym piracie. Blondyn przez chwile się waha?‚, ale uzna?‚ propozycje towarzysza za sensowną, w ko?„cu gdzie?› tam by?‚a sama Nami. Z pod drzew wype?‚z?‚y czarne wę??e, ?‚Ä…cząc się w jeden cie?„ wielkiego mę??czyzny o spiczastych uszach, natomiast sam Moria sta?‚ w bezpiecznym miejscu. Chirurg te?? wype?‚z?‚ za jednego z pniak??w, nabierając do swego przeciwnika większego respektu i coraz większej chęci by go pokonać.
***
Jego sk??ra mia?‚a odcie?„ czerwieni i się dymi?‚a, coraz cię??ej dysza?‚ szukając wrog??w. Przed chwilą czę?›Ä‡ lasu zniknę?‚a, ale jego przeciwnika przez czarny dym ?‚atwo namierzyć. Roze?›miany mę??czyzna od kt??rego odchodzi?‚y smoliste p?‚omienie, zaczą?‚ podchodzić do cię??ko dyszącego przeciwnika. Co gorsza gdzie?› tu jest drugi jego wr??g.
-Kaihou!.- krzykną czarnobrody, a drzewa, kt??re chwile temu jego ciemno?›ci wessa?‚y wystrzeli?‚y w kierunku s?‚omianego. Luffy b?‚yskawicznie się przemieszcza?‚ po między lecącymi przeszkodami znacząc trasę dymem jakie wytwarza?‚o jego ciao. Wtem przednim pojawi?‚ się postawny mę??czyzna z ręki kt??rego wystrzeli?‚o sprę??one powietrze w kszta?‚cie kocich ?‚apek. Z sykiem pocisk rozbi?‚ się o cia?‚o bruneta, kt??rego znios?‚o, daleko w g?‚Ä…b d??ungli poro?›niętej wysokimi drzewami. Brunet uderzy?‚ z hukiem w sekwoje prze?‚amując ją. Trzaski ?‚amiącego się drzewa towarzyszy?‚y sapaniom wstającego ch?‚opak, kt??ry natychmiast skoczy?‚ rozpaczliwie do przodu, s?‚ysząc za sobą uderzenie w miejsce gdzie sta?‚. Odbi?‚ się d?‚onią od pod?‚o??a, by stanąć naprzeciwko wysokiego mę??czyzny z czapką z uszami.
-Nie wygrasz, czym d?‚u??ej z nami będziesz walczy?‚, tym pewniejsze, ??e kto?› z twojej za?‚ogi padnie.- beznamiętnym g?‚osem odezwa?‚ się Bartholomeo. S?‚omiany zazgrzyta?‚ zębami, mierząc przeciwnika rozgniewanym wzrokiem. Jednak jego przeciwnik mia?‚ racje, a co gorsza z nad koron drzew widzia?‚ jak się zbli??a?‚ czarny dym. Brunet chwyci?‚ się szybko dw??ch najbli??szych pni, rozciągając d?‚onie i je naciągając robiąc z swego cia?‚a katapultę, wystrzeliwując się w stronę swego okrętu.
***

Czw??rka rządowych pirat??w wysz?‚a na klif, skąd mog?‚a oglądać odp?‚ywający statek z banderą, na kt??rej widnia?‚a trupia czaszka w s?‚omianym kapelusz. Przed tą czw??rka sta?‚ Chirurg, a na g?‚azie obok siedzia?‚ chichoczący Moria.
-Kuma teleportuj się na ich okręt!- warkną?‚ czarnobrody.
-Nie ma potrzeby.- odezwa?‚ się Gecko patrząc kontem oka na swych towarzyszy.-To koniec S?‚omianych. – doda?‚ wstając i patrząc na odp?‚ywający okręt, reszta natomiast wpatrywa?‚a się pod nogi Shichibukai kt??ry nie posiada?‚ cienia.
-Kishishishi...- dalej chichra?‚ się blady mę??czyzna, odwracając się w stronę kamrat??w.- Odpocznijmy zanim zn??w kogo?› napadniemy.- zaproponowa?‚ rozbawiony pirat, krocząc w stronę lasu, mijając postawnego mę??czyznę z skrzyd?‚ami anielskimi i d?‚ugą czarną kolumną w ?‚apie.
***

Paru marynarzy jak zwykle obchodzi?‚o teren wok???‚ mur??w, inni stali przy armatach ukrytych w fortyfikacjach, czę?›Ä‡ obserwowa?‚o teren z baszt co jaki?› czas wystających z nad budowli. Mur otacza?‚ wielki kompleks obsiany magazynami i innymi tego typu budynkami. Jedne z mę??czyzn z lunetą w d?‚oni, poprawi?‚ swoją czapkę z daszkiem, z napisem „Marynarka” i zaczą?‚ się rozglądać po okolicy. Nagle miną jaki?› kapelusz z pi??rem powr??ci?‚ natychmiast w te miejsce, obni??ając nieco lunetę, by ujrzeć jednego z by?‚ych Shichibukai wraz z za?‚ogą zmierzających w ich kierunku.
-Juracule Mihawk się zbli??a!- wydar?‚ się marynarz.
-Bracia czas na ma?‚Ä… batalie!- krzykną?‚ Alan niezmiernie ciesząc się na my?›l o przysz?‚ej bitwie. Czu?‚ się jeszcze lepiej widząc jakie zamieszanie spowodowali w forcie. Kilku szermierzy wysz?‚o przed resztę pirat??w wraz z kapitanem na czele, w tym czasie o sobie da?‚y znać dzia?‚a z fortyfikacji oddając salwę w kierunku intruz??w. Kule jednak nie dolecia?‚y do celu, znoszone przez energie kt??rą wyzwoli?‚y ostrza pirackich szermierzy, nie czekając drugiej salwy piraci ruszyli z okrzykiem wojennym na ustach w stronę muru. Rozleg?‚ się odg?‚os strza?‚??w, ?›wisty kul zaczę?‚y szumieć nad g?‚owami pirat??w „P?‚ywającego nagrobka”. Kolejny wystrza?‚ i urywane jękach konających korsarzy, padających na ziemię. ?ysy mę??czyzna z hiszpa?„ską br??dką wyskoczy?‚ w powietrze, omijając w ten spos??b eksplozje. Wylądowa?‚ turlając się, zanim wsta?‚ przednim wyros?‚y ogromne kamienie o kt??re rozbi?‚y się kolejne pociski, a za kt??rymi się zaczęli chować jego towarzysze.
-Dobra gamonie!- zaczą?‚ Alan wrzeszcza?‚ z ca?‚ych si?‚ by zag?‚uszyć odg?‚osy eksplozji.- Byle doj?›Ä‡ muru!- doda?‚ opierając się o g?‚azy kt??re znik?‚y i wszyscy zn??w ruszyli przed siebie. Za ich plecami wcią?? powietrze cię?‚y sierpy energii, niszczące większo?›Ä‡ pocisk??w wroga. ?ysy mę??czyzna sykną?‚ z b??lu, gdy jedna z kul marynarki drasnę?‚a go w ramię. Do fortyfikacji mia?‚ parę krok??w, rzuci?‚ się na nie dotykając ?›ciany, i ca?‚a budowla znik?‚a, a piraci mogli bez pardonu wkroczyć do kompleksu na oczach zszokowanych marynarzy. Alan podni??s?‚ się trzymając w ręce gar?›Ä‡ piachu, gdy w jego kierunku wysz?‚y dwa cyborgi. Rzuci?‚ w nich piachem, kt??ry chwile potem powiększy?‚ się kilkaset razy zasypując roboty pod stertą powiększonych wielokrotnie ziarenkach piachu.
-Dobra robota.- oznajmi?‚ jednouchy mę??czyzna wyprzedzając Alana.
-Unieruchomi?‚em dwa cyborgi, ciekawe ile ty zdo?‚asz!- krzykną?‚ ?‚ysy za swym towarzyszem. Jednak ich przeciwnicy nie zamierzali się poddawać i wraz z kilkoma kopiami ogromnego mę??czyzny w czapce z uszami ruszyli w kierunku intruz??w.
-No to teraz się zaczę?‚o!- o?›wiadczy?‚ ucieszony pirat jednak mina mu zrzed?‚a jak zaczę?‚y wychodzić kolejne odzia?‚y wspierane przez Pacyfist??w. Po chwili wiązki ?›mierciono?›nego ?›wiat?‚a zaczę?‚y dziesiątkować pirat??w, kt??rzy się rozbiegli.
- Ostrzeliwać pirat??w zza pacyfist??w!- krzykną jaki?› marynarz.
-Wytoczyć dzia?‚a!- ni??s?‚ się rozkaz z innej strony, gdy magazyny przecią?‚ b?‚Ä™kitny strumie?„ energii powodując eksplozje niekt??rych z nich. Z zawalających się budowli wybiegli ludzie, inni wyskakiwali przez okna spowici p?‚omieniami i wydających ze siebie nieludzki skowyt. Kolejne salwy przecina?‚y powietrze, przerzedzając zastępy korsarzy. Jasne strumienie ?›wiat?‚a co chwile wystrzeliwa?‚y z ust postawnych cyborg??w ostrzeliwujących pirat??w, kt??rzy chowali się za prowizorycznymi barykadami z powiększonych ziaren piachu.
Krzyki konających towarzyszy brutalnie przerywane kolejną wiązką ?›wietlistego promienia dochodzi?‚y jego uszu. Zauwa??y?‚ Alana jak minimalizuje jednego z Pacyfist??w, by zaraz szale?„czo deptać teren gdzie ??w ofiara powinna się znale??ć. Pierwszy oficer na czele ma?‚ej grupki bieg?‚ przez magazyny zostawiając wybuchowe prezenty, natomiast reszta robi?‚a co mog?‚a by zabić i nie dać się trafić. ?šcisną mocniej rękoje?›Ä‡ swojego Kokoutou Yoru, koncentrując się przed kolejnym zamachnięciem. Onyksowe ostrze przecię?‚o powietrze, w b?‚yskawicznym tempie. Zanim ktokolwiek się obejrza?‚, nasępi?‚a eksplozja za eksplozją, rozrzucając mechaniczne ko?„czyny po okolicy. Alan wyjrza?‚ za prowizorycznej barykady widząc szalejące języki ognie. Ju?? mia?‚ krzyczeć do swych kamrat??w, by dobijali niedobitk??w, gdy w morzu p?‚omieni zauwa??y?‚ wysokie sylwetki, niewzruszone kroczące do przodu.
Eris

Szczur lądowy

Licznik postów: 3

Eris, 19-07-2009, 15:56
Dość ciekawe, zastanawia mnie co ten Mihawk planuje. Moc tego Alan też całkiem fajna. No i atak na fabrykę Pacyfistów to dopiero karkołomne zadanie. Krótkie starcie słomianych z Shichibukai oraz jakiś niecny plan Mori też na plus, mimo że troszkę łato uciekli. O błędach nie powiem bo asem w ty nie jestem, lecz miej świadomość że SĄ.
Zwierzak

Nowicjusz

Licznik postów: 13

Zwierzak, 12-08-2009, 15:14
VII

W gustownie urządzonym biurze siedział postawny mężczyzna, jak zwykle przy jego boku znajdowała się koza wcinająca papier. Głównodowodzący poprawił swoją czapkę z mewą, wczytując się w raport. Podniósł wzrok w kierunku mężczyzny w białym mundurze i z płaszczem narzuconym na ramiona.
-Archiwa?- zadał pytanie.
-Wiemy tylko o zniknięciu akt z egzekucji.- zaczął oficer.- Natomiast to co się tyczy ściśle tajnych projektów i lat pościgu za Gol D. Rogerem jest tak wymieszane, że jeszcze nie możemy stwierdzić co jeszcze znikło.
-Jak do tego doszło?- drążył Admirał Floty.
-Mamy kilku podejrzanych, którzy ostatnio nazbyt się zbogacili.- odparł komandor.
-Psia krew!- warknął Sengoku.- Czy na tym świecie nie ma uczciwych ludzi!- dodał przykładając dłoń do czoła.
- Aokiji wie?- po chwili się odezwał dowódca.
-Tak.- odparł krótko oficer, zaraz dodając.- Wiceadmirał Garp również wyruszył w tamte rejony.
-Doskonale.- mruknął głównodowodzący podając raport kozie, która od razu zaczęła konsumpcje papier.
-Wielu ludzi zapłaciło by sporo za informacje jakie teraz posiada Mihawk.- odezwał się Komandor. – Na przykład Rewolucjonista Dragon.- podał przykład spoglądając na swego przełożonego, który zastanawiał się nad czymś.
-Można założyć, że współpracują.- odezwał się w końcu Sengoku, spoglądając na mapę wiszącą na ścianie .- Sokolooki jest zapewnie wycieńczony, a jego załoga zdziesiątkowana.- dedukował głównodowodzący.- Giant, Komir i Yamakai operują w rejonie zmożonej działalności rebelii. Momonga lepiej trzymać w rezerwie, Onigumo i Strawberry gonią za jednym z imperatorów, więc może...- mówił do siebie Admirał floty, w końcu odsuwając wzrok od mapy i wbijając spojrzenie w podkomendnego.- Niech Doberman za cel sobie weźmie Mihawka.- wydał rozkaz mężczyzna z brodą uwiązaną w długi warkocz. Komandor zasalutował i od razu udał się do wyjścia.
-Nie jest dobrze.- mruknął do siebie mężczyzna.- Ponownie zbliża się koniec.
***
Słomiani niemal miesiąc pływali od wyspy, do wyspy nie zatrzymując się na niech dłużej, niż to było konieczne. Z obawy przed rządowymi piratami uciekali i ukrywali się tak jak wtedy, gdy napadł ich Kizaru na Archipelagu Sabaody. Jednak po tak długim czasie i braku okrętu Shichibukai na horyzoncie, załoga uznała, że może zatrzymać się dłużej na następnej wyspie. Statek z ornamentem lwa zakotwiczył za wielką wyspą, ukrywając się przed niepowołanym wzrokiem. Zanim dopłynęli ,widzieli dużo zdewastowanego terenu na północy, oraz dymu na wschodzie, w kierunku którego postanowili się udać. Przemierzali równiny, gawędząc wesoło. Chyba po raz pierwszy od starcia z Shichibukai rozluźniła się atmosfera. Brook dogrywał maszerującym, wraz z lekarzem wyśpiewując tekst piosenki. Archeolog dokładnie studiowała teren w poszukiwaniu czegoś ciekawego, jednak niczego oprócz dymu na wschodzie wydobywającego się z małego zalesionego terenu, nie było. Obok niej kroczył cieśla gwiżdżąc w rytm wygrywanej muzyki. –Zjadłbym coś- zawył Luffy.
-Sanji, dla mnie pilnuje statku.- odezwała się nawigator, a zielonowłosy pokręcił głową z politowania.- Może w tamtej osadzie coś będzie.- dodała nawigator.
-Za tych drzew nic nie widzę.- mrukną Usopp spoglądając przez swoją lornetkę wmontowaną w kask.
-Oby mieli mięso.- zakomunikował kapitan przyśpieszając kroku.
W niedługim czasie doszli do swego celu. Ku ich zdziwieniu był to na szybko robiony obóz. Ludzie leżeli pod gołym niebem, wokół paliły się ogniska, większość z mieszkańców wyglądała na wygłodniałych i jakby nie myła się przez dobry miesiąc. Na widok nieznajomych, cała miejscowa ludność niemal zamarła. Wyglądali jakby chcieli uciec, ale wiedzieli, że nie zdołają.
-Czego jeszcze chcecie!- warknął łysy starzec podchodząc do załogi wspierając się na drewnianej lasce.- Nie za dużo złego już uczyniliście?!
-Dopiero przypłynęliśmy.- odezwała się Nami.
-Czyli nie jesteście tymi szalonymi piratami co napadli tutejszą bazę marynarki.- wywnioskował starzec.
-Na tej wyspie jest baza marynarki?- zapytał przerażony kosmaty lekarz.
-Była.- sprostował miejscowy.- Dokładnie dwadzieścia dni temu jacyś obcy piraci przybyli i napadli na bazę. Przez cały ten czas marynarka się z nimi zmagała. Nie długo potem cała wyspa zamieniła się w pole bitwy. Ponoć miał tu też przypłynąć sam wiceadmirał Doberman, ale wpadł na Czerwonowłosego, który jak niesie wieść poszukuje jakiegoś pirata.- wyjaśnił starzec ciągle stukając laską o ziemię.
-Shanks szuka jakiegoś pirata.- mruknął Luffy.- Może mu chodzi o mnie.- wywnioskowała.
-Te psubraty nadal są na wyspie, niszcząc instalacje marynarki.- żalił się starzec.
-Jak to?- zdziwiła się pomarańczowowłosa spoglądając gniewnie na Zoro. Ten tylko pokręcił głową.
-Nie widzieliśmy żadnego okrętu.-dodała nawigator.
-Te wieprze skryły swoją łajbę w zalewie Rodosa.- wyjawił starzec.- Tam nie dojrzysz okrętu z żadnej strony.- wyjaśnił.
Reszta ludzi widząc, że przybysze nie maja złych zamiarów rozluźniła się i powróciła do swych zajęć. Nagle od północy, doszło do eksplozji i zaraz ponownie się powtórzyły raz, za razem coraz głośniej.
-Znów coś zniszczyli.- warknął sędziwy mężczyzna spoglądając na swych rozmówców.- Jestem Kasper Runak zarządca Rodos.- przedstawił się wbijając wyczekujące spojrzenie w przybyszy.
-Mnkey D. Luffy
-Nami...- w słowo nawigator wzeszedł Kasper.
-Jesteście załogą Słomianego Kapelusza?!- na te słowa ludzie ponownie wyglądali na spanikowanych.
-Spokojnie nic nikomu nie zrobimy.-zapewniała pomarnaczowłosa.
-To samo mówiła Strzyga w imię tego jej kapitana.- warkną starzec.
-Jest tu Kalipso?- zdziwiła się dziewczyna .
-I jej kapitan.- mruknął Zoro spoglądając w stronę unoszącego się purpurowego dymu.
-Po co ona tu była?- zapytał Usopp.
-Kazała nam uciekać jak najdalej od bazy, bo jej kapitan chce tu zrobić mały porządek.- oznajmił Runak drapiąc się po łysinie.
-A kto jest ich kapitanem?- zapytał Luffy marszcząc czoło, coraz mniej mu się to podobało. Kalipso wydawał się być dobrą towarzyszką, dopóki nazywała się Kali. Gdy znają jej prawdziwą tożsamość stała się jakby inną osobą.
-Nie wiemy, ale możecie ich znaleźć na północy.- oznajmił starzec.
-Ruszamy.- postanowił kapitan.
-Chcesz walczyć z tymi piratami?- zrezygnowanym głosem odezwała się nawigator , wymijana przez Zoro, który już ściskał jedną ze swych katan. – Zapominacie, że tu płynie wiceadmirał?- przypomniała.
-Wiceadmirał!- powtórzył lekarz i Usopp.
-Shanks na pewno dał mu do wiwatu.- odparł brunet poprawiając słomiany kapelusz. Niestety na nikim nie robiło wrażenia zawodzenie trójki kompanów, którzy z głośnym westchnieniem ruszyli za swymi towarzyszami.
Przechadzali się w ciszy pomiędzy trupami, marynarzy, w śród nich leżały również zwłoki piratów. Niektóre ciała były zmasakrowane, kończyny zabitych walały się im pod stopami. Zauważyli kilka znajomych głów Pacyfistów, wprawione oko Zoro od razu mogło stwierdzić, iż spora ilość z tych cyborgów padła od ręki wprawnego szermierza. Mijali porozrzucane szczątki magazynów, które tu i wódzie płonęły. Różnoraka broń , od arkebuzów, poprzez strzelby, do armat obsiały cały teren. Jednak po za nimi nigdzie nie widzieli żywego ducha. Miejsce wyglądała jęk przerażający skansen pola bitwy. Chopper i długonosy brunet trzymając się siebie, przemieszczali się za towarzyszami, gdy kosmaty coś wyczuł.
-Są przednimi.- oznajmił renifer, cała załoga przyspieszyła kroku idąc w kierunku krańca klifu. Dopiero tam zobaczyli okręt z białą banderą z pękniętą czaszką, przebitą przez czarne ostrze. Zoro kciukiem podważył jelec wysuwając nieco miecz z pochwy. Co nie umknęło uwadze reszcie. Z gęstwiny po prawej strony doszły ich zawodzenia i w tamtym kierunku się udali. Przebiegli poprzez krzaki i zarośla dobiegając do stromego zejścia, na którym ujrzeli garstkę piratów.
-To Sokolooki.-oznajmiła Robin, widząc na samym dole byłego Shichibukai i jego ludzi niosących rannych. Wśród tej garstki Usopp dojrzał piegatą szatynkę.
-Kalipso jest z nimi.- mruknął zdziwiony brunet. Wszyscy ze zdziwieniem przyglądali się załodze „Pływającego nagrobka”, która szykowała się do odpłynięcia. Mistrz fechtunku szybko im znikną z oczu wchodząc pod pokład, jeden z jego towarzyszy wydawał rozkazy, a ich była towarzyszka weszła na rufę i spojrzała na strome wejście. Każdy ze słomianych mógł ujrzeć ją gdy machała z odpływającego okrętu.
-O co tu chodzi?- zastanawiał się cieśla pamiętając dobrze historyjkę jaką im opowiedziała.
-Mihawk to zaplanował.- wydedukował Usopp.
-Tylko po co?- zadała pytanie Nami, nie otrzymując odpowiedzi. Każdy się w ciszy zastanawiał.
-Ja jestem tylko ciekawy, czy Mihawk wie, że brat Kalipso jest nowym Shichibukai- odezwał się Zoro marszcząc brwi, na widok odpływającego okrętu z szatynką na jego pokładzie.
-Jej brat jest Shichibukai?- zdziwili się wszyscy.
-Możliwe, że walczy na dwa fronty.- odezwała się Robin.
-Jeśli tak, to oznacza, że Sokolooki ma na pokładzie tykającą bombę.- Stwierdził Franki.
***
W kajucie panowała cisza, świece oświetlały czworo rozmówców. Na dębowym krześle obitym skórą lamparta siedział zamyślony brunet, kryjąc wzrok za rąbkiem kapelusza z pióropuszem. W rogu pomieszczenia przed mapą, tyłem do reszty stała szatynka, kątem oka uważnie lustrując resztę. Alan przeklinając pod nosem obwijał sobie ramie bandażem, gdy pierwszy oficer spoglądał wyczekująco na kapitana. Sytuacja na Rodos wymknęła się z pod kontroli, marynarka i Pacyfiści dali im popalić.
-Ile nas zostało?- odezwał się w końcu Sokolooki.
-Koło trzynastu, w tym pięciu rannych.- zdał raport Pedro.
-Kalipso.- na dźwięk swego imienia natychmiast się odwróciła, w stronę szermierza.- Miałaś ich obserwować, a nie prowadzić za rączkę i to w taki sposób.-dodał Mihawk
-Tak było najprościej.- stwierdziła uciekając przed palącym wzrokiem kapitana.
-Już i tak tego nie zmieniki.- mruknął łysy mężczyzna.- Po zatem byli na Rodos kiedy odpływaliśmy.- dodał kończąc bandażować ramie.
-Tak...- pierwszy przerwał swą wypowiedź, gdy do kajuty kapitańskiej wbiegł jeden z piratów.
-Cze... Czerwonowłosy na horyzoncie.- wydyszał korsarz, zaskakując całą czwórkę.
-Co za fart.- mruknęła Strzyga. Pedro spojrzał znacząco na łysego mężczyznę z meksykańską bródką, który głośno westchną udając się do wyjścia.
-Dobra gluty!- krzykną jeszcze w progu.- Wciągnąć żagle jełopy nędzne! Przygotować trap!- wydawał rozkaz, za rozkazem Alan zamykając drzwi kajuty.
-Zoro, jak go oceniasz?- zadał pytanie Juracule spoglądając na piegatą kobietę.
-Ma coś w sobie.- odparła, widząc jednaka wzrok dowódcy dodała.- Posiada dużą odporność ciała, prawie natychmiast cofnęło mu się odrętwienie, gdy dziabną go „Chirurg”.
-To mu może przeszkadzać w ćwiczeniu jakie mu zadałem.- powiedział do siebie szermierz wstając.- Chodźmy ugościć jednego z Yonkou.- oznajmił kapitan, przed którym drzwi otwarła Kalipso.
Okręt z kanciastym ornamentem węża właśnie zatrzymał się obok jego jednostki. Alan w swoim wulgarnym stylu popędzał swych podkomendnych by jak najszybciej umieścili trap na miejscu. Po drewnianym moście szedł tylko jeden pirat, w tej swojej białej koszuli i czarnym płaszczu założonym na ramiona. Spojrzał w jego kierunku z niemałym uśmieszkiem. Sokolooki westchną, znał ten uśmiech.
-Przynieście sporo rumu.- rozkazał szermierz spoglądając na przybysza.
-Porządny z ciebie gospodarz.- oznajmił Czerwonowłosy.
-Chodź do mojej kajuty.- zaproponował Sokolooki ruszając w rzeczonym kierunku.
-Przed piciem igraszki .- zażartował Shanks poruszając brwiami.
***
Siedziała przy stole, dając się pieścić promieniom słońca, gdy zastanawiała się jak umieścić Archipelag Zguby na mapie. Od miejscowych z Rodos dowiedzieli się, że trzysta wysp archipelagu jest rozsianych przed nimi. Nie mogli zostać dłużej na Rodos by nie kusić losu i spotkać wiceadmirała, więc uznali iż popłyną w stronę archipelagu. Podniosła wzrok znad zaczętej mapy by rozejrzeć się wokół. Gdzie nie spojrzała widziała zarys wysp.
-Zakotwiczymy przy tamtej, nie tamtej ,czekaj, nie mogę się zdecydować!- krzyczał Luffy.
Nie było szans by zwiedzić każdą wyspę, wiedząc, że ciągle dyszą im na plecach rządowi piraci. Jednak potrzebowali w końcu gdzieś się zatrzymać naprawdę na dłużej.
-Wiem!- krzyknął brunet.- Tamta, bo wygląda jak dorodne prosie!- oznajmił wskazując na pagórkowatą wyspę.
-Gdzie on tam widzi prosie.- szemrała dziewczyna, spoglądając na ich miejsce przyszłego odpoczynku.
-Zoro widzisz coś!- krzyknęła Nami wznosząc wzrok do bocianiego gniazda.
Mężczyzna odłożył ciężary na bok podchodząc do jednego z okien, wraz z lunetą. Przyjrzał się wyspie widząc małe miasto, gdy tak rozglądał się po pagórkach wyspy zauważył za jednego z nich maszt z flagą. Już gdzieś widział ten znak.
-Można cumować, ale lepiej uważać!- oznajmił uśmiechając się złowieszczo. Podniósł swe katany i natychmiast zeszedł z masztu na pokład.
***
Mężczyzna szybkim krokiem opuszczał kajutę swego rywala. Czerwone włosy rozczochrał wiatr, gdy wchodził na rampę, chwile potem jak z niej zeszedł rozpadła się na tysiące drzazg. Usłyszał głos zawodzącego Alana.- Dzięki naszemu gościowi jełopy macie zbudować nowy trap!
Do Shanksa podszedł Ben zaciągając się papierosem i wypuszczając szare obłoczki dymu.
-Gdzie...- pierwszemu nie dał dokończyć dowódca, niemal mordując bruneta wzrokiem.
- Tortuga.- mruknął kierując się w stronę kajuty. Chwycił za klamkę i spojrzał na jednostkę dryfującą obok, widząc bruneta w kapeluszu bacznie go obserwującego odezwał się.
-Daleko nie odpływaj, jeszcze pogadamy!- oznajmił czerwonowłosy.
-Mam nadzieje, że będzie to miła i konstruktywna rozmowa!- odparł Mihawk jednak jego rozmówca nie odpowiedział wchodząc do swej kajuty.
Do mistrza fechtunku podszedł brodaty mężczyzna ,a zaraz zanim łysy.
-Jak udała się rozmowa?- zapytał Pedro spoglądając na odpływający okręt.
-Nie udała się.- odparł kapitan.
-Jak myślicie gdzie płyną?- zastanawiał się głośno Alan.
-Na Torturę.-uznał pierwszy, a szermierz tylko lekko pokiwał głową.
-Kazać ładować działa?- zapytał mężczyzna z hiszpańską bródka.
-Nie mamy większości załogi, jedna druga co przeżyła jest ranna, jak chcesz walczyć?- warknął pierwszy,
-Ale nie może przecież dopłynąć do Tortugi. – zaczął Alan.- To będzie nasz koniec. Tym bardziej, iż Słomianego umieszczono po tej hecy w Impel Down na „Liście Baala” wypychając Jeana Laffite’a z niej.- przypomniał łysy.
- Żaden z „Demonów destrukcji” nie uzna nowego króla wiedząc o twych poczynaniach i zamiarach.- oświadczył brodacz spoglądając na herszta.
-Shanks nie dopłynie do Tortugi.- odparł kapitan zaciekawiając słuchaczy.- W połowie drogi na Tortuge czeka na niego nasz przyjaciel.- Odezwał się tajemniczo.
-Przyjaciel?- mruknęła zdziwiona Kalipso.
-Ja wiem, że on od początku swej kariery nigdy nie zawalił zlecenia, w końcu by go nie nazywali „Zabójcą Kapitanów” ale Shanks?- powiedział pierwszy wyczekując odpowiedzi przełożonego.
-Spokojnie.- mruknął Mihawk odrywając wzrok od okrętu rywala.- Jack ma mu tylko wyklarować, iż miną się ze Słomianym i że nie zdąży mu na ratunek jeśli popłynie na Tortugrę.- wyjawił mistrz fechtunku odwracając się do załogi.
-Żagle na maszt!- krzyknął
-A jak on uzna, że Luffy jest wystarczająco silny by sobie poradzić.- odezwała się szatynka, sprowadzając na siebie wzrok pozostałej trójki. Sokolooki opuścił wzrok zastanawiając się nad słowami młodej towarzyszki.
- On wie tak jak ja, że na tym morzu jest sporo silniejszych od słomianego czy nawet mnie .- odezwał się w końcu Mihawk.- Marynarka utajni wszystko jeśli Shanks dopłynie na Tortuge, ale sam fakt, iż ktoś odważył się sięgnąć po tytuł powinno wprowadzić wystarczający chaos. Nie mówiąc o tym, że jeżeli po tym uda się zrobić coś wielkiego Demony będą musiały się zemną zgodzić.- dodał udając się w stronę kajuty.
-Co się tak boczysz Kalipso?- zadał pytanie dziewczynie Alan, nie dając jej odpowiedzieć kontynuował.- Właśnie swoim wysiłkiem zapisujemy karty historii wypełnione moimi przekleństwami.- oznajmił dumnie spoglądając na resztę załogi.
-Tępe wymoczki myślicie że wystarczy opuścić żagle i statek sam będzie płynąć?!- wydarł się mężczyzna.- Co za szczur lądowy was spłodził?!- żalił się łysy idąc w kierunku steru, dziewczyna odprowadziła go wzrokiem i rozejrzała się po okręcie napotykając wzrok Pedra.
-Mam nadzieje, że nie przyzwyczaiłaś się zbytni do słomianych.- odezwał się po krótkiej chwili pierwszy oficer.
-Nie rozśmieszaj mnie.- odparła.- Poza szermierzem nikt mnie tam nie interesuje.- zapewniła, udając się do kuchni.
1 2
Subskrybuj ten wątek Odpowiedź