Więc tak. budzę się pewnego ranka. Nadmienić muszę, iż to nie była pobudka z rodzaju tych przyjemnych. Pierwsze, co się obudziło, to wątroba.
I to nie było przyjemne.
Następne, co wstało, to język, który zaczął głośno domagać się dowodnienia, uprzednio wylazwszy z jamy gębowej, w sobie tylko znanym celu. Po zinfiltrowaniu obszaru (zwanego potocznie dookołem), stwierdził, że się tak bawić sam nie będzie i obudził mózg.
Oj, długo proces ten trwał, i boleśnie był okropny, ale udało się.
Mózg się obudził. Choć, jak się po chwili przekonały pewne jego zakamarki - nie w tym samym komplecie, co dzień wcześniej. Paru kuzynów brak - pewnie ich do łagrów wzięli, żeby tam chleb mielili, czy co tam szare (za)komórki robią po nocach.
W tym momencie obiekt (tzn: ja) chciał wyrazić światu swój wielki ból. Oj, ciężko go było opisać, więc zastanawiałem się godzinami, co tu wykrzyczeć światu.
W końcu zdecydowałem się na: ,,Osz ci losie przeokropny! Tyś mi zdrowie zabrał, dopomóż Bóg! Cóż jam teraz biedny pocznę, bez wstawiennictwa twojego w swym zdrowiu! Olaboga!"
Niestety, aparat gębowy jeszcze się nie dobudził więc wyszło w sumie: -Łeelyyy'heeghy'e ble'eyye
W sumie może być.
Kiedy po krótkiej wewnętrznej walce, udało mi się otworzyć oczy - nic nie widziałem.
Przerażony sięgnąłem pamięcią wstecz, do poprzedniego wieczoru (co zważywszy na jej zasobność - medalem powinno się mnie za odwagę odznaczyć.)
Ledwo przeżyłem.
No dobra, spróbowałem jeszcze raz.
Dalej to samo - wrzeszczeć przestałem po paru minutach. No dobra, spokojnie.... Teraz wiem, jakich pamięci zakamarków unikać. Przebrnąłem przez wczorajszą imprezę powoli, równomiernie,jak kot skradający się do darmowego obiadu, ale jakoś nie mogłem sobie przypomnieć utraty oka, a nawet oczu, czy gałek (ocznych oczywiście!) nawet.
Zacząłem się denerwować, bowiem ślepota wybitnie nie leżała na mojej drodze. Zresztą, tego nawet teraz nie mogłem być pewny, bo jakbym się o nią przewrócił, to skąd mogłem wiedzieć, czy to ślepota, a nie Pan Głuchota (T.M)? Zresztą, wpadłem po chwili na to dłuższej, niż mkniecie komara pospolitego trzaśniętego trzepaczką, bądź też uderzonego nożem w żebra, których oczywiście nie miał, bo jak komar może mieć żebra?, że ja przecież nie lubię psów! Owszem, budyń i ciasteczka - nawet nawet, ale nie jako psa przewodnika! Jak ja się ludziom na oczy pokaże!
Na szczęście, zanim panika ogarneła mnie całkowita, doszło do mnie, że mam po prostu własną ręke na twarzy.
Cóż, zdaża się każdemu.
Niestety, po jej odsunięciu nie było wcale lepiej. Ciemna ciemność zamieniła się w jasnowatą jasność. Chciałbym, żeby to był Jezus. Przynajmniej mógłby usunąć mój język, który uparcie nie chciał wejść z powrotem.
Niestety, mimo bieli, nie byłem w stanie nawet się łudzić, iż będzie do Jezus. Przecież dlaczego miałby się wybrać do mnie - grzesznika strasznego, ironizatora wspaniałego? Czemuż to?! Być może również naprowadziło mnie to, że zapach, który unosił się w pokoju, raczej boskiego nie przypominał.
Mrugnąłem, a wszechświat mrugnął do mnie.
Wrzasnąłem.
Krótko, bo krótko, ale jednak. Spodobało mi się, więc powtórzyłem czynność jeszcze kilkakrotnie, dopóki nie poczułem się lepiej.
Teraz byłem nawet w stanie się podnieść z łózka, co też skwapliwie uczyniłem.
Niestety, po chwili podłoga też wstała i przylała mi w zęby.
W ramach odwdzięczenia się, uderzyłem ją ręką i tak oto ją sobie złamałem, palce powybijałem, a dresy, które widziałem przez drzwi uciekły.
Niestety, matka będzie mi musiała kupić golfy.
1. Tak, autor ma pełną świadomość błędów językowych, które są zamierzone.
2. Tak, autor ma pełną świadomość, że ten tekst jest walnięty.
3. Tak, lubię porsze bardziej od kadilaka