Stary Disney był genialny, natomiast szczytu genialności sięgnął, moim zdaniem, Królem Lwem

później niestety zaobserwować można było jak gigant się "stacza". Natomiast obecna forma Disneya to jakaś kpina...
Król Lew - na nim głównie się wychowałem, bardzo mądra, zabawna i wzruszająca historia. Dla mnie bardzo osobista, bowiem (o dziwo) opiera się na miłości i relacjach na linii ojciec-syn, ja natomiast nigdy nie poznałem swojego biologicznego taty a ojczyma do dziś nienawidzę najbardziej ze wszystkich znanych mi ludzi... ale stare czasy i temat nie o tym.
Wracając do sedna, scenę śmierci Mufasy uważam za jedną z najsmutniejszych w całej historii kina. Do tego dochodzi wspaniały soundtrack skomponowany przez H. Zimmera, piosenka To Die For... to ona uczyniła ze sceny śmierci Mufasy taki wyciskacz łez, majstersztyk. Ostatnio w kinach była emitowana odnowiona wersja w 3D, skusiłem się, zabrałem dziewczynę i nic się nie zmieniło. Jak byłem mały chowałem się pod stołem i płakałem... w kinie ratowała mnie ciemność, ale do diabła, mam 19 lat a przepłakałem połowę bajki.