Król piratów
Wiek: 32
Licznik postów: 3,793
Król piratów
Wiek: 32
Licznik postów: 3,793
Sturmir miał mi narysować kolejny obrazek, ale jest zajęty na chwilę obecną, więc może będzie pó??niej
Komcie mile widziane. Jak zawsze 
Krótsze niż ostatnio, ale bąd??cie gotowi xD
Król piratów
Wiek: 32
Licznik postów: 3,793



), rozdziały 15 i 16 jak coś, na stronie 12 tego tematu.Pirat
Licznik postów: 38

Król piratów
Wiek: 32
Licznik postów: 3,793


Odsyłam do poprzedniego rozdziału (oraz streszczenia wcześniejszych w nim umieszczonego) aby połapać się o co kaman, gdyż ten i poprzedni rozdział stanowią pewną całość.
Prolog i rozdziały 1-4 przeszły mały lifting, ale bez nowych scen. Cała reszta to ze 2-3 poprawki stylistyczne lub błędów na rozdział. Nie chciało mi się więcej, ale i tak od 5 rozdziału poziom mojego pisarstwa dziwnie skoczył do góry, nie wiedzieć czemu, i jakoś nie czułem, że coś jest tak skaszanione, że bez poprawy się nie obejdzie. A w pierwszych 4 były sporo takich momentów 
Król piratów
Wiek: 32
Licznik postów: 3,793
Chyba przeholowałem trochę, bo 25% tego fika to retrosy xD Kapitan z paradise
Licznik postów: 368
Król piratów
Wiek: 32
Licznik postów: 3,793


(akcja zaczyna się na statku)
Kim ty do diabła jesteś!? – krzyknął Usopp. – Co robisz na naszym statku!?
Cumulus stał w drzwiach do kuchni i uśmiechał się głupkowato.
- Do kogo dzwonisz, co? – dopytywał z nutką szydery w głosie. – Nikt ci tu nie pomoże... – jego twarz przyjęła znamiona agresji, a on sam zamachnął się swoim berłem.
- Czas ginąć grzeszniku!!! Radiatus! – wydarł się posyłając trzy wiązki chmur w Usoppa.
- Co do..!!! – snajper został wzięty z zaskoczenia, lecz nie było już czasu na krzyki. Rzucił się na kuchenny blat i wylądował po jego drugiej stronie, zrzucając przy okazji wszystkie znajdujące się na nim naczynia.
- Wybacz Sanji... – pomyślał i chwycił za leżącą na ziemi patelnię. Przeczołgał się wzdłuż mebli i delikatnie wychylił zza nich, trzymając głowę przy samej ziemi, tak aby Cumulus go nie zauważył.
- Nie masz gdzie uciec, po prostu się poddaj, cumumumumu! – proponował mu kapłan.
Cumulus stał przy samych drzwiach, dokładnie tych, którymi zdzielił Usoppa, kiedy ten rozmawiał przez stojący obok ślimakofon. Usopp znajdował się w zachodniej części pomieszczenia, schowany za blatem. W centrum znajdował się stół, a we wschodniej części kanapa, na północ od której były drzwi i strzegący ich Cumulus.
- Czym ten koleś do mnie strzela w ogóle!? – rozmyślał Usopp, a jego nogi nie mogły przestać się trząść. Rozglądał się nerwowo w poszukiwaniu jakiegoś rozwiązania, które nie wyrządziłoby szkody Sunny i pozwoliłoby mu uciec na zewnątrz.
- Aha! – szybko wpadł na prosty pomysł i chwycił za swoją procę. Wstał gwałtownie na równe nogi i nim Cumulus zdążył zareagować, wystrzelił prosto w niego.
- Hissatsu: Kemuri Boshi!!! – zasłona dymna rozproszyła się po całym pomieszczeniu, zaskakując kapłana.
- Co to ma być!!! – ryknął machając rękami, aby przerzedzić dym wokół niego.
Usopp rzucił się przed siebie z patelnią w ręce, przetoczył przez stół i kiedy był już o krok od niczego nie spodziewającego się Cumulusa, zamachnął się i przywalił mu najmocniej jak tylko potrafił.
- 300 gramowa patelnia Usoppa!!! – huk zderzenia z twarzą kapłana rozniósł się po okolicy. Cumulus ryknął i złapał się za nos, który najbardziej ucierpiał, a snajper szybko otworzył drzwi i zwiał ze statku.
- Ty... – warknął kapłan. – TY MAŁA GNIDO!!!
Usopp wybiegł na zewnątrz i zeskoczył z pokładu. Ruszył ile sił w nogach w sam środek miasta, w centrum wielkiego, pustego placu.
- Dobra! – krzyknął z przekonaniem w głosie. – Najwyższa pora przetestować moje najnowsze nabytki – myślał o nasionach, które zebrał kilka godzin wcześniej w lesie, u podnóża góry. – To miejsce nada się idealnie!
Kiedy znalazł się już tam gdzie chciał, a wokół niego było tylko połacie pustego terenu, zaczął grzebać w swojej torbie.
- To... to... to... trochę tego... to... i jeszcze to... – mamrotał do siebie gromadząc w dłoni masę różnych nasion. – Okej, oto chwila prawdy!
Władował wszystko co miał w swoją procę i wycelował w niebo.
- Hissatsu: Midori Boshi... – krzyknął i grad nasion wystrzelił w górę.
- Ty gnojku!!! – Cumulus biegł w stronę Usoppa z twarzą czerwoną jakby miał zaraz eksplodować.
Usopp zaciągnął swoje gogle na oczy i uśmiechnął się szyderczo do kapłana.
- ...Amazon Jungle!!! – ze spadających nasion gwałtownie wyrosły wszelakiego rodzaju rośliny i drzewa, tworząc dookoła coś, co można określić tylko mianem dzikiej, tropikalnej dżungli. Usopp zniknął z oczu Cumulusa, a on sam znalazł się zatopiony w zielonym świecie.
- C-co to ma być!? – przeraził się nieco nagłym obrotem sytuacji.
- Devil! – gdzieś z pomiędzy drzew dało się dosłyszeć szept Usoppa.
- Aaaaa!!! – wrzasnął kapłan, gdyż coś złapało go za nogę i uniosło do góry. Mięsożerna roślina, którą zaraz dostrzegł, użyła swoją winorośl, aby podnieść go i wsadzić do swojej paszczy.
- Chyba śnisz! – Cumulus złapał za mackę i użył swojej mocy gąb-gąbkowocu, aby zaabsorbować całą wodę znajdującą się w roślinie, totalnie ją wysuszając i pozbawiając życia.
Upadł na ziemię, uwolniony z rąk krwiożerczej rośliny, po czym wstał i ruszył w głąb dżungli szukać Usoppa.
Kapłan uważnie stąpał po dzikim terenie, używając chmur, aby odgradzać się od roślin, które wyglądały jakby tylko czekały, aż do nich podejdzie. Kiedy zdarzyło mu się jakąś przeoczyć, używał swojej mocy, aby szybko je odwodnić.
Pomimo szczerych chęci, nie był w stanie zlokalizować Usoppa. Wszystko dookoła wyglądało niemalże tak samo, przez co kompletnie stracił orientację w terenie. Niesamowicie gęsta roślinność wymagała od niego ciągłego skręcania, zawracania i wymijania, przez co nawet jeśli chciałby wyjść idąc ciągle prosto, musiał wykonać tyle manewrów, że na powrót zapominał, w którą stronę się kierował. - Hej! – coś zaszeptało za jego plecami, kiedy Cumulus robił sobie przerwę na załatwianie potrzeb fizjologicznych. Kapłan podskoczył ze strachu i gwałtownie się obrócił.
- Pokaż się gadzie! – krzyknął tracąc cierpliwość. – Stań do walki jak mężczyzna, a nie się chowasz, tchórzu!
- Raflesia! – ponownie usłyszał szept, a wokół niego roztoczył się potworny smród, który był na tyle intensywny, że wszystkie jego zmysły zaczęły szwankować.
- C-co się dzieje!? – Cumulus krztusił się, a jego oczy łzawiły.
Javelin! – z ziemi wystrzeliły spiczaste rośliny, które niczym kraty uwięziły Cumulusa.
- To na nic, chłopcze... – ponownie użył swoich gąbczastych mocy, aby wyssać całą wodę z roślin i bez problemu się uwolnić. – Możemy tak się bawić w nieskończoność, twoje rośliny na mnie nie działają! – przechwalał się Cumulus ciągle kaszląc, przecierając oczy i zatykając sobie nos, po czym stworzył kolejną chmurę – Incus! – kowadłowy obłok pojawił się tuż pod nim i uniósł go do góry. – I co ty na to, hę!?
- Sargasso! – Z koron drzew wystrzeliły pnącza tworzące siatkę, która zablokowała kapłanowi powietrzną drogę ucieczki.
- Chyba mnie nie słuchałeś zbyt uważnie. Te rośliny są dla mnie niczym! – wystawił rękę i ponownie wyssał całą wodę, otwierając sobie wyjście z dżungli.
Imapct Wolf! – zza drzew wyskoczył wielki, liściasty wilk szarżujący prosto na kapłana i uderzył w jego chmurę. Impet rozsadził obłok na kawałeczki, posyłając samego Cumulusa na ziemię.
- Szlag by to trafił!!! – wrzasnął zirytowany Cumlus. Powstał z ziemi i z pomocą swojego berła stworzył wokół siebie chmurzasty mur. – Cholera...!!! Znowu muszę się odlać... – odparł zdenerwowany do siebie, po czym ponownie załatwił swoją potrzebę.
- Dobra... – odezwał się kiedy skończył. – Koniec tej zabawy...
Cumulus miał już dość zabawy w kotka i myszkę, więc postanowił zagrać najsilniejszymi kartami. Nie chciał tego robić, bo jak ostatnio użył Arcusa na uciekającym Luffym, to staranował po drodze mały kawałek swojego miasta, a zależało mu na tym, by nie niszczyć tego, co sobie tutaj stworzył. Niemniej miarka się przebrała i miał już dosyć Usoppa, dlatego też postanowił zmiażdżyć go za wszelką cenę.
Franky dalej ścigany był przez mieszkańców Terry, biegał wkoło miasta, próbując ukryć się przed nimi w domach lub między nimi, lecz zawsze, przez jego rozmiary, z marnym skutkiem. Po kilkunastu minutach biegu przed jego oczami ponownie pojawił się Flap.
- Hę? – Franky zdał sobie sprawę, że właśnie zrobił pełne okrążenie po mieście i znalazł się w punkcie wyjścia. – Ej ty, oszukałeś mnie!!!
- Pomściłeś już Flipa? – zapytał go przejęty Flap.
- Jak mam go pomścić, skoro to ja go zabiłem!!!
- No właśnie! – uśmiechnął się pod nosem. - Jeszcze nie rozumiesz? Musisz... popełnić samobójstwo!
- No chyba kpisz! – odpowiedział zirytowany cyborg.
- Ej Flap – zza domku wyszedł cały i zdrowy Flip. – Nie wiem czemu, ale na placu wyrósł nagle las...
- TO TY ??YJESZ!!!? – wydarł się Franky.
- T-to cud – oczy Flapa się zaszkliły. – O-on... zmartwychwstał!!!
- G?WNO NIE ZMARTWYCHWSTAŁ WY OSZUŚCI!!!
Już szykował się do spuszczenia im łomotu, kiedy ziemia nagle drgnęła.
- Hej, co się dzieje? – zapytał Flip
- S-spójrz – Flap wskazał palcem na nacierającą z centrum miasta ogromną falę chmur, która taranowała na swojej drodze każde stworzone przez Usoppa drzewo.
- C-co do...!!! – zdziwił się Franky.
- Zginiemy!!! – Flip i Flap objęli się rękoma i zaczęli płakać.
Cyborg wystawił ręce przed siebie i załadował swój promień.
- Radical Beam!!! – potężna, laserowa wiązka wystrzeliła i poleciała w kierunku chmury. Niestety nie poszło to po myśli Franky'ego i zamiast efektywnej eksplozji, promień gładko przebił się przez falę obłoków i poleciał w niebo.
Reszta mieszkańców miasta wybiegła właśnie zza zakrętu, doganiając Franky’ego, i wrzeszczała niczym banda rządnych krwi dzikusów.
- Mamy cię!!! Teraz zginiesz!!! – Stanęli w miejscu i obrócili głowy w stronę nacierającej chmury. – A MY RAZEM Z TOBÄ!!! – pisnęli panicznie i robiąc w tył zwrot zaczęli uciekać, lecz było już za pó??no, aby usunąć się z pola rażenia. Cieśla zorientował się, że ma do czynienia z jakąś lekką materią, więc postanowił przyjąć inną taktykę.
- Super Coup de Vent!!! – wiązka skondensowanego powietrza wystrzeliła z rąk Franky’ego i znacząco spowolniła białą falę, a następnie kompletnie ją zatrzymała tuż przed ich nosami. Puszysty obłok począł się rozpadać i niczym śnieg przykrył wszystkich dookoła.
- Hej, patrzcie!!! – krzyknął po chwili Flap do mieszkańców, wskazując palcem na Franky’ego.
Chmury, które opadły na cyborga uformowały mu długie białe włosy, gęstą białą brodę do pasa, oraz białą szatę, która przykryła całego jego ciało, nadając mu iście niebiański wygląd.
- T-to... wyjąkał Flipa. – To bóg!!!
Okrzyki szoku i niedowierzania rozległy się dookoła, a mieszkańcy padli na kolana i zaczęli czcić Franky’ego.
- Hę – zdziwił się cieśla i podrapał po głowie.
- PODNI?SŁ RĘKĘ, ZOBACZCIE!!! – niemalże rozpłakał się jeden z mieszkańców.
- Boże prowad?? nas do wybawienia! – oddawali mu pokłony. – Zrobimy wszystko co nam każesz!
Cyborg stał jak słup soli i nie wiedział co zrobić, jego zdziwienie było zbyt duże...
- Wyła??! – krzyczał Cumulus, stojąc na zgliszczach tego, co jeszcze chwilę temu można było nazwać lasem. – Zrównałem z ziemią 1/3 twojego małego ogrodu jednym machnięciem mojego berła. Jeśli się nie pokażesz, zniszczę całą resztę, więc oszczęd??my sobie zachodu i po prostu stań do walki!
Usopp siedział schowany w krzakach i za wszelką cenę nie chciał wplatać się w otwartą walkę. Nie tylko dlatego, że się bał, ale dlatego, że był snajperem i ataki dystansowe były jego specjalnością, zwłaszcza te z ukrycia. Wychylił się z buszu i wycelował swoją broń w przeciwnika.
Hissatsu: Firebird Star! – ognisty ptak wystrzelił z lasu i poszybował w stronę Cumulusa.
- To na nic! – krzykną kapłan i gdy tylko pocisk się zbliżył, wystawił rękę przed siebie i zaabsorbował cały ogień.
- Cholera! – burknął Usopp, nie mając pomysłu na to jak go pokonać. – Co on ma za moc? Niby wygląda jak logia chmury, ale jakim cudem chmura mogłaby absorbować wszystko?
- Dobra młokosie, koniec zabawy! Zaczynasz mnie męczyć! – krzyknął przecierając czoło, które zalane było nienaturalną ilością potu. – Cholera... muszę chwilę odpocząć... ten gówniarz naprawdę jest wkurzający. Złapał mocno za swoje berło i wbił je z całej siły w ziemię.
- Hę? – zdziwił się Usopp obserwując go przez swoje gogle. – Co on knuje...?
Cumulus usiadł na ziemi i zamknął oczy, jakby zaraz miał zacząć medytować, po czym złapał obiema dłońmi rękojeść swojej broni. Usopp zmieszany przyglądał się kapłanowi, lecz nic się nie działo nic szczególnego.
- Czyżby się poddał? – pomyślał snajper, lecz po chwili dostrzegł co się szykuje. Daleko za Cumulusem, na skraju góry, za wszystkimi budynkami, można było dostrzec wystające chmury. Te, które jego załoga widziała zanim jeszcze zacumowali na wyspie. Skrywały one szczyt i zbierały deszcz, dzięki któremu mieszkańcy mogli przetrwać. I jak z początku wisiały one w miejscu, tak teraz powoli przemieszczały się, krążąc wokół miasta. Pojedyncze skrawki stopniowo zaczynały być wsysane do centrum wyspy, a całość wyglądała niczym powstające właśnie tornado. Chmury gromadziły się w jednym miejscu, tworząc coraz większą zbitkę, która niemrawo formowała się w gigantyczny, człekopodobny kształt. Kiedy powstające monstrum osiągnęło już odpowiednią wielkość, przestało rosnąć, a kolejne obłoki siłą zlepiały się z innymi, coraz bardziej zwiększając gęstość potwora. Skondensowane gąbczaste chmury powoli zmieniały swą konsystencję z miękkiej i puszystej na iście glinianą, aż do momentu, w którym bestia była całkowicie uformowana. Sylwetka mężczyzny o sporej masie mięśniowej, kraterowate uszy, spiczaste zęby i białe, puste gałki oczne stworzyły potwora, który stanął przed schowanym w buszu Usoppem i nie miał zamiaru nigdzie odchodzić.
- T-t-t-t-to s-s-s-są ch-ch-chyba j-jakies ż-ż-ż-żarty!!! – Usopp trząsł się jak galareta i jedyne o czym teraz marzył to ucieczka w siną dal, lecz na jego wielkie nieszczęście, nie miał gdzie uciec. Nie mógł zejść na dół, gdyż cały tamtejszy teren zostanie zaraz zalany lawą, nie mógł schować się w którymś z domków, bo ten wielki potwór i tak zaraz wszystko zmiażdży. Nie mógł zostać w lesie. Nie mógł zostać na Sunny, ale musiał trzymać się blisko niej, bo to jedyna droga ucieczki z wyspy, więc wielkim nieszczęściem byłoby oddanie jej w ręce przeciwnika. Każdy możliwy scenariusz uniknięcia konfrontacji był złym pomysłem do zrealizowania. Dlatego też jedyne co mu zostało, to walka. Musiał stanąć twarzą w twarz z potworem i choć wiedział, że to najlepsza opcja, jaką może podjąć, to stojący naprzeciw olbrzym powodował u niego trwały paraliż.
I właśnie dlatego Usopp nie wyszedł z lasu, został z tyłu doglądając sytuacji i wspierając duchowo tego, który się odważył. Dzierżąca pelerynę legendarna postać, z maską na twarzy, którą zna cały świat, spokojnym krokiem wyszła z cienia rzucanego przez dżunglę. Monstrum wyrwało z ziemi jedno z drzew i przyszykowało się do rozpoczęcia dzikiego ataku. Zamaskowany osobnik spojrzał na niego i bez krzty zawahania przemówił.
- Przybywam na polecenie mojego przyjaciela, aby wyrównać szanse tego pojedynku! Nie licz na zwycięstwo, bestio, bo spotkałeś właśnie swojego naturalnego przeciwnika! Zapamiętaj to sobie dobrze! Marynarka walczy z piratami. Rewolucjonista walczy z rządem. Myśliwy walczy ze zwierzyną. Dobro ze złem. Światło z ciemnością. A kto walczy z potworami? Otóż to, mój drogi... Z potworami... walczą superbohaterowie!!!
Gdy Sogeking zakończył swoją podniosłą przemowę, żywił wielką nadzieję, iż stworzony z chmury potwór zrozumie swoje położenie. W końcu wiadomym jest, że superbohaterowie zawsze wygrywają, a przecież za takiego siebie uważał, więc jego zwycięstwo było pewne. Niestety, na jego nieszczęście, monstrum nie było istotą potrafiącą samodzielnie myśleć, a zwykłą marionetką stworzoną i kontrolowaną przez Cumulusa.
Zrobiwszy krok naprzód, bestia powoli zamachnęła się trzymanym w dłoni drzewem i cisnęła nim w zamaskowanego bohatera. Jednak zanim zdążyła wypuścić je z ręki, Sogeking szybko uskoczył na bok, bez problemu unikając posłanego w jego stronę drewna.
– Za wolno! Hissatsu: Sogeking Gunpowder Star!!! – wystrzelił wybuchowy pocisk prosto w brzuch olbrzyma. Eksplozja wyryła w ciele potwora poka??ną dziurę i zachwiała jego równowagą.
Szykując już kolejny pocisk, snajper wymierzył ponownie, lecz gdy ujrzał postrzelone wcześniej miejsce, szybko zrezygnował. Wyrwa, która jeszcze parę sekund temu znajdowała się w brzuchu potwora, właśnie kończyła swój proces regeneracji.
– To na nic... – zmartwił się Sogeking. – Muszę spróbować czegoś innego.
Skierował swój wzrok na Cumulusa, który otoczył się stworzonym z chmur igloo, równie gęstym, co stojący przed nim potwór. Naprędce wystrzelił w nie kilka pocisków, lecz tak, jak się spodziewał, nie przyniosły one żadnego efektu. Wszelakie wyrządzone szkody natychmiast się odnawiały, a on wracał do punktu wyjścia.
Gdy monstrum skończyło regenerację, ruszyło powolnymi i ociężałymi krokami w stronę bohatera. Sogeking trzymał dystans cofając się równym tempem i ciskał w niego czym tylko się dało. Efekt, niestety, był zawsze taki sam. Materiały wybuchowe, wszelakiego rodzaju żelastwo, rośliny i cała reszta jego arsenału dystansowego była bezużyteczna. Nawet jeśli udało mu się wyrządzić jakieś szkody, to ciało potwora w przeciągu kilku sekund powracało do oryginalnego stanu.
– Cholera... – westchnął snajper. – Niby porusza się powoli i mogę go trzymać na dystans, ale co z tego, skoro nie jestem w stanie mu nic zrobić? – Pogrzebał jeszcze trochę po kieszeniach i w końcu natrafił na coś, co faktycznie miało szansę zadziałać. Wyjął muszlowaty przedmiot ze swoich spodni i ułożył odpowiednio na wewnętrznej części prawej dłoni.
– Reject Dial... – szepnął drżącym głosem. – Chyba nie ma innego wyjścia...
Potężne narzędzie, które dzierżył właśnie w dłoni, jego przyjaciel Usopp dostał w prezencie od Nami, która podczas swojego treningu na podniebnej wyspie zdołała ukraść jedną sztukę. Usopp trzymał je zawsze przy sobie jako plan awaryjny w przypadku najgorszych z sytuacji. Sytuacji, jaka teraz miała miejsce. Oprócz tego posiadał także dwa zawczasu naładowane Impact Diale, które sam zdobył na Skypii.
– Dobra... – Sogeking starał się uspokoić. – Muszę do niego podbiec, dać się zaatakować, przyjąć uderzenie, zaabsorbować je, a następnie... – tutaj przełknął ślinę mając w pamięci fakt, że użycie Reject Diala zabija każdego przeciętnego człowieka, który nim zaatakuje – ...a następnie dam go użyć komuś innemu!!!
Dumny ze swojego planu zacisnął diala w ręce i ruszył biegiem przed siebie. Zastanawiał się, czy jest jakikolwiek sens w korzystaniu z niego, skoro i tak nie ma zamiaru go użyć. Reszta załogi Usoppa prawdopodobnie dałaby sobie radę z potworem przy pomocy swojej własnej siły, a ci, którzy nie byliby w stanie tego osiągnąć i tak są zbyt słabi, aby użycie Reject Diala wyszło im na dobre. Dlatego jeśli już zdecydował się walczyć w ten sposób, musiał to zrobić sam, bo oddanie go komuś innemu i tak nic nie zmieni.
Zbierając odwagę z każdym kolejno postawionym krokiem, w końcu znalazł się parę metrów przed potworem i czekał już tylko na jego ruch.
Kiedy niczego nie spodziewający się gigant szykował swą pięść do zmiażdżenia stojącego przed nim oponenta, Sogeking spostrzegł między jego nogami cienką, białą linkę, która wydawała się wystawać z jego pleców. Szybka wędrówka wzrokiem jej śladem nasunęła mu tylko jeden wniosek. Był to swoisty przewód łączący Cumulusa i potwora, więc na dobrą sprawę jedyne co wystarczyło zrobić, to go przerwać. Kapłan z pewnością przy jego pomocy był w stanie go kontrolować i przekazywać swą moc, pozwalając mu na regenerację.
Monstrum wykorzystując chwilę nieuwagi Sogekinga posłało zaciśniętą pięść w jego stronę. Bohater ocknął się gwałtownie w samą porę i w ostatniej chwili zdołał zasłonić swoją głowę trzymanym w ręku dialem. Narzędzie kompletnie zniwelowało moc potężnego ciosu i z ledwością zaabsorbowało całą energię przez niego wytworzoną, pękając jednocześnie na niemalże całej swojej średnicy.
– No chyba sobie żartujecie!!! – skwitował głośno Sogeking, widząc jak dial niemalże rozpada się w jego rękach.
Potwór kompletnie nieprzejęty brakiem sukcesu podniósł swoją masywną łapę i ponownie się zamachnął, lecz nim zdążył zaatakować, Sogeking zwinnie wycofał się kilkanaście metrów do tyłu, poza jego zasięg.
– Dobra, nowy plan! – energicznie oznajmił sam sobie i spojrzał na Cumulusa. – Po prostu odetnę mu dostawy chmur! – ucieszył się z faktu, iż Reject Dial nie będzie mu potrzebny.
Biały golem pochylił się do przodu i niczym sprinter rozpoczynający bieg wystrzelił z miejsca, szarżując prosto na Sogekinga. W mgnieniu oka znalazł się tuż przed nim i zatrzymując swój pęd na jednej nodze, z całym zgromadzonym impetem posłał swą pięść w znajdującego się przed nim przeciwnika.
– Jakim cudem on jest taki szybki!? – wydarł się przerażony Sogeking i odruchowo wyjął z kieszeni Impact Diala, kompletnie ignorując fakt, że w prawej ręce ciągle trzymał jego silniejszą wersję.
– Impact! – krzyknął i kiedy lecąca w jego kierunku pięść była o włos od jego głowy, huknął w jej bok, zmieniając minimalnie trajektorię uderzenia, które na nowej trasie jedynie musnęło jego głowy i wylądowało z impetem w ziemi.
Grunt pod nogami zaczął im pękać i w efekcie rozpadać się. Potwór dwoma szerokimi krokami bez problemu zszedł z walącego się obszaru i zostawił swojego przeciwnika samego sobie. Drgająca ziemia pod nogami Sogekinga skutecznie wybijała go z równowagi, a on sam balansując na zapadającym się podłożu, próbował z całych sił przejść, przeskoczyć, lub przeczołgać się w bezpieczniejsze miejsce. Nieszczęśliwie, wszystkie jego działania spełzły na niczym i po chwili reszta gruntu spod jego nóg runęła w dół.
– Midoriboshi: Liana! – wystrzelił w pobliskie drzewo małe nasionko, które natychmiast rozrosło się w długie, wytrzymałe pnącze. Jeden koniec ciasno owinął się wokół owego drzewa, a drugi wokół talii Sogekinga. Ułamek sekundy po tym, pod jego nogami była już tylko przepaść zwieńczona jeziorem lawy znajdującym się na dnie. Zwisając bezwładnie i czując unoszący się gorąc, snajper nie ważył się spojrzeć w dół nawet na chwilę. Dobrze wiedział, co tam się znajduje, ale przyjął strategię – czego oczy nie widzą, od tego serce nie staje. Zwisając bezradnie nad przepaścią, próbował obmyślić plan działania, gdy nagle do jego uszu dobiegły słowa kogoś z góry.
– Baranek, zajmij się nim!!! – ktoś zawołał głośno, a chwilę pó??niej Sogeking dostrzegł, jak nad wielką dziurą w ziemi przelatuje drobny zwierz, uroczo mruczący pod nosem, że jest reniferem, a nie barankiem.
– Hę...? - zamaskowany bohater zareagował nieco zaskoczony tym, co właśnie zobaczył.
Wtem szarpnęło lianą, która trzymała go przy życiu i zaraz po tym ktoś powoli zaczął wciągać go na górę. Stali za tym mieszkańcy miasta, którzy pod wodzą nowego boga – Franhwe – uratowali go z potrzasku.
– Co się tutaj dzieje? – zapytał wybity z rytmu walki Sogeking, widząc wszystkich mieszkańców.
– Przyszliśmy cię uratować! Tak rozkazał nam Franhwe! – odpowiedzieli chórem.
– Mamy nawet baranka! – Flip wyrwał się do przodu i wskazał palcem na białego potwora, który tępo przyglądał się leżącemu pod jego nogami reniferowi.
– Franhwe? Baranek? – dopytywał zdziwiony superbohater.
– Wszystko pod kontrolą, Sogeking – ktoś zawołał zza tłumu gapiów.
Mieszkańcy rozeszli się na boki, tworząc przejście dla swojego boga.
– A ty kto? – zapytał długonosy, nie rozpoznając swojego towarzysza.
Otulony chmurami, które nadały mu iście boskiego wyglądu, Franky wystąpił przed swoich wyznawców, mając po prawicy Flipa i po lewicy Flapa. Stanęli we trzech w rozkroku i wykonali krótki, energiczny taniec zwieńczony ulubioną pozą Franky’ego.
– Suuuuupeeeer... Franhwe!!! – melodyjnie krzyknęli, kiedy metalowe ręce cyborga trzasnęły o siebie nad jego głową
– A, czyli to ty, Franky – rzekł pod nosem niewzruszony snajper, zauważając także, że fryzura cyborga przypomina utrzymującą się na patyku aureolę.
– W każdym razie, co się tutaj dzieje? – zapytał Franky.
Sogeking przypomniał sobie, że jest właśnie w środku walki z Cumulusem i jego pupilkiem, więc nie czas na przyjacielskie pogawędki. Odwrócił się w kierunku potwora i zauważył, że zwierze, które przed chwilą nad nim przeleciało, to nie kto inny, jak Chopper.
– Po cholerę go tam rzuciliście, kretyni!? – wydarł się na Franky’ego i resztę, patrząc jak monstrum podnosi jego towarzysza i uważnie się mu przygląda.
– To baranek boży! – odezwał się Flap. – Na pewno jest potężny i rozwali tego giganta raz dwa!
– To nie żaden baranek, tylko nasz towarzysz szop, debile! – wydarł się na nich Sogeking. – To znaczy, towarzysz moich przyjaciół, Usoppa i Franky’ego, rzecz jasna – poprawił się przywracając swój stoicki, bohaterski spokój.
– Nic się nie martw, Sogeking – uspokajał go Franky. – Zaraz się zajmę tym dziwacznym wielkoludem i będzie po problemie!
– No chyba śnisz! – przerwał mu snajper, ku zdziwieniu cyborga. – Zresztą i tak nie dasz rady, bo jego trzeba podejść sposobem! Takim, który ja wymyśliłem!
Franky nie do końca dowierzał w to, co właśnie usłyszał. Usopp chce walczyć? On? Człowiek, który zawsze robił wszystko, co tylko mógł, aby uniknąć konfrontacji z przeciwnikiem? Coś tu nie grało, lecz nie mógł zrozumieć co. Aż do momentu, w którym do głowy wskoczyła mu myśl wyjaśniająca wszystko. Ten człowiek, to nie Usopp. Teraz to miało sens, teraz zrozumiał, że Sogeking to tak naprawdę prawdziwa postać, a nie fałszywa osobowość jego towarzysza.
– S-Sogeking...? – zwrócił się do niego niepewnie.
– Tak, Franky, to naprawdę ja – utwierdził go w jego przypuszczeniach. – A teraz czas na atak! Zrobimy to tak... – przemówił do Franky’ego oraz jego wyznawców, po czym rozpoczął omawiać plan działania.
No dobra – Franky przystał na propozycję Sogekinga, kiedy ten skończył omawiać swój plan. – Aczkolwiek nie wiem po co się tak trudzić, skoro mogę go po prostu rozwalić moim promieniem...
– Cicho! Ja tu jestem bohaterem i to ja mam wygrać, a nie ty! – snajper twardo obstawał przy swoim, nie chcąc wyręczać się innymi.
– Dobra, dobra, jak tam chcesz – cyborg odpuścił – ale jak zacznie się robić gorąco, to wkraczam!
– No niech będzie... – westchnął Sogeking po chwili namysłu, po czym zwrócił się do wyznawców Franhweizmu. – Jesteście gotowi!?
– Tak jest!!! – odrzekli gromko chórem.
Gdy wszyscy byli już przygotowani do rozpoczęcia operacji, gromada Franky’ego jako pierwsza żwawo ruszyła przed siebie, szturmując czekającego na ich ruch potwora. W połowie drogi do niego, Flip i Flap wyłonili się przed tłumem, po czym rozdzieli na przeciwległe strony giganta. Reszta ludu szarżowała przed siebie wykrzykując chwalebne treści pod adresem ich boga – Franhwe.
Franky złączył swe ręce i wycelował do góry, a Sogeking wdrapawszy się po jego ciele, usiadł mu na dłoniach.
– Gotowy? – zapytał go cyborg.
– Mam nadzieje, że nie rozsadzi mi tyłka... – zmartwił się w ostatniej chwili.
– Coup de Vent!!! – krzyknął cyborg, a wiązka sprężonego powietrza katapultowała Sogekina w stronę olbrzyma.
Wyznawcy Franhwe kontynuując bieg spojrzeli w górę, gdzie w blasku promieni słonecznych, z rękoma wysuniętymi przed siebie, Sogeking dumnie leciał na spotkanie z potworem.
– To ptak! – rzekł jeden z mieszkańców.
– To samolot! – poprawił go drugi.
– Nie... – wtrącił się Flip. – To Sogeking!
Superbohater wylądował na nosie potwora, łapiąc się go kurczowo, aby nie spaść.
Monstrum momentalnie puściło trzymanego w rękach Choppera i spróbowało pacnąć Sogekinga lewą dłonią, lecz nim jego ręka zdążyła do niego dotrzeć, zwisający mu na nosie szkodnik rozlu??nił uścisk i poleciał w dół.
W międzyczasie, spadającego renifera przechwycił Flip, który z odbitym zakładnikiem zaczął wycofywać się do Franky’ego.
Gdy potwór fundował sobie właśnie soczystego facepalma, snajper w czasie swojego spadania zręcznie złapał go za mały palec, po czym szybko wdrapał się po kolejnych na bok jego dłoni. Już miał wskoczyć mu na głowę, kiedy bestia zaczęła powoli opuszczać rękę, rujnując jego plan. Sogeking ześlizgnął się w okolice nadgarstka, a dzięki zmieniającemu się ułożeniu ręki, po której się przemieszczał, mógł spokojnie stanąć na wewnętrznej części jej przedramienia i szybko przebiec do łokciowego zgięcia, gdzie o wiele łatwiej było mu się utrzymać.
– Uwaga!!! – krzyknął biegający bezpośrednio pod snajperem Flap, służąc mu za asekurację. – Wszyscy wspinać się na jego nogę!
I jak powiedział, tak zrobili. Chmara ludzi, którzy dla potwora byli niczym niegro??ne, acz irytujące mrówki, poczęła wspinać się po jego kończynie. Gigant chcąc pozbyć się natrętów, zaczął machać swoją nogą, a co za tym poszło, także resztą ciała, fundując Sogekingowi bardzo nieprzyjemne doznania porównywalne do rejsu w samym środku sztormu. Superbohater złapał mocno jego biceps i przemieszczając się przed siebie, próbował dotrzeć na jego ramię. Wtapiając swoje palce w jego niesamowicie gęste ciało powoli poruszał się w stronę celu, jednak chwilę przed metą Cumulus musiał wyczuć, co planuje. Kapłan zignorował plączących się pod nogami potwora ludzi i wziął w obroty prawą rękę giganta. Zacisnął pięść i posłał ją z całej siły w przeciwległe ramie. Sogeking w ostatniej chwili wstał i z drobnym rozpędem skoczył na plecy potwora, kolejny raz o włos unikając zmiażdżenia. Uderzenie rozniosło ramię na strzępy, rozpryskując jego odłamki we wszystkie strony. Część z nich obiła boleśnie Sogekinga, niczym ogromny grad, powodując umiarkowane obrażenia na całym jego ciele. Lądując na plecach kolosa, resztkami sił wbił w niego swoje palce, ratując siebie przez upadkiem w objęcia asekurującego go na dole Flipa. Z odcinka lęd??wiowego, na którym się znajdował, spojrzał do góry i zobaczył wreszcie swój cel. Pomiędzy miejscami, w których u normalnego człowieka znajdują się łopatki, wystawał mały wzgórek, z którego biegł cienki, niemalże niewidoczny dla ludzkiego oka przewód łączący olbrzyma z Cumulusem.
– Teraz tylko zniszczyć to w cholerę i papa, panie potworze, hahaha! – śmiał się Sogeking bezradnie zwisając z jego pleców, nie mając sił wdrapać się wyżej. – Tak działają prawdziwi bohaterowie, rozegrałem to perfekcyjnie! Co prawda miałem wdrapać się po jego głowie i zeskoczyć na kark, zamiast wykonywać te karkołomne akrobacje, no ale tak naprawdę to był mój plan! Celowo wybrałem trudniejszą drogę, aby walka była bardziej wyrównana, hahaha!
– Zamknij się do cholery i we?? się do roboty!!! – krzyknęli z dołu rozdeptywani przez potwora, zirytowani ludzie.
Gdy Sogeking miał już zebrać ostatki sił i wykonać ostatni etap swojego planu, usłyszał dziwny i donośny d??więk, który wyra??nie przypominał mu trzepotanie skrzydeł.
– Hę? Co jest grane? – zapytał zdezorientowany i spojrzał w niebo, oczekując ujrzenia szybujących stworzeń. Oprócz chmur i przebijającego się przez nie światła słonecznego, nie było tam niczego.
Odgłosy zdziwienia rozbrzmiały również w tłumie mieszkańców, którzy także zmieszani byli regularnym i coraz bardziej intensywnym, niezidentyfikowanym d??więkiem.
Biegnący z Chopperem w rękach Flip spojrzał na Franky’ego, słysząc, że odgłos dochodzi z jego strony.
– Czy... czy to ty, bogu? – zapytał niepewnie.
– N–nie... – odpowiedział cyborg, nie wiedząc skąd dokładnie dochodzi d??więk. Dopiero po kilku sekundach, kiedy trzepotanie było na tyle głośne, jakby miało miejsce tuż obok, zdał sobie sprawię gdzie znajduje się jego ??ródło
– To ta dziura, w której Sogeking przed chwilą zwisał... – skomentował i spojrzał na nią, czekając, aż ze środka wyleci jakieś ogromne ptaszysko.
Wszyscy zgromadzeni w okolicy obejrzeli się we wskazaną stronę i nawet sam potwór, przez oczy którego musiał spoglądać Cumulus, zaciekawiony całym zajściem zaprzestał wszelakich czynności.
Z wnętrza wyrytego niedawno otworu powoli wyłoniły się wielkie i białe jak śnieg skrzydła, a wraz z nimi ich posiadacz.
– Z–Zawebe!? – Sogeking wyłupił oczy w niedowierzaniu, gdy zobaczył unoszącą się w powietrzu, niedawno uśmierconą z ręki Zoro postać. Jego piękne i majestatyczne skrzydła falowały na wietrze, wydając intensywny, lecz zaskakująco kojący d??więk, a białe i długie na kilkadziesiąt centymetrów pióra powoli i z gracją opadały na ziemię. Zawebe rozejrzał się dookoła i westchnął głęboko zamknąwszy oczy.
– Już czas – odrzekł.
Kiedy Sogeking wreszcie się ocknął, przypomniał sobie, że ma do wykonania zadanie. Wspiął się po plecach potwora, który dalej stał nieruchomo, i dotarł do znajdującej się między jego łopatkami miękkiej grudki, z której wyrastała cienka, biała i gąbczasta linka połączona z okrytym chmurami Cumulusem. Spróbował przerwać ją na różne sposoby – ciągnąc, gryząc, przecinając, lecz ona uparcie nie dawała się pokonać. Nie widząc efektów, rozkopał kawałek pleców golema, aż w końcu udało mu się wyrwać cały fragment, z którego wychodziła linka.
– Ha! Udało się! – odrzekł dumny jak nigdy.
Czekał aż golem rozsypie się na ziemię, lecz po kilkunastu sekundach dalej nie było żadnego efektu. Obejrzał się za siebie, chcąc spojrzeć na Cumulusa, lecz kapłan gdzieś zniknął.
– Co!? – zdziwił się poirytowany. – Tyle się namęczyłem, żeby odciąć go od tego golema, a on tak po prostu go zostawił!? Chrzanić to!!! – zdjął swoją maskę i rzucił nią w kierunku ziemi, sfrustrowany całą sytuacją. – I jak ja mam teraz zejść!?
Maska poleciała w dół i uderzyła o czoło Flapa, odbiła się i wylądowała na ziemi.
– Ała! – złapał się za głowę. – Co to ma być!? Kto to zrobił!?
Spojrzał pod nogi i dostrzegł tajemniczą maskę. Chwycił ją w dłoń i dokładnie obejrzał. Wiatr zawiał mocniej, a jego ciało przeszły dreszcze. Zdał sobie sprawę, że dzierży w ręce potężny artefakt, który skrywa w sobie niepojętą moc.
Już ja mu dam! – krzyczał Cumulus, truchtając żwawo w stronę unikającego laserów Zawebe. – Moje miasto chce wysadzić? Moje!? Po moim trupie! Wreszcie znalazłem miejsce, w którym jestem szanowany! Za nic w świecie nie pozwolę sobie go odebrać!
Jego krzyk był przepełniony złością i obawą, jakiej nigdy jeszcze nie czuł. Terra była jego miastem; tworem, nad którym sprawował pieczę; dzieckiem, które sobie wychował. To pierwsza rzecz, która mu się udała, z której mógł być dumny, i która napawała go radością.
– Ej, ty! – ryknął, kiedy był już wystarczająco blisko. - Nawet mi się nie waż niszczyć mojego miasta!
Zawebe kompletnie go zignorował i dalej unikał ataków cyborga, jakby od nie chcenia.
– Mówię do ciebie, skrzydlata pokrako! – wrzasnął zirytowany i silnym zamachem posłał kilka niecelnych wiązek chmur w jego stronę.
Reakcja była niezmienna, lecz tym razem Zawebe zwrócił uwagę na fakt, że kapłan włada mocami, których swego czasu użyto do uratowania Bioniosa.
Doprowadzony do szału Cumulus począł ciskać w niego coraz potężniejszymi atakami, lecz nawet gdy udało mu się w trafić Zawebe, wszelakie rany błyskawicznie się regenerowały.
– Ten koleś jest superrr wkurzający! – rzekł Franky i posłał kolejny promień, tym razem w akompaniamencie wystrzelonych z ramion rakiet.
Zawebe zaczynał powoli tracić cierpliwość. Zabawa z lud??mi ciągnęła się zbyt długo. Miał już ich dosyć.
– Ej, kapłanie!!! – nagle rozległ się przeciągnięty krzyk.
Cumulus, w szale ciskający kolejnymi atakami, oprzytomniał na chwilę i odwrócił się za siebie. Wołał do niego z ramienia golema Usopp.
– To ja jestem twoim przeciwnikiem!!! – darł się dalej. – Masz walczyć ze mną, bo to moim zadaniem jest cię pokonać!!!
– Nie mam na ciebie czasu, płotko! – rzucił obojętnie. – Muszę ratować swoje miasto!
Usopp postanowił nie dawać za wygraną.
– Tak jak myślałem, tchórzu!!! Widać słyszałeś już opowieści o dzielnym wojowniku mórz, który przemierza świat pokonując na swojej drodze wszystkie przeszkody!!! Nic dziwnego, że boisz się ze mną walczyć!!!
Zaczepka Usoppa ugodziła kapłana ze stuprocentową skutecznością. Cumulus zawsze był tym słabym, brzydkim i boja??liwym odludkiem pomiatanym przez wszystkich, nie ważne w jakiej grupie się znalazł. Dopiero tutaj, na tej wyspie, odkrył co to znaczy być znaną i szanowaną osobistością o wysokiej pozycji. Co to znaczy być człowiekiem, którzy rządzi i dzieli i nikt nie waży się mu przeciwstawić. To był jego wizerunek. Nie mógł teraz, gdy dookoła panoszą się jego podopieczni, pozostawić zarzucanie mu tchórzostwa bez odpowiedzi. Musiał pokazać swoją siłę i pewność siebie. Udowodnić, że jego nikt obrażać nie może i każdy kto się tego dopuści, zostanie srogo ukarany.
– W porządku – mruknął do siebie, wyprowadzony z równowagi do tego stopnia, że przestał to ukazywać, po czym zwrócił się do Franky'ego. – Ej, ty!
Cyborg obejrzał się na niego, nie przerywając ciskania w Zawebe kolejnymi pociskami.
– Czego chcesz? Ty dostaniesz manto jako następny, więc czekaj cierpliwie!
Cumulus nie dosłyszał nawet, co Franky mówi, gdyż skupiony był tylko i wyłącznie tym, który rzucił mu wyzwanie.
– Przetrzymaj tego ptaszka – rzekł chłodno, nie spuszczając wzroku z Usoppa. - Muszę zająć się innym szkodnikiem. Gdy już z nim skończę, wrócę tutaj i zajmę się wami oboma.
Pod nogami golema, mieszkańcy Terry w skupieniu obserwowali całą sytuację.
– Widzicie to!? Cumulus rozmawia z samym bogiem!!
– Oczywiście, że tak! To w końcu bóg nakazał mu sprawować pieczę nad miastem i prowadzić nas do wieży!
Wtem zauważyli, jak Cumulus kroczy w stronę Usoppa.
– Ale dlaczego nasz kapłan idzie walczyć kumplem samego boga!?
– Niesamowite! Cumulus stawia się nawet bogowi i jeśli będzie trzeba, to wtłucze jego kumplom! Co za odwaga! Nasz kapłan jest najlepszy, nie daje sobą pomiatać! Cumulus!!! Cumulus!!! – rozległ się głośny doping.
Cumulus słysząc pokrzyki swoich ludzi, poczuł się silny na duchu, jak nigdy dotąd. Dumnym krokiem maszerował w kierunku swego przeciwnika, gotowy na wszystko.
– Dobra! – długonosy przygotowywał się mentalnie do ostatecznego starcia. Szybko uświadomił sobie, że prowokowanie Cumulusa do walki, kiedy nie ma jak zejść z golema, mogło nie być aż tak dobrym pomysłem.
Kapłan stanął kilkanaście metrów przed potworem i spojrzał w górę.
– Chciałeś kontynuacji naszej walki, to ją dostaniesz – przemówił ze złością. – Zmiażdżę cię na oczach moich podwładnych i raz na zawsze wyryję w ich głowach to, jak ważnym i potężnym człowiekiem jestem!!!
Król piratów
Wiek: 32
Licznik postów: 3,793
