[fanfik]One Piece: Boska Wieża
Ten temat nie posiada streszczenia.
Aktualnie ten wątek przeglądają: 1 gości
Subskrybuj ten wątek Odpowiedź
Ratlee

Gorosei

Wiek: 31
Licznik postów: 4,072

Ratlee, 01-05-2014, 03:15
^ Jesteś jak Oda 'Wprowadze super postać w 2013.. lol, nope, może w 2014, bo akcja mi się wydłużyła ^^
[img=0x0]http://i.imgur.com/LpQnL15.png[/img]
Dahaka

Król piratów

Wiek: 32
Licznik postów: 3,793

Dahaka, 01-05-2014, 03:30
Oda mówił nawet w wywiadzie gdzieś, że to co planujesz zawsze zajmie ci więcej czasu, niż sobie wyliczyłeś. Jak widać miał rację xD Często się tak zdarza, choćby saga G.R.R Martina, która miała mieć chyba 5 cześci, a skończy na 7... przy dobrych wiatrach Big Grin
Dahaka

Król piratów

Wiek: 32
Licznik postów: 3,793

Dahaka, 18-05-2014, 21:14
Dziękuję za komentarze i wybaczcie kolejną długą przerwę :< No cóż, co poradzić. Macie nowy rozdział na osłodę Smile Sturmir miał mi narysować kolejny obrazek, ale jest zajęty na chwilę obecną, więc może będzie pó??niej Wink Komcie mile widziane. Jak zawsze Big Grin

Rozdział 19: Atak na tytana

Gdy Sogeking zakończył swoją podniosłą przemowę, żywił wielką nadzieję, iż stworzony z chmury potwór zrozumie swoje położenie. W końcu wiadomym jest, że superbohaterowie zawsze wygrywają, a przecież za takiego siebie uważał, więc jego zwycięstwo było pewne. Niestety, na jego nieszczęście, monstrum nie było istotą potrafiącą samodzielnie myśleć, a zwykłą marionetką stworzoną i kontrolowaną przez Cumulusa.
Zrobiwszy krok naprzód, bestia powoli zamachnęła się trzymanym w dłoni drzewem i cisnęła nim w zamaskowanego bohatera. Jednak zanim zdążyła wypuścić je z ręki, Sogeking szybko uskoczył na bok, bez problemu unikając posłanego w jego stronę drewna.
– Za wolno! Hissatsu: Sogeking Gunpowder Star!!! – wystrzelił wybuchowy pocisk prosto w brzuch olbrzyma. Eksplozja wyryła w ciele potwora poka??ną dziurę i zachwiała jego równowagą.
Szykując już kolejny pocisk, snajper wymierzył ponownie, lecz gdy ujrzał postrzelone wcześniej miejsce, szybko zrezygnował. Wyrwa, która jeszcze parę sekund temu znajdowała się w brzuchu potwora, właśnie kończyła swój proces regeneracji.
– To na nic... – zmartwił się Sogeking. – Muszę spróbować czegoś innego.
Skierował swój wzrok na Cumulusa, który otoczył się stworzonym z chmur igloo, równie gęstym, co stojący przed nim potwór. Naprędce wystrzelił w nie kilka pocisków, lecz tak, jak się spodziewał, nie przyniosły one żadnego efektu. Wszelakie wyrządzone szkody natychmiast się odnawiały, a on wracał do punktu wyjścia.
Gdy monstrum skończyło regenerację, ruszyło powolnymi i ociężałymi krokami w stronę bohatera. Sogeking trzymał dystans cofając się równym tempem i ciskał w niego czym tylko się dało. Efekt, niestety, był zawsze taki sam. Materiały wybuchowe, wszelakiego rodzaju żelastwo, rośliny i cała reszta jego arsenału dystansowego była bezużyteczna. Nawet jeśli udało mu się wyrządzić jakieś szkody, to ciało potwora w przeciągu kilku sekund powracało do oryginalnego stanu.
– Cholera... – westchnął snajper. – Niby porusza się powoli i mogę go trzymać na dystans, ale co z tego, skoro nie jestem w stanie mu nic zrobić? – Pogrzebał jeszcze trochę po kieszeniach i w końcu natrafił na coś, co faktycznie miało szansę zadziałać. Wyjął muszlowaty przedmiot ze swoich spodni i ułożył odpowiednio na wewnętrznej części prawej dłoni.
– Reject Dial... – szepnął drżącym głosem. – Chyba nie ma innego wyjścia...
Potężne narzędzie, które dzierżył właśnie w dłoni, jego przyjaciel Usopp dostał w prezencie od Nami, która podczas swojego treningu na podniebnej wyspie zdołała ukraść jedną sztukę. Usopp trzymał je zawsze przy sobie jako plan awaryjny w przypadku najgorszych z sytuacji. Sytuacji, jaka teraz miała miejsce. Oprócz tego posiadał także dwa zawczasu naładowane Impact Diale, które sam zdobył na Skypii.
– Dobra... – Sogeking starał się uspokoić. – Muszę do niego podbiec, dać się zaatakować, przyjąć uderzenie, zaabsorbować je, a następnie... – tutaj przełknął ślinę mając w pamięci fakt, że użycie Reject Diala zabija każdego przeciętnego człowieka, który nim zaatakuje – ...a następnie dam go użyć komuś innemu!!!
Dumny ze swojego planu zacisnął diala w ręce i ruszył biegiem przed siebie. Zastanawiał się, czy jest jakikolwiek sens w korzystaniu z niego, skoro i tak nie ma zamiaru go użyć. Reszta załogi Usoppa prawdopodobnie dałaby sobie radę z potworem przy pomocy swojej własnej siły, a ci, którzy nie byliby w stanie tego osiągnąć i tak są zbyt słabi, aby użycie Reject Diala wyszło im na dobre. Dlatego jeśli już zdecydował się walczyć w ten sposób, musiał to zrobić sam, bo oddanie go komuś innemu i tak nic nie zmieni.
Zbierając odwagę z każdym kolejno postawionym krokiem, w końcu znalazł się parę metrów przed potworem i czekał już tylko na jego ruch.
Kiedy niczego nie spodziewający się gigant szykował swą pięść do zmiażdżenia stojącego przed nim oponenta, Sogeking spostrzegł między jego nogami cienką, białą linkę, która wydawała się wystawać z jego pleców. Szybka wędrówka wzrokiem jej śladem nasunęła mu tylko jeden wniosek. Był to swoisty przewód łączący Cumulusa i potwora, więc na dobrą sprawę jedyne co wystarczyło zrobić, to go przerwać. Kapłan z pewnością przy jego pomocy był w stanie go kontrolować i przekazywać swą moc, pozwalając mu na regenerację.
Monstrum wykorzystując chwilę nieuwagi Sogekinga posłało zaciśniętą pięść w jego stronę. Bohater ocknął się gwałtownie w samą porę i w ostatniej chwili zdołał zasłonić swoją głowę trzymanym w ręku dialem. Narzędzie kompletnie zniwelowało moc potężnego ciosu i z ledwością zaabsorbowało całą energię przez niego wytworzoną, pękając jednocześnie na niemalże całej swojej średnicy.
– No chyba sobie żartujecie!!! – skwitował głośno Sogeking, widząc jak dial niemalże rozpada się w jego rękach.
Potwór kompletnie nieprzejęty brakiem sukcesu podniósł swoją rękę i ponownie się zamachnął, lecz nim zdążył zaatakować, Sogeking zwinnie wycofał się kilkanaście metrów do tyłu, poza jego zasięg.
– Dobra, nowy plan! – energicznie oznajmił sam sobie i spojrzał na Cumulusa. – Po prostu odetnę mu dostawy chmur! – ucieszył się z faktu, iż Reject Dial nie będzie mu potrzebny.
Biały golem pochylił się do przodu i niczym sprinter rozpoczynający bieg wystrzelił z miejsca, szarżując prosto na Sogekinga. W mgnieniu oka znalazł się tuż przed nim i zatrzymując swój pęd na jednej nodze, z całym zgromadzonym impetem posłał swą pięść w znajdującego się przed nim przeciwnika.
– Jakim cudem on jest taki szybki!? – wydarł się przerażony Sogeking i odruchowo wyjął z kieszeni Impact Diala, kompletnie ignorując fakt, że w prawej ręce ciągle trzymał jego silniejszą wersję.
Impact! – krzyknął i kiedy lecąca w jego kierunku pięść była o włos od jego głowy, huknął w jej bok, zmieniając minimalnie trajektorię uderzenia, które na nowej trasie jedynie musnęło jego głowy i wylądowało z impetem w ziemi.
Grunt pod nogami zaczął im pękać i w efekcie rozpadać się. Potwór dwoma szerokimi krokami bez problemu zszedł z walącego się obszaru i zostawił swojego przeciwnika samego sobie. Drgająca ziemia pod nogami Sogekinga skutecznie wybijała go z równowagi, a on sam balansując na zapadającym się podłożu, próbował z całych sił przejść, przeskoczyć, lub przeczołgać się w bezpieczniejsze miejsce. Nieszczęśliwie, wszystkie jego działania spełzły na niczym i po chwili reszta gruntu spod jego nóg runęła w dół.
Midoriboshi: Liana! – wystrzelił w pobliskie drzewo małe nasionko, które natychmiast rozrosło się w długie, wytrzymałe pnącze. Jeden koniec ciasno owinął się wokół owego drzewa, a drugi wokół talii Sogekinga. Ułamek sekundy po tym, pod jego nogami była już tylko przepaść zwieńczona jeziorem lawy znajdującym się na dnie. Zwisając bezwładnie i czując unoszący się gorąc, snajper nie ważył się spojrzeć w dół nawet na chwilę. Dobrze wiedział, co tam się znajduje, ale przyjął strategię – czego oczy nie widzą, od tego serce nie staje. Zwisając bezradnie nad przepaścią, próbował obmyślić plan działania, gdy nagle do jego uszu dobiegły słowa kogoś z góry.
– Baranek, zajmij się nim!!! – ktoś zawołał głośno, a chwilę pó??niej Sogeking dostrzegł, jak nad wielką dziurą w ziemi przelatuje drobny zwierz, uroczo mruczący pod nosem, że jest reniferem, a nie barankiem.
– Hę...? - zamaskowany bohater zareagował nieco zaskoczony tym, co właśnie zobaczył.
Wtem szarpnęło lianą, która trzymała go przy życiu i zaraz po tym ktoś powoli zaczął wciągać go na górę. Stali za tym mieszkańcy miasta, którzy pod wodzą nowego boga – Franhwe – uratowali go z potrzasku.
– Co się tutaj dzieje? – zapytał wybity z rytmu walki Sogeking, widząc wszystkich mieszkańców.
– Przyszliśmy cię uratować! Tak rozkazał nam Franhwe! – odpowiedzieli chórem.
– Mamy nawet baranka! – Flip wyrwał się do przodu i wskazał palcem na białego potwora, który tępo przyglądał się leżącemu pod jego nogami reniferowi.
– Franhwe? Baranek? – dopytywał zdziwiony superbohater.
– Wszystko pod kontrolą, Sogeking – ktoś zawołał zza tłumu gapiów.
Mieszkańcy rozeszli się na boki, tworząc przejście dla swojego boga.
– A ty kto? – zapytał długonosy, nie rozpoznając swojego towarzysza.
Otulony chmurami, które nadały mu iście boskiego wyglądu, Franky wystąpił przed swoich wyznawców, mając po prawicy Flipa i po lewicy Flapa. Stanęli we trzech w rozkroku i wykonali krótki, energiczny taniec zwieńczony ulubioną pozą Franky’ego.
– Suuuuupeeeer... Franhwe!!! – melodyjnie krzyknęli, kiedy metalowe ręce cyborga trzasnęły o siebie nad jego głową
– A, czyli to ty, Franky – rzekł pod nosem niewzruszony snajper, zauważając także, że fryzura cyborga przypomina utrzymującą się na patyku aureolę.
– W każdym razie, co się tutaj dzieje? – zapytał Franky.
Sogeking przypomniał sobie, że jest właśnie w środku walki z Cumulusem i jego pupilkiem, więc nie czas na przyjacielskie pogawędki. Odwrócił się w kierunku potwora i zauważył, że zwierze, które przed chwilą nad nim przeleciało, to nie kto inny, jak Chopper.
– Po cholerę go tam rzuciliście, kretyni!? – wydarł się na Franky’ego i resztę, patrząc jak monstrum podnosi jego towarzysza i uważnie się mu przygląda.
– To baranek boży! – odezwał się Flap. – Na pewno jest potężny i rozwali tego giganta raz dwa!
– To nie żaden baranek, tylko nasz towarzysz szop, debile! – wydarł się na nich Sogeking. – To znaczy, towarzysz moich przyjaciół, Usoppa i Franky’ego, rzecz jasna – poprawił się przywracając swój stoicki, bohaterski spokój.
– Nic się nie martw, Sogeking – uspokajał go Franky. – Zaraz się zajmę tym dziwacznym wielkoludem i będzie po problemie!
– No chyba śnisz! – przerwał mu snajper, ku zdziwieniu cyborga. – Zresztą i tak nie dasz rady, bo jego trzeba podejść sposobem! Takim, który ja wymyśliłem!
Franky nie do końca dowierzał w to co właśnie usłyszał. Usopp chce walczyć? On? Człowiek, który zawsze robił wszystko, co tylko mógł, aby uniknąć konfrontacji z przeciwnikiem? Coś tu nie grało, lecz nie mógł zrozumieć co. Aż do momentu, w którym do głowy wskoczyła mu myśl wyjaśniająca wszystko. Ten człowiek, to nie Usopp. Teraz to miało sens, teraz zrozumiał, że Sogeking to tak naprawdę prawdziwa postać, a nie fałszywa osobowość jego towarzysza.
– S-Sogeking...? – zwrócił się do niego niepewnie.
– Tak, Franky, to naprawdę ja – utwierdził go w jego przypuszczeniach. – A teraz czas na atak! Zrobimy to tak... – przemówił do Franky’ego oraz jego wyznawców, po czym rozpoczął omawiać plan działania.


Po długich chwilach objadania się owocami, Luffy z zaspokojonym w końcu głodem zszedł z drzewa i począł wędrować po wyspie, zwiedzając i szukając czegoś ciekawego do roboty. Na swej krajoznawczej przechadzce natknął się Gammala, który szedł przed siebie żółwim krokiem, z opuszczoną głową i wyra??nie przygnębioną miną.
– O, hej, dziadek! – rozpoznał go Luffy i pomachał mu radośnie. – Nie widziałeś może moich towarzyszy?
– Poszli w stronę wieży... – burknął Gammal, nie podnosząc nawet głowy i maszerując dalej.
– Okej, dzięki! – odpowiedział mu energicznie Luffy i zanim ruszył, zadał jeszcze jedno pytanie – a właśnie, mogę zabrać na drogę trochę więcej tych waszych owoców?
– Bierz co chcesz – odpowiedział z totalną obojętnością. – Najedz się nimi do syta, bo pewnie już więcej ich nie zobaczysz.
– Co!? – Luffym wzdrygnęło. – Dlaczego!?
Nagle Gammala coś tchnęło. Jasny promień nadziei ponownie padł na niego z góry. Czyżby mógł jeszcze to wszystko naprawić? Czyżby istniała szansa na przetrwanie jego i reszty birkanów? Mając w pamięci dwie poprzednie próby błagania o pomoc, podszedł do Luffy’ego ostrożnie i starając się nie wyjawiać niewygodnych faktów, wytłumaczył nieorientującemu się w historii wyspy gumiakowi, dlaczego potrzebuje pomocy.

Brook ocknął się wreszcie z krótkiego letargu ufundowanego mu przez Zawebe i ujrzał przed sobą połacie gęstej, bujnej trawy. Nieco oszołomiony, nie będąc pewnym czy jest na łąkach zaświatów, czy nadal w krainie żywych, postanowił oddać się naturze i kompletnie zrelaksować zarówno swoje kościste ciało, jak i bogatą w lata duszę. Złapał swą dłonią kilka ??d??beł trawy i delikatnie zerwał, rzucając je na wiatr i oglądając jak delikatnie i hipnotycznie opadają...
– Co mi włosy wyrywasz, debilu!? – wydarł się taszczący go na plecach Zoro, czując ból na swojej głowie.
– Och, wybacz, panie Zoro – odpowiedział Brook, gdy był już w pełni ocucony. – Dokąd zmierzamy? – dodał po chwili.
Zoro biegł wzdłuż brzegu szukając Sunny, nie zdając sobie sprawy, że statek od dawna znajduje się na szczycie góry.
– Powiedzieli mi, że mam biec prosto, no to pobiegłem, ale statku nie znalazłem. Wiedziałem, że lepiej będzie zdać się na własne instynkty, wtedy bym trafił bez problemów. A teraz biegnę przed siebie przy brzegu i ni cholerę naszego statku nie widać. To drzewo to już trzeci raz mijam!!! – wskazał palcem.
– Aaa... Chcesz powiedzieć, że zrobiłeś już trzy okrążenia wokół wyspy i dalej masz nadzieje, że w końcu znajdziesz statek!?
Zoro zapuścił hamulce i stanął jak wryty.
– Cholera! Wiedziałem, że coś tu nie gra! – sprytnie zauważył. – W takim razie gdzie do cholery jest Sunny?
– Na górze panie Zoro – tym razem on wskazał palcem na widoczny w oddali statek. – Swoją drogą, gdzie się podziały chmury, które otaczały ten szczyt?
– ??e co!? – zbulwersował się szermierz. – Tam jest!? Czemu ja tam do cholery nie spojrzałem? – Zoro tracił już resztki nerwów. – Po cholerę w ogóle wtaszczyliście tam ten statek!?
– Ach, bo widzisz, Franky i reszta byli trochę zbyt leniwi, żeby wspinać się na nogach, więc użyli statku. A ja na stare lata sam musiałem wysilać swoje mięśnie, aby się tam dostać! A jakby tego było mało, to jeszcze na głowie siedziała mi mała dziewczynka! Kości mnie bolą, muszę się napić mleka! Zakwasy będę miał! Wiesz kiedy ja ostatnio zakwasy miałem!?
– Jakie zakwasy!!! Przecież ty nie masz mięśni, debilu!!! – wrzasnął szermierz, osiągając apogeum irytacji.
– Ale mam uczucia, ty nieczuły draniu!!!
– Dobra, cicho!!! Nie jęcz – przerwał mu Zoro, mając już dość jego narzekania. – Wniosę cię na górę, pod warunkiem, że będziesz siedział cicho, jasne!?
Zapadła chwila ciszy, podczas której szkielet wygodnie oparł się o jego głowę.
– Cool – Brook odrzekł luzacko dopiąwszy swego, po czym ruszyli w kierunku góry.
Po przebiegnięciu kilkuset metrów w nozdrza szermierza uderzyła woń spalenizny, w towarzystwie buchającego z przodu ciepła.
– Cholera, chyba mamy problem! – skomentował nie przerywając biegu.
Kilkadziesiąt metrów dalej, z pomiędzy drzew, niemałym strumykiem podążała lawa, która stopniowo zalewała dolne tereny wyspy, niosąc ze sobą płomienną śmierć dla znajdującej się tam natury. Ogień zdążył rozprzestrzenić się już na całej południowo–wschodniej części lasu i brną dalej, mając niedługo obrócić w proch całą resztę.
– Nie wygląda to zbyt dobrze – rzekł Brook, gdy Zoro zatrzymał się przed ścianą płomieni. – Ogień blokuje nam drogę, musimy pobiec na około.
– Na to wygląda – odparł Zoro patrząc jak ogień szybko rozprzestrzenia się we wszystkie strony.


No dobra – Franky przystał na propozycję Sogekinga, kiedy ten skończył omawiać swój plan. – Aczkolwiek nie wiem po co się tak trudzić, skoro mogę go po prostu rozwalić moim promieniem...
– Cicho! Ja tu jestem bohaterem i to ja mam wygrać, a nie ty! – snajper twardo obstawał przy swoim, nie chcąc wyręczać się innymi.
– Dobra, dobra, jak tam chcesz – cyborg odpuścił – ale jak zacznie się robić gorąco, to wkraczam!
– No niech będzie... – westchnął Sogeking po chwili namysłu, po czym zwrócił się do wyznawców Franhweizmu. – Jesteście gotowi!?
– Tak jest!!! – odrzekli gromko chórem.
Gdy wszyscy byli już przygotowani do rozpoczęcia operacji, gromada Franky’ego jako pierwsza żwawo ruszyła przed siebie, szturmując czekającego na ich ruch potwora. W połowie drogi do niego, Flip i Flap wyłonili się przed tłumem, po czym rozdzieli na przeciwległe strony giganta. Reszta ludu szarżowała przed siebie wykrzykując chwalebne treści pod adresem ich boga – Franhwe.
Franky złączył swe ręce i wycelował do góry, a Sogeking wdrapawszy się po jego ciele, usiadł mu na dłoniach.
– Gotowy? – zapytał go cyborg.
– Mam nadzieje, że nie rozsadzi mi tyłka... – zmartwił się w ostatniej chwili.
– Coup de Vent!!! – krzyknął cyborg, a wiązka sprężonego powietrza katapultowała Sogekina w stronę olbrzyma.
Wyznawcy Franhwe kontynuując bieg spojrzeli w górę, gdzie w blasku promieni słonecznych, z rękoma wysuniętymi przed siebie, Sogeking dumnie leciał na spotkanie z potworem.
– To ptak! – rzekł jeden z mieszkańców.
– To samolot! – poprawił go drugi.
– Nie... – wtrącił się Flip. – To Sogeking!
Superbohater wylądował na nosie potwora, łapiąc się go kurczowo, aby nie spaść.
Monstrum momentalnie puściło trzymanego w rękach Choppera i spróbowało pacnąć Sogekinga lewą dłonią, lecz nim jego ręka zdążyła do niego dotrzeć, zwisający mu na nosie szkodnik rozlu??nił uścisk i poleciał w dół.
W międzyczasie, spadającego renifera przechwycił Flip, który z odbitym zakładnikiem zaczął wycofywać się do Franky’ego.
Gdy potwór fundował sobie właśnie soczystego facepalma, snajper w czasie swojego spadania zręcznie złapał go za mały palec, po czym szybko wdrapał się po kolejnych na bok jego dłoni. Już miał wskoczyć mu na głowę, kiedy bestia zaczęła powoli opuszczać rękę, rujnując jego plan. Sogeking ześlizgnął się w okolice nadgarstka, a dzięki zmieniającemu się ułożeniu ręki, po której się przemieszczał, mógł spokojnie stanąć na wewnętrznej części jej przedramienia i szybko przebiec do łokciowego zgięcia, gdzie o wiele łatwiej było mu się utrzymać.
– Uwaga!!! – krzyknął biegający bezpośrednio pod snajperem Flap, służąc mu za asekurację. – Wszyscy wspinać się na jego nogę!
I jak powiedział, tak zrobili. Chmara ludzi, którzy dla potwora byli niczym niegro??ne, acz irytujące mrówki, poczęła wspinać się po jego kończynie. Gigant chcąc pozbyć się natrętów, zaczął machać swoją nogą, a co za tym poszło, także resztą ciała, fundując Sogekingowi bardzo nieprzyjemne doznania porównywalne do rejsu w samym środku sztormu. Superbohater złapał mocno jego biceps i przemieszczając się przed siebie, próbował dotrzeć na jego ramię. Wtapiając swoje palce w jego niesamowicie gęste ciało powoli poruszał się w stronę celu, jednak chwilę przed metą Cumulus musiał wyczuć co planuje. Kapłan zignorował plączących się pod nogami potwora ludzi i wziął w obroty prawą rękę giganta. Zacisnął pięść i posłał ją z całej siły w przeciwległe ramie. Sogeking w ostatniej chwili wstał i z drobnym rozpędem skoczył na plecy potwora, kolejny raz o włos unikając zmiażdżenia. Uderzenie rozniosło ramię na strzępy, rozpryskując jego odłamki we wszystkie strony. Część z nich obiła boleśnie Sogekinga, niczym ogromny grad, powodując umiarkowane obrażenia na całym jego ciele. Lądując na plecach kolosa, resztkami sił wbił w niego swoje palce, ratując siebie przez upadkiem w objęcia asekurującego go na dole Flipa. Z odcinka lęd??wiowego, na którym się znajdował, spojrzał do góry i zobaczył wreszcie swój cel. Pomiędzy miejscami, w których u normalnego człowieka znajdują się łopatki, znajdował się mały wzgórek, z którego biegł cienki, niemalże niewidoczny dla ludzkiego oka przewód łączący olbrzyma z Cumulusem.
– Teraz tylko zniszczyć to w cholerę i papa, panie potworze, hahaha! – śmiał się Sogeking bezradnie zwisając z jego pleców, nie mając sił wdrapać się wyżej. – Tak działają prawdziwi bohaterowie, rozegrałem to perfekcyjnie! Co prawda miałem wdrapać się po jego głowie i zeskoczyć na kark, zamiast wykonywać te karkołomne akrobacje, no ale tak naprawdę to był mój plan! Celowo wybrałem trudniejszą drogę, aby walka była bardziej wyrównana, hahaha!
– Zamknij się do cholery i we?? się do roboty!!! – krzyknęli z dołu rozdeptywani przez potwora, zirytowani ludzie.
Gdy Sogeking miał już zebrać ostatki sił i wykonać ostatni etap swojego planu, usłyszał dziwny i donośny d??więk, który wyra??nie przypominał mu trzepotanie skrzydeł.
– Hę? Co jest grane? – zapytał zdezorientowany i spojrzał w niebo, oczekując ujrzenia szybujących stworzeń. Oprócz chmur i przebijającego się przez nie światła słonecznego, nie było tam niczego.
Odgłosy zdziwienia rozbrzmiały również w tłumie mieszkańców, którzy także zmieszani byli regularnym i coraz bardziej intensywnym, niezidentyfikowanym d??więkiem.
Biegnący z Chopperem w rękach Flip spojrzał na Franky’ego, słysząc, że odgłos dochodzi z jego strony.
– Czy... czy to ty, bogu? – zapytał niepewnie.
– N–nie... – odpowiedział cyborg, nie wiedząc skąd dokładnie dochodzi d??więk. Dopiero po kilku sekundach, kiedy trzepotanie było na tyle głośne, jakby miało miejsce tuż obok, zdał sobie sprawię gdzie znajduje się jego ??ródło
– To ta dziura, w której Sogeking przed chwilą zwisał... – skomentował i spojrzał na nią, czekając, aż ze środka wyleci jakieś ogromne ptaszysko.
Wszyscy zgromadzeni w okolicy obejrzeli się we wskazaną stronę i nawet sam potwór, przez oczy którego musiał spoglądać Cumulus, zaciekawiony całym zajściem zaprzestał wszelakich czynności.
Z wnętrza wyrytego niedawno otworu powoli wyłoniły się wielkie i białe jak śnieg skrzydła, a wraz z nimi ich posiadacz.
– Z–Zawebe!? – Sogeking wyłupił oczy w niedowierzaniu, gdy zobaczył unoszącą się w powietrzu, niedawno uśmierconą z ręki Zoro postać. Jego piękne i majestatyczne skrzydła falowały na wietrze, wydając intensywny, lecz zaskakująco kojący d??więk, a białe i długie na kilkadziesiąt centymetrów pióra powoli i z gracją opadały na ziemię. Zawebe rozejrzał się dookoła i westchnął głęboko zamknąwszy oczy.
– Już czas – odrzekł.

Finał nadchodzi!

PS. w następnym rozdziale to co tygryski lubią najbardziej... czyli kolejne flashbacki Big Grin Krótsze niż ostatnio, ale bąd??cie gotowi xD
Tralal

Pirat

Licznik postów: 38

Tralal, 20-05-2014, 22:39
Ech długie to, jakoś nie chciało mi się tego dziś na raz czytać, ale jakoś skończyłem Tongue

Rozdział w porządku, fragment z Zorem najlepszy Big Grin
Dahaka

Król piratów

Wiek: 32
Licznik postów: 3,793

Dahaka, 08-07-2014, 02:39
Panie i Panowie, chłpcy i dziewczęta.

A dajcie wy mi wszyscy święty spokój Big Grin

Ło rany, ile ja się namęczyłem nad tym rozdziałem, to głowa mała. Ciągle jakieś poprawki, dodatki, tutaj jedna scena, tutaj druga. Miało być szybko, sprawnie, kompaktowo, a tu 10 stron w wordzie nawalone i nawet nie zamieściłem wszystkiego co chciałem w tym rozdziale :F

Jak żyć?
Ja to jeszcze bym tam popoprawiał, głównie od strony stylistycznej, ale już po prostu nie mogę na to patrzeć. Tyle razy przeczytałem ten rozdział, że nie dam rady zmienić tam ani literki w najbliższym czasie, a i tak przerwe zrobiłem sobie sporą Big Grin

Także no.

Zanim jednak przejdziemy do głównej atrakcji tego posta, to chciałbym zakomunikować, że oprócz pisania nowych rozdziałów robię także "remastery" starych.

Tzn. poprawiem jest pod wzgledem stylistycznym i ogolnie staram sie je ulepszyć.
Póki zredagowałem prolog, 1 i 2 rozdział oraz większość 3. Dużo się nie zmieniło, ot tu dodałem jedno zdanie, tam uciąłem, ale generalnie to jest to samo. Zmieniłem tytuł 1 rozdziału. Największą zamianę przechodzi (bo jeszcze nie skończyłem) scena w której Usopp ma kajakowy zjazd z góry. Też chodzi o to samo, ale styl pisania zupełnie inny, taki mniej suchy. Wkleje wam porównanie przy okazji następnego rozdziału, jak już skończe.
Przy kolejnych rozdziałach mam zamiar napisać nowe sceny dla postaci stworzonych przeze mnie, czyli wlasciwie dla wszystkich oprcz słomków :F Robię to, aby lepiej ich opisać i nadac im więcej charakteru. Będę te nowe sceny także wklejać przy okazji nowych rozdziałów, coby "starzy wyjadacze" xD nie czuli się aż tak mocno oszukani.
Od razu mówię, że nie robię tych poprawek aby łatać dziury fabularne czy coś, bo nawet nie wiem czy takie istnieją. Jak na jakąś trafię, to się przyznam Big Grin
No, to by było na tyle.
UWAGA POKI CO NIE PODMIENILEM JESZCZE ROZDZIALOW TUTAJ, WIEC NADAL SA STARE WERSJE. NOWE NA NAKAMIE JAK KOMUS SIE BARDZO SPIESZY (JASNE XDD)

Ah, jeszcze jakieś przypomnienie małe... No, z racji tego, że mamy flashback, który jest kontynuacją poprzedniego flashbacka, to powinienem wam przypomnieć owe retrosy... Możecie sami sobie przeczytać ponownie (ta, jasne Big Grin), rozdziały 15 i 16 jak coś, na stronie 12 tego tematu.

Ok, no to robimy streszczenie.

birkanie zbudowali Immaxa i wyruszyli nim w lot, którego celem jest księżyc. Nie dolecieli, bo statek uległ awarii, spowodowanej drobną nieścisłością, niezgraniem między dwoma inzynierami Immaxa - Yosephem i Salome. Immax składał się z dwóch części, Bionis i Mechonis. Bionis to tam ziemia, kwiatki trawa, hodowla niebisekich owoców, pracowały tam kobiety. Mechonis prawie całkowicie ze stali zbudowany, pracowali tam mężczy??ni.
No i sie generalnie stateczek rozerwal. Jako, ze Mechonis jest częścią zasilającą statek, to on zostal w powietrzu a Bionis runął w dół. Yoseph i Salome użyli berła, które miało "zamonowaną" logię chmury, oraz owocu gąbki, aby stworzyć gęstą chmurę i ocalić bionisa przed roztrzaskaniem się o ziemię. Yoseph i Salome zginęli.
Oprócz nich mamy jeszcze 5 innych waznych postaci.
Uranos starszy
Uranos młodszy
Lucyfer
Gammal i Vijana. Gammal to ten staruch, co przywitał słomków jak pierwszy raz zawitali na bionisie. Vijana jego żona. Lucyfer to ich dzieciak.
Uranos starszy ma skrzynkę. Skrzynka ta ma miejsce na trzy owoce. Jednego owocu brakowało, drugi wziął starszy Uranos, który został na Mechonisie, a trzeci został rzucony młodszemu Uranosowi.
Lucyfer i Uranos to BFF. Uranos jest spokojny w miare, Lucyfer porwyczy i lubi sie bic z byle powodu.
Starszy Uranos mowil synowi, ze ich imie i ta skrzynka z owocami sa przekazywane z pokolenia na pokolenie, ale nie wiadomo dlaczego. Młodszy Uranos to kupuje, Lucyfer uważa że to kretyństwo i ogólnie mu się cały koncept dziedziczenia imienia nie podoba. Bez sensu i w ogóle.
Podczas rozerwania Immaxa Vijana (matka Lucyfera, żona Gammala) ginie, spada w szparę między Mechonisem i Bionisem. Lucyfer mocno przeżywa i mdleje... chyba, nie pamietam juz XD
Aha, imie Lucyfera nie zostalo wybrane przez jego rodziców, a przez wszystkich birkanow, bo starzy nie mieli pomysłu, wiec sobie takie cos urzadzili.
Eden - ogród w którym hodują niebieskie owoce

no i to by bylo na tyle z tego co musicie wiedzieć. flashback skupia się na postaciach Uranosa oraz Lucyfera.

No, to zaczynamy.

Ostrzegam, że długie i zero akcji.

Mam nadzieje, że nie umrzecie z nudów :F

To wszystko są ważne rzeczy

Rozdział 20: Choroba

– W końcu się obudziłeś – usłyszał Lucyfer, gdy wreszcie powrócił do świata przytomnych.
Znajdował się w domu rodziny Uranosa, leżąc okryty na łóżku, z czuwającym nad nim przyjacielem siedzącym na krześle obok.
– C-co się dzieje? – zapytał nieco oszołomiony, podnosząc się do pozycji siedzącej.
Uranos wstał i odseparował Lucyfera od stojącej obok prowizorycznej kroplówki, przez którą dzień w dzień podawano mu sok z niebieskich owoców.
– Byłeś w śpiączce przez dwa lata – poinformował go, nieco obojętnie, ale zaraz po tym się uśmiechnął.
I nim rozmowa zdążyła popłynąć dalej, dotychczas zamglona pamięć Lucyfera poczęła nabierać ostrości. Wspomnienia spadły na niego jak grom z jasnego nieba, slajdy z przeszłości przelatywały mu przed oczyma jeden za drugim, prezentując wspomnienia, które miały miejsce zanim jego umysł popadł w letarg. Chaos, krzyki, płacz, panika, a w samym centrum jego matka znikająca mu z oczu, na zawsze.
– Nie!!! – krzyknął i zerwał się na nogi, kompletnie tracąc kontakt z chwilą obecną.
Uranos złapał go za ramiona i próbował uspokoić, lecz było to bezcelowe. Lucyfer wyrwał się z jego uścisku odpychając go na bok i wybiegł na zewnątrz. Nie zważając na nic i na nikogo, bez zastanowienia ruszył w kierunku swojego rodzinnego domu.

Na zewnątrz było spokojnie. Wydawać by się mogło, że tak poważny incydent, jak katastrofa Immaxa, nie obędzie się bez pozostawienia za sobą wielkiej, pustej i zalanej krwią ruiny. Jednakże poświęcenie Yosepha i Salome pozwoliło uniknąć masowej anihilacji życia i kompletnej destrukcji wszystkiego, co sami stworzyli lata temu. Mieszkańcy Bionisa bardzo szybko powrócili do znanej im od wielu lat rutyny na nienaruszonej zniszczeniami ziemi. Choć na pierwszy rzut oka wszystko sprawiało wrażenie bycia w normie, już po chwili obserwacji można było dostrzec, że atmosfera panująca wokół była tylko ledwo utrzymującą się maską normalności, zza której nieśmiało wyglądał smutek i nędza. Większość biraknów przetrwała katastrofę, lecz pamięć o tych, którym się nie udało, razem ze świadomością bycia pozostawionym na pastwę losu gdzieś w przestrzeni, odciętym od świata, łamała nawet największych optymistów.

Lucyfer wtargnął do swojego domu i, mimo że z całego serca nie chciał, zastał to, czego się spodziewał. Jego matka była nieobecna. Jej rzeczy, zawsze tak ładnie zdobiące dom, zniknęły, jak przykre pamiątki sprawiające cierpienie za każdym razem, gdy się na nie spojrzy. Wszelakie nadzieje, jakoby wspomnienia, które migały mu przed oczami były fałszywe, zostały rozwiane w jednej chwili.
- Lucyfer! – zawołał Uranos, stając zdyszany w drzwiach.
- Nie żyje... – wybełkotał chłopiec. – Moja mama... Nie żyje... – nieprzytomnie wpatrywał się w łóżko Vijany, balansując na granicy całkowitej rozpaczy i niekontrolowanej złości.
- Wiem... – odezwał się ostrożnie Uranos, chcąc go jedynie pocieszyć. – I wiem, że jest ci ciężko...
- Pff... – Lucyfer prychnął w odpowiedzi, wyrywając się z hipnotycznego stanu. Odwrócił się i spojrzał na swego przyjaciela, z twarzą pomarszczoną od złości i irytacji. Uranos już wiedział, że ich rozmowa nie skończy się tak, jakby chciał. – Niby skąd? – dodał po chwili Lucyfer.
- Ja także straciłem ojca... – nieco niezręcznie próbował postawić się w podobnej sytuacji.
Twarz Lucyfera zaczerwieniła się ze złości
- Słucham? – rzucił opryskliwie. – Możesz powtórzyć?
- Mówię, że ja także straciłem...
- Gówno prawda!!! – w końcu wybuchnął, przerywając mu. – Twój ojciec żyje sobie teraz na Mechonisie, a moja matka spadła w odmęty ludzkiego świata! Chyba sobie kpisz, jeśli myślisz, że wiesz, co czuję!!! – Miał ochotę rzucić się na niego z pięściami, jak to zawsze miał w zwyczaju, lecz tym razem tego nie zrobił, pomimo faktu, że powód miał lepszy niż kiedykolwiek. Coś w nim pękło. Zacisnął zęby i wybiegł na zewnątrz, zostawiając Uranosa bez słowa.

Chwilę po opuszczeniu swojego rodzinnego domu Lucyfer, krążąc między domostwami i witającymi go birkanami, w końcu spostrzegł nieopodal jedną dziwnie znajomą twarz.
– Ty... – zwrócił się do mężczyzny, ledwo rozpoznając w nim swojego ojca przez jego niechlujnie zapuszczoną, powoli siwiejącą już brodę. Gdyby nie to, że był dość niski w porównaniu do reszty birkanów, to zapewne nigdy by go nie zidentyfikował.
– L–Lucyfer? – Gammal zapytał nieco oniemiały. Nie był przekonany, czy to na pewno nie zwidy.
Gdy chłopiec był już pewny, że to jego ojciec, prychnął na niego z pogardą i ruszył przed siebie. Gammal nie próbował go zatrzymać. Wiedział, że cierpi, tak samo jak i on od ostatnich dwóch lat. Chciał go uścisnąć, pocieszyć, ale widocznie Lucyferowi nie zależało na jego gestach, dlatego milczał i był rad, że jego syn wybudził się ze śpiączki cały i zdrowy.

Przez ostatnie dwa lata Gammal na zmianę użalał się nad śmiercią Vijany i rozmyślał o swojej ostatniej konwersacji ze starszym Uranosem, która miała miejsce tuż przed rozerwaniem się Immaxa.
Chwilę po tym, jak bli??niacze rodzeństwo rzuciło się na ratunek wszystkim birkanom, jeden z inżynierów Immaxa przybiegł z wiadomością, jakoby Mechonis, w wyniku rozerwania, uległ poważnej awarii. Jak się okazało, zniszczenia były na tyle poważne, że uczyniły mechaniczną część statku niezdolną do latania. Mechonis został skazany na bezczynne lewitowanie w przestrzeni, przynajmniej do czasu, aż matka natura postanowi przestać dostarczać mu energię elektryczną. W praktyce oznaczało to, że kilka, lub nawet kilkanaście tysięcy metrów nad Bionisem, znajdował się Mechonis, którego mieszkańcy byli równie bezradni jak ci znajdujący się na dole.
Mimo tego, że sytuacja była iście tragiczna, to świecił nad nią jeden promyk nadziei. Kiedy obie części statku się rozłączyły, starszy Uranos ostatkiem sił krzyknął do Gammala „Czekajcie cierpliwie, mam pomysł!!!” I te słowa trzymały w ich nadziei; odciągały od myśli o potencjalnej zagładzie, która, prędzej czy pó??niej, była nieunikniona.

- Odczep się ode mnie!!! – idąc bezcelowo przed siebie, Lucyfer krzyczał do Uranosa, który zdążył go już dogonić.
- Zaczekaj... – Uranos próbował go zatrzymać. – Myślenie o przeszłości w niczym ci nie pomoże...
Lucyfer gwałtownie zahamował i odwrócił się w jego stronę.
- Myślenie o przeszłości? – zapytał ze zdziwieniem w głosie. – Czyli co? Mam zapomnieć o swojej matce i żyć dalej, jakby nic się nie stało!? Rozejrzyj się! Nawet gdybym się z tym pogodził, to i tak nie mam czego oczekiwać od przyszłości! Jesteśmy skazani na życie na tym przeklętym statku do końca naszych dni!!!
- To nie prawda – zaprzeczył spokojnie Uranos, po czym wyciągnął wystający mu z kieszeni ozdobiony wzorkami owoc. – Widzisz to? To część zawartość tej skrzynki, którą posiada mój ojciec! Podarował mi to, bo wie, że kiedyś ponownie się spotkamy i...
- A zamknij się!!! – przerwał mu gwałtownie rozwścieczony Lucyfer. – Mam gdzieś tę twoją cholerną skrzynię! Jedyne, o czym potrafisz myśleć po takiej katastrofie to to dziadostwo! W dodatku dajesz mi rady o tym, jak to myślenie o przeszłości nic mi nie da, kiedy to właśnie twoje życie napędzane jest przez historię, o której nawet nie masz pojęcia! To jest głupota, nienawidzę tego!!! Nienawidzę Ciebie za to, że wierzysz w te bzdury i się ich trzymasz!!! Nienawidzę mojego ojca za to, że zabrał moją matkę na tę przeklętą podróż!!! Nienawidzę was wszystkich za to, że zbudowaliście ten cholerny statek, bo mieliście jakieś bzdurne marzenie dostania się na księżyc!!! Rozumiesz!? Nie-na-wi-dzę!!! – wrzasnął na całe gardło.
Uranos milczał. Widząc zalaną łzami twarz Lucyfera, opuścił wzrok i począł zbierać myśli.
– Masz rację... – zabrał głos po chwili, zanim jego przyjaciel zdążył odejść. – Moje życie może i ma korzenie w historii, o której nie mam pojęcia, ale to nie ona jest moją motywacją. Moje imię i moje dziedzictwo to coś, co ja tworzę tu i teraz z myślą o przyszłości. To mój wybór. Nie zastanawiam się dlaczego ktoś kazał nam trzymać tę skrzynkę i dziedziczyć to imię, zastanawiam się kto na nią czeka i do czego będzie ona potrzebna. Przeszłość nie ma znaczenia, liczy się tylko chwila obecna, ponieważ to ona kształtuje jutro. Nie możesz zmienić tego, co było, ale możesz wpłynąć na to, co będzie. Świat się nie skończył, wszystko leży w twoich rękach.
Lucyfer, nie będąc w ogóle przekonanym małą przemową Uranosa, spojrzał z wyrzutem na niego i szlochając pod nosem odszedł bez słowa.

Lata mijały. ??mudne, smutne, lecz pełne nadziei, która nie chciała rozkwitnąć w dobre nowiny. ??ycie na Bionisie toczyło się powoli i monotonnie. Małe dziewczynki wyrastały na kobiety, lecz tylko nielicznym trafiał się partner, który zbiegiem okoliczności znajdował się na Bionisie w dniu katastrofy.
Miejsce miały także pierwsze zgony. birkanie, znajdując się teraz o wiele bliżej ziemi, zostali narażeni na choroby, których nie można było doświadczyć w miejscu, z którego pochodzą. Ich organizmy nie były przygotowane na walkę nawet z tymi najmniej szkodliwymi. Z roku na rok mieszkańców ubywało, a pozostawione po zmarłych puste domy przypominały wszystkim, że Bionis prędzej czy pó??niej zostanie wyludniony.

Minęło osiem lat od dnia katastrofy. Lucyfer, mający teraz siedemnaście lat, choć zdążył już pogodzić się ze śmiercią swojej matki, to katastrofa Immaxa pozostawiła na nim inny, trwały ślad. Jego stosunek do wszystkich birkanów zmienił się stanowczo. Nie traktował ich już przyjacielsko i to właśnie ich winił za śmierć Vijany. Choć czas uleczył niektóre rany i jego relacje z ojcem oraz Uranosem wróciły do swoich dawnych form, to na każdą inną osobę na wyspie spoglądał z góry. Nie był w stanie obarczyć winą swoich bliskich, więc obarczył nią wszystkich innych po trochu.

Podczas tych ośmiu lat, jednym z najbardziej pamiętnych, o dziwo, wydarzeń w życiu Lucyfera, była śmierć matki Uranosa. Padła ona ofiarą dziwnej choroby, którą trzymała w tajemnicy aż do swoich ostatnich chwil. Pewnego poranka Uranos znalazł ją, już nie żywą, w jej łóżku.

– Dobrze się czujesz? – zapytał Lucyfer wchodząc do domu swojego przyjaciela, kilka dni po tym, jak jego matka odeszła ze świata żywych.
Uranos siedział przy stole z koszem owoców pod nogami. Wyciągał je jeden za drugim i kroił w wąskie paski.


Jedynym pokarmem, jaki mieli na Immaxie były tzw. owoce życia. Niebieskie, jabłko podobne owoce, które zawierały w sobie wszystkie niezbędne do życia składniki, witaminy i minerały, także te, które ludzie mogli pozyskać tylko od zwierząt. Smak tychże owoców, choć niesamowicie dobry, przez te wszystkie lata przejadł się birkanom, dlatego też, aby oszukać swoje zmysły, przyrządzali je w najróżniejszych formach. Jako napoje, zupy z kawałkami owoców, opłatki, przeciery i na wiele innych, czasami nawet dziwnych, sposobów. Niektórzy posuwali się nawet do dodawania trawy lub liści drzew, na których owe owoce wyrastały, aby choć trochę urozmaicić smak.
Niemniej oprócz pełnienia funkcji pokarmu, owoce życia, jak ich nazwa sugeruje, nadawały się także do wielu innych rzeczy. Używano ich, lub ich soku, jako lekarstw, maści, czy nawet płynów dożylnych. Nieważne jak z nich korzystano, nigdy nie mogły zrobić komukolwiek krzywdy, a bardzo często potrafiły działać leczniczo. Były powszechnie uważane za doskonałe, najlepsze z wszystkich owoców. Do momentu, aż ich uniwersalność straciła na znaczeniu i oferowane przez nie właściwości lecznicze nie były w stanie sprostać tzw. „chorobom ludzkim”

– Dobrze – odpowiedział krótko.
Uranos nie wyglądał na przejętego czy smutnego. Siedział przy stole i przyrządzał sobie jedzenie, tak jak wiele razy przedtem, gdy Lucyfer wpadał do niego z wizytą. Wydawało się, że był to dla niego dzień, jak co dzień.
Lucyfer był nieco zmieszany. Pocieszanie kogokolwiek nie było w jego stylu, więc czuł się niezręcznie przychodząc tutaj, ale brak jakiejkolwiek emocjonalnej reakcji ze strony Uranosa wprawiał go w jeszcze większe zakłopotanie.
– Mogę coś dla ciebie zrobić? – wykrztusił po chwili zwątpienia, nie bardzo wiedząc, co tak właściwie powinien zrobić, skoro Uranos ewidentnie nie potrzebuje jego pocieszycielskich gestów. Rozważał nawet, czy nie jest to przypadkiem zemsta za to, że osiem lat temu nakrzyczał na Uranosa, kiedy ten próbował go pocieszyć.
– Hm... Chyba nie – odrzekł obojętnie.
– No... Dobra... – dalej był zmieszany. – Jak coś, to będę u siebie w domu...
– Okej, dzięki – odpowiedział.
Lucyfer postał jeszcze chwilę w progu, przyglądając się krojącemu owoce Uranosowi, po czym odszedł w milczeniu, ciągle zmieszany.



– Hej!!! – zawołał Uranos wtargnąwszy do swego domu, w którym Lucyfer ucinał sobie drzemkę. – Nie zgadniesz, jaką mam nowinę!
– Co!? Przylecieli po nas!? – Zerwał się z łóżka.
– A... Nie... Niestety nie – szybko zabił jego nadzieję. – Ale uwaga! Zostanę ojcem!
Brwi Lucyfera uniosły się w zaskoczeniu.
– Naprawdę!? – zapytał nie ukrywając zadowolenia. – To świetnie! Tak mało tutaj wrzeszczących bobasów...
– Eh, racja... – przytaknął Uranos. Zamknął za sobą drzwi i usiadł przy stole. – Dzieciaki, które były za młode, aby mieszkać i pracować na Mechonisie w dniu katastrofy powoli dorastają, jeszcze kilka lat i będą już w odpowiednim wieku, to się pewnie trochę brzdąców narobi. Na pewno dobrze to wpłynie na samopoczucie wszystkich.
– Oby – rzekł z nadzieją Lucyfer i dosiadł się do przyjaciela. – Ta depresyjna atmosfera skryta wśród sztucznych uśmiechów jest strasznie przytłaczająca. Tyle dobrze, że twoje dziecko będzie miało się z kim bawić – miał na myśli dzieci ich rówieśników, którzy podobnie jak Lucyfer i Uranos, w dzień katastrofy mieli dzień wolny od pracy, który spędzili na Bionisie. – Wiecznie wesołe dzieciaki odciągną go od negatywnego wpływu wiecznych smutasów...
- Ano – przytaknął ponownie Uranos. – Hej! Może ty też się o takiego postarasz? I wtedy nasze pociechy się zaprzyja??nią! – rzucił propozycją.
- Eh, nie, dzięki – Lucyfer twardo odmówił. – Nie chce się z nikim związywać, nie teraz. Nasza przyszłość jest zbyt niepewna, a ja nie mam zamiaru zwiększać liczby bliskich mi osób, tylko po to, aby potem cierpieć jeszcze bardziej z powodu ich straty.
- Och... – westchnął nieco rozczarowany. – Szkoda...
- Dasz sobie radę! – podniósł go na duchu. – Jak chcesz, to ja mogę zostać jego przyjacielem. Lub jej. Wiesz w ogóle, jaka płeć? – zapytał zaciekawiony.
- Jeszcze za wcześnie, aby to stwierdzić.
- A imię już wybrałeś?
Uranos zawahał się przez chwilę.
- No tak, przejmie je po mnie – odpowiedział z powagą.
Lucyfer spojrzał na niego krzywo.
- Chyba sobie żartujesz.... – w jego głosie wyra??nie słychać było rozczarowanie.
- Niestety nie, kolejny Uranos będzie stąpał po tej wyspie – odpowiedział dumnie.
- A co jeśli to będzie dziewczynka? Też jej dasz takie kretyńskie imię?
- A czemu nie?
- Ach.... wnerwiasz mnie! – wzburzony Lucyfer wstał i otworzył drzwi na zewnątrz. – Myślałem, że z głupot się wyrasta, ale widać w twoim przypadku to tak nie działa. Dalej trzymasz się tych bzdur. I po co? Masz ten jeden diabelski owoc... I tyle. We?? go zjedz po prostu, może się okaże przydatny. Eh, idę się przejść – wyszedł i trzasnął za sobą drzwiami.
Udał się do domu, w którym mieszkał razem ze swoim ojcem. Kiedy wszedł do środka ujrzał Gammala, siedzącego przy stole, z piórem i kartką papieru przed nosem. Jego broda, którą zapuścił po śmierci Vijany, dalej zdobiła jego twarz, jeszcze pełniej osiwiała, jednak o wiele bardziej zadbana.
– Chyba mam dejavu – odrzekł Lucyfer, nie zdając sobie sprawy, że dokładnie w dzień katastrofy jego ojciec siedział nad tą samą kartką papieru, próbując stworzyć kawałek sztuki.
– Lata... – westchnął Gammal. – Przez lata zastanawiałem się, co mam napisać. O swoich uczuciach? O twojej świętej pamięci matce? O tobie? A jak już wybiorę, to co to ma być? Wiersz? A może piosenka? Długo myślałem, ale ostatnio wreszcie doszedłem do wniosku.
– O, i co to takiego będzie? – zapytał zaciekawiony Lucyfer.
– Hymn.
– Hymn? – zdziwił się Lucyfer. – Hymn czego?
– Dowiesz się jak skończę – odpowiedział dosyć tajemniczym tonem i podał Lucyferowi kartkę. - Spójrz, mam już kawałek.

W splendorze przedzieramy się przez nieba wody,
Zadumani w doskonałości swego rzędu,
Nieświadomi tej jednej, niewielkiej przeszkody,
Ochrzczonej nazwą ludzkiego błędu.


Lucyfer uśmiechnął się pod nosem.
– Bardzo krytycznie, jak na birkana.
– Nie ma nic bardziej bolesnego, niż prawda – głęboko westchnął. – Czasem się zastanawiam, czy nasz stosunek wobec ludzkości ma jakieś głębsze znaczenie? Czy oni nam czymś zawinili, czy to po prostu efekt naszej pychy? Od małego wmawiają nam, że jesteśmy doskonali, lepsi od ludzi, a kiedy dorastamy, nasza idealna samoocena jest zbyt głęboko zakorzeniona, abyśmy spróbowali ją zakwestionować. Nawet ty, Lucyfer... – w tym momencie przerwał, gdyż wyraz twarzy jego syna przybrał znamiona złości. – Ach, tak, przepraszam. Nawet ty, mój synu, byłeś wychowywany z tym wpajanym poczuciem wyższości.
– Co za różnica? – stwierdził Lucyfer. – Nie mamy z nimi żadnego kontaktu, więc co czujemy wobec nich nie ma żadnego znaczenia. Wiodą sobie swoje paskudne życia tam, na dole, nie zawadzają nam, co najwyżej dostarczają rozrywki i leczą kompleksy, do których i tak nikt nie chce się przyznać przez tę rzekomą doskonałość.
– A jeśli kiedyś ich spotkamy? Co wtedy?
Lucyfer zamyślił się.
– Wtedy przekonamy się, czy faktycznie dzieli nas przepaść tak wielka, jak nam się wydaje.


Kilka miesięcy pó??niej na świat przyszło dziecko Uranosa. Była to dziewczynka, co okazało się dla niego nieco niewygodne, gdyż chciał nadać jej imię dokładnie takie samo, jak jego i jego ojca. Nie głowiąc się zbytnio nad brzmieniem, dodał po prostu do swojego imienia literkę „a” na końcu, oraz podwoił poprzedzającą ją „s” i takim oto sposobem ochrzcił swą córkę imieniem – Uranossa.
Lucyfer nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy. Nadal uważał, że imię brzmi wyjątkowo ??le i nie powinno się skazywać dzieciaka na taką mordęgę. Wielokrotnie próbował nakłonić Uranosa do zmiany jej imienia, lecz za każdym razem było to bezskuteczne. Przekonania ojca dziewczynki były twarde niczym diament i nie sposób było się przez nie przebić do rozsądku.

Dzień narodzin córki Uranosa nie zapisał się w historii, jako kompletnie szczęśliwy. Choć jedno życie przyszło na świat, drugie zostało odebrane, jakby ktoś próbował zachować balans życia we wszechświecie. Matka dziewczynki zmarła przy porodzie, a przyczyną, jak zwykle, była niezidentyfikowana, ludzka choroba. Ku zaskoczeniu Lucyfera, Uranos przyjął ten cios bardzo lekko, wręcz jakby zmarła kompletnie obca mu osoba. Wywołało to w jego głowie niemały mętlik, gdyż była to już druga tego typu sytuacja. Najpierw nie ruszyła go śmierć własnej matki, a teraz także śmierć osoby, która przyniosła na świat jego córkę. Relacje Uranosa z każdą z nich były wzorowe, więc dlaczego jest tym kompletnie nieprzejęty? Myśląc nad tym przypomniał sobie jego słowa o tym, jak to nie warto przejmować się przeszłością, że liczy się chwila obecna, która kształtuje przyszłość. Ale czy śmierć bliskiej mu osoby, która miała miejsce dzień wcześniej, jest jeszcze tera??niejszością, czy już przeszłością? Głowił się nad tym przez dłuższy czas, ale nie był w stanie dojść do żadnych jednoznacznych wniosków, więc po prostu zapytał Uranosa osobiście. Odpowied?? dostał prostą: „Płakałbym, gdybym wiedział wcześniej, że umrze. Tak się jednak nie stało, umarła niespodziewanie. Nic nie mogę na to poradzić, użalanie się w niczym mi nie pomoże. Muszę być silny dla dobra Uranossy”.
Usłyszawszy to Lucyfer zdał sobie sprawę, że coś złego stało się z jego przyjacielem. Nie widział dokładnie co, ale brak podstawowych emocjonalnych reakcji u Uranosa budził w nim niepokój. W czasach sprzed katastrofy jego przyjaciel był zwykłym, pospolitym chłopcem. Spokojnym, introwertycznym i, co najważniejsze, czułym.
Ze względu na buńczuczną wtedy naturę Lucyfera, często popadali w konflikty z byle powodów, co kończyło się zazwyczaj wyzwiskami lub, nieco rzadziej, rękoczynami. I gdy Lucyfer zaczął porównywać obecnego Uranosa z charakterem, który miał we wspomnieniach, dostrzegł zmianę. Nie była ona nagła. Trwała latami, powoli, lecz systematycznie, dlatego jej nie zauważył. Przynajmniej nie świadomie, bo w głębi serca czuł, że coś się zmieniło, ale nie zajmował sobie tym myśli. Ot, Uranos dorósł, tak jak i Lucyfer, który z wiekiem stawał się coraz bardziej stonowaną osobą.
Niemniej teraz już widział, że to nie było zwykłe dojrzewanie. To było coś innego, coś złego. Im więcej czasu mijało, tym dostrzegał to coraz lepiej – Uranos stawał się obojętny wobec wszystkiego. Wszelakie emocjonalne więzi, jakie posiadał z innymi zniknęły na przestrzeni lat. Wszystkie, oprócz dwóch. Dwie i jedyne osoby, które wydawały się dla niego ważne – Uranossa i Lucyfer.

Czas płynął powoli. Lucyfer przez kilka miesięcy przyglądał się wyra??nie Uranosowi i z każdym kolejnym tygodniem utwierdzał się coraz bardziej w swoich wcześniejszych przypuszczeniach. Chciał temu jakoś zaradzić, ale szybko uświadomił sobie, że nie ma to żadnego sensu. Uranos jest przykładnym i troskliwym ojcem, a także jego dobrym przyjacielem. Nawet, jeśli reszta świata go nie obchodzi, to co z tego? Dopóki więzi, jakie miał z córką i Lucyferem były dla niego ważne, wszystko było w jak najlepszym porządku.

Cała trójka spędzała razem mnóstwo czasu, głównie na spacerach i zabawach z Uranossą. Ojciec nie odstępował swej córce nawet na krok. Zawsze czuwał nad nią, rzadko kiedy zostawiając w rękach kogoś innego. Byli niemalże nierozłączni.
Lucyfer, mimo tego, że nie był powiązany z nimi więzami krwi, to bezsprzecznie mógł uchodzić za członka rodziny. Zawsze obecny przy nich, lub w pobliżu, do tego stopnia, że niektórzy birkanie nie byli pewni, kto tak naprawdę jest ojcem dziewczynki.
Lucyfer oprócz spędzania czasu z, jak zbiorczo ich określał, Uranosami, zaczął też dbać o siebie. Codziennie rano truchtał do Edenu i poddawał się tam treningowi. Ćwiczył i hartował swoje ciało, a także gimnastykował i budował kondycję długimi maratonami. Pomimo lichej postury Gammala, jego sylwetka nawet przed rozpoczęciem treningu sugerowała, że został obdarzony wyjątkowo dobrymi genami.

Po kilkunastu miesiącach Uranossa zaczęła wydawać z siebie pierwsze sylaby, a niedługo po tym słowa. Oprócz podstawowego zestawu wyrazów, takich jak „tak”, „nie” „tata”, nauczyła się także imienia Lucyfera, które uroczo zmiękczała na „Lucyfeł”. On sam nie lubił, jak nazywano go po imieniu, ale Uranossa była zbyt urocza, aby się na nią złościć. Dużo czasu nie musiało minąć, zanim przyznał, że jej wersja w sumie mu się spodobała. Tak bardzo, że nauczył ją nazywać swojego ojca po imieniu, które małolata przerobiła na „Ułanos”. Lucyfer chcąc wbić przyjacielowi szpilkę mającą przypominać mu o jego niefortunnym imieniu, nauczył ją alternatywnej wersji brzmiącej „Ułamnos”

Lucyfeł, Ułamnos i Ułamnosa zdawali się być najszczęśliwszymi birkanami na wyspie. W porównaniu do wiecznie przygnębionej reszty, wyglądali jak fontanny radości tryskające optymizmem przez cały dzień.
Zapomnieli o problemach i zaczęli żyć chwilą.

Od dnia katastrofy minęło nieco ponad dziesięć lat.

Hej, Lucyfer! – zawołał Uranos, lecz zaraz po tym szybko się poprawił. – Znaczy się, przyjacielu!
– O co chodzi? – zapytał leżąc na łóżku i czytając wypociny swego ojca.
– Muszę załatwić kilka spraw, więc zostawiam ci Uranossę pod opieką.
– Spraw? – zdziwił się. – Jakie ty sprawy możesz mieć w takim miejscu?
– No wiesz... Sprawy – uśmiechnął się nieco sztucznie, jakby był czymś zakłopotany. Lucyfer zignorował zachowanie Uranosa, mając w pamięci „problem” z jego charakterem.
– Ech, jak tam chcesz. – wstał i podszedł do przyjaciela po prawie dwuletnią już dziewczynkę. Uranos przekazał mu ją ostrożnie.
– Dzięki, baw się dobrze! – rzucił szybko i wyszedł, machając na pożegnanie swojej córce.
Lucyfer zamknął drzwi i posadził Uranossę na łóżku. Przeszedł na chwilę do innego pokoju.
– Patrz, co mam! – wrócił szybko i pokazał dziewczynce kilka swoich starych, podniszczonych zabawek z dzieciństwa. Klockowate przedmioty zrobione z chmur oraz coś, co w domyśle miało przypominać lalkę, lecz w rzeczywistości było nieudolnie zszytymi woreczkami z ziemią. Gdy Uranossa ochoczo wystawiła przed siebie ręce, podał jej, co miał w dłoni. Dziewczynka poczęła bawić się przyniesionymi gratami, z szerokim uśmiechem na twarzy.
Lucyfer usiadł na krześle i obserwował. Słodkie dziewczę, rozradowane, spoglądające na niego i wołające „Lucyfeł”. Choć bawił się z nią już wcześniej, dopiero teraz, zupełnie znikąd, zaczął zadawać sobie pytanie, czy sam chciałby mieć kogoś takiego. Ale przecież stwierdził, że nie chce zwiększać liczby bliskich mu osób, tylko po to, aby potem bardziej cierpieć z powodu ich straty. Nie mógł tego zrobić. Nie był jak Uranos, dla którego śmierć rodziny to nic wielkiego. Nie chciał szkodzić sobie samemu. Lecz gdy patrzył na nią, gdy spotykał jej wzrok, gdy czuł, jak łapie go za palec i widział, jak niewinnie się uśmiecha, był spełniony. Podobało mu się. Podobało mu się bycie opiekunem tak niewinnego i nieskażonego głupotami stworzenia.
Po chwili przestał rozmyślać i począł się bawić razem z nią. Nosił ją na głowie, na plecach, podrzucał, wygłupiał się. Robił dziwne miny, przyrządzał przecier z owoców. Biegał, skakał. Cieszył się. Śmiał. Dwie godziny nieustannej radości, jaką przyniosło mu jej towarzystwo, minęły, wydawałoby się, w chwilę.
Gdy dziewczynka wyładowała już swoją energię na zabawę i najadła się do syta, Lucyfer wziął ją, zmęczoną, i ułożył do snu. Chciał jej coś zaśpiewać, aby ułatwić zasypianie, lecz jedyna piosenka, jaką znał, autorstwa jego ojca, nie nadawała się na kołysankę.
Z tego powodu zdecydował się na śpiewaną improwizację. Wziął kartkę papieru i nabazgrał szybko kilka prostych rymowanek. Stanął przed Uranossą i już miał rozpocząć swój rechot, kiedy, niczym przez boską interwencję, za drzwiami rozległ się delikatny hałas. Lucyfer obrócił się na pięcie i zainteresowany odgłosami zawędrował przed siebie, jednak nim zdążył dojść do drzwi, do domu wpadł zdyszany, blady i osłabiony Uranos. Zamknął za sobą wejście i chwiejnym krokiem ruszył do Lucyfera. W połowie tej krótkiej drogi stracił równowagę i poleciał na ziemię.
– Co sie dzieje!? – zapytał nieco przestraszony Lucyfer. Podbiegł do przyjaciela i nim zdążył wykrztusić kolejne słowo, dostrzegł na podłodze ciągnące się od drzwi plamy krwi. Serce zabiło mu mocniej. Powędrował oczami drogą drobnych śladów i zatrzymał wzrok na ich spodziewanym końcu. Krwista czerwień zalewała białą koszulę Uranosa, a jego twarz, już prawie jak śnieg, bladła z każdą sekundą.
– Kto ci to zrobił!? – krzyknął Lucyfer, także biały jak ściana. Rozerwał ubranie Uranosa i ujrzał w jego ciele szparę, z której rytmicznie tryskała krew. Dostał mdłości, ale nie zbaczał na nie. Zwinął trzymaną w ręku koszulę i przycisnął ranę, starając się powstrzymać krwawienie. Bał się. Nie wiedział co dalej, nie miał pomysłu na kolejną reakcję. Rozglądał się panicznie dookoła w poszukiwaniu pomocy. Dostrzegł coś na stole. Iskierka nadziei – owoc życia. Wyciągnął po niego rękę, jednocześnie nie luzując ucisku. Chwycił pewnie w dłoń i rozgniótł, wydobywając sok. Lał zarówno na ranę jak i do ust przyjaciela.
– Lucyfer... – Uranos bąknął cicho i złapał go za rękę, sugerując mu, aby się uspokoił. Próbował ścisnąć, lecz sił miał już mniej, niż niemowlę. Lucyfer spojrzał mu w oczy i jedyne co zobaczył, to prawdę. Prawdę mówiącą wyra??nie, że jest już za pó??no.
– Kto to zrobił!? – zapytał w desperacji. Głos łamał mu się tak lekko, jak opłatek. Jego ciało drżało, pamiętało wydarzenie sprzed dziesięciu lat. Jego umysł jeszcze odmawiał, jeszcze walczył, ciągle mając nadzieję, że oszczędzi się mu cierpienia.
– We??... Mój owoc... Schowaj go... Przed wszystkimi... – wybełkotał Uranos.
I wtem Lucyfer zamarł. Zobaczył coś, czego nigdy nie spodziewał się zobaczyć. Łza. Jedna, spływająca po policzku jego przyjaciela, krystaliczna, szczera i pełna bólu łza. Stało się. Płakał. Wreszcie zapłakał nad tragedią. Wreszcie dał upust swoim, dotychczas zamkniętym w bunkrze, emocjom. Płakał. Z tym, że nie nad swoją śmiercią, nie nad cierpieniem Lucyfera, czy Uranossy. Płakał, bo jego dziedzictwo było w niebezpieczeństwie.
Lucyfer momentalnie się uspokoił, jego oddech wyrównał, a emocje ulotniły. Zwolniły miejsce dla innych. Dla złości. Złości wywołanej jego, prawdopodobnie, ostatnimi słowami. Tyle rzeczy mógł powiedzieć, tyle emocji przekazać, ale to był Uranos. W chwili śmierci jedyne, o czym myśli, to jego „wola”. Nic nie jest tak ważne, jak to. Ani śmierć bliskiej mu osoby, ani jego własna śmierć i niesione przez nią cierpienie.
– Schowaj... I przekaż mojej córce... Proszę – bełkotał dalej. – Powiedz im…, ??e ja go zjadłem…
Lucyfer nie mógł tego słuchać. Nie mógł zaakceptować jego słów. Był zły, wręcz wściekły. Już się domyślił, czym Uranos sobie zarobił na śmierć. Chronił owoc, gdyż cenił go ponad swoje życie. Lucyfer położył go na podłodze, rozlu??nił uścisk. Nie było sensu w przeciąganiu nieuniknionego. Tylko przedłużyłby jego cierpienia. Lucyfer wstał, odwrócił się i odszedł na kilka kroków.
– Dziękuję... Za troskę... Za wszystkie kłótnie... I... Przepraszam…Ale Zrozum… Musiałem… Naprawdę… Musiałem… – wypuścił z ust ostatnie słowa i ogień jego życia zgasł, jak świeczka, która przypaliła znajdujący się nad nią balon z wodą.
Słysząc jego ostatnie słowa, Lucyfer zatrzymał się. Zrozumiał. Wreszcie zrozumiał, dlaczego taki był. Dlaczego tak bardzo cenił sobie ten owoc. Dlaczego śmierć bliskich dotykała go nie mocniej, niż siadająca mu na ubraniu mucha.
Był po prostu chory. Zarażony przez swojego ojca tak zwaną „wolą” czy „dziedzictwem”. Nabawił się tego dziesięć lat temu i zamiast wyleczyć, on to pielęgnował. Podlewał te destrukcyjne nasiona, aż rozrosły się po całym jego jestestwie. Zaplątany w sidła tej choroby, odciął się od wszystkiego. Nic nie miało wartości, oprócz jednego przedmiotu. Jedyna łza, jaką Lucyfer widział na jego policzku, spłynęła z obawy o to, że swój owoc. To była jedyna rzecz, jaka miała dla niego znaczenie. Uranossa była tylko narzędziem do przekazania jego dziedzictwa. Dlatego tak się o nią troszczył, by mogła w przyszłości przejąć po nim pałeczkę. Ale w tym wszystkim zrozumiał też jeszcze jedną rzecz. Jeśli Uranossa była dla niego tylko narzędziem, to czy Lucyfer był jedyną osobą, na której mu zależało? A może ich przyja??ni to także element jego ubezpieczenia? Zostawił mu owoc, zostawił mu córkę. Lucyfer czuł się niczym kopia zapasowa Uranosa, powołana do życia specjalnie dla takich chwil, jak ta.
Tak poważna była to choroba.

Ale nie tylko Uranos był „chory”. Oni wszyscy byli, zarażeni przekonaniami swoich przodków. Uczucie wyższości w stosunku do ludzi, które zahaczało o nienawiść. Chęć dostania się na księżyc, która skończyła się wielką katastrofą. Nic z tego nie miałoby miejsca, gdyby każdy żył wolny od przekonań innych, myślał za siebie i sam trzymał stery swojego życia. Wtedy rwące fale oceanu głupoty nigdy nie zalałyby pokładów ich umysłów
.
Zamyślony nie zauważył nawet, jak z oczu płyną mu łzy, jedna za drugą. Płakał nad Uranosem. Płakał nad wszystkimi.
Wtem dostrzegł dziewczynkę, która spoglądała na niego i leżała w ciszy. Nie płakała nad śmiercią swojego ojca. Była jeszcze mała i nie rozumiała co się dzieje, ale Lucyfer od razu dostrzegł przykre podobieństwo. Tak, jak on nie płakał nad śmiercią swojej matki, tak ona nie płakała nad śmiercią swego ojca. Dlatego zadecydował. Nie pozwoli, aby „choroba” przeszła także na nią.
Podszedł do łóżka, wziął ją na ręce i uniósł do góry, trzymając pod pachami.
– To jego głupia wola go zabiła, nie pozwolę, aby ciebie tez dosięgła ta klątwa – mówił głośno i wyra??nie, jakby próbował wyryć jej te słowa w podświadomości. – Od dziś porzucasz jego kretyńskie dziedzictwo, porzucasz to niedorzeczne imię. Głupiec chciał, byś dziedziczyła wolę, więc odziedziczysz ją po mnie. Moją wolą jest, abyś żyła według własnych zasad, a nie narzuconych ci przez innych. Płacz nad przeszłością i zważaj na przyszłość. Zapomnij o owocach, o ludziach, o birkanach, gdyż każde z nich cię zgubi. Wola, jaką ci przekazuje, to brak woli, zapamiętaj to sobie – tłumaczył jej, choć dobrze wiedział, że nie rozumie z tego ani słowa. – A imię? Jakie imię? – zaczął się zastanawiać.
Dziewczynka uśmiechnęła się głupio i zaczęła macać go po twarzy.
– Lucyfeł! – prawie, że krzyknęła.
Spojrzał na nią spode łba.
– To nawet nie jest imię dla dziewczynki, mały głąbie! – zażartował.
– Lucyfeł! – powtórzyła, jakby próbowała mu coś zakomunikować.
Spojrzał jej w oczy i się zamyślił.
– Lucyfeł mówisz… Może Lucyfeła? Nie, to głupie… Lucyfa? Nie… Jakoś tak dziwnie… Musi być naturalne i dziewczęco brzmiące… Lucyfka? Też nie… A może by tak… – wziął głęboki oddech.
Znalazł imię. Znalazł i zaraz nada je swojej córce. Tak. Jego córce. Był z nią od samego początku, bawił się, opiekował, karmił. Był jej ojcem od zawsze, ale nigdy nie było mu dane doświadczyć tego w pełni. Czuł się dodatkiem, opiekunem, wujkiem, nigdy kimś więcej. Dopiero teraz zaznał tego, czego tak bardzo chciał zaznać odkąd przyszła na świat. Smaku ojcostwa.
– Lucy…feł – dziewczynka ponownie wypowiedziała jego imię, zacinając się w środku słowa. Lucyfer gromko zaśmiał się w myślach.
– Twe imię... to Lucy! – w końcu je wypowiedział. Łzy napłynęły mu do oczu i zaraz po tym ześlizgały się po policzkach. Dwie krople symetrycznie skapały mu z obu stron brody.
Łza szczęścia. Łza cierpienia.
Emocje zbalansowane, jak czerń i biel na jego dwukolorowych, spiętych w kucyk włosach.

C.D.N
Dragon023

Kapitan z paradise

Wiek: 34
Licznik postów: 298

Dragon023, 08-07-2014, 09:31
Bardzo dobry Fanifik, dobrze się czyta.
Ciekawi mnie jakie owoce były w pudełku Uranosa.
Tralal

Pirat

Licznik postów: 38

Tralal, 28-08-2014, 23:26
Uh, czytałem to chyba z dwa tygodnie, strasznie się męczyłęm. Czaptur nudny aż do końcówki, która już poszła o wiele szybciej, bo zaczęło się coś dziać. Rozumiem, że jest to potrzebne, by dokładniej opisać świat, postacie, ich relacje czy motywy, powody dlaczego są jakie są, ale, eh, okropnie mi się to czytało Tongue

Cud, że jeszcze pamiętam o kim mówi końcówka, haha Big Grin
Dahaka

Król piratów

Wiek: 32
Licznik postów: 3,793

Dahaka, 03-11-2014, 14:40
Uszanowanko Big Grin

Po półrocznym hiatusie, wracam do pisania Big Grin
Zdaje sobie sprawę, że pewnie nikogo już ten fik nie obchodzi, a jeśli obchodzi, to nie pamięta o co chodzi w ogóle, no ale cóż. Zacząłem, to skończę.
A najśmieszniejszy jest fakt, że miałem ten rozdział niemalże skończony tydzień po umieszczeniu poprzedniego, lecz dysk twardy padł i nie udało się go odzyskać. Wizja pisania tego samego po raz drugi była okropna i kiedy już się za to zabrałem, to męczyłem się strasznie. Mało tego, gdy pisałem ten rozdział po raz pierwszy, to miałem nieziemską wenę i mam wrażenie, że napisany był 10x lepiej, niż ten, który przyjdzie wam(lub nie) czytać. No ale co zrobisz? Nic nie zrobisz!

Zapewne przydałoby się jakieś streszczenie, ale nie będzie, bo mi się nie chce Big Grin Odsyłam do poprzedniego rozdziału (oraz streszczenia wcześniejszych w nim umieszczonego) aby połapać się o co kaman, gdyż ten i poprzedni rozdział stanowią pewną całość.

A sam rozdział dedykuję fanom HxH.

PS. Pisałem wcześniej, że wrócę do poprzednich rozdziałów, poprawię je trochę i może dopisze jakieś sceny. Otóż nie Big Grin Prolog i rozdziały 1-4 przeszły mały lifting, ale bez nowych scen. Cała reszta to ze 2-3 poprawki stylistyczne lub błędów na rozdział. Nie chciało mi się więcej, ale i tak od 5 rozdziału poziom mojego pisarstwa dziwnie skoczył do góry, nie wiedzieć czemu, i jakoś nie czułem, że coś jest tak skaszanione, że bez poprawy się nie obejdzie. A w pierwszych 4 były sporo takich momentów Big Grin

PS2. Rozdział zaczyna się od sceny, która miała miejsce w poprzednim, ale teraz akcja podąża za innym bohaterem(wcześniej za Lucyferem, teraz za Uranosem)

Rozdział 21: Wola Uranosa

Hej, Lucyfer! – zawołał Uranos, lecz zaraz po tym szybko się poprawił. – Znaczy się, przyjacielu!
– O co chodzi? – zapytał leżąc na łóżku i czytając wypociny swego ojca.
– Muszę załatwić kilka spraw, więc zostawiam ci Uranossę pod opieką.
– Spraw? – zdziwił się. – Jakie ty sprawy możesz mieć w takim miejscu?
– No wiesz... Sprawy – uśmiechnął się nieco sztucznie, jakby był czymś zakłopotany. Lucyfer zignorował zachowanie Uranosa, mając w pamięci jego „problem”.
Ech, jak tam chcesz. – wstał i odebrał z rąk przyjaciela prawie dwuletnią już dziewczynkę.
Uranos przekazał mu ją delikatnie, jakby była z kruchej porcelany.
– Dzięki, baw się dobrze! – rzucił szybko i wyszedł, machając na pożegnanie swojej córce.

Gdy Uranos upewnił się, że nie jest już w centrum uwagi swojego przyjaciela, ruszył biegiem w stronę domu Yosepha i Salome. Tego samego dnia, kilka godzin wcześniej przyszedł do niego posłaniec starszyzny, który zawiadomił go o konieczności przybycia do ich posiadłości w celu przeprowadzenia rozmowy na pewien bardzo ważny temat. Uranos z początku nie był zbytnio zainteresowany, lecz kiedy zasugerowano mu, iż owa sprawa może dotyczyć bezpieczeństwa Uranossy, momentalnie zgodził się na spotkanie.

Starszyzna składała się z dwóch najstarszych na wyspie osób – mężczyzny o imieniu Terra, oraz kobiety zwanej Gaią. Ich rola w społeczeństwie nie była wielka, nie zostali oni wybrani aby rozkazywać, lecz by pilnować szeroko pojętego porządku. Birkanie na ogół zgodni byli we wszystkich kwestiach, lecz od czasu katastrofy ich poglądy na rozmaite, zazwyczaj błahe, sprawy zaczęły się poróżniać. Gdy decyzja musiała zostać podjęta i lud nie mógł dojść do porozumienia, wtedy wkraczała starszyzna, która drogą demokratyczną wybierała jedno z rozwiązań. Oprócz tego doglądali także życia mieszkańców, pilnowali ich potrzeb oraz harmonogramu pracy przy zbieraniu owoców. Zarządzali żywnością, rozdając ją po równo każdemu. Byli filarem podtrzymującym zawalające się ideały ich rasy.

Gdy Uranos dotarł na miejsce, wtargnął bez pukania do posiadłości i udał się schodami na piętro. Na górze zauważył lekko uchylone drzwi, przez które bez zastanowienia przeszedł. Za nimi, w pomieszczeniu, przy długim stole siedziało sześć osób - Terra, Gaia, Gammal i trzech staruszków, których Uranos nie kojarzył nawet z widzenia.
– Witaj, Uranosie! – odezwał się Terra wstając z miejsca i wskazał ręką na krzesło znajdujące się po przeciwnej stronie stołu. – Proszę, usiąd??.
Uranos zasiadł samotnie naprzeciw wszystkich zgromadzonych. Ich wzrok skupiony był na nim odkąd tylko się pojawił. Czuł ciężar nadchodzącej rozmowy zanim jeszcze ją rozpoczął, a unoszącą się, napięta atmosfera od razu dawała znać, że na spokojnej wymianie zdań ich spotkanie może się nie skończyć.
– Czy wiesz dlaczego zostałeś tutaj zaproszony? - zapytał łagodnie Terra.
– Nie mam pojęcia – odpowiedział szczerze.
– W takim razie posłuchaj – wtrąciła się Gaia, nie dając kontynuować towarzyszowi. – Minęło już wiele lat od czasu katastrofy Immaxa. ??yjemy tutaj, wspierani nadzieją zostawioną nam przez twojego ojca, lecz czas nieubłaganie mija, a zmian na horyzoncie nie widać. Powiedziano nam, abyśmy czekali, ale tyle czasu już minęło, że mamy podstawy sądzić, iż zarówno twój ojciec, jak i cała reszta birkanów, która została na Mechonisie, nie przybędą nam na pomoc. Najwyższa pora, aby zacząć działać, dlatego zdecydowaliśmy się poszukać nowego rozwiązania naszych problemów i, cóż, w pierwszej kolejności...
– Chcecie mój owoc, tak? – przerwał jej spokojnie Uranos.
– Tak – Terra przejął rozmowę z powrotem, obrzucając Gaię surowym spojrzeniem. – Mieliśmy nadzieję, że sam zdecydujesz się poświęcić swoją własność dla wyższego celu, ale na dłuższe oczekiwanie nie możemy sobie pozwolić. Twój owoc może skrywać moc, która uratuje nas wszystkich z tego więzienia. Głupstwem byłby z niej nie skorzystać.
Terra zasiadł, kończąc swoją wypowied??. Kątem oka Uranos zauważył, że siedzący nieco po prawej stronie Gammal nie jest zbytnio przejęty tym, co się dzieje i odpływa powoli do krainy snów. Z kolei z lewej strony troje starszych mężczyzn szeptało między sobą z gro??nymi minami na twarzy. Uranos nie widział w nich żadnego zagrożenia, byli zaledwie grupką staruszków, którzy myślą, że dużo mogą, bo siedzą obok starszyzny. Nie miał zamiaru oddawać im swojego owocu, był dla niego zbyt ważny.
– Nie ma mowy – odpowiedział stanowczo.
Wśród trójki staruszków nieco zawrzało, ich dotychczas spokojne szepty zaczęły nabierać intensywności. Terra przytaknął głową i wyszedł naprzeciw z propozycją.
– Spodziewałem się tego, dlatego chciałbym coś zaproponować. Nie musisz oddawać nam owocu. Możesz go zatrzymać, to w końcu twoja własność. Chcemy jednak, abyś go zjadł i użyczył nam mocy, jeśli tylko okaże się ona przydatna. Co ty na to?
Odpowied?? była oczywista. Owoc Uranosa nie był przeznaczony jemu. On był zaledwie strażnikiem, który ma dopilnować, aby został dostarczony osobie, która wykorzysta go w wyższych celach.
– Nie – rzekł krótko, niewzruszony.
– Dlaczego nie!? – zerwał się jeden ze starców, zirytowany obojętnością Uranosa. – Skoro nie chcesz go zjeść, to po cholerę go w ogóle trzymasz!?
– Spokój! – upomniał go Terra, a krzykacz usadowił się z powrotem na krześle.
– Nie chcesz z nami współpracować – ponownie wtrąciła się Gaia. – Zdajesz sobie sprawę, że prędzej czy pó??niej i tak będziesz zmuszony oddać nam ten owoc? Nie zapominaj, jak działa nasze społeczeństwo. Jeśli większość zadecyduje, iż masz oddać owoc, to twoim obowiązkiem jest nam go przekazać. Nie chcemy ci go odbierać siłą, chcemy rozwiązać sytuacją tak, aby wszyscy byli zadowoleni.
– Nic mnie to nie obchodzi – Uranos brną w zaparte. – Gadajcie sobie ile chcecie, owoc jest schowany, więc możecie mnie nawet zabić. I tak nie trafi w wasze ręce.
– G?“WNIARZU!!! – ten sam starzec ponownie zerwał się na nogi, tak gwałtownie, że krzesło na którym siedział odleciało do tyłu. – Nie myśl sobie, że możesz stanąć przeciw wszystkim birkanom!!! Nie zapominaj sobie do kogo mówisz!!! Tutaj większość decyduje! To twoja wola przeciwko naszej! Jeden przeciwko wszystkim! Oszczęd?? nam czasu i po prostu się zgód??!
Uranos drgnął. Jazgot starca niczym iskra rozpalił w nim płomień irytacji.
– Powiedziałem... - spojrzał spode łba na dziada i kryjąc swoją frustrację przeszył go zimnym jak lód spojrzeniem. – ...Nie!
Chłodna bryza przeleciała przez pomieszczenie niczym nieprzyjemny przeciąg i przyprawiła wszystkich o dreszcze. Atmosfera diametralnie się zmieniła. Siedzącym naprzeciw Uranosa zakręciło się w głowie. Sfrustrowany starzec zaczął ciężko dyszeć i złapał swojego kolegą za rękę. Dostał drgawek, osłabł. Utrata sił posłała jego bezsilne ciało na kolana, a z czoła zaczął obficie ściekać pot. Nie mógł nic powiedzieć, nie mógł nawet unieść wzroku i spojrzeć Uranosowi w oczy. Był jak upokorzony sługa, który pada na kolana przed królem i błaga o litość. Jego wola była nieistotna, została zdominowana przez tę silniejszą, królewską wolę Uranosa. Jego nieskuteczne próby postawienia się temu przytłaczającemu uczuciu spełzły na niczym. Padł na ziemię, zrywając trzymany rękaw kolegi.
– C-Co się dzieje!? – przestraszony starzec z porwaną szatą wpatrywał się w leżącego towarzysza.
Przysypiający Gammal ocknął się i zdezorientowanym wzrokiem począł nieprzytomnie się rozglądać.
– Coś że zrobił!? – ryknął trzeci z nieznanych Uranosowi starców i rąbnął pięścią w stół.
– Cisza! – uspokoił go Terra. – Jeśli nie potraficie się zachowywać jak należy, to możecie równie dobrze wyjść! I zabierzcie go do lekarza – rzekł, wskazując na nieprzytomnego.

Po chwili w pomieszczeniu zostali już tylko Terra, Gaia, Gammal i mężczyzna z podartym rękawem, który dalej był nieco wstrząśnięty utratą przytomności kolegi i atmosferą, która panowała w tamtym momencie. Kiedy wszyscy już ochłonęli, przystąpiono do dalszych rozmów.
Proponowali Uranosowi wiele, zaczynając od dodatkowych porcji owoców, przez dodatkowe domki mieszkalne i kończąc na prywatnych gosposiach, które doglądałyby porządku w jego domu i przygotowywały posiłki. ??adna rzecz materialna, żadna usługa, a nawet pochopna propozycja zostania trzecim członkiem starszyzny nie były w stanie przekonać Uranosa. Jedyne słowo jakie padało z jego ust przez całą godzinę to „nie”.
– Dlaczego jesteś taki uparty, Uranosie!? – Gaia ledwo kryła frustracje powodowaną ciągłymi odmowami Uranosa. – Po co ci ten owoc, skoro nie chcesz go nawet zjeść?
– Nie wasza sprawa. Mój owoc, mogę z nim robić co mi się podoba.
– Ale pomyśl, jeśli okaże się on przydatny, to być może uda nam się opuścić to miejsce i powrócić do domu! Nie chciałbyś tego? Nie chciałbyś, aby Uranossa miała normalne życie?
– Darujcie sobie – prychnął. – Takimi zagrywkami także nic nie zdziałacie.
Terra nie miał już pomysłów na to, jak przekonać Uranosa. Sprawa wydawała się dla nich przegrana i nie pozostawało już nic innego, jak zabrać jego własność siłą. Z wielkim smutkiem przyszykował się do wypowiedzenia tego oświadczenia, gdy nagle Gaia zabrała głos, chwytając się brzytwy, która mogła spowodować, iż Uranos sam podda się ich woli.
– Jak sobie życzysz, skoro taki los odpowiada ci dla twojego dziecka - zaczęła, a następnie, bardzo wymownym i sugestywnym tonem dodała - oby tylko nic złego się jej tutaj nie przydarzyło, bo wtedy wina leżeć będzie po twojej stronie.
Uranos, który dotychczas był znudzony i obojętny, podniósł głowę i z niedowierzaniem spojrzał na Gaię. Nie był on jedynym, gdyż reszta zgromadzonych uczyniła podobnie.
Widząc na sobie wzrok innych szybko zrozumiała, co właśnie wypłynęło z jej ust.
– Przepraszam, nie to miałam na myśli!
Uranos był w szoku. Nie przewidział tego. Nie przewidział, że mogą posunąć się tak daleko, że mogą być tak bardzo zdesperowani, aby grozić mu wyrządzeniem krzywdy jego córce. Oni, ci którzy uważali się za idealnych i ponad lud??mi, udowodnili tylko jedno – łatwo jest być idealnym, kiedy żyje się w idealnym świecie. Dopiero gdy stajesz twarzą w twarz z problemami, twoja prawdziwa natura wychodzi na jaw. To jest różnica między birkanami, a lud??mi. Jedni rodzą się w świecie bez zmartwień, drudzy w świecie walki o przetrwanie, lecz postawieni w tej samej sytuacji, nie różnią się niczym

Nie było już czasu na bycie upartym. Uranos musiał działać. Musiał wymyślić jak zachować owoc i zapewnić bezpieczeństwo swojej córce. Teraz mogą przepraszać i mówić, że to było niechcący, ale co będzie za rok czy dwa? To był ich pierwszy krok, który otworzył mu oczy na niebezpieczeństwo. Nie mógł pozwolić sobie na ryzyko. Zarówno owoc, jak i jego przyszła posiadaczka musiały być absolutnie bezpieczne. Myślał dalej, aż w końcu wymyślił. Jeden, jedyny sposób, jaki mu przyszedł do głowy w tak krótkim czasie, jaki posiadał.
– Co to miało znaczyć, Gaia!? – ryknął na nią Terra zrywając się na nogi. – Zdajesz sobie sprawę z tego, co właśnie zasugerowałaś!?
– Przepraszam! – kajała się szczerze. – Nie wiem dlaczego to zrobiłam, nie myślałam co mówię! Przyrzekam!
– Ja... – odezwał się nagle Uranos. – Ja nie mogę wam go oddać właśnie z tego powodu.
Zapadła cisza, podczas której wzrok wszystkich skupił się na Uranosie. Po jego policzku spływała łza. Łza, którą wymusił ze swoich oczu wyobrażeniami o straconym owocu. To jedyna rzecz, jaka była w stanie sprowokować w nim takie emocje. A owe emocje były mu teraz potrzebne, aby uratować swoje dziedzictwo.
– Co masz na myśli? – w końcu zapytał Terra, podpierając się rękoma o stół.
– Uranossa... ona zginie, jeśli oddam wam ten owoc – starał się brzmieć rozpaczliwie i bezsilnie. – Lucyfer... kiedy tylko usłyszał, że mnie wzywacie, przewidział cel tego spotkania. Nie godził się na to, aby ktoś inny niż on posiadał ten owoc. Powiedział, że jeśli wam go oddam, lub wskaże jego położenie... to on... – zaszlochał nader przekonująco – on ją zamorduje!
– ??e co!? – Gammal po raz pierwszy od przybycia Uranosa zabrał głos. – O czym ty mówisz, Uranos!? Przecież Lucyfer to twój przyjaciel! Twój jedyny przyjaciel!
– Kłamstwa! – jego głos złamał się w połowie słowa. – Od zawsze pragnął mieć ten owoc! Przyja??nił się ze mną, by dowiedzieć się gdzie go schowałem! Myślicie, że nie chciałem go zjeść!? Chciałem, zaraz po tym, jak Uranossa się urodziła, lecz Lucyfer mnie powstrzymał! Wtedy się przekonałem o jego zamiarach, lecz w życiu nie spodziewałem się, że mogą one sięgać tak daleko, iż będzie gotów zabić mnie lub moją córkę!
– Skończ! – ryknął rozwścieczony Gammal. – Lucyfer był twoim przyjacielem zanim w ogóle dowiedzieliście się o istnieniu tego owocu! Nie słuchajcie go – zwrócił się do reszty – kłamie jak z nut!
– Bronisz go, bo to twój syn! – krzyczał histerycznie. – Przejrzyj na oczy!
– Bronię go, bo łżesz!
– Cisza! – przerwał im Terra długim, przeciągniętym krzykiem.
Gammal z trudem powstrzymał się przed wypluciem kolejnych słów. Uranos zachowywał zrozpaczoną i bezradną minę, unikając wzroku innych.
– Wszyscy powariowaliście! – kontynuował. – Nie dość, że obrzucacie się błotem, to zaraz jeszcze do gardeł sobie skoczycie! – przeszył wszystkich chłodnym wzrokiem i zaczekał, aż ich emocje choć trochę opadną. Po chwili zasiadł z powrotem na krześle.
– Uranos – zwrócił się do niego spokojnie. – Czy to co powiedziałeś jest prawdą?
– Tak – mruknął z opuszczoną głową.
Gammal już miał zerwać się z miejsca, lecz Terra powstrzymał go gestem.
– Chcesz powiedzieć, że Lucyfer przyja??nił się z tobą tylko po to, aby zdobyć twój owoc?
– Tak – ponownie niewinnie mruknął. – Wielokrotnie pytał mnie gdzie go schowałem, ale nie godziłem się na to, aby mu powiedzieć. Widziałem jak mnie śledził, jak przeszukiwał mój dom, jak ze wszystkich sił próbował wyciągnąć ze mnie te informację. Wiedziałem o tym, ale ignorowałem to. Myślałem, że to tylko jego ciekawość i nic więcej, aż do teraz.
– I dzisiaj zagroził zabiciem twojej córki, jeśli oddasz nam owoc, tak?
– T-tak – zaczął ponownie szlochać.
Jego kłamstwa nie były idealne i nie miały wystarczającej siły przebicia, aby reszta uznała je za prawdę. Niemniej Uranos czuł, że ziarno wątpliwości, które w nich zasiał powoli kiełkuje. Wiedział jednak, że dalsza rozmowa w spokojnej atmosferze w końcu sprawi, że przejrzą na oczy i odkryją jego kłamstwo. Czuł, że bardziej przychylni jego wersji wydarzeń już nie będą, więc teraz należało uderzyć w nich, sprawić by to uczucie zostało zacementowane w ich głowie. Zamaskować je współczuciem i nagłością tak, aby nigdy już do niego nie sięgnęli. Doprowadzić jego wersje do końca, zanim zaczną ją rozgrzebywać. A koniec mógłby być tylko jeden.
– Ale tak jak Gammal wspomniał, przecież Lucyfer był twoim przyjacielem jeszcze zanim posiadałeś ten owoc. Zanim którykolwiek z was w ogóle o nim wiedział. Nie uważasz, że...
– Dosyć!!! – ryknął Uranos zrywając się z krzesła. – Jeśli nie chcecie mi uwierzyć, to nie! Nie potrzebuje waszej pomocy! Zjem swój owoc i sam uratuję Uranossę z rąk tego potwora!
– Ale... – zanim Terra zdążył dokończyć, Uranos ze łzami w oczach wybiegł z pomieszczenia. Gdy przechodził przez drzwi, rzucił im na pożegnanie ostatnie, perfekcyjnie sfabrykowane, zrozpaczone spojrzenie.
Ten moment był decydujący. Właśnie teraz miał rozstrzygnąć się spór, który toczyła logika z emocjami w głowie Terry. Czy Uranos mówił prawdę? Czy Lucyfer jest potencjalnym mordercą niewinnego dziecka? Wszystkie za i przeciw rozmyły się w jego umyśle. Logika, która je dyktowała, musiała ustąpić miejsca emocjom. Sytuacja stała się nagła. Uranos wybiegł i pędzi w stronę swojego domu. Czy mówił prawdę? Jeśli tak, Lucyfer może zabić zarówno Uranosa, jak i jego córkę! Na szali stoją życia dwóch birkanów! Ale dlaczego miałby ich zabić? To nie ma sensu... Nie. Nie ma czasu na sens. Szala się przechyla. Dwie osoby mogą umrzeć. Uranosa rozpacza. On jest niewinny, musimy mu pomóc! Powstrzymajmy Lucyfera! Ale dlaczego miałby zabić? To nie ma sensu... Czas nagli. Logika jest zbyt powolna. Nie zdąży. Nie mogę jej ufać. Dwa życia na szali. Ratujmy je!
– Zaczekaj, Uranos!!! – Terra wyciągnął rękę, jakby próbował go złapać, lecz Uranosa od dobrych kilku sekund nie było już w pomieszczeniu. – Szybko, musimy go powstrzymać!!!
Nie zdając sobie nawet sprawy, zaakceptował słowa Uranosa, uznał je za prawdę. Emocje i gwałtowność sytuacji stłumiły logikę, która gdzieś tam głęboko w jego podświadomości próbowała mu powiedzieć, że to wszystko nie ma sensu. Dokładnie tak, jak Uranos chciał. Impulsywną decyzją zmusił go do tymczasowego odłożenia logiki na bok, lecz mimo wszystko wiedział, że ona ciągle tam jest. ??e kiedy sytuacja się uspokoi, a emocje ochłoną, to ponownie zagości na pierwszym planie i zniweczy jego kłamstwa. Dlatego musiał zrobić coś jeszcze. Musiał powstrzymać logikę przed wypłynięciem na powierzchnie umysłu. Zadać jej ostateczny cios i upewnić się, że przy tej sprawie już nigdy nikt nie będzie jej szukać.

Na zewnątrz było już ciemno. Uranos, zmęczony biegiem w stronę swojego domu, dyszał ciężko. Nie przeszkadzało mu to. Skupiony był tylko i wyłącznie na zadaniu, które musiał wykonać. Nie liczyło się nic innego. Piękne, obficie ugwieżdżone niebo nie miało dla niego znaczenia. Majestatycznie oświetlona przez księżyc okolica nie przyciągała jego uwagi. Kojący zmysły zapach z Edenu był mu obojętny. Owoc, i tylko owoc, okupywał jego umysł.
Wpadł do domu i sięgnął do swojej skrzętnie ukrytej wnęki pod łóżkiem. Pomacał tam ręką, przestawił kilka rzecz, aż w końcu poczuł, że natrafił na swoją własność. Wyjął owoc, obejrzał go uważnie, a następnie wybiegł na zewnątrz, po drodze łapiąc ze stołu nóż, który służył mu do obierania owoców dla Uranossy. Udał się w kierunku domu Lucyfera.
Biegł tak szybko, na ile nogi mu pozwalały. Musiał znale??ć się na miejscu przed Terrą i resztą przesłuchujących go wcześniej osób. Jeśli mu się nie powiedzie, wszystko co do tej pory osiągnął - przepadnie. To była chwila prawdy. Moment, w który stawia wszystko na jedną kartę. Ostatni akt.
Powoli zaczynało brakować mu sił. Zwolnił znacznie, lecz dom Lucyfera był już w zasięgu wzroku. Nie było widać nikogo innego, co oznaczało, że zdążył na czas. Zbliżał się powoli, lecz nieubłaganie. Z każdym kolejnym krokiem ogarniała go coraz większa ulga i, czym sam się dziwił, coraz większy strach. Gdy zostało mu do pokonania ostatnie sto metrów, przestał biec i zaczął iść. Nie dlatego, że nie miał już siły. Dlatego, że zaczął się zastanawiać, czy to co robi ma sens. Im bliżej był drzwi, tym bardziej jego uwaga odciągana była od tego, co musiał tutaj zrobić. Zauważył wreszcie piękne niebo i poczuł kojący zapach miejscowej roślinności. Zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy nie cieszył się z takich drobnych rzeczy. Stanął przed drzwiami, zza których dochodziły odgłosy Lucyfera i jego córki. Obrócił się za siebie i zobaczył wioskę, w której spędził większość swojego życia. Zdziwił się, gdyż w końcu dostrzegł ten wspaniały, otaczający go świat i wszystko to, co ignorował przez niemalże całe ten czas. Niebo, chmury, kwiaty, drzewa, ścieżki, budynki, inne birkanie. ??ycie. Teraz, gdy jego własne miało dobiec końca. Czy było warto porzucić to wszystko? Zadał sobie to pytanie raz, a potem kolejny. Myślał. Minęła chwila. Odwrócił się gwałtownie i znów miał przed sobą tylko drzwi. Podjął decyzję i ponownie zignorował świat. Nie dał się mu uwieść i z determinacją postanowił oddać się woli dzierżonej przez jego rodzinę. Bez żalu i bez wątpliwości. Złapał za rękojeść noża i z silnym zamachem wbił go sobie w brzuch. Jęknął, poczuł ostry ból. Podparł się ręką o drzwi i czekał. Krew rytmicznie tryskała z jego rany, kolorując drzwi na czerwono. Zaczął słabnąć, tracić wzrok. Gdy poczuł, że zostały mu już ostatki sił, użył ich aby wtargnąć do domu swojego jedynego przyjaciela. Nie żałował niczego, a czuł się szczęśliwy.

"Kto ci to zrobił!?"

"We??... Mój owoc... Schowaj go... Przed wszystkimi..."

"Schowaj... I przekaż mojej córce... Proszę"

"Powiedz im…, ??e ja go zjadłem…"

"Dziękuję... Za troskę... Za wszystkie kłótnie... I... Przepraszam…Ale Zrozum… Musiałem… Naprawdę… Musiałem… "


Terra, Gaia, Gammal dobiegli wreszcie do domu Lucyfera i stanęli przed nim, łapiąc powietrze głębokimi wdechami. Szybko dostrzegli krew, spływającą powoli po drzwiach wejściowych. Nim zdążyli cokolwiek powiedzieć, z wnętrza wyłonił się Lucyfer. Trzymał on na rękach Uranosa, bladego, zalanego krwią, martwego. Wyraz twarzy miał obojętny, lecz gdy ujrzał przed sobą przerażoną i bladą jak śnieg starszyznę oraz towarzyszącego im Gammala, zagotował się ze złości.
- Co wyście najlepszego zrobili!? - ryknął tak głośno, że cała okolica go usłyszała.
Świeżo przybyła starszyzna poczuła się dziwnie zmieszana, jakby zadane im pytanie było zarówno celne, jak i niedorzeczne.
- Co my zrobiliśmy!? - wołała Gaia, zignorowawszy konfuzję w jej podświadomości. - Zobacz, co ty zrobiłeś! Jak mogłeś zabić swojego najlepszego przyjaciela, w dodatku z takiego powodu!?
Kolejne krzyki wzbudziły zainteresowanie birkanów, którzy po chwili zaczęli powoli wychodzić z domów i gromadzić się przy starszy??nie.
- Ja!? - przeszedł w protekcjonalny ton, nie dowierzając w to, co słyszy. - Sądząc po waszej obecności tutaj, zakładam, że to wy byliście tymi ważnymi sprawami, które chciał załatwić! Poszedł do was, wrócił martwy, i to niby ja jestem sprawcą!?
Reakcja Lucyfera mieszała im w głowach jeszcze bardziej, lecz odmawiali trze??wo spojrzeć na sytuację.
- Uranos o wszystkim nam powiedział! - Terra w końcu zdołał zabrać głos. - Miałem wątpliwości co do tego, czy mówił prawdę, ale właśnie zostały one rozwiane!
- Lucyfer! - wtrącił się Gammal. - Proszę, powiedz, że to nie prawda! Powiedz, że nie zabiłeś swojego przyjaciela przez ten przeklęty owoc!
Tłumy gapiów narastały, a szeptów nie było końca. Wszyscy byli przerażeni widokiem martwego Uranosa w rękach Lucyfera, ale nikt nie ważył się podnieść głosu. Starszyzna była na miejscu i to jej zadaniem było zajęcie się tą sytuacją. Stali w ciszy i obserwowali scenę, nie mogąc uwierzyć co rozgrywa się na ich oczach.
- Oczywiście, że nie! - zaprzeczył tłumiąc złość, jaka miotała jego myślami. - Po co miałbym to robić!? Po co mi ten owoc!? Jeśli już ktoś chciałby go mieć, to właśnie starszyzna! Chcieliście owoc, on się nie zgodził, więc go zabiliście!
- Niedorzeczność! Nigdy nie dopuścilibyśmy się czegoś takiego - twardo odpowiedział mu Terra, choć przez chwilę znów się zawahał, mając w pamięci słowa Gaii ze spotkania.
- To ty chciałeś dostać ten owoc! - kontynuowała Gaia. - Uranos wszystko nam powiedział! Dobrze wiemy, że groziłeś mu śmiercią jego córki!
Lucyfer zaniemówił. Był zaskoczony tym, co właśnie usłyszał. I wcale nie chodziło to, że Uranos rzuca w jego stronę tak fałszywymi oskarżeniami. Co go dotknęło, to fakt, że nie rozumiał dlaczego i nie pojmował po co. On miałby zabić Uranossę? W dodatku przez ten głupi owoc? To nie miało sensu.
Wtem trybiki w jego mózgu ruszyły i powoli, stopniowo wszystko zaczęło układać się w jedną całość. Znał Uranosa lepiej, niż ktokolwiek, i tylko dzięki temu był w stanie rozgry??ć jego tok myślenia. Teraz już wiedział, że to starszyzna zabiła Uranosa. Nie, nie dosłownie, lecz poprzez narzucenie my ultimatum - dziedzictwo lub jego życie. Próbowali zapędzić go w kozi róg, nie zdając sobie sprawy, że Uranos nigdy na to nie pozwoli, choćby miał zapłacić swoim życiem. Lucyfer przypomniał sobie jego słowa, wypowiedziane na łożu śmierci - "We?? owoc, schowaj go, powiedz im, że go zjadłem. Przepraszam, ale musiałem". Teraz wszystko miało sens. Uranos zrobił z Lucyfera czarny charakter, którego plany zostały zniweczone i w odwecie postanawia odebrać życie bohaterowi.
Lecz aby to wszystko zadziałało, Lucyfer musiał dobrowolnie odegrać swoją rolę. Bez tego, plan Uranosa zakończy się fiaskiem. Wszystko leżało w jego rękach.
Nie wiedział jak się z tym czuć. Z jednej strony Uranos świadomie powierzył mu swój owoc. Zaufał mu. Z drugiej użył go jako narzędzia, zrobił mordercą, aby ów owoc uratować przed innymi. Narzędzie, czy przyjaciel? Nie mógł jednoznacznie stwierdzić, kim dla niego był. Jednak, mimo tego, ostatecznie to on stał przed wyborem. Pomóc Uranosowi i schować owoc, czy wypiąć się na niego i oddać go starszy??nie? Co by nie wybrał, to w jego rękach znaleziono martwego Uranosa i jego drzwi zalane były krwią ofiary.

Zatrzymał na chwilę myśli i przypomniał sobie o starszy??nie. O tym, że tak naprawdę wszystko zaczęło się od nich. O tym, że, koniec końców, oni byli winni. Nawet jeśli nikt w to nie uwierzy, on zna prawdę. To przechyliło szalę. Podjął decyzje. Nawet jeśli Uranos traktował go jako narzędzie, to nigdy nie pozwoli dać im wygrać. Najpierw stracił matkę, a teraz najlepszego przyjaciela, wszystko przez ich durne marzenie powrotu na księżyc. To dla nich musiał wymierzyć karę, a największą na jaką mógł sobie pozwolić, to odebranie im nadziei, jaką był dla nich owoc. Nie miał żadnych dowodów na to, że Uranos zabił się sam. Nikt go nie znał na tyle, aby uwierzyć w prawdziwy scenariusz tej sceny. Zatańczył, tak jak Uranos mu grał.
- Skoro wszystko wyśpiewał, to nie ma sensu dalej tego urywać - przemówił. - Tak, zabiłem go za, to że zjadł mój upragniony owoc. Należało mu się.
W momencie gdy skończył mówić, do głowy przyszła mu myśl - czy Uranos to wszystko przewidział? Czy jego podświadomość poszła tak daleko, aby przewidzieć reakcję Lucyfera? Czy wiedział do jakich wniosków dojdzie? Wszak wszystko idzie tak, jakby chciał. Lucyfer bierze winę na siebie, owoc zostaje schowany przed wszystkimi. Czy wiedział, że Lucyfer, który wini birkanów za śmierć swojej matki, nie pozwoli im wygrać? Czy to wszystko część jego planu? Czy Lucyfer jednak nie miał wyboru, gdyż Uranos dobrze wiedział, co wybierze? Tak musiało być. Teraz poczuł się naprawdę jak narzędzie. Teraz zaczął się wahać, czy podjął dobrą decyzję, ale było już za pó??no. Powiedział swoją kwestię, spektakl toczy się dalej.

Lucyfer ruszył przed siebie. Dookoła panowała cisza. Tłumy gapiów milczały, Gammal nie mógł wykrztusić z siebie słowa, a Terra i Gaia kompletnie odpłynęli, gdyż zdali sobie sprawę z tego, co Lucyfer już wcześniej zauważył. To oni zmusili Uranosa do podjęcia działań. To presja wywarta przez nich doprowadziła do jego śmierci. Byli tak samo winni, jak i Lucyfer. Wszakże wszyscy są birkanami i żaden z nich nie zdołał temu zapobiec. Zawiedli go. Zawiedli siebie. Ich rasa doskonała stawiła kolejny krok naprzód w kierunku upadku - doprowadzili do morderstwa swojego bli??niego.
- C-Co myśmy najlepszego zrobili...? - Terra padł na kolana łapiąc się za głowę.
Gammal i reszta obecnych birkanów powoli zaczęli zdawać sobie sprawę, z tego co zrobili. Nie dowierzali. Część stała jak słup soli ślepo wgapiona w kroczącego Lucyfera, część roniła łzy zasłaniając usta dłońmi, część upadła na ziemię i nie mogła się pozbierać przez ogarniającą ich histerię.

Lucyfer skierował swe kroki do Edenu, wykopał w ziemi dziurę, przy największym drzewie jakie znalazł, i pochował tam Uranosa. Przez cały czas trwania tego procesu, zarówno starszyzna, jak i reszta birkanów, towarzyszyła mu w milczeniu.
Gdy skończył, wszyscy stanęli nad grobem ofiary i zmówili modlitwy w kierunku księżyca, błagając o wybaczenie i przepraszając w imieniu całej rasy za to, czego się dopuścili. W tym momencie nikt nie winił Lucyfera za śmierć Uranosa. Nikt nie myślał o tym, by zrzucić winę na jedną, konkretną osobę. To nie była porażka jednostki. To była porażka ich rasy.

Intensywna modlitwa szybko przerodziła się w niekończącą się chwilę zadumy. Lucyfer jako jedyny nie wziął udziału w ich obrządkach i po chwil kontemplacji postawił wrócić do domu, gdzie czekała na niego niedawno przybrana córka.
- Lucyfer! - zawoła do niego Gammal, zakłócając spokój i rozmyślania innych.
Złość Lucyfera, którą tłumił w sobie przez cały ten czas, w końcu wypłynęła. Obrócił się i ogarnięty furią, ryknął:
- Nie nazywaj mnie tak! Ile razy ci to powtarzałem!? To imię to plama na moim życiu, cholerna klątwa rzucona przez was! Nie chce mieć z wami nic wspólnego, dlatego zrzekam się tego imienia! Jeśli jeszcze raz ktoś się tak do mnie zwróci, to przyrzekam, że skończy jak Uranos! - zagroził im jak najbardziej szczerze. Nienawidził ich z całego serca. Byli dla niego niczym. Bandą kretynów z wypranymi, przez ich przodków, mózgami. Chciał się odciąć, ale nie mógł. Był skazany na życie obok nich. Jedyne co mógł zrobić, to zerwać wszelakie kontakty i porzucić imię, które birkańska społeczność wspólnie mu nadała.
Gdy skończył mówić, od razu obrócił się za siebie i ruszył w kierunku domu, nie zważając na reakcje innych. A były one mieszane. Choć nie chcieli wytykać palcami jednego winnego, to mimo wszystko Lucyfer był tutaj czarną owcą. Nie dlatego, że to on, według wszelakich dowodów, zabił Uranosa, a dlatego, że nie czuje się odpowiedzialny, nie odczuwa żalu, nie utożsamia się z nimi i z ich cierpieniem. Celowo ich odrzuca, obwinia za wszystko i schodzi na własną ścieżkę. Jest inny, niż birkanin być powinien. To dawało im złudne nadzieje, że dalej żyją według swoich ideałów, a tylko jeden z nich zboczył w kierunku tego, do czego upodabniać się nie chcieli - człowieka.

Gdy wrócił do domu, jego przybrana córka po Uranosie - Lucy, jak ją wcześniej przechrzcił, spała. Podszedł do niej ostrożnie i delikatnie posunął na bok, a następnie sam położył przy niej. Starając się wstrzymać wir myśli w swojej głowie, powoli zaczął zasypiać.

Nastał ranek. Lucyfer otworzył oczy i ujrzał przed sobą leżącą na boku Lucy. Kiedy zobaczyła jak otwiera oczy, uśmiechnęła się szeroko i wybełkotała w losowej kolejności trzy sylaby, którymi bardzo lubiła się posługiwać.
Lucyfer przez chwilę myślał, a potem tylko śmiał. Jako, że porzucił swoje pierwotne imię, potrzebował nowego, a trzy sylaby jego córki idealnie formowały się w d??więczne dla niego słowo.
- Za-we-be - powtórzył po niej w myślach. - Oto moje imię.

Zawebe i Lucy, oto ich historia!!!
Dahaka

Król piratów

Wiek: 32
Licznik postów: 3,793

Dahaka, 04-12-2014, 00:40
Wracamy do obecnych wydarzeń, ale flashback jeszcze powróci Big Grin Chyba przeholowałem trochę, bo 25% tego fika to retrosy xD
Oh well.


Rozdział 22: Seth

– Lucyfeł! – wołała.
– Za-we-be! – poprawiał ją, lecz ona dalej stała przy swoim.
– Lu-cy-feł!
– Ehh... – westchnął Zawebe, zmęczony próbami nauczenia Lucy swojego nowego imienia.

Minął tydzień od śmierci Uranosa. Birkanie, choć dalej w żałobie, powoli zaczynali wracać do normalności. Nie zdając sobie sprawy, że owoc Uranosa dalej znajduje się na wyspie, stracili wszelaką nadzieję na wydostanie się z Bionisa. Nie mając pomysłu na dalsze działania, wszyscy powrócili do rutyny, według której żyli przez ostatnie lata.
Zawebe, po raz pierwszy od ostatnich siedmiu dni, postanowił wyjść z domu. Zmuszony był udać się do ogrodu, by zebrać trochę owoców, gdyż jego zapasy się wyczerpały, a starszyzna nie brała go już pod uwagę w trakcie dystrybucji pokarmu, zostawiając go zdanego na siebie. Wziął Lucy na barana i wyszedł.
Mijając swoich sąsiadów dostrzegł, że zarówno oni, jak i cała reszta birkańskiej społeczności, unikają z nim kontaktu wzrokowego i schodzą mu z drogi, jeśli tylko się na niej znajdą. Nie przeszkadzało mu to, wręcz cieszył się, że nie musi ich zmuszać do tego, aby trzymali się z daleka. Miał to, co chciał, siebie i swoją córkę – jedyną osobę, dla której warto było dalej żyć.

***************************************************************************

– Jestem... – zaczął powoli – …tak zmęczony...
Zawebe unosił się na swoich wielkich, białych, majestatycznych skrzydłach i spoglądał z góry na wszystkich wokół. Sogeking kurczowo trzymał się pleców stworzonego z chmur golema, Franky stał jak słup soli przy znajdującej się w ziemi dziurze, z której wyleciał Zawebe. Flip biegł z nieprzytomnym Chopperem na swych rękach, a Flap, razem z resztą zamieszkujących Terrę ludzi, którzy uznali Franky'ego za boga, starał się pozbawić równowagi stworzonego przez Cumulsa potwora.
– Kim ty jesteś, do diaska!? – zawołał Franky do uskrzydlonego osobnika. Cała reszta zgromadzonych, jeśli jeszcze przed chwilą coś robiła, to teraz już tylko stała i z zaniepokojeniem obserwowała nowego przybysza.
– Nieistotne – mruknął leniwie Zawebe. – Nie wiem co tutaj robicie i nie interesuje mnie to, ale jeśli chcecie przeżyć, to lepiej usuńcie się z tej wyspy. Nie mam już siły zajmować się wami wszystkimi, więc znajcie mą łaskę i odejd??cie, póki możecie.
Sogeking nie dowierzał w to, co pokazywały mu jego oczy. Gość, któremu Zoro przebił serce na wylot, lata sobie nad nim, jakby nic takiego nigdy nie miało miejsca.
– Draniu! – krzyknął Franky. – Nie będziesz mi tu grozić! Weapons Left! – wyciągnął lewą rękę przed siebie i posłał serię z karabinu w Zawebe. Kule przedziurawiły jego ciało, lecz wszelakie rany zregenerowały się w okamgnieniu.
– Co to ma być do diabła!? – Cyborg był zaskoczony.
Zawebe parsknął nieprzyjemnie i teraz on wystawił przed siebie lewą rękę. Czarny jak smoła promień wystrzelił z jego dłoni i otulił Franky'ego swoją powierzchnią. Cyborg poczuł przeszywający go ból. Zawył, lecz ku zaskoczeniu Zawebe, wytrzymał kontakt z jego atakiem i ustał przytomny na nogach.
– Nie jesteś człowiekiem? – zaskoczony zapytał Franky'ego.
– Nie – odpowiedział otrząsając się po dziwnym uczuciu, którego doświadczył. – Jestem cyborgiem, a ty dostaniesz zaraz super łomot za te bolesne sztuczki!
– Cyborgiem...? – powtórzył zdziwiony, gdyż nie był zaznajomiony z tym terminem. – Zresztą, nieważne...
– Myślisz, że możesz mnie tak po prostu zaatakować!? – krzyczał do niego Franky. – Nie tylko ty możesz strzelać promieniami! – przygotował się do wystrzału. – Radical Beam!!!

Flip, Flap, oraz męska część mieszkańców Terry, stali jak wryci przytłoczeni nowo nabytą informacją na temat ich boga.
– C-czy wy to s-słyszeliście...? – Flip jąkał się nie dowierzając. - N-nasz bóg, Franhwe... jest cyborgiem!!!
– Mamy boga cyborga!!! – rozbrzmiały gromkie okrzyki radości okraszone łzami szczęścia.
Kobiety, kompletnie nie zwracając uwagi na obiekt podziwu mężczyzn, z wielkim przejęciem obserwowały manewrującego między wystrzeliwanymi w jego stronę laserami Zawebe.

Kiedy Sogeking wreszcie się ocknął, przypomniał sobie, że ma do wykonania zadanie. Wspiął się po plecach potwora, który dalej stał nieruchomo, i dotarł do znajdującej się między jego łopatkami miękkiej grudki, z której wyrastała cienka, biała i gąbczasta linka połączona z okrytym chmurami Cumulusem. Spróbował przerwać ją na różne sposoby – ciągnąc, gryząc, przecinając, lecz ona uparcie nie dawała się pokonać. Nie widząc efektów, rozkopał kawałek pleców golema, aż w końcu udało mu się wyrwać cały fragment, z którego wychodziła linka.
– Ha! Udało się! – odrzekł dumny jak nigdy.
Czekał aż golem rozsypie się na ziemię, lecz po kilkunastu sekundach dalej nie było żadnego efektu. Obejrzał się za siebie, chcąc spojrzeć na Cumulusa, lecz kapłan gdzieś zniknął.
– Co!? – zdziwił się poirytowany. – Tyle się namęczyłem, żeby odciąć go od tego golema, a on tak po prostu go zostawił!? Chrzanić to!!! – zdjął swoją maskę i rzucił nią w kierunku ziemi, sfrustrowany całą sytuacją. – I jak ja mam teraz zejść!?

Maska poleciała w dół i uderzyła o czoło Flapa, odbiła się i wylądowała na ziemi.
– Ała! – złapał się za głowę. – Co to ma być!? Kto to zrobił!?
Spojrzał pod nogi i dostrzegł tajemniczą maskę. Chwycił ją w dłoń i dokładnie obejrzał. Wiatr zawiał mocniej, a jego ciało przeszły dreszcze. Zdał sobie sprawę, że dzierży w ręce potężny artefakt, który skrywa w sobie niepojętą moc.

Już ja mu dam! – krzyczał Cumulus, truchtając żwawo w stronę unikającego laserów Zawebe. – Moje miasto chce wysadzić? Moje!? Po moim trupie! Wreszcie znalazłem miejsce, w którym jestem szanowany! Za nic w świecie nie pozwolę sobie go odebrać!
Jego krzyk był przepełniony złością i obawą, jakiej nigdy jeszcze nie czuł. Terra była jego miastem; tworem, nad którym sprawował pieczę; dzieckiem, które sobie wychował. To pierwsza rzecz, która mu się udała, z której mógł być dumny, i która napawała go radością.
– Ej, ty! – ryknął, kiedy był już wystarczająco blisko. - Nawet mi się nie waż niszczyć mojego miasta!
Zawebe kompletnie go zignorował i dalej unikał ataków cyborga, jakby od nie chcenia.
– Mówię do ciebie, skrzydlata pokrako! – wrzasnął zirytowany i silnym zamachem posłał kilka niecelnych wiązek chmur w jego stronę.
Reakcja była niezmienna, lecz tym razem Zawebe zwrócił uwagę na fakt, że kapłan włada mocami, których swego czasu użyto do uratowania Bioniosa.
Doprowadzony do szału Cumulus począł ciskać w niego coraz potężniejszymi atakami, lecz nawet gdy udało mu się w trafić Zawebe, wszelakie rany błyskawicznie się regenerowały.
– Ten koleś jest superrr wkurzający! – rzekł Franky i posłał kolejny promień, tym razem w akompaniamencie wystrzelonych z ramion rakiet.
Zawebe zaczynał powoli tracić cierpliwość. Zabawa z lud??mi ciągnęła się zbyt długo. Miał już ich dosyć.
– Ej, kapłanie!!! – nagle rozległ się przeciągnięty krzyk.
Cumulus, w szale ciskający kolejnymi atakami, oprzytomniał na chwilę i odwrócił się za siebie. Wołał do niego z ramienia golema Usopp.
– To ja jestem twoim przeciwnikiem!!! – darł się dalej. – Masz walczyć ze mną, bo to moim zadaniem jest cię pokonać!!!
– Nie mam na ciebie czasu, płotko! – rzucił obojętnie. – Muszę ratować swoje miasto!
Usopp postanowił nie dawać za wygraną.
– Tak jak myślałem, tchórzu!!! Widać słyszałeś już opowieści o dzielnym wojowniku mórz, który przemierza świat pokonując na swojej drodze wszystkie przeszkody!!! Nic dziwnego, że boisz się ze mną walczyć!!!
Zaczepka Usoppa ugodziła kapłana ze stuprocentową skutecznością. Cumulus zawsze był tym słabym, brzydkim i boja??liwym odludkiem pomiatanym przez wszystkich, nie ważne w jakiej grupie się znalazł. Dopiero tutaj, na tej wyspie, odkrył co to znaczy być znaną i szanowaną osobistością o wysokiej pozycji. Co to znaczy być człowiekiem, którzy rządzi i dzieli i nikt nie waży się mu przeciwstawić. To był jego wizerunek. Nie mógł teraz, gdy dookoła panoszą się jego podopieczni, pozostawić zarzucanie mu tchórzostwa bez odpowiedzi. Musiał pokazać swoją siłę i pewność siebie. Udowodnić, że jego nikt obrażać nie może i każdy kto się tego dopuści, zostanie srogo ukarany.
– W porządku – mruknął do siebie, wyprowadzony z równowagi do tego stopnia, że przestał to ukazywać, po czym zwrócił się do Franky'ego. – Ej, ty!
Cyborg obejrzał się na niego, nie przerywając ciskania w Zawebe kolejnymi pociskami.
– Czego chcesz? Ty dostaniesz manto jako następny, więc czekaj cierpliwie!
Cumulus nie dosłyszał nawet, co Franky mówi, gdyż skupiony był tylko i wyłącznie tym, który rzucił mu wyzwanie.
– Przetrzymaj tego ptaszka – rzekł chłodno, nie spuszczając wzroku z Usoppa. - Muszę zająć się innym szkodnikiem. Gdy już z nim skończę, wrócę tutaj i zajmę się wami oboma.

Pod nogami golema, mieszkańcy Terry w skupieniu obserwowali całą sytuację.
– Widzicie to!? Cumulus rozmawia z samym bogiem!!
– Oczywiście, że tak! To w końcu bóg nakazał mu sprawować pieczę nad miastem i prowadzić nas do wieży!
Wtem zauważyli, jak Cumulus kroczy w stronę Usoppa.
– Ale dlaczego nasz kapłan idzie walczyć kumplem samego boga!?
– Niesamowite! Cumulus stawia się nawet bogowi i jeśli będzie trzeba, to wtłucze jego kumplom! Co za odwaga! Nasz kapłan jest najlepszy, nie daje sobą pomiatać! Cumulus!!! Cumulus!!! – rozległ się głośny doping.

Cumulus słysząc pokrzyki swoich ludzi, poczuł się silny na duchu, jak nigdy dotąd. Dumnym krokiem maszerował w kierunku swego przeciwnika, gotowy na wszystko.
– Dobra! – długonosy przygotowywał się mentalnie do ostatecznego starcia. Szybko uświadomił sobie, że prowokowanie Cumulusa do walki, kiedy nie ma jak zejść z golema, mogło nie być aż tak dobrym pomysłem.
Kapłan stanął kilkanaście metrów przed potworem i spojrzał w górę.
– Chciałeś kontynuacji naszej walki, to ją dostaniesz – przemówił ze złością. – Zmiażdżę cię na oczach moich podwładnych i raz na zawsze wyryję w ich głowach to, jak ważnym i potężnym człowiekiem jestem!!!

– Franhwe, Franhwe! – biegł w jego stronę Flap. – Zobacz co znalazłem!
– Hę? – Franky spojrzał na maskę Sogekinga. – Po cholerę mi to!? To nie moje!
– Ta maska ma w sobie niesamowitą moc! Kiedy tylko ją podniosłem, poczułem jak nią emanuje!
– Jak ma taką niesamowitą moc, to sobie ją załóż i przydaj się do czegoś – odrzekł obojętnie i powrócił do strzelania w Zawebe.
Flap złapał obiema rękoma za przypominający ludzką twarz kawałek stali i powoli, z największą ostrożnością, zaczął przystawiać go do swojej twarzy. Z każdą kolejną sekundą coraz bardziej czuł, jak przedmiot, niczym magnes, próbuje przyciągnąć do siebie jego twarz. Gdy przystawił ją dostatecznie blisko, maska gwałtownie wskoczyła na jego lico. Flap krzyknął panicznie i zaczął się szamotać niczym opętaniec.
– Ta maska...! – bezskutecznie próbował ją z siebie zdjąć. – Ona stapia się z moją twarzą!!!
– C-Co do diabła!? – cyborg wyłupił oczy w zdziwieniu. – Co się dzieje!?
Flap padł na kolana trzymając się za głowę i krzyczał wniebogłosy. Franky, kompletnie zdezorientowany, tylko wgapiał się w ogarniętego cierpieniem Flapa. Wtem maska się ześlizgnęła.
– A w sumie, to nic – rzekł i szybko stanął na nogi.
– TO PO CHOLERE SIĘ RZUCASZ JAKBY CIĘ OPĘTAŁO – wrzasnął Franky prawie wypluwając płuca. – We?? się odsuń i nie przeszkadzaj, dobra!?
- Tak jest, bogu! - zasalutował. - Jakbyś mnie potrzebował, to będę tuż obok!
Franky westchnął i ponownie skupił się na przeciwniku. Zawebe z założonymi rękoma lewitował wysoko nad ziemią, powoli i rytmicznie wachlując swoimi skrzydłami. Obserwował okolicę, nie zważając na cyborga.
– Dlaczego nie próbujesz mnie zaatakować!? - zawołał Franky.
Zawebe spojrzał na niego kątem oka.
– Czekam – rzekł sucho i ponownie spuścił go ze wzroku.
– Czekasz na co!?
Odpowied?? nadeszła dopiero po chwili ciszy.
– Nie interesuj się.
Cieśla poczuł nagle napływ irytacji.
– Słuchaj no koleś! Dlaczego mielibyśmy opuszczać tę wyspę!? Gadaj, co knujesz!
Zawebe spojrzał na niego ponownie, a po chwili całkowicie obrócił w jego stronę.
– Chcę wysadzić to miasto – odpowiedział obojętnie. – I nie myśl sobie, że możesz coś z tym zrobić. Nawet gdybym nie doglądał, czy wszystko idzie po mojej myśli, to i tak czasu już brak, aby cokolwiek zdziałać.
– ??e co!? Dlaczego chcesz je wysadzić!?
– Zemsta, sprawiedliwość, kara... – wymieniał. – Nazwij to, jak chcesz.
– Chyba zwariowałeś, jeśli myślisz, że pozwolę ci wysadzić to suuuper miasto! – Franky ponownie wycelował w Zawebe swoją broń i zwrócił się dla Flapa. - Zbierz wszystkich na moim statku, bo robi się zbyt niebezpiecznie! Ja spróbuję coś z nim zrobić!
Flap przytaknął nie spuszczając przestraszonego wzroku z Zawebe, po czym pobiegł w stronę wielkiego golema.
– Jesteś męczący, irracjonalny i prosisz się o ból, którego mógłbyś uniknąć – rzekł Zawebe i złożył swe skrzydła do lotu. Dał błyskawicznego nura w dół. – Dałem ci szansę na ucieczkę, ale uparcie próbujesz mnie powstrzymać. Naprawdę, po co to wszystko?
– Gnido!!! – krzyknął Franky i wystrzelił w niego swój laser.
Zawebe płynną beczką wyminął wiązkę i z zawrotną prędkością zaczął zbliżał się do cyborga.
– Strzelaj ile chcesz, nie przeszkadza mi to w ogóle. Nie ważne, czy uda ci się trafić, czy nie, efekt zawsze będzie taki sam. Nic mi nie będzie. A wiesz dlaczego? Ponieważ... – był tak szybki, że pojawił się przy Frankym, zanim ten zdążył jakkolwiek zareagować. Jego usta znalazły się przy uchu cyborga, a pięść wbiła w jego stalowy brzuch.
– ...jestem nieśmiertelny! – szepną, a uderzenie pchnęło Franky'ego z całych się i wystrzeliło do przodu. Obijając się o ziemię i stojące na drodze budynki, cieśla doleciał do krawędzi szczytu, a następnie, oszołomiony potężnym atakiem, stoczył się ze skarpy.
Zawebe przyglądał się, jak jego lekko starte i czerwonawe od zderzenia ze stalowym ciałem cyborga palce szybko się regenerują. Zatrzepotał skrzydłami i podleciał parę metrów w górę, rzucając okiem na okolicę. Flap rozpoczynał już ewakuację ludzi na statek, a Cumulus i Usopp szykowali się do walki. Nikt nie próbował mu przeszkodzić, więc mógł teraz spokojnie się oddalić i czekać na realizacje swojego celu. Nim jednak miał okazję to zrobić, usłyszał dochodzący z oddali krzyk...


***************************************


Zbliżając się do wieży, Robin zauważyła, że Sanji, drzemiąca na jego plecach Nami, Tirs oraz syn Adama i Ewy czekają już przy wejściu.
– Robineeeek! – zawołał uradowany kucharz. – Jak dobrze cię widzieć!
– Co z Luffym? – stanęła przed nim i zapytała, nie odwzajemniając radości na widok kompana.
Kucharz szybko się uspokoił.
– A cholera wie – odrzekł zniecierpliwiony. – Nie mamy czasu, a on dalej się szlaja nie wiadomo gdzie!
– Nie mamy? – zapytała zdziwiona.
– Na dole są jakieś kłopoty. Lawa zaraz zaleje całą wyspę i ktoś tam chce wysadzić miasto. Jeśli się stąd szybko nie zabierzemy, to możemy mieć niemały problem z powrotem na morze!
– Zaraz, zaraz – wtrącił się Tirs, który do tej pory stał kilka metrów obok nich, ale widząc Robin, zdecydował się podejść. – Ktoś chce zniszczyć Terrę?
– A ty kto? – zapytał Sanji bez krzty sympatii.
– To jest Tirs - odpowiedziała Robin. - Uratował syna Adama i Ewy przed Cumulusem i opiekował się nim tutaj – wskazała na siedzącego pod ścianą wieży chłopczyka.
– ??e co!? – Sanji aż podskoczył z wrażenia. – To jest ich dziecko? Cholera, całkowicie zapomniałem, że mieliśmy pomóc go odszukać! Hehehe – uśmiechnął się głupio, zakłopotany.
Robin spojrzała na chłopczyka, który nie wyglądał na rozradowanego możliwością poznania swoich prawdziwych rodziców. Siedział nadąsany i spoglądał na nich spode łba.
– Jak się nazywa? – zapytała.
– Seth – odpowiedział Tirs. – Tak przynajmniej jak go nazwałem, gdyż nie było mi dane poznać prawdziwego imienia nadanego mu przez rodziców.
– Hej, Seth! – zwrócił się do niego Sanji.
Chłopiec skierował wzrok w ziemię.
– Chyba jest trochę nieśmiały, co?
– Co do tego... – Tirs ściszył głos tak, aby młodzieniec go nie usłyszał. – Obawiam się, że może być nastawiony do ludzi niezbyt przyja??nie.
– Dlaczego? – zapytała Robin. – Mówiłeś przecież, że ludzie, a raczej mężczy??ni, którzy zostali zmuszeni do założenia tutaj rodzin, zaaklimatyzowali się i żyją z birkanami w zgodzie, czyż nie?
– To prawda – przytaknął – ale Seth jest inny. Nabierał świadomości w najgorszym z okresów tej wyspy, jeśli chodzi o relacje ludzi z birkanami. Wtedy było inaczej. Traktowano nas, jak najzwyklejsze śmieci, wypominano nam na każdym kroku, że jesteśmy tylko lud??mi. Szydzące uśmiechy i skrywana pogarda wypływały z każdego zakątka Bionisa. Obawiam się, że było to zbyt przytłaczająca dla małego dziecka, przez co wpłynęło to na jego psychikę. Wiecie, gdy dziecko zaczyna powoli rozwijać swój charakter, to zadaniem dorosłych jest, aby uformować go najlepiej jak się da. Seth miał najgorsze z możliwych wzorców. W domu macocha, poza nim cała reszta birkanów. Zawsze mu powtarzałem, że ludzie są czymś więcej, niż tylko obiektem drwin, lecz to były moje słowa przeciwko otaczającej go rzeczywistości. Przeświadczenie o tym, że ludzie, bezskrzydli, są gorsi, zdążyło zakorzenić się w jego głowie. Choć ma dopiero pięć lat, zdaje sobie sprawę, że sam jest człowiekiem i, co najgorsze, nienawidzi się za to.
– To okropne... – Sanji był zdegustowany birkanami do granic możliwości. Nie żałował ani trochę, że odmówił im pomocy.
– Sprawić, aby pięcioletnie dziecko nienawidziło samo siebie za to, że jest człowiekiem... – Robin zaciskała wargi w złości.
– Jest jeszcze młody – ponownie odezwał się Tirs. – Myślę, że nie jest za pó??no, aby go z tego wyleczyć. Wszystko leży w rękach jego rodziców. Prawdziwych rodziców.
Sanji podszedł do chłopczyka i przykucnął przed nim.
– Nie martw się! – przemówił z uśmiechem. – Tam, gdzie cię zabierzemy, to ludzie są u władzy! Nie masz się czym przejmować! Te skrzydlate mendy zazdroszczą nam bycia super, dlatego nas nie lubią! Na szczęście tam, na dole, nie ma ich w ogóle!
Chłopiec nie reagował, dalej wgapiając się w ziemię.
Wtem gromadka kobiet uratowanych wcześniej przez Sanjiego pojawiła się pod wieżą.
– Znale??liście go? – zapytał kucharz.
– Tak – odpowiedziała jedna z nich. – Powiedział, żebyście wracali na dół, a on was dogoni.
– Hę? Co on znowu kombinuje? – Sanji wyczuwał kłopoty
– Nie wiemy, ale rozmawiał z tym cholernym staruchem, który więził nas w klatce.
– ??e co!? No nie... - westchnął. - Pewnie namówił Luffy'ego, aby im pomógł... ech... – załamał ręce. – No nic, nie mamy czasu, musimy się zbierać!

Robin oddała Setha pod opiekę kobiet, i kiedy wszyscy weszli już do wieży, zatrzymała się przed wejściem i popadła w zadumę.
– Nie idziesz? – ocknął ją Tirs.
– Idę – odpowiedziała.
– Nie wydajesz się być zadowolona z tego faktu.
– Może i nie jestem... – westchnęła. – Znowu odkrywam nowy kawałek historii i znowu nie poznaje odpowiedzi na dręczące mnie pytania. Wiem, że w końcu uda mi się poskładać to wszystko w jedną całość, ale cały proces potrafi być naprawdę męczący...
– Cóż... – podrapał się po głowie. – Może spójrz na to z innej strony? Im więcej zachodu w drodze do celu, tym większa satysfakcja z jego osiągnięcia!
Na twarzy Robin pojawił się delikatny uśmiech. Nie była przecież sama, cała jej załoga równie ciężko pracowała, aby spełnić swoje marzenia.
– Masz rację – odpowiedziała i ponownie wlepiła wzrok przed siebie.
Zapadła chwila cisza.
– Ciągle się zastanawiam, jakim cudem ta wieża została zbudowana... - odezwała się ponownie.
– Kto wie – uśmiechnął się Tirs. – Znam historię Immaxa i nie widzę możliwości na to, aby mogła ona powstać. Birkanie nie posiadali materiałów do stworzenia czegoś tak wielkiego. Można by rzec, że to prawdziwy cud, nie uważasz?
– Nie wierzę w cuda – oświadczyła chłodno Robin. Wiedziała, że istnieje wyjaśnienie, ale nie potrafiła do niego dotrzeć. Niemniej, gdy spoglądała na wieżę, miała silne uczucie, że przeoczyła jakiś ważny i widoczny gołym okiem szczegół.
– No cóż, chyba czas się pożegnać – odezwał się Tirs.
– A co z tobą i resztą ludzi? Nadal zamierzacie tu zostać? – upewniała się Robin. – Zdajesz sobie sprawę, że nie pozwolimy wam ściągać tutaj kolejnych ludzi?
– Zdaję – potwierdził. - Poinformuję resztę o zaistniałej sytuacji i każdy podejmie decyzję za siebie. Wieża stoi otworem.
– Ale nie musi stać wiecznie - zaznaczyła Robin.
Tirs nie odpowiedział
– No cóż - westchnął. - Leć już, bo czas was przecież nagli! I nie zapomnij o Izvirze!
– Nie zapomnę – przytaknęła. – W takim razie, do zobaczenia! – Robin uśmiechnęła się i pomachała mu na pożegnanie.
Tirs chciał jej odpowiedzieć tymi samymi słowami, ale wiedział, że byłoby to kłamstwem.
– ??egnaj – rzekł i odwzajemnił gest.

*************************************************

– Jak to chce wysadzić miasto!? – Luffy zerwał się na nogi po wysłuchaniu Gammala.
– Proszę, musisz go powstrzymać! – dziad niepewnie hamował przypływ radości, widząc skorego do pomocy Luffy'ego. – Jeśli nikt nic nie zrobi... ci wszyscy ludzie zginą!
– Jasne, że go powstrzymam! – słomek zacisnął pięść i strzelił kośćmi w palcach. – Spotkałem go raz i wydawał się jakiś dziwny! Ale teraz to przesadził i trzeba skopać mu dupę! Co on sobie myśli w ogóle!?
– N-nie mam pojęcia! – Gammal ukrywał prawdę.
Wtem, z oddali podbiegła do nich jakaś kobieta.
– Hej, to ty! – zwróciła się do Luffy'ego. – Twoi kompani czekają na ciebie przy wieży! Wszyscy wracamy na dół!
– Powiedz im, żeby szli beze mnie – odpowiedział stanowczo gumiak. - Dogonię ich!
Kobieta przytaknęła, po czym oddaliła się z miejsca.
– Nie dołączysz do swoich przyjaciół? - zapytał Gammal. - Wieża nie jest przystosowane do schodzenia w dół, więc mogą mieć mały kłopot.
– Dadzą sobie radę – uśmiechnął się. – Ja nie mam czasu do stracenia! Ten typek może wysadzić miasto w każdej chwili, a tam przecież są moi przyjaciele!
– To jak chcesz wrócić na dół, jeśli nie przez wieżę?
Luffy zrobił krótką rozgrzewkę, obrał kierunek i ruszył biegiem przed siebie, zostawiając starca bez odpowiedzi.
– Hej, hej! – wołał Gammal. – Chyba nie zamierzasz...
Nie dokończył zdania, gdyż Luffy wybił się z pagórka i przeskoczył krawęd?? wyspy, zrzucając się z niej w stronę ziemi.
– Zaczekaj!!! Umrzesz jak spadniesz z takiej wysokości!!!
Słomka już nie było.
Luffy leciał w dół, a wiatr szarpał jego gumową twarzą. Skanował wzrokiem powoli rosnące elementy wyspy, na którą razem z załogą przybył kilka godzin temu. Gdy spostrzegł parę białych skrzydeł znajdujących się w centrum miasta, instynktownie poczuł, że to jest właśnie jego cel. Kilka sekund pó??niej rozpoznał czarno-białe włosy Zawebe i wtedy był już pewny. Zacisnął pięść i wgryzł się w swój kciuk.
Gear Third! – dmuchnął energicznie w swój palec i napompował całą rękę powietrzem.
Wystrzelił ją za siebie i użył nań utwardzenia. Zaczekał jeszcze chwilę i gdy był już wystarczająco blisko, przygotował się do ataku.
Gomu Gomu No...

Zawebe rozejrzał się dookoła, lecz nie był w stanie zlokalizować ??ródła krzyku.
...Elephant Gun! – Luffy posłał twardą jak stal pięść w skrzydlatego osobnika.
Zawebe szybko zorientował się, że ktoś próbuje zaatakować go z góry. Instynktownie zrobił delikatny i niewymagający zachodu unik, jednocześnie odwracając się za siebie i spoglądając w niebo. Nie przewidział jednak, iż wymierzony w niego atak będzie tak wielkich rozmiarów. Pięść przydzwoniła z impetem prosto w jego twarz, wbijając go w ziemię i tworząc kolejną, wielką dziurę w fundamentach miasta.
Zawebe vs Luffy!
C.D.N
DoctorArczi

Kapitan z paradise

Licznik postów: 368

DoctorArczi, 04-12-2014, 02:09
super Ci idzie, pisz dalej Smile
Dahaka

Król piratów

Wiek: 32
Licznik postów: 3,793

Dahaka, 15-03-2015, 16:52
No i przyszedł czas na kolejny rozdział. Tempo wydawania utrzymuje na stałym, berserkowym poziomie Big Grin

Anyłej, rozdział kontynuuje walkę Usoppa z Cumulusem, więc jeśli nie pamiętacie zbytnio co się działo, to w spoilerze niżej zamieszczam kompilacje wszystkich scen z ich wybrykami. Polecam przeczytać i dopiero zabrać się za rozdział, bo detale w tej walce są dosyć istotne, więc ich nieznajomość może trochę osłabić końcowy efekt Tongue

Spoiler

(akcja zaczyna się na statku)
Kim ty do diabła jesteś!? – krzyknął Usopp. – Co robisz na naszym statku!?
Cumulus stał w drzwiach do kuchni i uśmiechał się głupkowato.
- Do kogo dzwonisz, co? – dopytywał z nutką szydery w głosie. – Nikt ci tu nie pomoże... – jego twarz przyjęła znamiona agresji, a on sam zamachnął się swoim berłem.
- Czas ginąć grzeszniku!!! Radiatus! – wydarł się posyłając trzy wiązki chmur w Usoppa.
- Co do..!!! – snajper został wzięty z zaskoczenia, lecz nie było już czasu na krzyki. Rzucił się na kuchenny blat i wylądował po jego drugiej stronie, zrzucając przy okazji wszystkie znajdujące się na nim naczynia.
- Wybacz Sanji... – pomyślał i chwycił za leżącą na ziemi patelnię. Przeczołgał się wzdłuż mebli i delikatnie wychylił zza nich, trzymając głowę przy samej ziemi, tak aby Cumulus go nie zauważył.
- Nie masz gdzie uciec, po prostu się poddaj, cumumumumu! – proponował mu kapłan.
Cumulus stał przy samych drzwiach, dokładnie tych, którymi zdzielił Usoppa, kiedy ten rozmawiał przez stojący obok ślimakofon. Usopp znajdował się w zachodniej części pomieszczenia, schowany za blatem. W centrum znajdował się stół, a we wschodniej części kanapa, na północ od której były drzwi i strzegący ich Cumulus.
- Czym ten koleś do mnie strzela w ogóle!? – rozmyślał Usopp, a jego nogi nie mogły przestać się trząść. Rozglądał się nerwowo w poszukiwaniu jakiegoś rozwiązania, które nie wyrządziłoby szkody Sunny i pozwoliłoby mu uciec na zewnątrz.
- Aha! – szybko wpadł na prosty pomysł i chwycił za swoją procę. Wstał gwałtownie na równe nogi i nim Cumulus zdążył zareagować, wystrzelił prosto w niego.
- Hissatsu: Kemuri Boshi!!! – zasłona dymna rozproszyła się po całym pomieszczeniu, zaskakując kapłana.
- Co to ma być!!! – ryknął machając rękami, aby przerzedzić dym wokół niego.
Usopp rzucił się przed siebie z patelnią w ręce, przetoczył przez stół i kiedy był już o krok od niczego nie spodziewającego się Cumulusa, zamachnął się i przywalił mu najmocniej jak tylko potrafił.
- 300 gramowa patelnia Usoppa!!! – huk zderzenia z twarzą kapłana rozniósł się po okolicy. Cumulus ryknął i złapał się za nos, który najbardziej ucierpiał, a snajper szybko otworzył drzwi i zwiał ze statku.
- Ty... – warknął kapłan. – TY MAŁA GNIDO!!!

Usopp wybiegł na zewnątrz i zeskoczył z pokładu. Ruszył ile sił w nogach w sam środek miasta, w centrum wielkiego, pustego placu.
- Dobra! – krzyknął z przekonaniem w głosie. – Najwyższa pora przetestować moje najnowsze nabytki – myślał o nasionach, które zebrał kilka godzin wcześniej w lesie, u podnóża góry. – To miejsce nada się idealnie!
Kiedy znalazł się już tam gdzie chciał, a wokół niego było tylko połacie pustego terenu, zaczął grzebać w swojej torbie.
- To... to... to... trochę tego... to... i jeszcze to... – mamrotał do siebie gromadząc w dłoni masę różnych nasion. – Okej, oto chwila prawdy!
Władował wszystko co miał w swoją procę i wycelował w niebo.
- Hissatsu: Midori Boshi... – krzyknął i grad nasion wystrzelił w górę.
- Ty gnojku!!! – Cumulus biegł w stronę Usoppa z twarzą czerwoną jakby miał zaraz eksplodować.
Usopp zaciągnął swoje gogle na oczy i uśmiechnął się szyderczo do kapłana.
- ...Amazon Jungle!!! – ze spadających nasion gwałtownie wyrosły wszelakiego rodzaju rośliny i drzewa, tworząc dookoła coś, co można określić tylko mianem dzikiej, tropikalnej dżungli. Usopp zniknął z oczu Cumulusa, a on sam znalazł się zatopiony w zielonym świecie.
- C-co to ma być!? – przeraził się nieco nagłym obrotem sytuacji.
- Devil! – gdzieś z pomiędzy drzew dało się dosłyszeć szept Usoppa.
- Aaaaa!!! – wrzasnął kapłan, gdyż coś złapało go za nogę i uniosło do góry. Mięsożerna roślina, którą zaraz dostrzegł, użyła swoją winorośl, aby podnieść go i wsadzić do swojej paszczy.
- Chyba śnisz! – Cumulus złapał za mackę i użył swojej mocy gąb-gąbkowocu, aby zaabsorbować całą wodę znajdującą się w roślinie, totalnie ją wysuszając i pozbawiając życia.
Upadł na ziemię, uwolniony z rąk krwiożerczej rośliny, po czym wstał i ruszył w głąb dżungli szukać Usoppa.
Kapłan uważnie stąpał po dzikim terenie, używając chmur, aby odgradzać się od roślin, które wyglądały jakby tylko czekały, aż do nich podejdzie. Kiedy zdarzyło mu się jakąś przeoczyć, używał swojej mocy, aby szybko je odwodnić.
Pomimo szczerych chęci, nie był w stanie zlokalizować Usoppa. Wszystko dookoła wyglądało niemalże tak samo, przez co kompletnie stracił orientację w terenie. Niesamowicie gęsta roślinność wymagała od niego ciągłego skręcania, zawracania i wymijania, przez co nawet jeśli chciałby wyjść idąc ciągle prosto, musiał wykonać tyle manewrów, że na powrót zapominał, w którą stronę się kierował. - Hej! – coś zaszeptało za jego plecami, kiedy Cumulus robił sobie przerwę na załatwianie potrzeb fizjologicznych. Kapłan podskoczył ze strachu i gwałtownie się obrócił.
- Pokaż się gadzie! – krzyknął tracąc cierpliwość. – Stań do walki jak mężczyzna, a nie się chowasz, tchórzu!
- Raflesia! – ponownie usłyszał szept, a wokół niego roztoczył się potworny smród, który był na tyle intensywny, że wszystkie jego zmysły zaczęły szwankować.
- C-co się dzieje!? – Cumulus krztusił się, a jego oczy łzawiły.
Javelin! – z ziemi wystrzeliły spiczaste rośliny, które niczym kraty uwięziły Cumulusa.
- To na nic, chłopcze... – ponownie użył swoich gąbczastych mocy, aby wyssać całą wodę z roślin i bez problemu się uwolnić. – Możemy tak się bawić w nieskończoność, twoje rośliny na mnie nie działają! – przechwalał się Cumulus ciągle kaszląc, przecierając oczy i zatykając sobie nos, po czym stworzył kolejną chmurę – Incus! – kowadłowy obłok pojawił się tuż pod nim i uniósł go do góry. – I co ty na to, hę!?
- Sargasso! – Z koron drzew wystrzeliły pnącza tworzące siatkę, która zablokowała kapłanowi powietrzną drogę ucieczki.
- Chyba mnie nie słuchałeś zbyt uważnie. Te rośliny są dla mnie niczym! – wystawił rękę i ponownie wyssał całą wodę, otwierając sobie wyjście z dżungli.
Imapct Wolf! – zza drzew wyskoczył wielki, liściasty wilk szarżujący prosto na kapłana i uderzył w jego chmurę. Impet rozsadził obłok na kawałeczki, posyłając samego Cumulusa na ziemię.
- Szlag by to trafił!!! – wrzasnął zirytowany Cumlus. Powstał z ziemi i z pomocą swojego berła stworzył wokół siebie chmurzasty mur. – Cholera...!!! Znowu muszę się odlać... – odparł zdenerwowany do siebie, po czym ponownie załatwił swoją potrzebę.
- Dobra... – odezwał się kiedy skończył. – Koniec tej zabawy...
Cumulus miał już dość zabawy w kotka i myszkę, więc postanowił zagrać najsilniejszymi kartami. Nie chciał tego robić, bo jak ostatnio użył Arcusa na uciekającym Luffym, to staranował po drodze mały kawałek swojego miasta, a zależało mu na tym, by nie niszczyć tego, co sobie tutaj stworzył. Niemniej miarka się przebrała i miał już dosyć Usoppa, dlatego też postanowił zmiażdżyć go za wszelką cenę.

Franky dalej ścigany był przez mieszkańców Terry, biegał wkoło miasta, próbując ukryć się przed nimi w domach lub między nimi, lecz zawsze, przez jego rozmiary, z marnym skutkiem. Po kilkunastu minutach biegu przed jego oczami ponownie pojawił się Flap.
- Hę? – Franky zdał sobie sprawę, że właśnie zrobił pełne okrążenie po mieście i znalazł się w punkcie wyjścia. – Ej ty, oszukałeś mnie!!!
- Pomściłeś już Flipa? – zapytał go przejęty Flap.
- Jak mam go pomścić, skoro to ja go zabiłem!!!
- No właśnie! – uśmiechnął się pod nosem. - Jeszcze nie rozumiesz? Musisz... popełnić samobójstwo!
- No chyba kpisz! – odpowiedział zirytowany cyborg.
- Ej Flap – zza domku wyszedł cały i zdrowy Flip. – Nie wiem czemu, ale na placu wyrósł nagle las...
- TO TY ??YJESZ!!!? – wydarł się Franky.
- T-to cud – oczy Flapa się zaszkliły. – O-on... zmartwychwstał!!!
- G?“WNO NIE ZMARTWYCHWSTAŁ WY OSZUŚCI!!!
Już szykował się do spuszczenia im łomotu, kiedy ziemia nagle drgnęła.
- Hej, co się dzieje? – zapytał Flip
- S-spójrz – Flap wskazał palcem na nacierającą z centrum miasta ogromną falę chmur, która taranowała na swojej drodze każde stworzone przez Usoppa drzewo.
- C-co do...!!! – zdziwił się Franky.
- Zginiemy!!! – Flip i Flap objęli się rękoma i zaczęli płakać.
Cyborg wystawił ręce przed siebie i załadował swój promień.
- Radical Beam!!! – potężna, laserowa wiązka wystrzeliła i poleciała w kierunku chmury. Niestety nie poszło to po myśli Franky'ego i zamiast efektywnej eksplozji, promień gładko przebił się przez falę obłoków i poleciał w niebo.
Reszta mieszkańców miasta wybiegła właśnie zza zakrętu, doganiając Franky’ego, i wrzeszczała niczym banda rządnych krwi dzikusów.
- Mamy cię!!! Teraz zginiesz!!! – Stanęli w miejscu i obrócili głowy w stronę nacierającej chmury. – A MY RAZEM Z TOBĄ!!! – pisnęli panicznie i robiąc w tył zwrot zaczęli uciekać, lecz było już za pó??no, aby usunąć się z pola rażenia. Cieśla zorientował się, że ma do czynienia z jakąś lekką materią, więc postanowił przyjąć inną taktykę.
- Super Coup de Vent!!! – wiązka skondensowanego powietrza wystrzeliła z rąk Franky’ego i znacząco spowolniła białą falę, a następnie kompletnie ją zatrzymała tuż przed ich nosami. Puszysty obłok począł się rozpadać i niczym śnieg przykrył wszystkich dookoła.
- Hej, patrzcie!!! – krzyknął po chwili Flap do mieszkańców, wskazując palcem na Franky’ego.
Chmury, które opadły na cyborga uformowały mu długie białe włosy, gęstą białą brodę do pasa, oraz białą szatę, która przykryła całego jego ciało, nadając mu iście niebiański wygląd.
- T-to... wyjąkał Flipa. – To bóg!!!
Okrzyki szoku i niedowierzania rozległy się dookoła, a mieszkańcy padli na kolana i zaczęli czcić Franky’ego.
- Hę – zdziwił się cieśla i podrapał po głowie.
- PODNI?“SŁ RĘKĘ, ZOBACZCIE!!! – niemalże rozpłakał się jeden z mieszkańców.
- Boże prowad?? nas do wybawienia! – oddawali mu pokłony. – Zrobimy wszystko co nam każesz!
Cyborg stał jak słup soli i nie wiedział co zrobić, jego zdziwienie było zbyt duże...


- Wyła??! – krzyczał Cumulus, stojąc na zgliszczach tego, co jeszcze chwilę temu można było nazwać lasem. – Zrównałem z ziemią 1/3 twojego małego ogrodu jednym machnięciem mojego berła. Jeśli się nie pokażesz, zniszczę całą resztę, więc oszczęd??my sobie zachodu i po prostu stań do walki!
Usopp siedział schowany w krzakach i za wszelką cenę nie chciał wplatać się w otwartą walkę. Nie tylko dlatego, że się bał, ale dlatego, że był snajperem i ataki dystansowe były jego specjalnością, zwłaszcza te z ukrycia. Wychylił się z buszu i wycelował swoją broń w przeciwnika.
Hissatsu: Firebird Star! – ognisty ptak wystrzelił z lasu i poszybował w stronę Cumulusa.
- To na nic! – krzykną kapłan i gdy tylko pocisk się zbliżył, wystawił rękę przed siebie i zaabsorbował cały ogień.
- Cholera! – burknął Usopp, nie mając pomysłu na to jak go pokonać. – Co on ma za moc? Niby wygląda jak logia chmury, ale jakim cudem chmura mogłaby absorbować wszystko?
- Dobra młokosie, koniec zabawy! Zaczynasz mnie męczyć! – krzyknął przecierając czoło, które zalane było nienaturalną ilością potu. – Cholera... muszę chwilę odpocząć... ten gówniarz naprawdę jest wkurzający. Złapał mocno za swoje berło i wbił je z całej siły w ziemię.
- Hę? – zdziwił się Usopp obserwując go przez swoje gogle. – Co on knuje...?
Cumulus usiadł na ziemi i zamknął oczy, jakby zaraz miał zacząć medytować, po czym złapał obiema dłońmi rękojeść swojej broni. Usopp zmieszany przyglądał się kapłanowi, lecz nic się nie działo nic szczególnego.
- Czyżby się poddał? – pomyślał snajper, lecz po chwili dostrzegł co się szykuje. Daleko za Cumulusem, na skraju góry, za wszystkimi budynkami, można było dostrzec wystające chmury. Te, które jego załoga widziała zanim jeszcze zacumowali na wyspie. Skrywały one szczyt i zbierały deszcz, dzięki któremu mieszkańcy mogli przetrwać. I jak z początku wisiały one w miejscu, tak teraz powoli przemieszczały się, krążąc wokół miasta. Pojedyncze skrawki stopniowo zaczynały być wsysane do centrum wyspy, a całość wyglądała niczym powstające właśnie tornado. Chmury gromadziły się w jednym miejscu, tworząc coraz większą zbitkę, która niemrawo formowała się w gigantyczny, człekopodobny kształt. Kiedy powstające monstrum osiągnęło już odpowiednią wielkość, przestało rosnąć, a kolejne obłoki siłą zlepiały się z innymi, coraz bardziej zwiększając gęstość potwora. Skondensowane gąbczaste chmury powoli zmieniały swą konsystencję z miękkiej i puszystej na iście glinianą, aż do momentu, w którym bestia była całkowicie uformowana. Sylwetka mężczyzny o sporej masie mięśniowej, kraterowate uszy, spiczaste zęby i białe, puste gałki oczne stworzyły potwora, który stanął przed schowanym w buszu Usoppem i nie miał zamiaru nigdzie odchodzić.
- T-t-t-t-to s-s-s-są ch-ch-chyba j-jakies ż-ż-ż-żarty!!! – Usopp trząsł się jak galareta i jedyne o czym teraz marzył to ucieczka w siną dal, lecz na jego wielkie nieszczęście, nie miał gdzie uciec. Nie mógł zejść na dół, gdyż cały tamtejszy teren zostanie zaraz zalany lawą, nie mógł schować się w którymś z domków, bo ten wielki potwór i tak zaraz wszystko zmiażdży. Nie mógł zostać w lesie. Nie mógł zostać na Sunny, ale musiał trzymać się blisko niej, bo to jedyna droga ucieczki z wyspy, więc wielkim nieszczęściem byłoby oddanie jej w ręce przeciwnika. Każdy możliwy scenariusz uniknięcia konfrontacji był złym pomysłem do zrealizowania. Dlatego też jedyne co mu zostało, to walka. Musiał stanąć twarzą w twarz z potworem i choć wiedział, że to najlepsza opcja, jaką może podjąć, to stojący naprzeciw olbrzym powodował u niego trwały paraliż.
I właśnie dlatego Usopp nie wyszedł z lasu, został z tyłu doglądając sytuacji i wspierając duchowo tego, który się odważył. Dzierżąca pelerynę legendarna postać, z maską na twarzy, którą zna cały świat, spokojnym krokiem wyszła z cienia rzucanego przez dżunglę. Monstrum wyrwało z ziemi jedno z drzew i przyszykowało się do rozpoczęcia dzikiego ataku. Zamaskowany osobnik spojrzał na niego i bez krzty zawahania przemówił.
- Przybywam na polecenie mojego przyjaciela, aby wyrównać szanse tego pojedynku! Nie licz na zwycięstwo, bestio, bo spotkałeś właśnie swojego naturalnego przeciwnika! Zapamiętaj to sobie dobrze! Marynarka walczy z piratami. Rewolucjonista walczy z rządem. Myśliwy walczy ze zwierzyną. Dobro ze złem. Światło z ciemnością. A kto walczy z potworami? Otóż to, mój drogi... Z potworami... walczą superbohaterowie!!!

Gdy Sogeking zakończył swoją podniosłą przemowę, żywił wielką nadzieję, iż stworzony z chmury potwór zrozumie swoje położenie. W końcu wiadomym jest, że superbohaterowie zawsze wygrywają, a przecież za takiego siebie uważał, więc jego zwycięstwo było pewne. Niestety, na jego nieszczęście, monstrum nie było istotą potrafiącą samodzielnie myśleć, a zwykłą marionetką stworzoną i kontrolowaną przez Cumulusa.
Zrobiwszy krok naprzód, bestia powoli zamachnęła się trzymanym w dłoni drzewem i cisnęła nim w zamaskowanego bohatera. Jednak zanim zdążyła wypuścić je z ręki, Sogeking szybko uskoczył na bok, bez problemu unikając posłanego w jego stronę drewna.
– Za wolno! Hissatsu: Sogeking Gunpowder Star!!! – wystrzelił wybuchowy pocisk prosto w brzuch olbrzyma. Eksplozja wyryła w ciele potwora poka??ną dziurę i zachwiała jego równowagą.
Szykując już kolejny pocisk, snajper wymierzył ponownie, lecz gdy ujrzał postrzelone wcześniej miejsce, szybko zrezygnował. Wyrwa, która jeszcze parę sekund temu znajdowała się w brzuchu potwora, właśnie kończyła swój proces regeneracji.
– To na nic... – zmartwił się Sogeking. – Muszę spróbować czegoś innego.
Skierował swój wzrok na Cumulusa, który otoczył się stworzonym z chmur igloo, równie gęstym, co stojący przed nim potwór. Naprędce wystrzelił w nie kilka pocisków, lecz tak, jak się spodziewał, nie przyniosły one żadnego efektu. Wszelakie wyrządzone szkody natychmiast się odnawiały, a on wracał do punktu wyjścia.
Gdy monstrum skończyło regenerację, ruszyło powolnymi i ociężałymi krokami w stronę bohatera. Sogeking trzymał dystans cofając się równym tempem i ciskał w niego czym tylko się dało. Efekt, niestety, był zawsze taki sam. Materiały wybuchowe, wszelakiego rodzaju żelastwo, rośliny i cała reszta jego arsenału dystansowego była bezużyteczna. Nawet jeśli udało mu się wyrządzić jakieś szkody, to ciało potwora w przeciągu kilku sekund powracało do oryginalnego stanu.
– Cholera... – westchnął snajper. – Niby porusza się powoli i mogę go trzymać na dystans, ale co z tego, skoro nie jestem w stanie mu nic zrobić? – Pogrzebał jeszcze trochę po kieszeniach i w końcu natrafił na coś, co faktycznie miało szansę zadziałać. Wyjął muszlowaty przedmiot ze swoich spodni i ułożył odpowiednio na wewnętrznej części prawej dłoni.
– Reject Dial... – szepnął drżącym głosem. – Chyba nie ma innego wyjścia...
Potężne narzędzie, które dzierżył właśnie w dłoni, jego przyjaciel Usopp dostał w prezencie od Nami, która podczas swojego treningu na podniebnej wyspie zdołała ukraść jedną sztukę. Usopp trzymał je zawsze przy sobie jako plan awaryjny w przypadku najgorszych z sytuacji. Sytuacji, jaka teraz miała miejsce. Oprócz tego posiadał także dwa zawczasu naładowane Impact Diale, które sam zdobył na Skypii.
– Dobra... – Sogeking starał się uspokoić. – Muszę do niego podbiec, dać się zaatakować, przyjąć uderzenie, zaabsorbować je, a następnie... – tutaj przełknął ślinę mając w pamięci fakt, że użycie Reject Diala zabija każdego przeciętnego człowieka, który nim zaatakuje – ...a następnie dam go użyć komuś innemu!!!
Dumny ze swojego planu zacisnął diala w ręce i ruszył biegiem przed siebie. Zastanawiał się, czy jest jakikolwiek sens w korzystaniu z niego, skoro i tak nie ma zamiaru go użyć. Reszta załogi Usoppa prawdopodobnie dałaby sobie radę z potworem przy pomocy swojej własnej siły, a ci, którzy nie byliby w stanie tego osiągnąć i tak są zbyt słabi, aby użycie Reject Diala wyszło im na dobre. Dlatego jeśli już zdecydował się walczyć w ten sposób, musiał to zrobić sam, bo oddanie go komuś innemu i tak nic nie zmieni.
Zbierając odwagę z każdym kolejno postawionym krokiem, w końcu znalazł się parę metrów przed potworem i czekał już tylko na jego ruch.
Kiedy niczego nie spodziewający się gigant szykował swą pięść do zmiażdżenia stojącego przed nim oponenta, Sogeking spostrzegł między jego nogami cienką, białą linkę, która wydawała się wystawać z jego pleców. Szybka wędrówka wzrokiem jej śladem nasunęła mu tylko jeden wniosek. Był to swoisty przewód łączący Cumulusa i potwora, więc na dobrą sprawę jedyne co wystarczyło zrobić, to go przerwać. Kapłan z pewnością przy jego pomocy był w stanie go kontrolować i przekazywać swą moc, pozwalając mu na regenerację.
Monstrum wykorzystując chwilę nieuwagi Sogekinga posłało zaciśniętą pięść w jego stronę. Bohater ocknął się gwałtownie w samą porę i w ostatniej chwili zdołał zasłonić swoją głowę trzymanym w ręku dialem. Narzędzie kompletnie zniwelowało moc potężnego ciosu i z ledwością zaabsorbowało całą energię przez niego wytworzoną, pękając jednocześnie na niemalże całej swojej średnicy.
– No chyba sobie żartujecie!!! – skwitował głośno Sogeking, widząc jak dial niemalże rozpada się w jego rękach.
Potwór kompletnie nieprzejęty brakiem sukcesu podniósł swoją masywną łapę i ponownie się zamachnął, lecz nim zdążył zaatakować, Sogeking zwinnie wycofał się kilkanaście metrów do tyłu, poza jego zasięg.
– Dobra, nowy plan! – energicznie oznajmił sam sobie i spojrzał na Cumulusa. – Po prostu odetnę mu dostawy chmur! – ucieszył się z faktu, iż Reject Dial nie będzie mu potrzebny.
Biały golem pochylił się do przodu i niczym sprinter rozpoczynający bieg wystrzelił z miejsca, szarżując prosto na Sogekinga. W mgnieniu oka znalazł się tuż przed nim i zatrzymując swój pęd na jednej nodze, z całym zgromadzonym impetem posłał swą pięść w znajdującego się przed nim przeciwnika.
– Jakim cudem on jest taki szybki!? – wydarł się przerażony Sogeking i odruchowo wyjął z kieszeni Impact Diala, kompletnie ignorując fakt, że w prawej ręce ciągle trzymał jego silniejszą wersję.
– Impact! – krzyknął i kiedy lecąca w jego kierunku pięść była o włos od jego głowy, huknął w jej bok, zmieniając minimalnie trajektorię uderzenia, które na nowej trasie jedynie musnęło jego głowy i wylądowało z impetem w ziemi.
Grunt pod nogami zaczął im pękać i w efekcie rozpadać się. Potwór dwoma szerokimi krokami bez problemu zszedł z walącego się obszaru i zostawił swojego przeciwnika samego sobie. Drgająca ziemia pod nogami Sogekinga skutecznie wybijała go z równowagi, a on sam balansując na zapadającym się podłożu, próbował z całych sił przejść, przeskoczyć, lub przeczołgać się w bezpieczniejsze miejsce. Nieszczęśliwie, wszystkie jego działania spełzły na niczym i po chwili reszta gruntu spod jego nóg runęła w dół.
– Midoriboshi: Liana! – wystrzelił w pobliskie drzewo małe nasionko, które natychmiast rozrosło się w długie, wytrzymałe pnącze. Jeden koniec ciasno owinął się wokół owego drzewa, a drugi wokół talii Sogekinga. Ułamek sekundy po tym, pod jego nogami była już tylko przepaść zwieńczona jeziorem lawy znajdującym się na dnie. Zwisając bezwładnie i czując unoszący się gorąc, snajper nie ważył się spojrzeć w dół nawet na chwilę. Dobrze wiedział, co tam się znajduje, ale przyjął strategię – czego oczy nie widzą, od tego serce nie staje. Zwisając bezradnie nad przepaścią, próbował obmyślić plan działania, gdy nagle do jego uszu dobiegły słowa kogoś z góry.
– Baranek, zajmij się nim!!! – ktoś zawołał głośno, a chwilę pó??niej Sogeking dostrzegł, jak nad wielką dziurą w ziemi przelatuje drobny zwierz, uroczo mruczący pod nosem, że jest reniferem, a nie barankiem.
– Hę...? - zamaskowany bohater zareagował nieco zaskoczony tym, co właśnie zobaczył.
Wtem szarpnęło lianą, która trzymała go przy życiu i zaraz po tym ktoś powoli zaczął wciągać go na górę. Stali za tym mieszkańcy miasta, którzy pod wodzą nowego boga – Franhwe – uratowali go z potrzasku.
– Co się tutaj dzieje? – zapytał wybity z rytmu walki Sogeking, widząc wszystkich mieszkańców.
– Przyszliśmy cię uratować! Tak rozkazał nam Franhwe! – odpowiedzieli chórem.
– Mamy nawet baranka! – Flip wyrwał się do przodu i wskazał palcem na białego potwora, który tępo przyglądał się leżącemu pod jego nogami reniferowi.
– Franhwe? Baranek? – dopytywał zdziwiony superbohater.
– Wszystko pod kontrolą, Sogeking – ktoś zawołał zza tłumu gapiów.
Mieszkańcy rozeszli się na boki, tworząc przejście dla swojego boga.
– A ty kto? – zapytał długonosy, nie rozpoznając swojego towarzysza.
Otulony chmurami, które nadały mu iście boskiego wyglądu, Franky wystąpił przed swoich wyznawców, mając po prawicy Flipa i po lewicy Flapa. Stanęli we trzech w rozkroku i wykonali krótki, energiczny taniec zwieńczony ulubioną pozą Franky’ego.
– Suuuuupeeeer... Franhwe!!! – melodyjnie krzyknęli, kiedy metalowe ręce cyborga trzasnęły o siebie nad jego głową
– A, czyli to ty, Franky – rzekł pod nosem niewzruszony snajper, zauważając także, że fryzura cyborga przypomina utrzymującą się na patyku aureolę.
– W każdym razie, co się tutaj dzieje? – zapytał Franky.
Sogeking przypomniał sobie, że jest właśnie w środku walki z Cumulusem i jego pupilkiem, więc nie czas na przyjacielskie pogawędki. Odwrócił się w kierunku potwora i zauważył, że zwierze, które przed chwilą nad nim przeleciało, to nie kto inny, jak Chopper.
– Po cholerę go tam rzuciliście, kretyni!? – wydarł się na Franky’ego i resztę, patrząc jak monstrum podnosi jego towarzysza i uważnie się mu przygląda.
– To baranek boży! – odezwał się Flap. – Na pewno jest potężny i rozwali tego giganta raz dwa!
– To nie żaden baranek, tylko nasz towarzysz szop, debile! – wydarł się na nich Sogeking. – To znaczy, towarzysz moich przyjaciół, Usoppa i Franky’ego, rzecz jasna – poprawił się przywracając swój stoicki, bohaterski spokój.
– Nic się nie martw, Sogeking – uspokajał go Franky. – Zaraz się zajmę tym dziwacznym wielkoludem i będzie po problemie!
– No chyba śnisz! – przerwał mu snajper, ku zdziwieniu cyborga. – Zresztą i tak nie dasz rady, bo jego trzeba podejść sposobem! Takim, który ja wymyśliłem!
Franky nie do końca dowierzał w to, co właśnie usłyszał. Usopp chce walczyć? On? Człowiek, który zawsze robił wszystko, co tylko mógł, aby uniknąć konfrontacji z przeciwnikiem? Coś tu nie grało, lecz nie mógł zrozumieć co. Aż do momentu, w którym do głowy wskoczyła mu myśl wyjaśniająca wszystko. Ten człowiek, to nie Usopp. Teraz to miało sens, teraz zrozumiał, że Sogeking to tak naprawdę prawdziwa postać, a nie fałszywa osobowość jego towarzysza.
– S-Sogeking...? – zwrócił się do niego niepewnie.
– Tak, Franky, to naprawdę ja – utwierdził go w jego przypuszczeniach. – A teraz czas na atak! Zrobimy to tak... – przemówił do Franky’ego oraz jego wyznawców, po czym rozpoczął omawiać plan działania.

No dobra – Franky przystał na propozycję Sogekinga, kiedy ten skończył omawiać swój plan. – Aczkolwiek nie wiem po co się tak trudzić, skoro mogę go po prostu rozwalić moim promieniem...
– Cicho! Ja tu jestem bohaterem i to ja mam wygrać, a nie ty! – snajper twardo obstawał przy swoim, nie chcąc wyręczać się innymi.
– Dobra, dobra, jak tam chcesz – cyborg odpuścił – ale jak zacznie się robić gorąco, to wkraczam!
– No niech będzie... – westchnął Sogeking po chwili namysłu, po czym zwrócił się do wyznawców Franhweizmu. – Jesteście gotowi!?
– Tak jest!!! – odrzekli gromko chórem.
Gdy wszyscy byli już przygotowani do rozpoczęcia operacji, gromada Franky’ego jako pierwsza żwawo ruszyła przed siebie, szturmując czekającego na ich ruch potwora. W połowie drogi do niego, Flip i Flap wyłonili się przed tłumem, po czym rozdzieli na przeciwległe strony giganta. Reszta ludu szarżowała przed siebie wykrzykując chwalebne treści pod adresem ich boga – Franhwe.
Franky złączył swe ręce i wycelował do góry, a Sogeking wdrapawszy się po jego ciele, usiadł mu na dłoniach.
– Gotowy? – zapytał go cyborg.
– Mam nadzieje, że nie rozsadzi mi tyłka... – zmartwił się w ostatniej chwili.
– Coup de Vent!!! – krzyknął cyborg, a wiązka sprężonego powietrza katapultowała Sogekina w stronę olbrzyma.
Wyznawcy Franhwe kontynuując bieg spojrzeli w górę, gdzie w blasku promieni słonecznych, z rękoma wysuniętymi przed siebie, Sogeking dumnie leciał na spotkanie z potworem.
– To ptak! – rzekł jeden z mieszkańców.
– To samolot! – poprawił go drugi.
– Nie... – wtrącił się Flip. – To Sogeking!
Superbohater wylądował na nosie potwora, łapiąc się go kurczowo, aby nie spaść.
Monstrum momentalnie puściło trzymanego w rękach Choppera i spróbowało pacnąć Sogekinga lewą dłonią, lecz nim jego ręka zdążyła do niego dotrzeć, zwisający mu na nosie szkodnik rozlu??nił uścisk i poleciał w dół.
W międzyczasie, spadającego renifera przechwycił Flip, który z odbitym zakładnikiem zaczął wycofywać się do Franky’ego.
Gdy potwór fundował sobie właśnie soczystego facepalma, snajper w czasie swojego spadania zręcznie złapał go za mały palec, po czym szybko wdrapał się po kolejnych na bok jego dłoni. Już miał wskoczyć mu na głowę, kiedy bestia zaczęła powoli opuszczać rękę, rujnując jego plan. Sogeking ześlizgnął się w okolice nadgarstka, a dzięki zmieniającemu się ułożeniu ręki, po której się przemieszczał, mógł spokojnie stanąć na wewnętrznej części jej przedramienia i szybko przebiec do łokciowego zgięcia, gdzie o wiele łatwiej było mu się utrzymać.
– Uwaga!!! – krzyknął biegający bezpośrednio pod snajperem Flap, służąc mu za asekurację. – Wszyscy wspinać się na jego nogę!
I jak powiedział, tak zrobili. Chmara ludzi, którzy dla potwora byli niczym niegro??ne, acz irytujące mrówki, poczęła wspinać się po jego kończynie. Gigant chcąc pozbyć się natrętów, zaczął machać swoją nogą, a co za tym poszło, także resztą ciała, fundując Sogekingowi bardzo nieprzyjemne doznania porównywalne do rejsu w samym środku sztormu. Superbohater złapał mocno jego biceps i przemieszczając się przed siebie, próbował dotrzeć na jego ramię. Wtapiając swoje palce w jego niesamowicie gęste ciało powoli poruszał się w stronę celu, jednak chwilę przed metą Cumulus musiał wyczuć, co planuje. Kapłan zignorował plączących się pod nogami potwora ludzi i wziął w obroty prawą rękę giganta. Zacisnął pięść i posłał ją z całej siły w przeciwległe ramie. Sogeking w ostatniej chwili wstał i z drobnym rozpędem skoczył na plecy potwora, kolejny raz o włos unikając zmiażdżenia. Uderzenie rozniosło ramię na strzępy, rozpryskując jego odłamki we wszystkie strony. Część z nich obiła boleśnie Sogekinga, niczym ogromny grad, powodując umiarkowane obrażenia na całym jego ciele. Lądując na plecach kolosa, resztkami sił wbił w niego swoje palce, ratując siebie przez upadkiem w objęcia asekurującego go na dole Flipa. Z odcinka lęd??wiowego, na którym się znajdował, spojrzał do góry i zobaczył wreszcie swój cel. Pomiędzy miejscami, w których u normalnego człowieka znajdują się łopatki, wystawał mały wzgórek, z którego biegł cienki, niemalże niewidoczny dla ludzkiego oka przewód łączący olbrzyma z Cumulusem.
– Teraz tylko zniszczyć to w cholerę i papa, panie potworze, hahaha! – śmiał się Sogeking bezradnie zwisając z jego pleców, nie mając sił wdrapać się wyżej. – Tak działają prawdziwi bohaterowie, rozegrałem to perfekcyjnie! Co prawda miałem wdrapać się po jego głowie i zeskoczyć na kark, zamiast wykonywać te karkołomne akrobacje, no ale tak naprawdę to był mój plan! Celowo wybrałem trudniejszą drogę, aby walka była bardziej wyrównana, hahaha!
– Zamknij się do cholery i we?? się do roboty!!! – krzyknęli z dołu rozdeptywani przez potwora, zirytowani ludzie.
Gdy Sogeking miał już zebrać ostatki sił i wykonać ostatni etap swojego planu, usłyszał dziwny i donośny d??więk, który wyra??nie przypominał mu trzepotanie skrzydeł.
– Hę? Co jest grane? – zapytał zdezorientowany i spojrzał w niebo, oczekując ujrzenia szybujących stworzeń. Oprócz chmur i przebijającego się przez nie światła słonecznego, nie było tam niczego.
Odgłosy zdziwienia rozbrzmiały również w tłumie mieszkańców, którzy także zmieszani byli regularnym i coraz bardziej intensywnym, niezidentyfikowanym d??więkiem.
Biegnący z Chopperem w rękach Flip spojrzał na Franky’ego, słysząc, że odgłos dochodzi z jego strony.
– Czy... czy to ty, bogu? – zapytał niepewnie.
– N–nie... – odpowiedział cyborg, nie wiedząc skąd dokładnie dochodzi d??więk. Dopiero po kilku sekundach, kiedy trzepotanie było na tyle głośne, jakby miało miejsce tuż obok, zdał sobie sprawię gdzie znajduje się jego ??ródło
– To ta dziura, w której Sogeking przed chwilą zwisał... – skomentował i spojrzał na nią, czekając, aż ze środka wyleci jakieś ogromne ptaszysko.
Wszyscy zgromadzeni w okolicy obejrzeli się we wskazaną stronę i nawet sam potwór, przez oczy którego musiał spoglądać Cumulus, zaciekawiony całym zajściem zaprzestał wszelakich czynności.
Z wnętrza wyrytego niedawno otworu powoli wyłoniły się wielkie i białe jak śnieg skrzydła, a wraz z nimi ich posiadacz.
– Z–Zawebe!? – Sogeking wyłupił oczy w niedowierzaniu, gdy zobaczył unoszącą się w powietrzu, niedawno uśmierconą z ręki Zoro postać. Jego piękne i majestatyczne skrzydła falowały na wietrze, wydając intensywny, lecz zaskakująco kojący d??więk, a białe i długie na kilkadziesiąt centymetrów pióra powoli i z gracją opadały na ziemię. Zawebe rozejrzał się dookoła i westchnął głęboko zamknąwszy oczy.
– Już czas – odrzekł.

Kiedy Sogeking wreszcie się ocknął, przypomniał sobie, że ma do wykonania zadanie. Wspiął się po plecach potwora, który dalej stał nieruchomo, i dotarł do znajdującej się między jego łopatkami miękkiej grudki, z której wyrastała cienka, biała i gąbczasta linka połączona z okrytym chmurami Cumulusem. Spróbował przerwać ją na różne sposoby – ciągnąc, gryząc, przecinając, lecz ona uparcie nie dawała się pokonać. Nie widząc efektów, rozkopał kawałek pleców golema, aż w końcu udało mu się wyrwać cały fragment, z którego wychodziła linka.
– Ha! Udało się! – odrzekł dumny jak nigdy.
Czekał aż golem rozsypie się na ziemię, lecz po kilkunastu sekundach dalej nie było żadnego efektu. Obejrzał się za siebie, chcąc spojrzeć na Cumulusa, lecz kapłan gdzieś zniknął.
– Co!? – zdziwił się poirytowany. – Tyle się namęczyłem, żeby odciąć go od tego golema, a on tak po prostu go zostawił!? Chrzanić to!!! – zdjął swoją maskę i rzucił nią w kierunku ziemi, sfrustrowany całą sytuacją. – I jak ja mam teraz zejść!?

Maska poleciała w dół i uderzyła o czoło Flapa, odbiła się i wylądowała na ziemi.
– Ała! – złapał się za głowę. – Co to ma być!? Kto to zrobił!?
Spojrzał pod nogi i dostrzegł tajemniczą maskę. Chwycił ją w dłoń i dokładnie obejrzał. Wiatr zawiał mocniej, a jego ciało przeszły dreszcze. Zdał sobie sprawę, że dzierży w ręce potężny artefakt, który skrywa w sobie niepojętą moc.

Już ja mu dam! – krzyczał Cumulus, truchtając żwawo w stronę unikającego laserów Zawebe. – Moje miasto chce wysadzić? Moje!? Po moim trupie! Wreszcie znalazłem miejsce, w którym jestem szanowany! Za nic w świecie nie pozwolę sobie go odebrać!
Jego krzyk był przepełniony złością i obawą, jakiej nigdy jeszcze nie czuł. Terra była jego miastem; tworem, nad którym sprawował pieczę; dzieckiem, które sobie wychował. To pierwsza rzecz, która mu się udała, z której mógł być dumny, i która napawała go radością.
– Ej, ty! – ryknął, kiedy był już wystarczająco blisko. - Nawet mi się nie waż niszczyć mojego miasta!
Zawebe kompletnie go zignorował i dalej unikał ataków cyborga, jakby od nie chcenia.
– Mówię do ciebie, skrzydlata pokrako! – wrzasnął zirytowany i silnym zamachem posłał kilka niecelnych wiązek chmur w jego stronę.
Reakcja była niezmienna, lecz tym razem Zawebe zwrócił uwagę na fakt, że kapłan włada mocami, których swego czasu użyto do uratowania Bioniosa.
Doprowadzony do szału Cumulus począł ciskać w niego coraz potężniejszymi atakami, lecz nawet gdy udało mu się w trafić Zawebe, wszelakie rany błyskawicznie się regenerowały.
– Ten koleś jest superrr wkurzający! – rzekł Franky i posłał kolejny promień, tym razem w akompaniamencie wystrzelonych z ramion rakiet.
Zawebe zaczynał powoli tracić cierpliwość. Zabawa z lud??mi ciągnęła się zbyt długo. Miał już ich dosyć.
– Ej, kapłanie!!! – nagle rozległ się przeciągnięty krzyk.
Cumulus, w szale ciskający kolejnymi atakami, oprzytomniał na chwilę i odwrócił się za siebie. Wołał do niego z ramienia golema Usopp.
– To ja jestem twoim przeciwnikiem!!! – darł się dalej. – Masz walczyć ze mną, bo to moim zadaniem jest cię pokonać!!!
– Nie mam na ciebie czasu, płotko! – rzucił obojętnie. – Muszę ratować swoje miasto!
Usopp postanowił nie dawać za wygraną.
– Tak jak myślałem, tchórzu!!! Widać słyszałeś już opowieści o dzielnym wojowniku mórz, który przemierza świat pokonując na swojej drodze wszystkie przeszkody!!! Nic dziwnego, że boisz się ze mną walczyć!!!
Zaczepka Usoppa ugodziła kapłana ze stuprocentową skutecznością. Cumulus zawsze był tym słabym, brzydkim i boja??liwym odludkiem pomiatanym przez wszystkich, nie ważne w jakiej grupie się znalazł. Dopiero tutaj, na tej wyspie, odkrył co to znaczy być znaną i szanowaną osobistością o wysokiej pozycji. Co to znaczy być człowiekiem, którzy rządzi i dzieli i nikt nie waży się mu przeciwstawić. To był jego wizerunek. Nie mógł teraz, gdy dookoła panoszą się jego podopieczni, pozostawić zarzucanie mu tchórzostwa bez odpowiedzi. Musiał pokazać swoją siłę i pewność siebie. Udowodnić, że jego nikt obrażać nie może i każdy kto się tego dopuści, zostanie srogo ukarany.
– W porządku – mruknął do siebie, wyprowadzony z równowagi do tego stopnia, że przestał to ukazywać, po czym zwrócił się do Franky'ego. – Ej, ty!
Cyborg obejrzał się na niego, nie przerywając ciskania w Zawebe kolejnymi pociskami.
– Czego chcesz? Ty dostaniesz manto jako następny, więc czekaj cierpliwie!
Cumulus nie dosłyszał nawet, co Franky mówi, gdyż skupiony był tylko i wyłącznie tym, który rzucił mu wyzwanie.
– Przetrzymaj tego ptaszka – rzekł chłodno, nie spuszczając wzroku z Usoppa. - Muszę zająć się innym szkodnikiem. Gdy już z nim skończę, wrócę tutaj i zajmę się wami oboma.

Pod nogami golema, mieszkańcy Terry w skupieniu obserwowali całą sytuację.
– Widzicie to!? Cumulus rozmawia z samym bogiem!!
– Oczywiście, że tak! To w końcu bóg nakazał mu sprawować pieczę nad miastem i prowadzić nas do wieży!
Wtem zauważyli, jak Cumulus kroczy w stronę Usoppa.
– Ale dlaczego nasz kapłan idzie walczyć kumplem samego boga!?
– Niesamowite! Cumulus stawia się nawet bogowi i jeśli będzie trzeba, to wtłucze jego kumplom! Co za odwaga! Nasz kapłan jest najlepszy, nie daje sobą pomiatać! Cumulus!!! Cumulus!!! – rozległ się głośny doping.

Cumulus słysząc pokrzyki swoich ludzi, poczuł się silny na duchu, jak nigdy dotąd. Dumnym krokiem maszerował w kierunku swego przeciwnika, gotowy na wszystko.
– Dobra! – długonosy przygotowywał się mentalnie do ostatecznego starcia. Szybko uświadomił sobie, że prowokowanie Cumulusa do walki, kiedy nie ma jak zejść z golema, mogło nie być aż tak dobrym pomysłem.
Kapłan stanął kilkanaście metrów przed potworem i spojrzał w górę.
– Chciałeś kontynuacji naszej walki, to ją dostaniesz – przemówił ze złością. – Zmiażdżę cię na oczach moich podwładnych i raz na zawsze wyryję w ich głowach to, jak ważnym i potężnym człowiekiem jestem!!!

Rozdział 23: Klątwa i Atut

Ogień był wszędzie. Spowił w pomarańczowym chaosie płomieni niemal wszystko, co było tam żywe. Drzewa, jedno za drugim, niepewnie padały przed obliczem ich największego wroga i nawet deszcz nie byłby w stanie ich już uratować.
Z piekielnego oceanu wystawała tylko góra, lecz nawet ona nie mogła umknąć stworzonemu ludzką ręką mechanizmowi. Ociekała wypływającymi z jaskiń strumieniami lawy.
U jej podnóża, Zoro i Brook dzielnie walczyli z żywiołem, lecz nawet lód spod ręki Soul Kinga był niczym wobec otaczającej ich pożogi.
– Cholera jasna!!! – krzyczał Zoro, posyłając przed siebie fale uderzeniowe, które zamiast torować drogę, tylko podjudzały ogień.
Spływająca z góry lawa uwięziła ich w wąskim przesmyku, z którego nie sposób było się wydostać przez szalejące wokół płomienie.
– Panie Zoro, moje afro tego nie wytrzyma! – żalił się Brook. – A kości!? Co z kośćmi!?
– Gówno mnie twoje kości obchodzą! – ryknął zirytowany. – Lepiej wymyśl jak się stąd wydostać!
Jednak nim Brook zdążył cokolwiek zrobić, czy choćby odpowiedzieć, do ich uszu dobiegł trzeci, znajomy głos.
– Myślę, że może się to okazać problemem – rzekł ktoś nieopodal.
Dwaj szermierze rozejrzeli się dookoła i dostrzegli nieco wyżej osobnika, którego obaj spotkali już wcześniej.
– Szrama na mordzie? – zaszydził z niego Zoro, nieprzejęty jego obecnością.
Servo przejechał palcem po swojej bli??nie na czole i uśmiechnął się szeroko.
– Nie byłbym taki cwany na twoim miejscu – odpowiedział chłodno, nie zrzucając uśmiechu.
– Co pana tak bawi, panie szrama na mordzie? – zapytał Brook, niewinnie powtarzając obelgę.
Tym razem Servo poczuł się nieco dotknięty i radość na jego twarzy została stonowana.
– Jesteście bardzo przemądrzali, wiecie o tym? – mówił powoli. – Jasne, wygraliście, gratulacje. Możecie być dumni, że udało wam się pokonać cząstkę mnie...
– Cząstkę? – momentalnie przerwał mu Zoro, który poczuł się, jakby ktoś chciał podważyć jego wcześniejsze zwycięstwo.
– Słuchaj no, szermierzu – Servo kontynuował, nie zważając na pytanie Roronoy. Wyciągnął rękę za plecy i złapał za rękojeść swojego ogromnego miecza. Jego ostrze długie było na około metr, z szerokością porównywalną do tej głowy właściciela.
Zwinnym ruchem wyciągnął broń przed siebie.
– Zastanawiałeś się kiedyś, co to tak naprawdę oznacza, że miecz jest przeklęty?
Zoro odruchowo wyciągnął rękę w stronę swojego biodra, lecz szybko zaprzestał ruchu, uświadamiając sobie, że jego przeklęty miecz, Sandai Kitetsu, przepadł na zawsze, zatopiony w lawie.
– Cholerny dupek – przeklął w myślach Zawebe, który był sprawcą tegoż incydentu.
– Tak, drogi szermierzu – Servo kontynuował. – Wiem, że byłeś w posiadaniu przeklętego miecza. I tutaj leży twój problem. Byłeś, a nie jesteś.
– No i co z tego!? – warknął Zoro.
– Spójrz – Servo wykonał zamach i cisnął swoim mieczem przed siebie. Ostrze przeleciało kilkadziesiąt metrów i niczym bumerang wróciło do swojego właściciela. – Widzisz? – złapał za rękojeść w locie.
– Widzę, ale nie mam pojęcia o co ci chodzi... – odparł niewzruszony.
– Ten miecz.... jest przeklęty! – oznajmił.
– Panie Zoro – wtrącił się Brook. – Nie chcę nic mówić, ale jesteśmy w dosyć... gorącej sytuacji, że tak powiem. Nie powinniśmy może...
– Cicho! – przerwał mu kompan, którego uwaga całkowicie skupiła się na rozmówcy.
– Powiem tak – kontynuował Servo. – Każdy przeklęty miecz posiada jakiś atut. Dopóki miecz jest w twoim posiadaniu, dopóty będziesz mógł korzystać z jego specjalnych właściwości. Jednak gdy zostaniesz go pozbawiony, niezależnie od powodu, atut, który wcześniej posiadałeś obraca się przeciwko tobie, stając się klątwą. Atutem mojego miecza jest to, iż sam wraca do mnie, gdy się rozstaniemy, jak wierny pies do swego właściciela. Ma to swoje zastosowania, jeśli potrafi się umiejętnie z tego skorzystać – spojrzał na Brooka, mając w pamięci jak został przez niego pokonany. – Gdyby miecz z jakiegoś powodu został mi odebrany, mogłoby się to skończyć dla mnie tragicznie. Gdy granica odległości zostanie przekroczona i minie odpowiednia ilość czasu, mój miecz uzna, że właściciel go porzucił i ponownie do niego powróci, lecz tym razem w ramach zemsty, aby przelać jego krew.
– A właśnie – podjął temat Brook. – Skoro już Pan wspomina o przelaniu krwi, to jakim cudem Pan jeszcze żyje?
Servo ponownie się uśmiechnął.
– Wykorzystałem moc pewnego gościa.
– Zawebe? – domyślił się Brook.
– Tak – potwierdził. – Nawet nie wie, jak potężną moc posiada... – zachichotał złowieszczo, ale szybko się opanował, jak gdyby próbował to ukryć. – W każdym razie zdołałem się do niego doczołgać, gdy leżał tam prawie martwy i... może nie będę mówił... – przejechał dłonią po swych ustach i przełknął ślinę.
Zoro milczał. Trawił właśnie mądrości przekazane mu przez Servo i zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy nie zastanawiał się nad rzekomą klątwą Sandai Kitetsu. Co więcej, nie miał pojęcia jakim atutem dysponował jego miecz. Czyżby nie odkrył jeszcze pełni jego mocy? Co się stanie teraz, kiedy go stracił? Jaka klątwa na niego spadnie? Do tej pory nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło, więc może atut i klątwa były tak błahe, że ich nawet nie dostrzegł?
– Zaraz – Zoro ocknął się nagle z morza myśli. – Dlaczego nam to wszystko mówisz?
– Dlaczego? – powtórzył. – Cóż, w chwili obecnej jestem zbyt słaby, aby wyrządzić ci krzywdę, ale siła fizyczna to nie jedyne narzędzie do zadawania obrażeń. Zobacz jak mina ci zrzedła, chociaż nawet palcem nie kiwnąłem. Same słowa wystarczyły, aby zrzucić ci ten uśmieszek z twarzy i poczuć się wygranym choć w drobnym stopniu – uśmiech ponownie pojawił się na jego twarzy, w kontraście do miny zielonowłosego.
– Poza tym – kontynuował – zabijam czas rozmową. I tak nie mam nic lepszego do roboty – stwierdził obojętnie.
Zoro jeszcze przez chwilę milczał, aż w końcu uwolnił swoje myśli i postanowił nie zaprzątać sobie głowy czymś, co w chwili obecnej wydaje się nie mieć żadnego znaczenia. Spuścił wzrok z Servo i odwrócił się do niego plecami.
– Jeśli czekasz na swoją załogę, to obawiam się, że ci w niczym nie pomogą. Przy brzegu nie ma żadnego statku.
– Nie martw się o mnie, dam sobie radę – odpowiedział. – Istnieje nawet szansa, że się jeszcze spotkamy. Pamiętaj jednak, że wtedy będę trochę... inny.
Zoro nie odpowiedział. Podszedł do swojego towarzysza, który bezskutecznie próbował powstrzymać ogień.
– Brook – odezwał się do niego. – Musimy przebić się przez ten strumień lawy do miejsca, w którym stał ten koleś – wskazał na puste już miejsce. – Stamtąd powinniśmy dostać się na górę bez większych problemów.
Brook zagadkowo spojrzał na szeroki na ponad dwadzieścia metrów strumień lawy dzielący ich od wyznaczonego punktu.
– Jak niby chce Pan tego dokonać?
– Tak jak zawsze – prychnął. – Przetnę wszystko, co stanie mi na drodze.

Po potężnym ataku na Zawebe, Luffy przydzwonił z impetem w ziemię i, przebijając się przez nią, wyleciał z drugiej strony podłoża. Spadał w kierunku kotła lawy, która wypełniła już przynajmniej połowę całej przestrzeni pod miastem i teraz zauważalnie szybciej podnosiła swój poziom.
– Co do diaska!? – krzyknął nieco przerażony i wystrzelił swoją rękę w górę. Złapał za krawęd?? dziury, którą stworzył swoim upadkiem i wyciągnął się na powierzchnię.
Gdy stanął na nogach, rozejrzał się dookoła i dostrzegł w oddali wielkiego golema, oraz stojącego na nim Usoppa. Snajper nie wyglądał na specjalnie pewnego siebie, więc Luffy postanowił dodać mu otuchy.
– Hej, Usopp! – zawołał do niego pogodnie, machając energicznie ręką.
Długonosy usłyszawszy wołanie, po chwili dostrzegł stojącego w oddali Luffy'ego. Momentalnie poczuł ulgę. Zwykły rzut okiem na kapitana, który pomachuje mu z uśmiechem na twarzy, jakby nie byli właśnie w samym środku rozgardiaszu mogącego skończyć się ich śmiercią, wystarczył, aby znacząco podnieść jego morale. Jeśli kiedykolwiek miał być w pełni gotów do stawienia czoła oponentowi, to był to właśnie ten moment.
Cumulus, nie spuszczając z niego kamiennego wzroku, gwałtownie uniósł swoje berło. Nie było już szans na odwrót, ani planowanie. Ten ruch był początkiem końca ich walki.
Golem zadrżał, nagle i agresywnie. Zachwiał Usoppem i wybił go z równowagi. Kłamczuch nie miał jednak szansy się nawet przewrócić, gdyż moment po tym potwór rozerwał się gwałtownie na kilka mniejszych, bezkształtnych kawałków masy.
Bez gruntu pod nogami, Usopp poleciał w dół i grzmotnął boleśnie o ziemię, a razem z nim resztki białego monstrum. Cumulus wywinął berłem nieprzypominającego nic zawijasa i pozostałości jego tworu poczęły formować wokół snajpera stertę dziesięciu wielkich jak drzewa pali. Usopp podparł się rękoma o ziemię i poczuł jak mocno rozgrzane od znajdującej się pod nim lawy podłoże parzy jego dłonie. Odepchnął się instynktownie i stanął na nogach, uniósł wzrok i gwałtownie przykucnął, ledwo omijając posłany w jego stronę pal. Serce podskoczyło mu niemalże do gardła. Nie zdążył nawet przeanalizować co się stało, a kolejne chmurzaste bele już leciały, aby zmiażdżyć jego głowę. Rzucił się do ucieczki.
Cumulus ze stoickim spokojem stał niczym dyrygent i płynnymi ruchami swojej prawej ręki kierował ciskaną w Usoppa orkiestrą śmierci. Manewry kapłana nie były proste. Wymagały od niego dużej dozy skupienia, a i wtedy nie miał nad nimi całkowitej kontroli. Unosił pale delikatnym ruchem ręki, a rzucał żwawym, nie więcej niż dwa naraz. To było wszystko, na co mógł sobie w chwili obecnej pozwolić, gdyż berło, które dzierżył, nie pozwalało na więcej. Tego dnia użył swojego najpotężniejszego ataku już dwa razy, do tego wiele pomniejszych, a i uformował wielkiego golema. Jego narzędzie potrzebowało regeneracji, której dostarczyć mógł tylko poprzez zaprzestanie używania owocu chmury. Wiedział jednak, że jest to niemożliwe. Musiał skończyć ze swoimi przeciwnikiem resztkami mocy, które mu pozostały.
Usopp zdołał odbiec na odległość, która oferowała mu większe pole manewru. Im dalej był od Cumulusa, tym więcej czasu kapłan musiał poświęcać na celowanie, dając snajperowi chwilę wytchnienia pomiędzy kolejnymi unikami. Wyminąwszy kolejny, Usopp zajrzał do swojej saszetki z amunicją. W środku zaczynało wiać pustkami. Większość roślin wykorzystał wcześniej, gdy stworzył dżunglę w środku miasta, a nauczony doświadczeniem, nawet nie myślał o używaniu resztek, które mu pozostały. Na Cumulusa, który jest w stanie wchłonąć cały zapas ich wody, były bezużyteczne. W torbie znajdowało się także kilka ognistych pocisków, dwa impact diale, z czego jeden wcześniej zużyty, oraz naładowany uderzeniem golema reject dial, którego postanowił zostawić sobie na absolutną ostateczność. W drugiej przegrodzie schowana była cała reszta jego zabawek i to ich postanowił użyć.
Hissatsu... – zaczął, i potem już poszło. Pociski, ostrza i ładunki wybuchowe leciały jedno za drugim w stronę Cumulusa, lecz spodziewanie, nie były w ogóle skuteczne. Gąbkowate zdolności kapłana absorbowały wszystko, nie pozostawiając na nim nawet śladu obrażeń.
Firebird Star – Usopp posłał na zakończenie ognistego ptaka. Rozbił się on o kapłana, którego ciało wchłonęło cały ogień.
Cumulus nie mógł już utrzymać stonowanej twarzy i rozpoczął niezdarny chichot, który szybko przerodził się w arogancki śmiech.
– Próbujesz i próbujesz – zaczął, w przerwach pomiędzy kolejnymi śmiechami – i ciągle nic nie osiągnąłeś. To już nawet nie jest śmieszne. To marnotrawstwo mojego czasu. Nie możesz się mierzyć z kimś, kto stoi bezpośrednio pod bogiem, szkodniku!
– A zamknij się wreszcie, ofermo! – krzyknął Usopp. Zatrzymał się i podparł o kolana. – Stoisz pod samym bogiem? Też mi coś! – prychnął.
Uśmiech Cumulusa zaczynał powoli zanikać. Dało się dostrzec, że jego twarz czerwienieje i zalewa się kroplami potu.
– Stawiałem już czoła ryboludziom, potworom, admirałom marynarki, a nawet tajnym rządowym jednostkom zabójców, a jakby tego było mało, to spędziłem dwa lata na wyspie, która chciała mnie zjeść! Myślisz, że jakiś grubasek z magiczną różdżką może zrobić na mnie jakiekolwiek wrażenie!? – wykrzyczał prowokacyjnie, skutecznie chowając zawsze towarzyszący mu strach. Jeśli nie mógł zadać mu obrażeń fizycznych, zdecydował się zaatakować jego psychikę.
Cumulus zawrzał ze złości. Zacisnął zęby, zacisnął pięści, i zaczął trząść się z irytacji.
– Jak śmiesz!!! – ryknął niekontrolowanie, załamując głos i wchodząc w bardzo wysokie, dziewczęce tony. Uniósł swoje berło i ponownie w ruch poszły bele. Tym razem agresywniej, szybciej i z większą częstotliwością.
Usopp znów przystąpił do uników, lecz przez zmęczenie i agresję Cumulusa było mu o wiele trudniej, niż wcześniej, nawet na sporym dystansie. Wiedział, że jeżeli szybko nie wymyśli sposobu na zwycięstwo, to zostanie pokonany. W ferworze walki starał się przeanalizować sytuację i rozważyć wszystkie możliwości, jakie posiadał. Jego amunicja nie działała na Cumulusa, więc musiał myśleć kreatywnie.
Nie minęła minuta, a w jego głowie już zrodził się plan. Postanowił, jakkolwiek brutalne by to nie było, strącić Cumulusa do znajdującej się pod nimi lawy. Niestety, sprawa nie była tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Cumulus wchłaniał wszystko, co Usopp wystrzelił w jego stronę, więc zepchnięcie go wydawało się pozornie niemożliwe. Jedyne, co pozostało, to zniszczenie gruntu pod jego nogami, ale i to mogło okazać się problemem, gdyż pociski Usoppa nie miały aż takiej siły zniszczenia. Myślał dalej, jeszcze intensywniej, obrazując sobie w głowie potencjalne scenariusze. I w końcu jego mózg zrodził coś, co miało prawo zadziałać. Sięgnął ręką do swojej torby i spojrzał do jej wnętrza. To był jego błąd. Ta krótka chwila nieuwagi wystarczyła, aby jedna z bel z impetem rąbnęła go prosto w brzuch i odrzuciła kilkanaście metrów w tył. Padł na ziemię jak szmaciana lalka i splunął krwią. W ręce miał już to co chciał, więc zacisnął w niej zużyty wcześniej impact dial, stanął na nogi i rozpoczął szarżę na oponenta.
– Hm? – kapłan zmrużył oczy. – Co on znowu kombinuje?
Jedna ze leżących między nimi bel uniosła się i wystrzeliła w stronę Usoppa. Mknęła z zawrotną prędkością na spotkanie z czaszką snajpera i kiedy już miała przywalić, zwinny ruch jego ręki zasłonił głowę Impact Dialem, który zaabsorbował całą siłę uderzenia. Bela zatrzymała się tuż przed nim, po czym swobodnie opadła na ziemię.
– C-co!? – zdziwił się Cumulus. Nie dowierzał, widząc jak Usopp używa takiej samej zdolności, jak on. – Jak to zrobiłeś!? Ukradłeś mi moc!? Kradzież to grzech, wiesz!?
Usopp zwolnił, a następnie kompletnie zatrzymał się i odskoczył do tyłu.
– Jeśli chcesz się targować na grzechy, to założę się, że masz więcej na sumieniu, niż ja! – wyciągnął z torby drugi, naładowany impact dial oraz kawałek szmaty, której użył, aby związać obie muszle razem.
– Masz czelność nazywać mnie grzesznikiem!? Mnie!? – oburzył się kapłan. – Ja jestem ofiarą grzeszników, a nie ich praktykantem! Sam Bóg mnie wybrał, bo dobrze o tym wiedział! Jestem jego podopiecznym, wszystko co robię, robię w jego imieniu! Jeśli robisz coś w jego imieniu, to nie jest to grzechem!!!
Usopp nie reagował na jego jazgot, wycelował swą procę do góry i wystrzelił powolnym lobem związane diale prosto nad Cumulusa.
– Hahahaha!!! – zaśmiał się głośno. – Chyba coś ci nie wyszło!
Usopp ponownie naciągnął swą procę i wycelował w lecący obiekt. Cumulus spoglądał to na niego, to nad siebie, z zakłopotanym uśmiechem na twarzy.
Impact Crash!!! – ryknął snajper i wypuścił pocisk.
Zanim cokolwiek się wydarzyło, Cumulus poczuł niesamowity ból w swoich nogach. Opuścił wzrok i zobaczył, jak jego ciało do pasa zanurzone jest w lawie. Fala przerażenia, jaka w tym momencie przez niego przeszła, wychodziła poza jakąkolwiek znaną człowiekowi skalę. Chciał zawyć tak głośno, jak tylko fizycznie jest to możliwe, ale wtem mrugnął i koszmar się skończył. Był z powrotem na górze.
Wystrzelone wcześniej diale, które teraz znajdowały się bezpośrednio nad kapłanem, zostały trafione przez pocisk Usoppa. Celne trafienie w przycisk na muszli aktywowało ją. Potężną fala energii rozerwała na strzępy szmatę łączącą obie muszle, i posłała tę drugą z zawrotną prędkością w dół, prosto w stronę Cumulusa.
Jednak kapłan wiedział już co się święci i w ostatniej chwili zdążył przykucnąć i położyć swą dłoń na ziemi. Drugi Impact Dial świsnął tuż przed jego nosem i uderzając w ziemię, wypuścił zgromadzoną energię. Potężna eksplozja posłała sowitą falę uderzeniową we wszystkich kierunkach, wzniosła obfite tumany kurzu, a jej huk rozległ się po całej wyspie.
Usopp powoli opuścił swą broń i starał się dostrzec coś przez szare kłęby. Prostopadłe uderzenie prosto w ziemię, wzmocnione dzięki szybkości osiągniętej aktywacją poprzedniego diala, powinny były wystarczyć, aby wygenerować siłę zdolną zniszczyć grunt pod stopami Cumulusa. Nie minęła chwila, a werdykt był mu już znany. Głośne sapanie, które usłyszał gdy zapadła cisza, wskazywało tylko na jedno.
– C-co!? – Usopp był zdołowany, gdy opadający pył odsłonił ledwo stojącego na nogach przeciwnika.
Ziemia pod kapłanem wyglądała na mocno rozszarpaną, ale bez żadnej dziury, czy choćby nawet większego ubytku. Cumulus podpierając się ręką o ziemię ciężko dyszał. Jego ubranie było kompletnie podarte, a ciało intensywnie okaleczone, z licznymi ranami produkującymi wąsko ściekające strumyki krwi. Ogarnął go ciężki szok, gdyż już drugi raz tego dnia miał wizję bliskiej przyszłości, dzięki której mógł uniknąć obrażeń poważniejszych, niż otrzymał.
– Dzięki... Boże... – wyszeptał pod nosem. Wyprostował się i zwrócił do Usoppa. – Prawie ci się udało, ale na twoje nieszczęście, Bóg jest po mojej stronie! Niewiele brakło, ale na szczęście w porę zmieniłem tę ziemię w gąbkę! Hahahaha! – zaśmiał się diabolicznie, a w jego oczach zabłysł prawdziwy obłęd. Gwałtownie machnął swoim berłem i znajdujący się obok długonosego pal zerwał się z ziemi i poleciał w jego stronę.
Usopp wgapiony był w przeciwnika z przerażeniem w oczach, nie wierząc, że jego ostatnia deska ratunku nie podziałała. Zanim zdążył się ocknąć i zareagować, został staranowany przez twardy jak skała kawał chmury. Boleśnie poczuł jak pękają mu żebra, jedno za drugim, a potem padł na ziemię i przetoczył się kilka razy, ostatecznie zatrzymując twarzą w dół i gryząc piach. Nie ruszał się.
– I to by było na tyle! – krzyknął pewny zwycięstwa Cumulus. – Kolejny grzesznik zniszczony boską wolą! Hahahaha!
Gdy rozradowany kapłan rozkoszował się swoją domniemaną wygraną, Usopp wcale nie czuł się pokonanym. Leżał na ziemi nie dlatego, iż brakowało mu sił. Leżał, bo miał wrażenie. Nie wiedział jakie, ani z czym ono było powiązane. Po prostu czuł, że jego mózg wychwycił coś, czego jeszcze nie zdążył przeanalizować. Podparł się o ziemię i, pomimo bolących i trzeszczących żeber, począł powoli stawać na nogi. Gdy prostował kolana, poczuł lekki zawrót głowy, który wywołał przed jego oczami istny pokaz slajdów. Obrazy z całego jego starcia z Cumulusem prezentowały mu się jedno za drugim, przewracając się niczym strony w książce. Miał wrażenie, że podświadomość próbuje wybrać dla niego kilka z nich, ale nie wiedział dlaczego. Aż w końcu coś go ukłuło. Poczuł, jak jakaś ekscytująca myśl właśnie uformowała się na tyłach jego umysłu. Stał już na prostych nogach i unosił głowę do góry. Najpierw zobaczył postrzępioną ziemię, następnie tułów Cumulusa, a na sam koniec jego perfidną, krzywo śmiejącą się twarz. I wtedy spłynęło to na niego, niczym zimny prysznic w upalny dzień. Poczuł przybywającą ulgę i spokój, oraz ulatniające się strach i ból. Uśmiechnął się zadziornie, gdyż wiedział, że wygrał.

Cumulus był zdezorientowany. Nie wiedział, czy ma być zły, czy po prostu głupio się śmiać, w efekcie czego jego twarz balansowała na granicy skrajnych emocji, tworząc iście paskudny i niewiele mówiący grymas. Nim zdążył przystąpić do ataku, Usopp wyciągnął pozostałe sześć ognistych pocisków i wystrzelił pierwszy z nich w oponenta.
-Firebird Star!
Cumulus wyciągnął rękę przed siebie i otwarcie przyjął atak, wchłaniając cały ogień.
– Zdesperowany? – tym razem bliżej było mu do zaśmiania się. – Już przecież przez to przechodziliśmy!
Bez słowa odpowiedzi, Usopp wystrzelił ognistą repetę i sytuacja się powtórzyła.
Tym razem jednak Cumulus nie wydawał się być taki wesoły. Wyra??nie poczerwieniał i ciężko dyszał, a jego ciało zaczęło się intensywnie pocić.
– To działa...! – mruknął do siebie podekscytowany Usopp i ponowił działanie.
– Upadłeś na głowę!? – krzyknął do niego Cumulus i zrobił to, co w tej sytuacji robił zawsze.
Zaczynało brakować mu tchu. Jego twarz, szyja i dłonie zaczynały przybierać nienaturalny dla ludzkiego ciała odcień czerwieni, a pot spływał po skórze w coraz większych ilościach.
– C-co się ze mną dzieje!? – Cumulus panikował, przyglądając się swojej dłoni. Na jego twarzy wreszcie pojawiło się coś, na co Usopp tak długo czekał ‑ strach.
– Posiadasz moc gąbki prawda? – przemówił Usopp.
Cumulus z paniką w oczach spojrzał na niego i pozwolił mu kontynuować.
– Przyznam, że trochę mi to zajęło, ale w końcu znalazłem twój słaby punkt! – wyszczerzył się wojowniczo. – Gdy strzelałem w ciebie ogniem, pociłeś się; gdy wysysałeś wodę z moich roślin, musiałeś w środku walki iść się odlać; gdy mój dial uderzył, pomimo absorbujących właściwości zarówno ty, jak i ziemia, zostaliście mocno poharatani!
– C-co!? O czym ty mówisz!? – dopytywał sfrustrowany kapłan.
– Gąbka nie może wchłaniać wody w nieskończoność i to samo tyczy się ciebie! Możesz absorbować sobie mój ogień, ale wiedz, że tak jak woda w gąbce, on nigdzie nie znika! On się w tobie kumuluje! A wiesz co się stanie, gdy miejsce na ten ogień się wyczerpie!?
Cumulus nie odpowiedział. Strach i panika zawładnęły jego ciałem i jedyne, co zdołał instynktownie zrobić, to machnąć swoim berłem i posłać w przeciwnika bezkształtną masę miękkiej chmurki.
Usopp wyminął powolny atak zwykłym krokiem w bok, wsadził pozostałe trzy ogniste naboje do procy i wycelował w padającego na kolana kapłana, który stracił już niemalże wszystkie siły.
Hissatsu: Pheonix Star!!! – Usopp wystrzelił trzy standardowe, ogniste ptaki, które scaliły się w locie, formując pięknego, ogromnego feniksa. Najbardziej zabójczy ogień, jaki Usopp kiedykolwiek stworzył, spowijał właśnie w płomieniach wszystko, co stanęło na jego drodze do celu.
Kapłan ostatkami sił wyciągnął ręce przed siebie. Z niknącą nadzieją, postanowił postawić wszystko na jedną kartę i przyjąć ten potężny atak na siebie. Zamkn
Smoker

Kapitan z nowego świata

Licznik postów: 422

Smoker, 15-03-2015, 20:34
Zabrałbym się za czytanie, ale... zapomniałem gdzie skończyłem xD

Mógłbyś może gdzieś wstawić wszystkie rozdziały naraz, czy coś innego, co by ułatwiło szukanie informacji? Tongue
Dahaka

Król piratów

Wiek: 32
Licznik postów: 3,793

Dahaka, 15-03-2015, 20:38
Mam taki zamiar, ale dopiero jak skończe arc.
Ogólnie to chyba wolałbym, aby zainteresowani poczekali aż dociągne to do końca i wtedy po prostu przeczytali całość. Mając wszystko "na świeżo" lepiej się będzie czytać po prostu, niż tak na kilkumiesięczen raty Tongue

Jeszcze z 5 rozdziałów i koniec arca, więc nie tak daleko Big Grin
Lorenzo

Super świeżak

Wiek: 27
Licznik postów: 239

Lorenzo, 16-03-2015, 00:09
LOL ten fik wciąż jest aktywny. Solowa walka Usoppa mmmmmm, ciekawe kiedy doczekamy się tego w mandze. Btw czemu atak ognistego feniksa to Midori Boshi? Nie jest chyba zielony, ani z roślin...
[Obrazek: b4b7af70f3c83d0082c32f0754f294ae]
Dahaka

Król piratów

Wiek: 32
Licznik postów: 3,793

Dahaka, 16-03-2015, 00:53
Lorenzo napisał(a):atak ognistego feniksa to Midori Boshi? Nie jest chyba zielony, ani z roślin...

aj, faktycznie Big Grin mój błąd

no i potężne dzięki za komentarz. ktoś to jednak czyta, yayxD
Subskrybuj ten wątek Odpowiedź