(80. Sic.)Wystarczy wierzyć
Ten temat nie posiada streszczenia.
Aktualnie ten wątek przeglądają: 2 gości
Subskrybuj ten wątek Odpowiedź
Gri

Król piratów

Licznik postów: 3,779

Gri, 22-06-2012, 13:51
Największy fan WW wciąż czeka! Big Grin
Jula

Szczur lądowy

Licznik postów: 7

Jula, 07-07-2012, 03:32
I nie tylko on! Wciąż wierzę, że powrócisz do pisania Smile
Limetka

Pirat

Licznik postów: 43

Limetka, 14-01-2013, 01:49
I ja także! Fani wciąż czekają na dalszy ciąg! Daj nam choć jakiś znak, Najuch Smile
Heros

Joy Boy

Licznik postów: 7,533

Heros, 14-01-2013, 01:50
Przecież Najuch (z tego co pamiętam) wyra??nie dał (chyba) znak, że olewa fanfick. Poza tym, nie logował się od dawna.
Gri

Król piratów

Licznik postów: 3,779

Gri, 14-01-2013, 02:54
Cytat:Na razie nie mam czasu w dupe sie podrapac. Mysle, ze jeszcze cos napisze, ale nie wiem kiedy. Jak cos, to dam Ci znacSmile

Taką PM'kę od niego dostałem. Szkoda, że to było 30 pa??dziernika 2011 roku.

Także cóż, bardzo ciężko byłoby mu zapewne wrócić do pisania tego FF po takiej przerwie, ale kto wie ;d No ale faktycznie, ostatnia jego wizyta tutaj to 2,5 miesiąca temu ; P Ale na pewno jeszcze kiedyś forum odwiedzi.

Swoją drogą, ten FF jest niesamowity, jeśli ktoś jeszcze nie przeczytał, to polecam ; )
Najuch

Imperator

Licznik postów: 2,656

Najuch, 01-06-2013, 15:26
Hehe, a może siądę i coś napiszę w końcu...

Generalnie fanfik mam wymyślony do końca sagi na Sigurii po której miała skończyć się księga druga. Są też zarysy i szkice do księgi trzeciej. Inna sprawa, że napisanie tego byłoby ciężkie. Praca studia i tak dalej. ??ałuję, że nie ogarnąłem chociaż tego arcu do końca.

Na razie zabieram się za porządne streszczenie tego co do tej pory napisałem. Mało kto pewnie pamięta co się działo, w sumie ja równieżTongue Jeżeli podczas tego natchnie mnie by zrobić "wielki powrót" to kto wie...

Dzięki za dobre słowa ludzichaSmile
Gri

Król piratów

Licznik postów: 3,779

Gri, 22-07-2013, 02:36
Czemu tu nie odpisałem jeszcze :
Jestem w sumie zaskoczony, że wciąż coś o tym myślisz, bardzo klawo!

A no, takie streszczenie bardzo by się przydało. Zwłaszcza jeśli planowałbyś pó??niej wielki powrót (na co bardzo liczę :>).

W każdym razie, powodzenia w znajdywaniu wolnego czasu i ochoty ; ) I fajnie, że dałeś znak życia ; )
hans14

Kapitan z paradise

Licznik postów: 338

hans14, 29-01-2014, 03:06
Najuch żyjesz?
Proszę o kolejne ....
Sporo cierpimy przez ciebie, tak świetnym miejscu skończyć.
Heros

Joy Boy

Licznik postów: 7,533

Heros, 29-01-2014, 04:43
Najuch już lata temu rzucił forum
Lorenzo

Super świeżak

Wiek: 27
Licznik postów: 239

Lorenzo, 28-04-2014, 22:38
Wreszcie to przeczytałem. Ludzieeee ile czasu mi to zajęło... całe 2 dni. Cały fanfik jest boski moim zdaniem. Bardzo profesjonalne opisy są. No po prostu gratuluję. Szkoda ,że nie zostanie ukończony Sad

PS
Okropnie mnie wkurzało to redi stedi goł na początku każdego rozdziału...ugh
[Obrazek: b4b7af70f3c83d0082c32f0754f294ae]
Siletro

Nowicjusz

Wiek: 28
Licznik postów: 12
Miejscowość: Słupsk

Siletro, 03-05-2014, 13:59
Najlepszy fanfik na temat One Piece jaki istnieje nawet jeśli nie jest dokończony. Kocham Najucha za to, że napisał coś tak genialnego i nienawidzę go za to, że przestał pisać w takim momencie. Najbardziej interesującymi wątkami jest choroba Sanjiego i to czy Zoro rozpocznie walkę z Luffym za to, że przez niego zginął jego przyjaciel. Czy ktoś kto zna Najucha możesz powiedzieć czy jest szansa na to, że Najuch powróci do pisania czy już nigdy nie pojawi się kolejny chapter.
Najuch

Imperator

Licznik postów: 2,656

Najuch, 24-06-2014, 03:20
Hehe, jestem nienormalny. Nowy chapter po 4 latach.

……

Priwjusli on Wystarczy Wierzyć

Nami nie patrzyła w stronę dziobu, więc przez moment nie wiedziała o czym Luffy mówi. Tylko przez moment. Bo potem spojrzała przed siebie. Wypłynęli z mgły. Turkusowa, przezroczysta woda…
Dopłynęli do Sigurii.
*
Dopiero po trzecim zaciągnięciu się papierosem dziewczyna odwróciła się do załogi i ukłoniła się lekko uśmiechając się zawadiacko. Jej brązowe włosy zawiały na wietrze ukazując turkusowe kolczyki i kołnierz białej koszuli.
– Ty, a masz mięso? – zapytał Luffy nowo poznanej.
– Nie „ty”. Mów mi Ney! – odparła z naciskiem na ostatnie słowo.
*
Krzyż sterczał wysoko, wydłużając katedrę o kolejne kilkanaście metrów wyżej, „w stronę Najwyższego”.

– Co ty nie słyszałeś? Przecież ta wyspa jest kolebką Najświętszego Przymierza! Najpopularniejszej religii na świecie!
*
– Mówcie mi Nabuchodonozor Augustian Bortelucci – rzekł przedstawiając się już po raz drugi tego dnia.
– Nabu – powiedzieli wszyscy przy stole sprawiając, że brat Ney uderzył czołem o stół.

*
– Zaprawdę pytam cię... Jesteś dziewicą, niewiasto, prawda?
Odpowiedzią był natychmiastowy gigantyczny rumieniec jaki wykwitł na twarzy Marisy. Mnichowi taka odpowied?? najwyra??niej wystarczyła.
*

– Ratunku!!! - krzyknęła rozpaczliwie, ale grupa mnichów już za nią pędziła.
– Zaprawdę powiadam wam!! ZA NIĄ BRACIA!!! DZIEWIIICA!!!!

*
„Bo gdy czterowiersz poznasz i
klucz odnajdziesz Prawdziwy Świat
otworem stanie?”

Robin mimowolnie przeczytała to na głos. Wiedziała, była pewna, że gdzieś już te słowa widziała, ale nie mogła tego skonkretyzować.
*
Włosy miał rzadkie i cienkie, zaczesane do tyłu, zakola widoczne, zaś oczy wydawały się niezwykle czujne, jakby wychwytywały wszystko co choć trochę odbiegało od normy. Wąskie usta wygięły się w uśmiechu, gdy tylko ujrzał Sturma i piratów. Victorio zatrzymał się kilka metrów przed Sturmem i odpowiedział skinięciem na jego ukłon. Inkwizytorzy przystanęli za nim. Marisa poczuła jak przez plecy przelatuje jej dreszcz.
*
– Tak. Trucizna. – powiedział Chopper. - Najsilniejsza jaką znam. Ma także najpotężniejsze objawy spośród znanych trucizn. I najbardziej nietypowe. - Wciąż przytulał się do nóg Nami, spuścił głowę. Nie chciał widzieć jej twarzy kiedy się dowie o tym co trawiło Sanji’ego. Po prostu nie chciał. - Nazywa się… Sto ?“semka. - Tu urwał by złapać oddech. – On umrze… On na pewno umrze.
*
– Czyli, że niby mamy dziś wolne? – zapytał Zoro. – Tak zupełnie wolne?
– No niby… - mruknęła Tashigi.
Wracając na statek dowiedzieli się, że Admirał Smoker tego dnia nie zamierza opuszczać Sigurii i daje swoim ludziom wolną rękę, pod warunkiem, że nikt nie rozsypie mu domku z kart, który zawzięcie budował od dłuższej chwili.
*
Siła sprężystości ciała Słomianego wyrzuciła pocisk z prędkością taką samą jak pistolet. Zawsze tak było. Wiele razy przeciwnicy Luffy’ego zostawali przez to ranni.
Tym razem jednak nikt nie został ranny.
Philippe nawet nie zdążył mrugnąć. Kula trafiła go w prawe oko rozsadzając mózg i wyrywając mu kawałek potylicy zanim zniknęła w mroku. Marine zachwiał się i runął na ziemię. Dotykając gruntu był już martwy.
Nikt nie został ranny. To była śmierć na miejscu.
*
Nami spojrzała na Sanji’ego ze zdziwieniem. Śmierć była… nie do opisania.
- Tak jak mówiłem prawda? – rzekł Kuwa nastawiając sobie bark z sykiem bólu. – Gdybyś jeszcze nie był tak raptowny, to nie obiłbyś mi mordy niepotrzebnie. Może jestem głupi, ale idiotą nie jestem.
*
- Saberu, powinieneś bardziej uważać. Nie możesz nadużywać swojej mocy, tylko dlatego, że Kanou zapalił papierosa! – warknął Wuj Will. – Wiesz co by się stało, gdyby nas teraz odkryli?
Widzący przyszłość dyszał teraz ciężko opierając się o ścianę. Miał sporo szczęścia. Kolumna pod którą siedział już nie istniała, tylko jej kawałki rozrzucone były po całej sali. Pozostali z siedmiu spoglądali w stronę Saberu z obrzydzeniem.
*
– Ależ panie, dlaczego?! – Marcus odważył się mocno wystąpić.
Victorio uśmiechnął się stając w końcu prosto. Wciąż bolał go cios Scypiona, ale przecież o to chodziło w takim treningu. Musiał stać się silniejszy i to jak najszybciej.
– Dlatego bo wkrótce ruszamy na kwaterę główną Świętej Straży Najwyższego Przymierza – odparł.

Tu kamera w oczy naszego ukochanego Najwyższego Inkwizytora Victoria i… epickie przejście w opening, który każdy już sobie musi wymyślić sam

Ach jak mi tego brakowało:

REEEEDIIIIIIIII

STEEEEEEDIIIIIIII

GOUUUUU!!!!!!!



80. Nikt nie spodziewa się Najwyższej Inkwizycji.

– Nie, nie, nie, nie! Ta informacja jest pewna i nie ruszę się stąd dopóki pan Nabuchodonodo mnie nie wysłucha! – płaczliwy głos dobiegał z zewnątrz.
Oczom Usoppa, który jako pierwszy odważył się podejść do okna po niedawnym incydencie z udziałem inkwizytorów ukazał się widok znany mu aż za dobrze z czasów gdy próbował wejść do willi Kayi bramą główną. Małego, cherlawego człowieczka, którego ubiór nie wskazywał na majętność, trzymał ręką za czoło jeden z członków Świętej Straży. Człowiek ze wszystkich sił próbował wejść na teren kwatery głównej jednocześnie nie próbując walczyć ze strażą, po prostu się wpychał, jakby była to najważniejsza rzecz w życiu. Snajper otworzył okno.
– Pan Nabuchodonodo na pewno mnie wysłucha! Głąby jesteście! Przepuśćcie Suńkę! – krzyczał człowiek.
– Id??że do domu! Tu się pracuje! – powtarzał Strażnik, dość spokojnie. Jeszcze dwie godziny temu Nabuchodonozor omal nie pozabijał inkwizytorów wybuchu złości, co z pewnością przyniosło by otwarty konflikt między ich instytucjami. Na pewno nie miał ochoty na dyskusję z kimś takim jak Suńka. – Id??że, bo będziemy ci musieli złoić skórę!
– Ale on musi mnie wysłuchać! – Suńka jak widać nie miał nic do stracenia bo ugryzł strażnika w rękę, którą ten próbował go zatrzymać. – To najważniejsza sprawa!
Mimo tego, że strażnicy byli sprawiedliwi to jednak ich wyszkolenie niosło za sobą również pewną stanowczość. Dlatego drugi ze strażników schwycił Suńkę za barki i miotnął nim jak szmacianą lalką na trawę poza terenem Kwatery.
– Zakaz wstępu! Rozumiesz? Jak musisz coś przekazać, to powiedz to nam!
– To jest wiadomość tylko dla Pana Nabuchodonodo! – Suńka absolutnie nie przejął się sytuacją. Momentalnie podniósł się i rzucił w stronę płotu. I tym razem strażnik schwycił go gładko i posłał rzutem na trawę. Tym razem jednak klęknął na jego głowie i sięgnął kajdanki.
Usopp w tym momencie jeszcze nie czuł, że płacze.
Zresztą rozkleił się nie dlatego, że wzburzyło go okrucieństwo. Nie dlatego, że wzruszył się odwagą i nieustępliwością człowieka. Po prostu zobaczył starego siebie. A wraz ze starym nim wróciła piracka załoga Usoppa. Wrócili ludzie z wioski, których tak kochał… prześladować. Wróciły bajki które opowiadał Kayi i wszystkie popołudnia spędzone razem na drzewie pod jej willą. Mama… tata? Łez nie czuł w tym momencie jednak, bo otwierał okno.
– WPUŚCIE GO! – wrzasnął z całych sił. – Najwyższy Strażnik chce go wysłuchać!!!
Dopiero teraz połapał się w krępującej sytuacji i jednym ruchem ręki otarł oczy. Strażnicy patrzyli na niego z zaskoczeniem, kojarząc fakty. Skojarzyli raczej dość szybko, bo strażnik natychmiast wstał chowając kajdanki i jednym ruchem ręki podniósł Suńkę do pionu. Usopp uśmiechnął się w duchu. W końcu znajdowali się w biurze Nabu i Usopp darł się przez okno mimo wszelkich przeciwwskazań. Niemniej podziałało. Mężczy??ni skinęli głowami.
– Chod?? ze mną. – rzekł strażnik do Suńki.
Usopp odwrócił się do reszty sali. Nabu siedział na perkalowym fotelu w swej kociej postaci i namiętnie lizał sobie jajka, co spowodowało na twarzy Marisy ogromną konsternację, a u Choppera uśmiech zrozumienia. Po jakiejś połowie minuty wypełnionej tylko i wyłącznie mlaskaniem kociego jęzora Najwyższy Strażnik w końcu podniósł łepek.
– No co-nya? To chyba normalne-nya?
– Nie słyszałeś co się działo?! – warknął Usopp.
Faktycznie Nabu nie znosił tego w sobie. Kiedy stawał się kotem schodziły z niego momentalnie wszystkie troski i łatwiej mu było się odprężyć, ale podczas takich rzeczy jak toaleta czy jedzenie tracił kontakt z rzeczywistością, choć słyszał to było to dla niego dość odległe
– Co się działo-nya? – w odpowiedzi snajper szybko streścił mu sytuację przed wejściem. Oczy Nabu rozszerzyły się i po chwili już w formie mężczyzny powiedział swym wyrazistym głosem. – Było ostrzec wcześniej!!!
Jeszcze nie zdążył mu przejść rumieniec po tym jak uświadomił sobie, że właśnie lizał sobie jajka przy ludziach, a rozległo się pukanie do drzwi. Do pokoju weszli Suńka i strażnik, chwilę potem oddelegowany przez Nabu z powrotem do bramy. Mały człowiek nie zwracając uwagi na Marisę, Usoppa i Choppera rzucił się biegiem w stronę Nabu.
– Przyjdą was bić! – wykrzyczał, a potem potknął się, padł plackiem u stóp Strażnika i zalał się łzami. – Przyjdą was bić całą grupą!
– Kto? – Nabu doskonale wiedział kto, nie był pewien tylko czy Suńka po prostu nie wymyśla. – Skąd w ogóle masz informacje?
– Ludzie gadają. Widzieli oddział przynajmniej pięciu dziesięciu na południe stąd! Przy banku się zbierają! A ja widziałem dziesięciu stu na północ przy placu z fontanną! Każą się zamykać ludziom w domu! Suńce kazali się zamknąć w chlewie!
– Kto? – mruknął Nabu.
– Pan Victorio. I panowie Kenpo. I jeszcze inni! Od południa! A z północy taki tłum!!! Dziesięciu stu z północy!
Nabu głęboko spojrzał w oczy Suńki. Ten człowiek był mu znany, od momentu gdy kiedyś okazał mu serce ratując go przed trzema pijakami, którzy za cel wieczoru postawili sobie zgnębienie biedaka. Suńka od tamtej pory zawsze wrzeszczał z radości gdy tylko widział go na ulicach miasta. I cieszył się jak dziecko, za każdym razem gdy Nabu skinął mu głową lub w jakikolwiek inny sposób okazał, że zauważa jego istnienie. Suńka raz próbował wejść już do kwatery, ale wtedy odprawiony odszedł bez zwłoki. Tym razem było inaczej. Ale czy na tyle, by ze względu na słowa tego człowieka zarządzać stawianie barykady? Musiał się upewnić, schwycił za den den mushi.
– Posterunek złoty, jaki jest wasz status? – zapytał do słuchawki. Cisza. Następny den den mushi – posterunek diamentowy, odezwijcie się! – Znów cisza – srebrny! Jesteście tam?
Nie sprawdzał wszystkich ośmiu posterunków jakie Święta Straż miała na Sigurii. Już wiedział co się tam stało. Spojrzał na księżyc który właśnie wychodził zza chmur i poczuł dreszcz biegnący mu po plecach. Ilu Strażników wpatrywało się w ten księżyc martwymi oczami? Suńka nie kłamał.
– Nabu, spójrz! – zawołała Marisa. Tym razem to ona podskoczyła do okna.
Widok był doskonały, umiejscowienie kwatery głównej na wzniesieniu dawało doskonałą panoramę na północną część miasta, dzięki czemu widać było skąd dokładnie unoszą się słupy dymu. Naliczyła ich cztery. Tyle posterunków dokładnie Święta Straż miała na północy. Poza tym cisza – w żadnym domu nie paliło się światło.
– O cholera! Wezwać kapitana Stur… - Nabu nie dokończył bo w tym momencie drzwi się otworzyły i do środka wpadł kapitan Sturm.
– Nabu-san… – mruknął poważnie. – Przybył strażnik Godway z perłowego posterunku! Jest ciężko ranny! Wszyscy inni nie ży…– A potem zrozumiał, że Nabu już o wszystkim wie. Wyprostował się i dodał z godnością. – Gotowość bojową ogłosiłem sam, wybacz. Chyba musimy szykować się do bitwy.
To się działo zdecydowanie za szybko. Inkwizycja musiała mieć gotowy plan. Musieli wiedzieć już wcześniej, że dokładnie tego dnia uderzą. Musieli przygotować wszystko krok po kroku, rozmieścić siły, równocześnie zaatakować posterunki. Victorio, ten cholerny drań wykalkulował to co do sekundy. Nabu łatwo policzył szanse. Straż dysponowała oddziałem dwustu pięćdziesięciu Świętych Strażników, do tego dwie klasy rekrutów w łącznej liczbie pięćdziesięciu dwóch, którzy jeszcze nie zasmakowali walki i poza niektórymi wyjątkami nie można ich było wykorzystać. Jeżeli Suńka dobrze podał ilość to Victorio najprawdopodobniej doborowy oddział 15 ludzi wysłał od południa, zaś grupę stu dziesięciu od północy. Cała inkwizycja liczyła nieco ponad sto pięćdziesiąt osób (o czym Nabu wiedział), z czego wynikało, że rzucił do tego zadania praktycznie całe swoje siły. W normalnych warunkach przy mobilizacji pokonałby ich bez problemu, ale tym razem musiał odliczyć załogę posterunków. Raczej nie wierzył, że Victorio dałby przeżyć większej ilości Strażników, Godway musiał mieć ogromne szczęście. Każdy posterunek to osiemnastu ludzi. Nabu nawet nie zdążył kiwnąć palcem a Święta Straż Najwyższego Przymierza skurczyła się do nieco ponad 100 osób. Z czego w kwaterze głównej pozostawał jedynie sześćdziesięcioosobowy oddział. Reszta miała wolne.
Nie miał pojęcia jak Inkwizytorzy zamierzają wyjaśnić to ludowi Sigurii. Nie miał pojęcia jak zamierzają to uargumentować przed Najwyższym Mnichem. Victorio nie był idiotą…
– Co się teraz stanie? – zapytał niepewnie Usopp.
Oczy Nabu rozszerzyły się. Załoga Słomianego Kapelusza. Diabelski owoc. Pomiot diabła. Wystarczy pokazać ciało Choppera i najwyższy mnich nagrodzi Victoria i przeklnie Świętą Straż na zawsze. Spieprzył tamtą akcję, ale nie myślał, że przyniesie to aż takie konsekwencje. Kretyński pretekst i diabelskie pomioty. Tym uda się na tej wyspie uargumentować niemal wszystko. Jak mógł o tym zapomnieć?


- Sztunie, za winkiel! – syknął Tai i jednym ruchem ręki schował Robin i Ney za sobą i wprowadził je między budynki. W ostatniej chwili przed tym jak grupka trzech ludzi w biało-czarnych strojach wpadła na ulicę powalając jednego ze strażników i momentalnie go uciszając d??gnięciem pod żebra.
Ney nieomal nie krzyknęła, ale Robin zatkała jej usta dłonią i przycisnęła do siebie. „Spokojnie” – mówiły jej oczy. Tai kiwnął głową i zręcznie wskoczył na dach pobliskiego, parterowego budynku z białego marmuru i przycupnął za pięknym orłem, którego z pewnością wyrze??bił brat Wilhelm. Obrzucił wzrokiem cały astoński plac z obeliskiem i już zrozumiał, że najlepiej by było gdyby Ney w ogóle tego nie zobaczyła. Pod obeliskiem leżało już dwóch Strażników, z pewnością martwych, kolejni właśnie padali pod naporem nagłych i niespodziewanych ciosów jakie spadały na nich z tyłu, z góry, od dołu, czy nawet z przodu, zadawanych przez niespodziewanych intruzów w biało-czarnych płaszczach. Większość inkwizytorów miało na głowę nasunięte kaptury, działali sprawnie, szybko i bezlitośnie. Z posterunku Świętej Straży umieszczonego w zachodniej części placu wydobywał się już ciemny dym. Przez te kilka godzin, gdy zajmowali się sprawą Moriaty’ego zdążyło zrobić się ciemno, z placu poznikali mnisi. W kompletnej ciszy, wiedząc, że nie warto ryzykować przeciwko tak sporej grupie przeciwników (naliczył przynajmniej czterdziestu), Tai bezradnie patrzył jak w ciągu kilku chwil wszyscy członkowie Świętej Straży zostają wyrżnięciu w pień. Nikt nie zajmował się zabraniem czy chowaniem ciał, inkwizytorzy niezwłocznie ruszyli do bramy Astonii, już otwartej i choć tego Tai nie mógł być pewien, bo odległość była spora, na wieżach raczej nie było już strażników, a inkwizytorzy.
– Wiedziałem, że z nimi jest coś nielegal. – mruknął murzyn kiedy Inkwizycja wydawała się opuścić już plac. Spojrzał w dół, żeby zobaczyć, że Ney wyłapując moment nieuwagi Robin, wyrywa się z objęć archeolog i pędzi w stronę placu.
– Takeo-san! – wrzasnęła dziewczyna dopadając do ciał pierwszych dwóch strażników. – Takeo-san! Dino-san!
To było nierealne. Niemożliwe. Przez piętnaście lat swojego życia nigdy nie spotkała się z tym, żeby inkwizytorzy zabijali strażników. Napięcia bywały, incydenty też, ale coś takiego nie przychodziło jej w ogóle do głowy. Astonia nigdy nie spłynęła krwią. A teraz gdzie nie spojrzała widziała ciała ludzi, których znała od dawna, którzy nosili ją na barana jak była małą dziewczynką, którzy rugali ją, gdy wkradała się na plac by posiedzieć na głowie rze??by Najwyższego Syna, którzy łatali jej porozbijane kolana czy pocieszali, gdy zdechł jej pierwszy pies. To była jej rodzina, odkąd…
– Laskaaaaa, nie wpierdalaj się na rympał, beeeejb! – Tai przerwał jej to rozmyślanie po prostu biorąc ją pod pachę jak worek ziemniaków. – Nie rycz młoda, proszę…
– Ja tego nie rozumiem… – powiedziała pociągając nosem. – Co się stało?!
Plac zostawili za sobą. Tai momentalnie z Ney pod pachą wdrapał się na dach kolejnego budynku, Robin zręcznie mknęła za nimi. Murzyn miał doświadczenie w przetrwaniu w mieście, więc doskonale zdawał sobie sprawę, że muszą poruszać się szybko. Robin także doskonale o tym wiedziała. W mieście przecież była reszta załogi, brat Ney i masa ludzi, która mogłaby zginąć. Już coś jej nie pasowało, gdy inkwizytorzy zabili egzorcystę, w końcu musieliby się z tego naprawdę tłumaczyć, ale teraz stawało się jasne, że w takim wypadku… nie było komu.
– Tai, po pierwsze musimy odnale??ć statek. Na statku nie został nikt i jeżeli zaczyna się tu coś dziać, statek musi być gotowy do odpłynięcia.
– Dobry patent, ogarnij to, a ja pędzę szukać Słomki-zioma i reszty!
– Jesteś pewien?
– No pewnie dziunksico! Wbijam się w ten temat i lecę po bicie!
– Nie ma mowy! – warknęła Ney. – Kwatera świętej straży! Tam biegnij! Mój brat o niczym nie wie.
– No to sama biegnij! – odparł Tai.
W tym momencie przeskoczyli przez mur Astonii wkraczając na wielką wapienną skałę, która niczym skocznia narciarska wystrzeliwała w stronę miasta Sigurii. Wysokość do trawy na zboczu góry – jakieś trzydzieści metrów, a Tai nie zwolnił, a przyspieszył. Ney otworzyła szerzej oczy. Nie, to niemożliwe… Oni tego nie zrobią, prawda? Nie zrobią? O mój boże…
Zrobili.
- YABADABADUU!!! – Murzyn rozpędzony jedynie siłą własnych mięsni wybił się ze szczytu skalistej skoczni.
W jednej sekundzie niebo rozbłysło milionem gwiazd, przynajmniej tak się wydawało Ney, ale to po prostu jej życie przeleciało jej przed oczami. Wesoły murzyn popełniający samobójstwo z nią na pokładzie, to ostatnia rzecz jaką zapamiętała nim zemdlała z szoku i strachu.
Tai nie wylądował ciężko. Zbocze góry odcięte od ścieżki, było wyjątkowo miękkie. Jego adidasy wbiły się w żwir amortyzując upadek i sprawiając, że lot natychmiast zmienił się w szaleńczy zjazd po żwirze. Przerzucił sobie Ney na ręce zwinnie ochraniając dziewczynę przed jakimikolwiek obrażeniami. Zatrzymał się kilkaset metrów niżej dysząc ciężko. Natychmiast jednak odwrócił się by upewnić się czy Robin podążyła za nim i uśmiechnął się, chwilę pó??niej archeolog z gracją wylądowała obok nich, zaś skrzydła stworzone jej „kwiatami” powoli znikły.
– Dobre te skrzydełka! – mruknął z aprobatą Tai.
– Tak, dziękuję. Mogą jednak jedynie spowolnić upadek, o lataniu nie ma co marzyć.
– Nie o tych skrzydełkach mówię. – muzyk zarechotał radośnie i skierował się w dół zbocza już na nogach.




Ciemno. Spokojnie. Ciepło. Gorąco.
– Och…
– Poważnie?
– …
– …
– Aha.
– …
– Jesteśmy strasznie pijani, wiesz?
– Tak, oboje.
–…
– Pocałuj mnie.
–…
–…
– Wierzysz w to w ogóle?
– W to wierzę. W tamto, nie wiem.
– A skąd wiesz o czym mówię głupku?
– ….
– We??…
– …
– Tamto czyli rozkaz.
– Nawet tu się wkradają rozkazy?
– Ten główny.
– Tak.
– … … …
– Wracasz do nich?
– …
– Nie wiesz. Głupek.
– Chod?? do mnie.
– …
– …
¬– Jestem teraz Kuiną?
– Nie. Już nie.


– Karą za śmierć jest śmierć! – wrzasnął inkwizytor wyciągając zza pasa teleskopową pałkę.
Sanji był w pełnej gotowości bojowej. Za dużo przygód na dziś. Jeszcze chwilę wcześniej rozmawiał z najdziwniejszym człowiekiem świata po czym zobaczył śmierć i „zmartwychwstanie”. W sam raz na taką wyspę. Ale tego było już za wiele. Dosłownie chwilę wcześniej park został zalany przez inkwizytorów. I to niemałą grupkę. Czarno-białe płaszcze przemykały dosłownie wszędzie i choć większość spośród nich ewidentnie przesuwała się na południe, grupa około dwudziestu zatrzymała się widząc ciała czterech zabitych przez Kuwę. Tylko, że Kuwy już od dawna nie było, nieopodal natomiast spotkali Sanji’ego, Nami i Choppera wciąż zbierających się po tym co chwilę wcześniej przeżyli. Ledwo zdążyli się zerwać i przygotować do walki, byli już otoczeni. I to inkwizytorzy mieli tu absolutną przewagę. Trzy drzewa, pomiędzy nimi troje ludzi. A raczej dwoje ludzi i diabelski pomiot (Chopper przyjął już swoją umięśnioną postać).
– Powiedziałem już, że to nie my ich zabiliśmy! – krzyknął Sanji.
– Varius to i tak nie ma znaczenia! Jest z nimi czarci pomiot!– syknął ktoś do ucha inkwizytorowi który przemawiał wcześniej. – Muszą zginąć i to szybko! Nie mamy czasu!
– Fakt. Brać ich! – po tych sowach inkwizytorzy skoczyli do ataku.
Nami zdążyła jeszcze potrząsnąć głową, żeby usunąć sprzed oczu obraz spotkania z Kuwą i tego niemożliwego do opisania uczucia jakiego doznała. Potem już skupiona przeleciała wzrokiem po nadbiegających ze wszystkich stron przeciwnikach. Nie musiała rozglądać się po bokach. Wystarczyło jej 120 stopni widzenia. Miała za sobą dwóch nakama.
Słomiani nie zamierzali czekać, aż spadną na nich ciosy. Clima tact, but i kopyto uderzyły w tym samym momencie wyrzucając w powietrze pierwszych przeciwników, którzy nierozważnie wierzyli, że zakończą walkę natychmiast.
– ??ryj glebę fagasie! – ryknął Sanji sprzedając kolejnemu przeciwnikowi buta w gardło z wyskoku.
Kucharz doskonale sobie zdawał sprawę, że przy takiej ilości przeciwników najmniejszy błąd może skończyć się śmiercią każdego ze Słomianych. Zobaczył jak Nami kładzie na ziemię kolejnego przeciwnika posyłając mu grom z clima tactu, po czym odbił się od klatki piersiowej swojego upadającego inkwizytora i wyskoczył w górę wprowadzając ciało w obrót.
To powinno wystarczyć, pomyślał po czym przeszedł do płynnego piruetu w powietrze .
– Tagliatelle! – huknął kiedy jego stopa rozrzuciła jak kręgle czterech rosłych inkwizytorów, każdemu łamiąc wcześniej szczękę.
W końcu mu się udało. W końcu zrobił to jak trzeba, lu??no, bez spinania mięśni. Ten rodzaj ruchu, który próbował wypracować w pocie czoła w każdej wolnej chwili, właśnie pozwolił na wyeliminowanie co czterech ludzi jednym atakiem. A w większym tłumie poleciałby dalej. Lepsze niż Diable Jamble. Zabójca… minionów. Poczuł jak w głowie rodzą mu się pomysły na dalsze wykorzystanie tego ruchu, ale w tym momencie wylądował na ziemi tuż pod cios ogromnego topora.
– Sanji! – krzyknął Chopper, ale nie musiał się martwić o kucharza, gdyż ten bez problemu uniknął i okrężnym kopnięciem w potylicę ułożył do snu swojego przeciwnika.
Inkwizytorzy zaskoczeni ich zaciekłością stracili własną, co bez problemu wykorzystywali Nami z Chopperem. W walce umiejętności kontra umiejętności nie dali by rady pokonać takiej ilości przeciwników, ale efekt psychologiczny jaki pomógł im wytworzyć Sanji momentalnie odebrał siły inkwizytorom.
– Cholera co z wami chłopaki?! – inkwizytor z pałką teleskopową skoczył w stronę Nami wyczuwając, że będzie najsłabszą z trójki. – utrzymywać presję!
Rudowłosa nawigator uśmiechnęła się do siebie. Już od dawna taka prędkość nie robiła na niej wrażenia. Bez żadnego kłopotu zbiła cios przeciwnika końcówką clima tactu powodując, że inkwizytor stracił równowagę. Prosto pod jej kolano, które uniosła do góry w iście ulicznym stylu. Trafiła prosto w nos wbijając go w czaszkę przeciwnika, kładąc go na ziemię zalanego krwią. Teraz miała dopiero czas na porządne uderzenie.
– Tornado Tempo! – w sam środek tłumu.
Trzech ludzi odrzuciło z taką siłą, że zatrzymali się dopiero na grubych drzewach około stu metrów dalej, co połamało im kości. Dwóch kolejnych padło na ziemię tracąc z dłoni broń. Nim zdążyli się pozbierać dwa silne uderzenia Choppera w Arm Point pozbawiły ich przytomności. Chopper jednak nie zamierzał na tym poprzestać.
– Jumping Point! – natychmiast zmienił formę gdy zobaczył celującego do niego z pistoletu inkwizytora. W ciągu niecałej sekundy znalazł się wysoko nad nim. Opadając wymierzył dwa celne kopnięcia i kolejny przeciwnik padł.
Sanji właśnie dokańczał ostatnich trzech, zaś Nami doganiała ostatniego który uciekał. Tym razem nie można było nikomu pozwolić uciec. Schwyciła mężczyznę clima tactem za szyję i z całej siły trzasnęła jego głową o parkową ławkę, która to pękła na dwoję. Kucharz uśmiechnął się widząc jak bardzo rozwinęła się Nami jeżeli chodziło o walkę wręcz. Doskonale wykorzystywała wagę swojego ciała dokładając ją niemal do każdego ciosu i rzutu. Wciąż jednak to było o wiele za mało jak na Grand Line.
Niewiele czasu minęło i w parku ponownie zapadła cisza przerywana jedynie jękami tych inkwizytorów, którzy zachowali życie i przytomność, a nie było takich wielu. Sanji był pewien, że przynajmniej dwóch inkwizytorów zginęło z jego ręki, gdy kopniaki połamały im karki, ale nie sprawdzał dokładnie czy inni również podzielili ich los. ??aden z nich nie stanowił już zagrożenia.
– Tego już za wiele… – Sanji usiadł na trawie dopiero gdy uciekli do niewielkiego zagajnika tuż przy północnym placu z fontanną.
Tu powinni być bezpieczni, drzewa i krzewy zasłaniały ich niemal ze wszystkich stron, do placu mieli kilkanaście metrów w dół po dość stromym spadku i doskonałą widoczność, co dawało dobrą pozycję obronną.
– Tego już za wiele… – powtórzył wyciągając papierosa. – nic Ci nie jest Nami? Chopper, w porządku?
Skinęli głowami. Nawigator nawet nie dała się musnąć, Chopper raz oberwał kastetem w bok, zarobił niewielkie nic nie znaczące stłuczenie. Bardzo mała cena, wręcz za mała jak za takie starcie, cała trójka zdziwiona była jak dobrze im poszło.
– Sanji, musimy się zastanowić co robimy – powiedziała w końcu Nami. – W tej sytuacji myślę, że najlepiej by było zabezpieczyć statek. Usopp na pewno się tym zajął, tym bardziej że uciekł z Marisą. Myślisz, że sobie poradzą? Ona nie ma broni…
– Bo oddała ją kretyńskiemu zielonemu ryjowi jeszcze na Kaneyamie. ¬Ale mogą sobie nie poradzić, to fakt. Statek najpierw. Potem reszta.
– Doskona… – chciał podsumować Chopper, ale przerwał z trudem łapiąc powietrze. –Spójrzcie!
Usłuchali i otworzyli usta ze zdziwienia. Sanji zdołał tylko wyszeptać…
– To przecież absolutnie…


… niemożliwe. Pomyślał Nabu. To nie jest możliwe. Stał na dachu kwatery głównej Świętej Straży Najwyższego Przymierza i patrzył teraz uważnie na plac północny z fontanną. Tam gdzie, jak powiedział Suńka będzie „dziesięciu stu”. Dziesięciu stu… Stu dziesięciu miało być. Przecież to i tak prawie całe siły inkwizycji. Suńka był nieco upośledzony i wydawało się, że miał problemy z liczbami, nie podał ich normalnie, ale Nabu natychmiast domyślił się, że człowiek po prostu dodawał. A teraz cała ta teoria wzięła w łeb.
Suńka nie dodawał. Suńka mnożył.
Plac i jego okolice tonęły w biało-czarnych płaszczach. Były ich setki.


Sanji był blady. Dopiero co mijała ich tak wielka grupa inkwizytorów, że wydawało się, że to całe zastępy tej wyspy. Teraz jednak cały plac był już zapchany powoli idącymi mężczyznami. Stali na dachach, na ulicach. Wszyscy szli powoli, w zwarciu. I nie wyglądało to na procesję, raczej na marsz na wroga. Kucharz spojrzał w dal między drzewami. Zauważył natychmiast wysoki, położony na lekkim wzniesieniu budynek z niską wieżą, jedyny jaki rozświetlały lampy chyba w całym mieście Sigurii. Jedynie Astonia, w dali w górach majaczyła jeszcze złocistymi ognikami pochodni i naftówek. Jasnym wobec tego stało się gdzie zmierzają Ci wszyscy inkwizytorzy. Nie zamierzał ich liczyć, ale na oko wiedział, że może ich tu być nawet kilka setek. Za dużo, cokolwiek planowali i w każdym wypadku.
– Ta wyspa to koszmar… Kolejny… - jęknęła Chopper. – Sanji, co się dzieje ze światem?!
Nie wiedział. Jego też to zastanawiało. Domyślał się już gdzie powinni się udać jeśli chcą odpowiedzi, nie było to trudne.


Idąc dalej tym tropem Nabu zrozumiał, że od południa nadejdzie nie doborowy oddział piętnastu, a doborowy oddział pięćdziesięciu. A on zostawił tam ośmiu najlepszych ludzi. Pozostali zebrali się na dachach z długimi strzelbami lub obstawili niezbyt okazałe fortyfikacje, które okalały kwaterę. Niewątpliwym plusem było dobre zaopatrzenie, praktycznie każdy ze strażników miał dubeltówkę i szablę, poza tymi, którzy preferowali Święte Kenpo. Ale im dalej Nabu odjeżdżał z planowaniem bitwy i natychmiast wracał na ziemię. Ich było tysiąc. On miał 61 dusz w Kwaterze. Miałby 63, ale wysłał dwóch ludzi. Jednego bezpośrednio do najwyższego mnicha, a drugiego by natychmiast posprawdzał co się dzieje w prywatnych domach strażników, którzy tego dnia nie pełnili służby. Nawet jednak gdyby dołączyło do nich jeszcze trzydziestu… Musieli by się przebić przez kordon. Przy odrobinie starania inkwizytorzy daliby radę otoczyć kwaterę, było ich zdecydowanie zbyt wielu. Jedyna nadzieja w Najwyższym Mnichu. Tylko on miał władzę nad Victoriem i inkwizycją, był jednak o parę godzin drogi, w Astonii.
Sturm doskonale kierował przygotowaniami do tej jakże niespodziewanej i jakże niechcianej bitwy. Co prawda kwaterze głównej nie przechowywano wszystkiego co należy do świętej straży jednakże przezorny kapitan, na taką właśnie okazję, postarał się by mieć pod ręką szesnaście dział. I tyle właśnie zostało rozstawionych. Dwa na dachu kwatery, dwa na balkonie, a reszta na fortyfikacjach oraz przed wejściem. Do tego święta straż dysponowała bronią niezwykłą i w większości świata nie znaną jeszcze, wielkimi obrotowymi karabinami na wózkach, mogącymi wypluwać nawet po 4 pociski na sekundę. Sam Sturm zajmował się pracą przy prototypie tej broni i choć problemy z zacinaniem się zamka były bardzo powszechne, to jednak na potrzebny straży przygotował dwa takie egzemplarze i teraz stały one przy samym wejściu głównym, gotowe by zrobić sieczkę z każdego agresora. Ludzie natomiast nawet nie pytali kto idzie, ilu ich idzie i po co idą. Święta straż mimo, że w większości nie zaprawiona w prawdziwych bojach, szkolona była bardzo surowo i praktycznie nikt nie bał się śmierci. Rozkaz padł – będą się bronić. Póki nie umrą. Sturm pokazał Nabu wyprostowany kciuk.
Głównodowodzący uśmiechnął się i zeskoczył do swojego gabinetu.
– Pozwól mi dołączyć do strzelców na dachu. – powiedział Usopp. – przy użyciu armaty zrobię największe szkody.
– Ja walczę na dole! – powiedziała Marisa zdecydowanie rozprostowując ramiona.
Nabu zmierzył ich spojrzeniem. O ile w sprawie Usoppa zgodziłby się od razu, o tyle Marisa była małą i chudą dziewczyną. Do tego za bardzo podobną do jego siostry.
– Ty Mariso zostajesz w środku. Nie mogę pozwolić aby… – urwał w pół zdania, bo dziewczyna ruszyła do przodu, prosto na niego. Nie posiadał się z szoku, ale gładko uniknął pierwszego ciosu i wyprowadził własny mający wytrącić ją z równowagi. Spudłował, Marisa zanurkowała pod niego – Co ty wyprawiasz, kurde?! – ryknął, ale bardzo szybko zrozumiał gdy założyła mu szybką d??wignię na nogę po czym runął na kolana. W tej samej sekundzie jego podbródka dotknęło zimne metalowe ostrze. Jego własne dao.
Marisa stała dumnie przed nim celując w niego dao i uśmiechając się lekko.
– Nie możesz pozwolić aby co? – zapytała.
On również się uśmiechnął. Co prawda wzięła go z zaskoczenia, ale jej zwinność i strategia zrobiły na nim wrażenie.
– Rozumiem. Korzystasz z mieczy?
– Z katany.
Naby zmarszczył brwi: – Katany nie mam. Ale mogę dać ci to – ze ściany ściągnął cienki i prosty miecz ze zdobioną rękojeścią z malutkim jelcem i czerwonymi frędzlami opadającymi z rękojeści.
Marisa wzięła go w dłoń. Był lekki jak piórko, lżejszy nawet od katany. Lekko giętki.
– Co to jest?
– To również mojej siostry. Dostała go naszego ojca i… nigdy w życiu tego nie używała. Nie chciała niczego co wiązało się z naszym ojcem… – mina Nabu na chwilę wskazywała jakby się zadumał, ale szybko wrócił na ziemię. – Oby wszystko było z nią w porządku…
– Spokojnie, jest z Luffym. Nie ma bezpieczniejszego miejsca. – rzekł Usopp nie wiedząc, że się myli, a kapitan rozłączył się z resztą ekipy.
– Kim jest ten Luffy? Widziałem, jak niemal się na mnie rzucił wtedy w restauracji, gdy walczyłem z blondynem… Sanjim, tak? Zawsze tak się rzuca za swoich przyjaciół? To wasz kapitan, prawda?
– To… człowiek bez którego nie wygramy tej bitwy. – mruknęła Marisa. – ale przybędzie. Zawsze przybywa.
Nabu uśmiechnął się. Miała wiarę dziewczyna, nie mógł jej tego odmówić.
– Nazywa się Zew Wiatru – dodał wskazując na jej miecz. – najszybsze ostrze na Sigurii.
– Nie będę kłamać. Nie lubię twojej siostry – rzekła Marisa umiejscawiając miecz przy pasie i wyrywając frędzle by nie przeszkadzały w walce. – ale chyba to się zmieni. Dzięki jej istnieniu dałeś mi ten miecz. To wystarczy bym była jej wdzięczna.
Dać członkowi rebelii czerwonej chusty broń nazwaną od wiatru to dość ironiczne, pomyślała Marisa wiedząc, że tym razem jednak wiatr jej nie skrzywdzi. Tym razem będzie jej słuchał. A potem postawiła nogę na biurku, zaraz na parapecie i skoczyła z okna w dół by stanąć między strażnikami gotowymi na wszystko. Po raz kolejny, tak jak na Kaneyamie.
– Dlaczego nikt tu nie korzysta z drzwi? – jęknął Usopp.
– Saberu do jasnej cholery! – ryknął Kanou. – Czy ty musisz wychodzić właśnie w tym momencie?
Miał już tego po dziurki w nosie, a teraz Saberu po prostu wstał i udał się do wyjścia. Jak zawsze kiedy zaczynała mu przeszkadzać ciemność. Po prostu szedł, otwierał drzwi i wychodził.
– Idę spojrzeć na księżyc. – odparł spokojnym głosem Saberu. Spojrzał na Kanou dużymi, czarnymi oczami. Chciał wyjść, więc wyjdzie. Na pewno nie zamierzał mówić jak bardzo boi się ciemności.
– Id??! Ale tylko na chwilę, w tym czasie rozpalimy pochodnie! – wtrącił się Wuj Will.
Kanou splunął nie chcąc się sprzeczać. Saberu nie był normalny. Saberu był spaczony. Wiedział, że wróci za moment, bo nie jest mu obojętny ich wspólny cel, niemniej nienawidził tego wyjątkowego traktowania którym wszyscy musieli obdarzać Saberu. I nie tylko jego. Kanou splunął po raz drugi. Tylko jeden jeszcze nie dotarł na miejsce. Bez niego i tak nie mogli ruszyć.
Kanou skinął głową zaś Saberu zamknął za sobą jedne z osiemnastu drzwi prowadzących do sali w której się znajdowali.
– Milo, id?? z nim, na wszelki wypadek. – rzucił do najmłodszego z grupy.
Chłopak zrobił minę „Ale tato!”, niemniej odłożył książkę i posłusznie ruszył za Saberu wcześniej szepcząc czyjeś imię i rozpływając się w ciemnościach.


Zbliżali się do miasta, widzieli już kłęby dymu unoszące się z kilku różnych miejsc. Robin spodziewała się, co to oznacza, biorąc pod uwagę atak inkwizytorów w Astonii. Zwolnili nieco tempo, Ney wyrwała się Taiowi i opadła na kolana dysząc ciężko i zbierając myśli. Z wielką niechęcią murzyn również się zatrzymał.
– No cooo ty, młoda. Ogarniaj temaciwo, no… – jęknął – serio?
– Ona właśnie widziała śmierć znanych sobie ludzi – delikatnie wtrąciła Robin. – daj jej chwilę.
– A myślisz, że moi hołmis nie padali na stricie? – odparł, ale i tak jej przyznał w duchu rację. To, że jego życie wyglądało jak wyglądało nie znaczyło, że wszyscy czegoś takiego doznali. Zabrakło mu tolerancji przez brak której przecież zginął Travis... zrugał się w myślach za swoją hipokryzję. – Sorry, Ney…
– Tai, ja naprawdę nie mogę iść z wami do portu – odpowiedziała dziewczyna – muszę powiedzieć mojemu bratu co się stało w Astonii.
Po chwili namysłu Tai i Robin kiwnęli głowami.
– Prawda, musisz. Ale sama pójść nie możesz – powiedziała archeolog.
– Wcześniej to ja sobie of corz bekę cisnąłem, nie? To co po blecie na zgodę?
Ney uśmiechnęła się szeroko czując do tej dwójki wdzięczność i wtedy go zobaczyła.
Zza krzewów, dosłownie kilkanaście metrów od nich wyłonił się szczupły młody mężczyzna o czarnych długich włosach i również czarnych, dużych oczach, które Ney kiedyś już widziała. W pierwszej chwili nie widziała kiedy, ale po trzech kolejnych krokach przybysza wrócił tamten dzień. Dzień w którym zginął jej ojciec. Dzień w którym najwyższy inkwizytor Victorio stracił syna. Dzień przez który Astonia właśnie spłynęła krwią członków Świętej Straży. Poczuła jakby na jej barkach spoczęła dodatkowa tona.
Tai i Robin również to poczuli. Haki. Saberu miał potężne królewskie haki.

Ciąg dalszy nastąpi.

Dramatyczne pytanie:
Czy ja jeszcze pamiętam jak się pisze do cholery? Tongue

Część 81. to: Miasto wyklętych. Bitwa w kwaterze Świętej Straży.
Najuch

Imperator

Licznik postów: 2,656

Najuch, 24-06-2014, 15:55
No cóż, długie to dobry epitet do WWSmile Ponad 500 stron w wordzie ma całość na ten momentSmile Chapterki będą mają 8-10 stron. Nie widzę sensu we wrzucaniu krótkich akapitów, więc taka forma wydaje mi się najlepsza.
Lorenzo

Super świeżak

Wiek: 27
Licznik postów: 239

Lorenzo, 24-06-2014, 16:46
Po prostu....co
Co skłoniło cię do powrotu? Czemu miałeś przerwe? Czemu w tym rozdziale nie było Luffyego i Zora? Fajnie, że FF będzie kontynuowany.
[Obrazek: b4b7af70f3c83d0082c32f0754f294ae]
Najuch

Imperator

Licznik postów: 2,656

Najuch, 24-06-2014, 18:18
Do powrotu skłoniło mi to, że mi się zachciało coś napisać. Przerwę miałem bo mi się nie chciało pisać. Luffy'ego nie było w tym rozdziale bo w tym samym czasie właśnie walczy z Marines (co było w poprzednim rozdziale), natomiast Zoro był (choć troszkę mu się wbiłem w sprawy prywatneTongue)
Subskrybuj ten wątek Odpowiedź