Przyszedł czas na trzeci rozdział. Uprzedzam od razu że są w nim spoilery, co prawda dopiero pod koniec i jest ich nie wiele, ale są. No to jazda:
Rozdział Trzeci:
Wszyscy stali bez ruchu, wpatrując się w błękitne niebo. Nad nimi nie było jednak już nic. Nie dotarło do nich jeszcze, że właśnie przed chwilą trzech kamratów zostało pochłoniętych przez ciemność.
- Luffy, Zoro, Franky... – powiedziała Nami, po czym zakryła usta dłonią, a łzy pociekły po jej policzkach.
Sanji podszedł do niej i przytulił ją. Nawigatorka płakała w objęciach kucharza.
- Jak to się stało? Przecież nie mogli tak po prosu zginąć. – mówiła dalej wylewając smutek na ramieniu towarzysza.
- Luffy i reszta na pewno nie umarli! Oni na pewno żyją musimy ich tylko poszukać. – krzyknął Usopp.
- On może mieć rację. Sami na własne oczy widzieliśmy, że tamtą przestrzeń da się opuścić. – odrzekła Robin, a reszta załogi spojrzała w jej stronę z nadzieją w oczach.
- Powinniśmy popłynąć na najbliższą wyspę, może znajdują się tam ludzie którzy będą wiedzieli coś więcej na ten temat. Mając jakieś informacje, moglibyśmy spróbować jakoś ich stamtąd wydostać. – kontynuowała pani archeolog, która jako jedyna zachowała zimną krew. Na twarzach reszty powoli zaczął pojawiać się dawny uśmiech i nadzieja.
- Robin ma rację, nie możemy się poddać. Znajdziemy ich choćbyśmy mieli poświęcić na to resztę życia. – orzekła wszystkim Nami ocierając łzy z przed chwili.
- Tak jest! – cała załoga zerwała się z entuzjazmem.
Sunny obrał kurs na wyspę, którą w oddali dostrzegł Usopp. Słomiani Kapelusze znów byli pewni siebie jak nigdy, mimo że bez szermierza, cieśli i kapitana, ruszyli naprzód czując że nic ich nie powstrzyma.
***
Na purpurowym niebie otworzył się portal i dwie postacie wypadły z wielkim hukiem uderzając o ziemię.
Cyborg natychmiast się pozbierał i zrobił szybki przegląd okolicy. Jedyna rzeczą, którą dostrzegł był sporych rozmiarów budynek, wyglądający jak przerobiony kościół. Nagle poczuł uścisk na kostkach. Z pod ziemi wyłoniła się ogromna postać i rzuciła nim w pobliskie skały. Cieśla frontalnie zderzył się z twardą powierzchnią kamieni, jednak nie odniósł większych obrażeń dzięki częściowo metalowemu ciału. Wstał i spojrzał przeciwnikowi w oczy, pod powiekami olbrzyma znajdowały się dwie czarne kule. Franky skamieniał na ten widok. Przeciwnik był o dwie głowy wyższy od niego, był właścicielem bardzo potężnie zbudowanego ciała, jego wyrazista muskulatura już z daleka była wyraźnie widoczna. Twarz była bardzo zniekształcona wieloma przemieszczonymi kośćmi, zaś włosy miał długie do ramion, kręcone i bardzo postrzępione. Posiadał skórę koloru fioletowego i nosił na sobie jedynie długie do kostek podziurawione zielone spodnie. Czarnooki ruszył do ataku. Bardzo szybko podbiegł i uderzył potężną pięścią z całej siły w przeciwnika, jednak ten w porę odpowiedział:
-Strong Hammer!
Ziemia wokół zadrżała na skutek przytłaczającej siły ścierających się ze sobą potęg. Potwór natychmiast drugą ręką uderzył Franky’ego wybijając go wysoko w powietrze. Cyborg po krótkiej analizie umiejętności wroga stwierdził że jego głównym atrybutem jest tężyzna fizyczna i gdyby nie metal w jego ciele, to z pewnością był by teraz martwy. Pewien pomysł wpadł mu do głowy, lecz wiedział że po przygodzie w ciemnej otchłani zostały mu już tylko dwie butelki coli.
Cieśla spadając w dół wycelował w nieprzyjaciela i rozpoczął atak:
- Beans Left!
Stało się tak jak podejrzewał, kule wbiły się w ciało, ale nie były w stanie przejść grubej warstwy mięśni, spowodowały jedynie kilka strumyków krwi. W powietrzu czuć było atmosferę walki i wręcz wyciekającą z bestii nienawiść. Franky zdołał oddalić się na wystarczającą odległość. Potwór zawył i uderzył z całych sił w ziemię, która zaczęła gwałtownie pękać kierując się w stronę cyborga. Ten w porę zauważył atak i uskoczył i natychmiast ruszył w stronę podziurawionej postaci.
- Ouchi Finger!
Wyciągnął palec wskazujący i otworzył ogień. Strzelał cały czas powoli się zbliżając. Potwór ruszył w jego stronę. Franky wyczuł moment:
- Fresh Fire!
Trafił idealnie, przeciwnik został pochłonięty przez falę płomieni. Po przyjęciu tego ataku ledwo stał na nogach. Cyborg stanął przed nim i spokojnie wycelował w jego twarz.
-Weapon Left – wypowiedział spokojnie, a wielki pocisk zderzył się z twarzą potwora, nie pozostawiając mu szans na przeżycie. Cieśla spojrzał na martwego przeciwnika, spostrzegł że ze wszystkich otworów na jego twarzy wydobywa się ciemność. Franky’ego przeszył dreszcz na ten widok, od razu przypomniał sobie co przeżył we wnętrzu wiru. Nachodziły go pytania, czy gdyby poddał się wtedy, byłby teraz taki jak on. Jednak szybko odegnał złe myśli i postanowił zorientować się gdzie jest. Ruszył więc w stronę wcześniej widzianego budynku, Szybko spostrzegł kilka postaci biegnących w jego stronę, najprawdopodobniej ich uwagę zwróciły odgłosy walki. Nagle nad sobą ujrzał kulistą istotę z wieloma wypustkami, która na środku ciała miała głowę, z pentagramem na czole.
- Uważaj to Akuma, jeśli cię trafi to umrzesz! – Krzyknęła jedna z osób znajdujących się w oddali. Postać znajdująca się u góry zaczęła do niego strzelać.
- Hosi Shield – Franky na swoim lewym ramieniu utworzył tarczę, którą zaczął odbijać pociski wystrzelone w jego stronę. Postanowił zużyć ostatnią butelkę, która mu pozostała.
- Weapon Left! – Wystrzelił w kierunku potwora pocisk, w którym zawarł cały pozostały mu zapas odżywczego napoju. Na niebie pojawiła się wielka eksplozja, a po przeciwniku nie zostało ani śladu. Człowiek podbiegający do cyborga ze zdumieniem zapytał:
- Jesteś Egzorcystą?
- Nie, jestem piratem i właśnie się zgubiłem. Macie może trochę coli?
***
Niekompletna załoga Słomianych Kapeluszy zacumowała w porcie, zwijając flagę i żagle, tak by pozostać incognito .
- Teraz musimy się podzielić na trzy dwu osobowe zespoły. Ja i Sanji pójdziemy poszukać informacji, Chopper i Robin uzupełnią zapasy, po czym do nas dołączą, a Brook i Usopp zostają na statku. – zarządziła pani nawigator. Sanji był bardzo zadowolony z otrzymanego przydziału. Usopp natomiast zaczął protestować:
- Czemu akurat ja muszę zostać na statku?
- Hmm, bo tylko tak dzielny wojownik mórz jak ty, będzie w stanie ochronić nasz statek. – odrzekła Nami po nosem się śmiejąc.
- O tak, przecież zapomniałem że tylko przewspaniały Usopp-sama może obronić Sunny przed atakiem wroga.
Lekarz przybrał formę renifera i wraz z panią archeolog ruszyli do okolicznych sklepów.
Snajper i Szkielet wyciągnęli karty i by zabić nudę zaczęli grać w pokera. Kucharz wraz ze swoim obiektem pożądania przekroczył próg miasta nie różniącego się pozornie niczym od innych, które mieli okazję odwiedzać. Ludzie wyglądali na trochę przygnębionych i znudzonych monotonią życia, budynki stojące wzdłuż ulic były skromne i wydawały się aż błagać o renowacje. Mijane stragany, także obfitowały jakieś specjalnie wykwintne towary. Przechadzając się uliczkami zauważyli karczmę, wspólnie uznali że powinien znajdować się tam ktoś posiadający jakieś informacje. Otworzyli drzwi, karczma była pełna ludzi, którzy ewidentnie różnili się od osób widzianych na zewnątrz. Towarzystwo bawiło się na całego popijając ogromne ilości sake. Nagle jeden ujrzał śliczną kobietę stojącą w wejściu i od razu wrzasnął do reszty:
- Spójrzcie jaka sztuka, dziś ewidentnie się zabawimy!
Sanji już chciał się rzucić w kierunku obleśnego faceta, który wypowiedział te słowa, jednak Nami chwyciła go za rękę i pokiwała przecząco głową, dając mu tym samym do zrozumienia żeby zignorował wszystkich znajdujących się wokół. Podeszli do baru i zamówili po szklance wody. Barman nalewając wodę spytał:
- Jesteście tu nowi?
- Tak i chciałabym się dowiedzieć kilku rzeczy, będę wdzięczna jeśli nam pomożesz – nawiązała rozmowę nawigatorka.
- Jeśli będę w stanie, to chętnie pomogę za odpowiednią opłatą oczywiście.
- Jak to!
- Przepraszam, ale w tym mieście każdemu przyda się dodatkowy grosz, bardzo ciężko się tu żyję.
Nami poczuła czyjąś dłoń na swojej piersi. Krzyknęła i odwracając się ujrzała że wszyscy faceci z karczmy zbliżyli się do niej i spoglądali z pożądaniem w oczach. Kucharz nie wytrzymał:
- Party Table!
Wszyscy faceci zostali rozrzuceni po karczmie i zaskoczeni siłą przeciwnika zaczęli uciekać z karczmy, a ostatni wybiegający krzyknął:
- Już po was, kapitan John was zniszczy! Hahahaha!
- Kapitan John? Kto to taki? – zwrócił się Sanji do zaskoczonego całą sytuacją barmana.
- Skoro już się w to wplątaliście, to opowiem wam wszystko od początku. Kiedyś wyspa była bardzo bogata, ludziom żyło się tu naprawdę dobrze. Wszystko skończyło się w momencie, w którym do bazy marynarki przybył ten łotr John. Zebrał on odział bandytów, z którymi przed chwilą mieliście przyjemność i zaczął zastraszać mieszkańców. Z każdego z nas ściąga niesamowicie wysoki haracz i bogaci się tym samym naszym kosztem. Zabija każdego kto mu się przeciwstawi. Żyjemy w tym piekle już trzy lata.
- A to drań! – wycedził przez zęby kucharz i odpalił papierosa.
- Chcieliście dostać jakieś informacje. Już nie chcę pieniędzy. Widzę że jesteś bardzo silny, jeśli zlikwidujesz tego tyrana pomogę wam bardzo chętnie, zresztą nie tylko ja, ale wszyscy mieszkańcy.
Sanji zaciągnął się papierosem i rzekł:
- Gdzie go znajdę?
- Na najwyższym wzgórzu na wyspie znajduje się tutejsza baza marynarki i jego siedziba.
- Nami-san wróć na statek chwilę może mnie nie być.
- Dasz radę?
- Oczywiście. – rzekł, poczym wypalając do końca papierosa wyszedł.
***
Jak zwykle w wolnych chwilach leżał na dachu wpatrując się w niebo, gdy nagle ujrzał na nim czarną dziurę i wypadające z niej dwie postacie.
Luffy bardzo zdenerwowany podniósł się po upadku i spojrzał na tego, który mu tę wycieczkę zafundował. Postać była bardzo niska , nie sięgała kapitanowi nawet do klatki piersiowej. Z jego ciała wystawało mnóstwo kolców, od łysej głowy po stopy. Jedynymi wolnymi od szpikulców miejscami były fioletowego koloru brzuch i twarz. Słomiany kapelusz zdziwił się gdy spojrzał przeciwnikowi w oczy, zobaczył w nich przytłaczającą ciemności i natychmiast odwrócił od nich wzrok.
- Kim jesteś i gdzie są moi przyjaciele? – spytał Luffy.
Osobnik zamiast odpowiedzieć, przystąpił do ataku. Zwinął się w kulę i w morderczych obrotach pomknął by zabić. Gumiak uskoczył w górę i uderzył:
- Gomu Gomu no Pistolet!
Pięść wystrzeliła w stronę przypominającego kaktusa przeciwnika. Trysnęła krew, dłoń nabiła się na kolczasty pancerz. Agresor nabrał rozpędu i znów ruszył taranując wszystko po drodze. Kapitan wiedział że musi wyczekać moment, w którym oponent będzie stał na dwóch nogach odkrywając słabe punkty. Walka wrzała szpiczasty walec ganiał za Luffy’m a ten ciągle unikał ciosów. W końcu niszczycielskie koło się zatrzymało i rozwijając się stanął na dwóch nogach. Taka okazja mogła się nie więcej nie powtórzyć:
- Gomu gomu no Stamp!
Przeciwnik widząc nogę pędzącą w stronę jego brzucha, odwrócił się plecami wystawiając igły. Słomiany wrzasnął, jego stopa była dziurawa, a krew ściekała z niej ciurkiem. Wróg został przy tym ataku wgnieciony w budynek, ale po chwili znów się skulił i rozpoczęła się kolejna runda. Z dwoma poważnymi ranami coraz ciężej było unikać ataków. Zmęczenie zaczęło się dawać gumiakowi we znaki. Po wielu uskokach i manewrach bestia, również wykończona znów się rozwinęła. Luffy bał się zaatakować, by nie powtórzyła się sytuacja z poprzedniej rundy. Nagle postać przestała się ruszać i zastygła z rękami uniesionymi ku górze. Wydawało się jakby usilnie próbowała się ruszyć.
- Kage Mane no Jutsu! Unieruchomiłem go masz szanse go zaatakować! – Krzyknęła postać znajdująca się na dachu jednego z budynków.
Gumiak natychmiast rozciągnął obie ręce do tyłu szyderczo się uśmiechając:
- Gomu Gomu no Bazooka!!! – W jednej chwili obie dłonie z taką siły uderzyły w kolczastego potwora, że zmiażdżyły mu wszystkie wnętrzności i złamały kręgosłup. Bestia roztrzaskała się o ścianę pobliskiego budynku, a z jej ust wytrysnęła ogromna ilość czerwonej mazi. Potwór padł na ziemię, a z otworów na jego twarzy zaczęła toczyć się ciemność ulatująca ku górze. Był to zadziwiający widok. Czarno włosy chłopiec z upiętymi włosami zeskoczył z dachu i zapytał:
- Kim jesteś i czym był ten potwór?
***
Kwatera główna marynarki.
- Cholera, ile jeszcze będziemy czekać na tego durnego Sengoku, nadali temu zebraniu wagę światową i jeszcze się spóźniają – odrzekł z poirytowaniem Don Flamingo
- Skończ już narzekać, skoro są tu wszyscy Schichibukai i trzej admirałowie to musi być coś ważnego – zganił kolegę po fachu Mihawk .
- Chcesz zginąć?
Jastrzębiooki zignorował prowokacje i czekał na rozwój wypadków. Czarnobrody z Morią zabawiali się nawzajem opowiadając kawały. Jinbei cały czas główkował nad tym, co takiego musiało się stać, że aż został uwolniony z Impel Down na tę okazję. Ao Kiji był bliski zaśnięcia, natomiast pozostała dwójka admirałów była wyraźnie pochłonięta rozmową. Kuma pogrążony był w lekturze, a Hancock wyraźnie wydawała się być zgorszona towarzystwem.
Nagle drzwi do Sali obrad otwarły się głośno skrzypiąc, czym zwróciły uwagę wszystkich zebranych. W wejściu stała Crane, miała bardzo poważną minę, zmierzyła surowym wzrokiem wszystkich przybyłych po czym rzekła:
- Zebraliśmy się tu ponieważ najsilniejszy człowiek marynarki i Światowego Rządu admirał floty Sengoku został zamordowany...