Na wstępie chciałem wszystkim moim czytelnikom podziękować za komentarze i krytykę, bo stanowią one dla mnie ogromną motywację do pisania. Właśnie skończyłem pisać część piątą, którą uważam za kiepską i ciekawi mnie jak wypadnie w waszych oczach. Tę część było mi naprawdę trudno napisać, namęczyłem się nie miłosiernie, co chwilę kasowałem napisany tekst i wstawiałem co innego, istne piekło xD. No ale dość owijania w bawełnę, oto przed wami część piąta:
Rozdział Piąty
Sanji powoli zbliżał się do tutejszej bazy marynarki. Nagle drogę zagrodziła mu grupka bandytów.
- Dalej już nie przejdziesz śmieciu – powiedział jeden z nich.
- A co powstrzymasz mnie?
- Dokładnie. – rzekł z uśmiechem oprych, po czym wszyscy rzucili się na blondyna.
Przeciwnicy grubo się przeliczyli. Mimo przewagi liczebnej, wszyscy kończyli nieprzytomni na ziemi z odciskiem czarnego buta na twarzy. Kucharz przebijając się przez niezliczone liczby oddziałów wroga, w końcu stanął przed drzwiami budynku. Odpalił papierosa i jednym zgrabnym kopniakiem wywarzył drzwi, siła ciosu była tak wielka że wszyscy stojący po drugiej stronie zostali zmiażdżeni. Zostało tylko kilku bardzo przestraszonych. Jeden z nich leżał skulony i trząsł się jak galareta. Sanji podszedł do niego i powiedział zaciągając się papierosem:
- Gdzie jest wasz szef? Mam do niego bardzo ważną sprawę, która w żadnym wypadku nie może czekać.
- N-n-n-ie p-p-powiem – wyjąkał skulony ze strachu rzezimieszek.
- W takim razie... – uniósł nogę nad przeciwnika.
- Dobrze! Powiem wszystko!
- W takim razie słucham.
- Kapitan John jest w swoim gabinecie na trzecim piętrze. Bez problemu trafisz, jego gabinet posiada złote drzwi.
Kucharz spojrzał z pogardą na kapusia i rzucił w niego wypalonym papierosem, po czym skierował się ku schodom prowadzącym na pierwsze piętro. Gdy wszedł na górę, co chwilę natykał się na strasznie oczywiste pułapki. Siatki rozłożone na podłodze, ukryte ostrza, i wiele innych, jednak omijał je ze szczególną łatwością, widać były że osoba je zastawiająca, robiła to na szybko i nie wyszło to zbyt dobrze. Bez kłopotu dostał się do schodów prowadzących na drugie piętro i natychmiast z nich skorzystał. Znalazł się w wąskim korytarzu, który wyraźnie wskazywał tylko jedną drogę. Zrobił parę kroków i nagle za jego plecami opadła gruba żelazna ściana, a w jego kierunku zaczął toczyć się ogromny głaz. Nie było żadnych drzwi tylko gołe ściany, więc nie miał dokąd uciec. Zza kamienia dał się słyszeć tryumfalny śmiech i znany mu już głos.
- Teraz go mamy, tego nie przeżyje.
Po drugiej stronie stał wulgarny osobnik, który w barze obraził Nami. W piracie zawrzało, wziął potężny zamach nogą i uderzył w zbliżającą się do niego okrągłą skałę. Wielki kamień rozpadł się na drobne kawałeczki, a banici wytrzeszczyli oczy na ten widok. Pirat natychmiast ruszył w stronę trzech zdziwionych oprychów i każdemu z nich wymierzył po kopniaku o koszmarnej sile. Jeden ze zmasakrowanymi żebrami, drugi z popękaną czaszką, a trzeci ze skręconym karkiem, wszyscy leżeli martwi, a ich krew, która obficie wypływała z ich ciał zdobiła podłogę korytarza. Ruszył na ostatnie piętro, na którym czekała na niego ostateczna batalia. Ujrzał ogromne złote drzwi, odpalił papierosa i zapukał.
- Mówiłem żeby mi nie przeszkadzać! – dał się słyszeć krzyk zza drzwi.
- Mam bardzo ważną sprawę, kapitanie John - odpowiedział na krzyki kucharz.
- Nie ma mnie! Odejdź albo będę zmuszony zrobić ci krzywdę, a rzadko robię to poddanym.
W tym momencie drzwi zostały z hukiem wywarzone. Sanji ujrzał ogromny pokój z drogimi, najlepszej jakości meblami, na podłodze był czerwony dywan z bardzo szlachetnej i delikatnej tkaniny. Po jego prawej stronie było biurko zawalone papierami, a przy nim siedział średniego wzrostu facet z krótkimi siwymi włosami i obfitym zarostem, zaś ubrany był w strój kapitana marynarki.
- Doszły mnie fatalne wieści z wioski. Słyszałem że żerujesz na mieszkańcach, ściągając haracz z każdego, kto uczciwie zapracował na swoje pieniądze.
- Tak, i co z tego? W końcu się czegoś dorobiłem. A ty jeśli ci życie miłe, lepiej już zmykaj, bo nie chciałbym cię masakrować. Poza tym mam bardzo dużo pracy i nie mam czasu i ochoty pastwić się nad słabeuszami.
Kucharz zauważył na biurku plik listów gończych i z uśmiechem powiedział:
- Wiem że zabiłeś tutejszego kapitana i podszywasz się pod niego, ale skoro już robisz dla marynarki, to chyba nie puścisz wolno pirata wartego siedemdziesiąt siedem milionów beli.
John odwrócił się w stronę gościa, spojrzał na jego twarz, chwilę pomyślał i naglęi zaczął się histerycznie śmiać.
- Z czego się śmiejesz idioto! – Wrzasnął wściekły blondyn.
- Twój, haha, twój, hahaha list gończy hahaha, jesteś taki podobny – Mówił z trudem przez śmiech kapitan.
- To nie jestem ja do cholery! Nie wiem co za idiota to rysował! – Sanii rzucał się wściekle po pokoju.
- Daj spokój przecież jesteś podobny.
Wokół kucharza zaczęły buchać płomienie.
- Niby z której strony jestem podobny! Zabije Cię! – Kucharz z rykiem rzucił się na kapitana. Wybił się w powietrze i niesamowitą siłą sprowadził swoją piętę w stronę wroga, ten jednak zniknął a efektem ciosu było złamane na pół biurko i dziura w podłodze.
- Tu jestem, ale nie wybaczę ci tego że zniszczyłeś mój ulubiony mebel! – John dobył miecza i ruszył w stronę pirata.
Blondyn dopiero teraz zauważył że ma sposobność walki z szermierzem. Pomyślał że przez te wszystkie kłótnie z Zoro ma dość spore doświadczenie w walce z tego typu przeciwnikami.
Ostrze starło się z czarnym butem. Chwilę stali w zwarciu siłując się, ale w końcu odskoczyli od siebie.
- Skoro tak cenisz sobie ten pokoik to co powiesz na małą demolkę?
- Jeśli to zrobisz to z pewnością tu będzie twój grób.
- Party Table – Krzyknął i jego nogi zaczęły niszczyć wszystko wokół.
- Nie!!! – Krzyknął marynarz i natychmiast ruszył w stronę kucharza lecz ten skutecznym kopniakiem wgniótł go w ścianę.
Tak piękne przed chwilą pomieszczenie, przypominało teraz ruinę, w środku której stał uśmiechnięty Sanji. Spojrzał z pogardą na przeciwnika, który wyłaniał się z pod gruzu.
- Zrobiłeś rzecz niewybaczalną, od teraz będę walczył na poważnie.
- Chętnie zobaczę co potrafisz.
- Soru. – Wycedził w złości kapitan, po czym zniknął i natychmiast pojawił się przed zaskoczonym przeciwnikiem i jednym zamachem ciął głęboko po brzuchu.
Blondyn natychmiast padł na kolana i obficie splunął krwią, która do tego bardzo intensywnie wyciekała z rany.
- Miałeś mnie za słabeusza, ale gdybym nim był nie pokonał bym przecież tutejszego kapitana.
- Nie doceniłem cię.
- Tak i ceną za pomyłkę jest śmierć. Rankyaku. – Strumień rozciętego powietrza pofrunął z ogromną prędkością w przeciwnika, który zdążył się w ostatniej chwili uchylić.
- Gdybyś wykończył mnie pierwszym atakiem z pewnością byś wygrał, ale tak się składa że walczyłem już kimś, kto stosował te techniki.
Sanji pozbierał się z ziemi i stanął naprzeciw wroga, rzucił mu złowrogie spojrzenie i ruszył w jego stronę. Wymierzył silne kopnięcie w miednice, lecz nieprzyjaciel znów zniknął i pojawił się za nim z zamiarem pozbawienia go głowy. Machnął mieczem, ale kucharz już wiedział co się święci, wiec schylił się i ostatecznie stracił tylko kosmyk włosów. Blondyn szybko wsparł się na dłoni i krzyknął:
- Pol Trine! – wymierzając marynarzowi potężnego kopniaka w klatkę piersiową. Siła była tak wielka że cios wgniótł go w ścianę i wywołał pęknięcie mostka. Kapitan zawył z bólu. Pirat ocenił sytuację i natychmiast chciał dokończyć dzieła, więc szybko ruszył w kierunku oszołomionego przeciwnika, lecz znów usłyszał charakterystyczny świst powietrza.
- Soru Multiply! – Krzyknął wróg , ale tym razem nie było to zwykłe przemieszczenie jak wcześniej.
Sanji poczuł że jest atakowany, po chwili odczuł na swoim ciele ból wielu płytkich cięć, których ilość ciągle rosła, a nieprzyjaciela nie dało się dostrzec, był bezradny, więc zacisnął zęby i pokornie przyjmował ciosy. Natarcie trwało dłuższy moment, lecz po chwili wszystko się skończyło. John pojawił się w miejscu, w którym stał wcześniej i spojrzał na stojącego w kałuży własnej krwi, pochlastanego do granic możliwości przeciwnika.
- Znam tylko dwie z technik rokushiki, ale bardzo je udoskonaliłem. Myślę że już czas pokazać ci tę drugą, ale wiedz że to będzie ostatnia rzecz jaką zobaczysz. – Powiedział z pogardą szermierz.
Chwycił miecz w obie ręce, uniósł nad głowę i krzyknął:
- Moonlight Rankyaku. – Zamachnął się mieczem i gigantycznych rozmiarów fala rozcięła całą przestrzeń między nimi niszcząc przy okazji cały budynek.
- No to by było na tyle, muszę się zabrać za odnowę zniszczeń. – Mówiąc to schował miecz do pochwy i odwrócił się w stronę drzwi.
***
Cała załoga zeszła się w barze, do którego miał wrócić Sanji po zwycięskim boju.
- Mam nadzieję że odpowiesz nam na wszystkie nasze pytania, jak już John będzie martwy. – powiedziała Nami prześwietlając grożącym wzrokiem barmana.
- Tak, pomogę wam i nie tylko ja lecz wszyscy mieszkańcy wyspy.
- A co jeśli on nie da rady, może powinniśmy pójść mu pomóc? – powiedziała Robin.
- Nie możemy tego zrobić pod żadnym pozorem, zranilibyśmy w ten sposób honor naszego przyjaciela. – odrzekł Brook.
- Racja, musimy czekać, przecież nasza załoga nigdy nie przegrywa. – dorzucił Chopper.
Nagle wyspa się zatrzęsła i dał się słyszeć ogromny huk. Wszyscy wybiegli na zewnątrz i spojrzeli w stronę budynku marynarki, który był dobrze widoczny z pod baru. Budynek był właściwie przepołowiony i rozpadał się a niedaleko budynku dało się dostrzec falę energii, która wyglądała jak gigantyczny księżyc. Słomiani zamarli, a barman posmutniał i powiedział:
- Niestety wasz przyjaciel najprawdopodobniej już jest martwy. Ta technika zabiła poprzedniego kapitana i nikt nie ma szans w bezpośrednim starciu z taką mocą.
-Sanji nie mógł umrzeć, na pewno zrobił unik! – krzyknął Usopp.
- Obawiam się że to nie możliwe, dotychczas widziałem tę technikę zaledwie trzy razy, i zawsze jest stosowana, gdy przeciwnik jest nie zdolny do uniku.
- Sanji-kun... – powiedziała ze smutkiem Nami.
- Musimy mu natychmiast pomóc, jeśli żyję zdołam go wyleczyć, szybko ruszamy! – lekarz, który o dziwo zachował zimną krew, przywołał załogę do porządku.
Wszyscy bezzwłocznie ruszyli do kwatery marynarki, a barman ze zrezygnowaniem wrócił do karczmy.
***
-Soru.
Kapitan słysząc za plecami te słowa nie wierzył własnym uszom. Odwrócił się i ujrzał skąpanego we własnej krwi pirata. Był przekonany że w takim stanie nie będzie w stanie umknąć jego atakowi. Jego zaskoczenie było tak ogromne że nie był w stanie wycedzić słowa
- Coś nie tak kapitanku? Wreszcie przejrzałem tę technikę i potrafię ją zastosować, teraz ta walka nie potrwa długo.
Spanikowany John dobył miecza najszybciej jak mógł, po czym obydwaj zniknęli, i z ogromną prędkością starli się w powietrzu. Gdy opadali Sanji potężnym kopem wytrącił wrogowi miecz z rąk, łamiąc mu przy tym wszystkie pace i nadgarstek.
- To już koniec. – powiedział blondyn i z impetem zaatakował przeciwnika.
- Collier!
- Epaule!
- Cotellete!
- Selle!
- Ciusseau!
-Jarret!
Nawałnica ciosów spadła na marynarza wywołując pęknięcia i złamania wielu kości w całym ciele.
Kapitan ledwo potrafił ustać na nogach, w głębi czuł że to jego koniec, ale nie chciał umierać, więc ostatkiem sił zamachnął się noga:
- Rankyaku!
Sanji bez problemu odbił słaby atak, po czym podbiegł do przeciwnika i krzyknął:
- Mouton Shot!
Kopniak z taką siłą wbił się w klatkę piersiową przeciwnika, że wszystkie żebra wraz z mostkiem zostały połamane i poprzebijały narządy wewnętrzne. Przeciwnik z niesamowitą siłą został odrzucony i przebił się przez bardzo grube ściany budynku, a upadek z wysokości zakończył jego cierpienia i już po chwili martwe ciało spoczywało rozbite o pobliskie skały.
Kucharz spojrzał na swoje ciało i powiedział:
- Renifer będzie miał trochę roboty. - po czym zemdlał na skutek dużej utraty krwi.
Minęło kilka minut.
- Dajcie tu jakieś nosze, musimy go szybko zabrać na statek i dokonać transfuzji! – Rozkazał Chopper i pomyślał, że dobrze zrobił organizując na statku krwiodawstwo na własne potrzeby.
Usopp na poczekaniu stworzył prowizoryczne nosze i natychmiast przenieśli na nie blondyna.
Nami pochyliła się nad rannym by ocenić jego stan, w tym momencie snajper i lekarz unieśli noszę i pech chciał że twarz Sanjego wylądowała w cycuszkach nawigatorki, a on natychmiast odzyskał przytomność. Jego oczy zmieniły się w serca, z nosa obficie spływała krew a on krzyczał:
- Jakie mięciutkie. Nami-swaan, wygrałem dla ciebie!
Błyskawicznie został przywołany do porządku lewym sierpowym.
- Idźcie już na statek, jeśli będzie przy Nami to zaraz się wam wykrwawi. –powiedział Brook.
-Dobra! – kanonier wraz z reniferem szybko pognali w stronę Sunny.
- Skoro John został unicestwiony to udajmy się poszukiwaniu informacji. – zaproponowała Robin.
W trójkę udali się do baru, oznajmili miłą wiadomość barmanowi, który popłakał się ze szczęścia.
- Jestem wam tak bardzo wdzięczny, teraz możecie liczyć każdą pomoc z naszej strony, nigdy nie spłacimy naszego długu wobec was! – krzyczał przez łzy.
- Będziesz miał jeszcze czas świętować teraz wywiąż się z obietnicy. – zwróciła uwagę nawigatorka
- Ah, tak, więc co chcieli byście wiedzieć?
- Z pewnością widziałeś zjawisko czarnych wirów, które pojawiło się w okolicach wyspy, powiedz nam co o tym wiesz.
- Te dziury to dziwna sprawa, dość często się to zdarza, zjawiają się z nikąd po czym znikają. Czasami zdarzy się coś dziwnego wraz z pojawieniem się otchłani, wychodzą z niej różne istoty, których nikt nawet nie potrafi nazwać. Raz nawet miała miejsce sytuacja, w której jeden z mieszkańców został wchłonięty.
- Powiedz coś więcej na ten temat.
- Z otchłani wyłoniła się gigantyczna czarna ręką , która schwytała kobietę i wciągnęła do swojego wnętrza. Było też kilka przypadków, gdy dziwne fioletowe stwory o czarnych oczach wychodziły ze środka i atakowały wyspę, ale John skutecznie je eliminował.
- Widzisz trzech naszych przyjaciół również zostało wchłoniętych przez to zjawisko, czy wiesz jak moglibyśmy ich odzyskać, lub gdzie się znajdują?
- Niestety nie wiem, wessana kobieta nigdy już nie wróciła, nie wiadomo czy w ogóle żyję. Nic więcej na ten temat nie jestem w stanie powiedzieć, ale na naszej wyspie jest odosobniony człowiek, który zaczął badać to zjawisko. Myślę że powinniście się do niego udać, mieszka na zachodnim wybrzeżu w swojej samotni. Nazywa się Kuroda, nie wiem czy będzie chciał z wami rozmawiać, bo generalnie stroni od ludzi, ale jeśli wspomnicie o Johnie to może uda wam się go nakłonić do pomocy.
-Dzięki za pomoc! Bezzwłocznie ruszamy. – rzuciła na pożegnanie Nami.
Cała trójka zwróciła się na zachód, przeszli przez miasto i dżunglę.
W końcu byli na brzegu, od razu dostrzegli małą drewnianą chatkę. Podeszli i nawigatorka zapukała w drzwi, a te po chwili się otwarły, jednak nikogo przed nią nie było.
-Halo! Jest tu ktoś!? – zawołała stojąc w progu.
Nikt się nie odzywał. Chciała wejść, lecz nagle poczuła, że jej stopa o coś zachaczyła. Pod nogami zobaczyła pomarszczonego staruszka w brązowym zakonnym stroju, był on tak niski że nawet nie sięgał do połowy łydki. Starzec spoglądał ku górze z niesamowitymi wypiekami na twarzy, aż w końcu krew pociekła mu z nosa:
- Twoje majteczki! – krzyknął w ekstazie zaglądając pod krótką spódniczkę, a jej zawartość była bardzo dobrze widoczna z pozycji, w której się znajdował.
- Stary zboczeniec! – Nami natychmiast solidnym kopniakiem sprawiła że roztrzaskał się o meble na przeciwko.
- A czy ja też mógłbym zobaczyć? – odezwał się z tyłu Brook.
- Nie! – wrzasnęła z wściekłością wymierzając kościotrupowi potężny cios w czaszkę.
Robin całą sytuację skomentowała niewinnym uśmieszkiem.
Wreszcie wszyscy weszli do środka.
- Czego chcecie? Nie wiecie że nie lubię gości? – spytał dziadek.
- Chcieliśmy porozmawiać o czarnych wirach, nasi przyjaciele zostali przez nie pochłonięci, a ludzie w mieście mówią że wiele wiesz na ten temat. – nakreśliła sytuację pani archeolog.
- A niby dlaczego miałbym się z wami dzielić moją wiedzą na ten temat?
- Bo nasz przyjaciel wykończył Johna i dzięki nam wyspa będzie bezpieczna. – dumnie powiedziała Nami.
- Sam bym go wykończył, ale wiedziałem że Sanji da radę, więc nie było potrzeby brudzić sobie rąk.
- Skąd wiesz jak nazywa się...
- Wasz pokładowy kucharz? Powiedzmy że po prostu wiem. Chcecie się dowiedzieć co z waszymi przyjaciółmi?
-Tak – powiedzieli wszyscy naraz.
- Jeśli są słabi to już możecie ich wykreślić z listy żywych, ale jeżeli są bardzo silni, to z pewnością żyją i całkiem prawdopodobne, że podczas Zjednoczenia się z nimi spotkacie.
- Jakiego zjednoczenia? – zapytała zaszokowana Nami.
- Jeśli dalej będziecie drążyć ten temat to z pewnością zostaniecie usunięci jak śmieci, więc radzę wam spokojnie czekać, bo nic nie możecie zrobić.
- Nie będziemy stali w miejscu, gdy naszym kompanom grozi niebezpieczeństwo. – powiedziała zezłoszczona sugestią starca nawigatorka.
- W takim razie gińcie!
Cała trójka momentalnie przygotowała się do ataku, jednak Kuroda po prostu zniknął.