Drożdżówki
Ten temat nie posiada streszczenia.
Aktualnie ten wątek przeglądają: 1 gości
Subskrybuj ten wątek Odpowiedź
Jolly

Legendarny pierwszy oficer

Licznik postów: 1,506

Jolly, 02-04-2009, 23:04
Nie jestem dobra w pisaniu, ale czasem lubię coś szkrabnąć. Jestem otwarta na wszelką krytykę.

Zawiera spoilery.

-------------

Wyspa snów?

Gdzieś na Grand Line.

„Całkiem ładny dzień” – pomyślała Nami, wychodząc niespiesznie z kajuty. Bezchmurne niebo roztaczało się leniwie nad bezkresnym oceanem, mieniącym się ciepłymi barwami porannego słońca. Odruchowo spojrzała na Log Pose i sprawdziła kierunek. Noc była nadzwyczaj spokojna, więc nie zboczyli zbytnio z kursu. Z zamiarem skorygowania kierunku podróży przemierzała rześkim krokiem pokład, rozglądając się. Zoro jak zwykle drzemał na bocianim gnieździe. Z kuchni dolatywały ją okrzyki wygłodzonego Luffy’ego, który, nie mogąc już posilać się w nocy, z wilczym apetytem żądał śniadania. Zapowiadał się kolejny, spokojny dzień.
- Nami-chwaaaan! Robin-swaaaaan! Śniadanie gotowe! – zawołał Sanji z miłosnym entuzjazmem akurat, gdy Nami ustawiała ster. Wróciła na pokład i ruszyła spokojnie ku jadalni, kiedy usłyszała wrzask mew.
- Chłopaki! Chyba zbliżamy się do wyspy! – zawołała wesoło.
Luffy’emu dwa razy nie trzeba było powtarzać. Wybiegł na pokład z talerzem pełnym jedzenia i z entuzjazmem zaczął wypatrywać suchego lądu.
- Co? Wyspa?! Przygoda! Nowa przygoda! Wyspa! Wyspa! Wyyyspaaa~~! – Jednak mimo że powietrze było czyste i przejrzyste, nie mógł nic dostrzec.
- Zoro! Zooorooo!! Widzisz coś?! – wrzasnął na szermierza, nie czekał jednak na odpowiedź, tylko rozciągnął swoją gumową rękę i po chwili znalazł się obok niego.
- Nami, jesteś pewna, że zbliżamy się do wyspy?! Nic nie widzę!
- Na pewno, kretynie! Pewnie jesteśmy jeszcze zbyt daleko!
- Hę? – Zoro uniósł leniwie jedną powiekę i zobaczył kapitana. – Co się dzieje?
- Dopływamy do wyspy! Wstawaj! – Luffy wyszczerzył zęby w usmiechu i zeskoczył na pokład. – Zdążę skończyć śniadanie, zanim dopłyniemy? – zapytał Nami, przeżuwając ostatnie kęsy wyniesionego z jadalni jedzenia.
- Pewnie. Drugie śniadanie też.
- Świetnie! – rzucił i popędził z powrotem do stołu.
Nami ponownie rzuciła okiem na Log Pose i powiodła wzrokiem we wskazanym przez przyrząd kierunku. Już miała podążyć za Luffy’m, gdy zauważyła delikatne drgania powietrza. „Miraż?” – przemknęło jej przez myśl. Wpatrzyła się uważnie w przestrzeń przed nią, jednak nie potrafiła odróżnić żadnego kształtu. Miała jednak przeczucie, że są dużo bliżej wyspy, niż im się wydaje.
- Sanji, przygotuj nam prowiant! Niedługo zejdziemy na wyspę! – usłyszała, wchodząc do jadalni. Wszyscy już się tam zebrali.
- Naprawdę zbliżamy się do wyspy? – zapytała spokojnie Robin, widząc zamyśloną twarz nawigatorki.
Nami skinęła głową. Nie wiedziała, czy powiedzieć im o swoich obawach. Miała wrażenie, że z tą wyspą jest coś nie tak. Nie miała jednak żadnych racjonalnych argumentów, ba, nie miała żadnych argumentów poza owym złudzeniem optycznym, które przed chwilą zaobserwowała.
- Biorąc pod uwagę pogodę, to pewnie wyspa wiosenna – powiedziała po chwili. – Ciekawe jak długo zajmie ustawienie Log Pose...
- Kogo to obchodzi! – Luffy był jak zwykle wyraźnie podekscytowany perspektywą nowej przygody. Mogłoby się wydawać, że wzmogło to jego apetyt, bo jadł za pięciu. Jednak w przypadku kapitana to norma. Jak zwykle, ku ogólnej irytacji, podkradał najlepsze kąski.
Nami jednak nie podzielała jego entuzjazmu. Wzięła parę łyków kawy i szybko wróciła na pokład. Wkrótce potem dołączyła do niej Robin.
- Wszystko w porządku, panno Nawigator?
Dziewczyna westchnęła i oparła się o burtę. Lekkim skinieniem głowy wskazała w kierunku wyspy. Drgania były nieco wyraźniejsze.
- Teoretycznie miraż to pozornie bliski obraz bardzo odległego obiektu, jednak mam przeczucie, że to nie jest zwykła fatamorgana. W końcu... na Grand Line można spodziewać się wszystkiego, prawda? – wyraźnie szukała poparcia u towarzyszki. Ta bez słowa wpatrywała się w drgające cząsteczki powietrza.
- Czytałam kiedyś o pewnej wyspie – zaczęła Robin z typowym dla siebie opanowaniem – która przysparza żeglarzom niemałych problemów. Ma własne pole magnetyczne, jak każda inna, więc można do niej dotrzeć, kierując się Log Pose. Jednak podobno nikt nie dopłynął do jej brzegów szczęśliwie, bowiem... nie widać jej. Statki rozbijały się na skalistych brzegach i właściwie nikt nie przeżył, by potwierdzić istnienie Niewidzialnej Wyspy, dlatego pozostaje ona w sferze mitów.
- Niewidzialnej Wyspy? – Nami była już wyraźnie zaniepokojona. – Sądzisz, że ta wyspa... istnieje?
- Dopóki nikt nie dostarczy naukowych dowodów, że owa wyspa nie istnieje, nie można tego wykluczyć. Sama powiedziałaś, że na Grand Line można spodziewać się wszystkiego.
- Myślisz, że ten miraż ma z tym coś wspólnego?
- Teoretycznie rzecz biorąc, każdy obiekt materialny ma inną gęstość niż powietrze, a co za tym idzie – inny współczynnik załamania światła. Nawet jeśli jest niewidzialny. Skoro miraż powstaje właśnie w wyniku załamania światła w różnych ośrodkach, to istnieje możliwość, że jednak można ją zobaczyć. Musimy być bardzo ostrożni...
- Racja... – powiedziała powoli Nami. Po chwili zastanowienia zawołała – Hej! Chłopaki! Chodźcie tu!
- Widać już wyspę? – zapytał zniecierpliwiony Luffy, kiedy wraz z resztą załogi pojawił się na pokładzie.
- Jeszcze nie. Ale musimy zwinąć żagiel – odpowiedziała ze zdecydowaniem Nami.
- Coooo?!! Przecież płyniemy do wyspy!
- Nie marudź, kretynie, tylko słuchaj Nami-chan! – Sanji wrzasnął na swojego kapitana, wymierzając mu solidnego kopniaka. – Już się robi, Nami-chwaaan!! – wykrzyknął i niesiony swoim uwielbieniem dla uroczej nawigatorki w mgnieniu oka wspiął się na maszt.
Wkrótce statek począł dryfować po spokojnym morzu, zgodnie z kierunkiem wskazywanym przez igłę Log Pose. Luffy siedział na swoim ulubionym miejscu na dziobie i wpatrywał się znudzony przed siebie. Nie śmiał jednak negować decyzji Nami. W chwili, gdy chciał już iść do kuchni po jakąś przekąskę, statek trafił na mieliznę i niewiele brakowało, by chłopak wpadł do morza. Wszyscy poczuli nagły wstrząs i ponownie zgromadzili się na pokładzie. Nawet Zoro przestał drzemać i do nich dołączył.
- Co to było? – zapytał szermierz, wyraźnie niezadowolony, że coś przerwało mu sen.
- Thousand Sunny utknął na mieliźnie – stwierdziła nawigatorka, wpatrując się w powietrze. Drgania zniknęły. – Sanji-kun, weź Mini Merry i sprawdź, czy to coś poważnego.
- Tak jest, Nami-chwaaan!
- Ja też popłynę! Ja też! – Luffy wyraźnie się ożywił na tę myśl.
- Siedź na tyłku, kotwico – warknął Sanji. Nawigatorka jemu wyznaczyła tę misję, więc sam ją wypełni.
Jednak kucharz nie dopłynął daleko. W krótce stateczek także ugrzązł. Sanji próbował odepchnąć się od dna, by uwolnić Mini Merry, jednak w momencie, gdy go dotknął, musiał przetrzeć oczy ze zdumienia. Przed nim rozpościerała się ogromna, zielona wyspa! Wyjął rękę z morza i odwrócił się ku Thousand Sunny, by obwieścić reszcie załogi swoje zadziwiające odkrycie, jednak wyspa zniknęła. Zdziwiony zanurzył dłoń ponownie i wymacał dno. Wyspa znowu się pojawiła. Sanji postanowił jak najszybciej wrócić na statek, by o tym wszystkim opowiedzieć towarzyszom.
Robin i Nami nie były zdziwione, słysząc opowiadanie kuka. Luffy słysząc o tej dziwnej wyspie, nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie zejdą na ląd. Zoro jak zwykle pozostał obojętny, a Usopp, jak to Usopp, zaczął swoją mantrę o „chorobie niemożności zejścia na tę wyspę”. Franky był niemal tak samo zachwycony jak kapitan, a Chopper nie wiedział, co jest silniejsze – strach czy ciekawość.
- Yohohohoho! Będzie ciekawie! Chcę zobaczyć tę wyspę na własne oczy! Ale przecież... ja nie mam oczu! Yohohohoho! Skull joke!
Luffy nie potrafił już dłużej wysiedzieć na statku. Wskoczył do Mini Merry i, gdyby nie szybka reakcja Sanji’ego, popłynąłby ku wyspie, nie czekając na resztę. Wkrótce wszyscy (oprócz Zora, który został pilnować statku, a może raczej – kontynuować drzemkę) zeszli na wyspę.
Widok rzeczywiście był niesamowity. Wylądowali na rozległej piaszczystej plaży usianej mnóstwem muszli i bursztynów. W oddali majaczył stromy, skalisty brzeg.
- Mieliśmy niesamowite szczęście. Gdybyśmy tam wylądowali, statek rozsypałby się w drzazgi, a my skończylibyśmy jako pokarm dla rybek – zawołał zdumiony Franky. Najwidoczniej nie był jeszcze przyzwyczajony do szczęścia, jakie zawsze towarzyszy załodze Słomianych Kapeluszy.
Przed nimi rozciągał się gęsty las, który, mimo że spowity mrokiem, nie wyglądał groźnie. Piraci raźnie ruszyli na poznanie wyspy. Wędrówka była nadspodziewanie długa. Luffy zdążył tak zgłodnieć, iż nie dość, że pochłonął już swój nader obfity prowiant, to jeszcze próbował zwędzić jedzenie Usoppa. Jak zwykle w takich sytuacjach wywiązała się żywiołowa sprzeczka. Kłótnia ucichła, gdy usłyszeli jakieś odgłosy z naprzeciwka. Dróżką podążała w ich stronę grupa trzech dość niewybrednie ubranych ludzi. Jeden z mężczyzn miał na sobie pomarańczowy frak w czerwone groszki, a na czubku głowy pokrytej gęstą szczeciną tkwił przekrzywiony czerwony melonik. Drugi mężczyzna był ubrany w obszerną purpurową szatę, po której spływała długa zielona broda. Ich towarzysz, pozostający nieco z tyłu, dreptał nieuważnie, potrząsając przy tym pokaźnym żabotem swojej śnieżnobiałej koszuli. Nie zwracał uwagi na otoczenie, skupiając się jedynie na tasowaniu kart. Na widok piratów dwaj mężczyźni zatrzymali się, w skutek czego karciarz wpadł na brodacza i wypuścił karty z rąk. Zaklął pod nosem.
- Kim jesteście? – zapytał człowiek we fraku.
- Jesteśmy piratami. Przypłynęliśmy tu całk... – Luffy nie zdążył skończyć, bo karciarz wszedł mu w zdanie.
- Jak to „przypłynęliście”? Tutaj nie da się przypłynąć! – wykrzyknął przerażony i zbladł tak bardzo, że jego twarz była niemal tak biała, jak jego koszula.
- Głupi. Da się przecież – powiedział spokojnie brodacz. – Nie słyszałeś o tamtym gościu?
Karciarz spuścił głowę.
- Nazywam się Murasaki. To Orenji i Shiro – wskazał na towarzyszy. - Witajcie na Wyspie Housha.
Po wymianie uprzejmości dziwne trio zaprowadziło załogę Thousand Sunny do pobliskiego miasta. Piraci nie mogli oczu nadziwić mnogością kolorów, różnorodnością strojów, bogactwem ozdób, a Sanji – ilością kobiet.
- To jest raj na ziemi! – wykrzyknął i popędził bez opamiętania poznawać tubylcze wdzięki.
- Powinniśmy się trzymać razem – jęknęła Nami, widząc, jak kuk znika w wielobarwnym tłumie.
- Zaprowadzimy was do gajgera – zarządcy miasta.
Przeciskali się przez zatłoczone ulice, aż dotarli do wielkiego jaskrawozielonego budynku. Wnętrze było równie zielone jak fasada. Przemierzali długie korytarze, zaciskając oczy, by nie patrzeć na te oślepiająco zielone ściany. Wreszcie stanęli przed masywnymi ołowianymi drzwiami.
Weszli do biura gajgera. Po niekończących się jaskrawozielonych ścianach, rażąca biel wnętrza wydawała się kojąca. Za ołowianym biurkiem siedział gruby karzeł w starannie skrojonym żółtym garniturze.
- Kiiro-sama, przybysze z zewnątrz – zapowiedział ich Murasaki.
- Z zewnątrz? Z którego miasta? – gajger przyglądał im się z zaciekawieniem.
- Spoza wyspy.
Gajgerowi szczęka opadła z wrażenia.
- Jakim cudem się nie rozbiliście?
- Mieliśmy szczęście – stwierdził Luffy z szerokim uśmiechem na ustach.
W tym momencie drzwi biura otworzyły się i wszedł zdezorientowany Sanji. Nami odczuła wyraźną ulgę.
- Niech nam pan opowie coś o tej wyspie – poprosiła Robin. – Dotychczas Niewidzialna Wyspa była jedynie legendą, jednak skoro już tu jestem, chciałabym dowiedzieć się o niej jak najwięcej.
- Właściwie nie ma co opowiadać – zaczął gajger. – Jesteśmy samowystarczalni, nikt nas nie odwiedza, nikt nas nie najeżdża. Wiedziemy tu sobie spokojne życie odcięci od świata już od paru setek lat. Ci wszyscy, którzy próbują stąd wypłynąć, zazwyczaj rozbijają się na skalistych wybrzeżach. Podobnie rzecz się ma do przybyszów z zewnątrz. To chyba najbardziej niedostępna wyspa na świecie.
- Ale jednak da się tu przypłynąć, a my nie jesteśmy tu pierwsi – stwierdziła rzeczowo pani archeolog.
- Ma pani rację – Kiiro zamyślił się na moment. Po chwili kontynuował – Tak... Mieliśmy tu kiedyś gości z zewnątrz... Dziwni ludzie...
- Co ma pan na myśli?
- Mówili, że są piratami i szukają wielkiego skarbu... Pytałem, czy chodzi im o nasze skały, ale powiedzieli, że nie obchodzą ich jakieś tam kamyczki...
- Pewnie szukali One Piece! – wtrącił się Luffy. – To przecież jest największe marzenie każdego prawdziwego pirata!
- Rzeczywiście, wspominali coś o tym. Jednak żaden z nich nie potrafił nam powiedzieć, co to właściwie jest.
- O jakie skały panu chodzi? – Robin wyglądała na wyraźnie zainteresowaną tym tematem.
- O kamienie Housha, oczywiście. To od nich nasza wyspa wzięła swoją nazwę.
- Kamienie Housha? Nigdy o czymś takim nie słyszałam.
- Kamienie Housha mają niespotykane właściwości...
- Jak Kairoseki? – wtrącił się Chopper.
- Nasi naukowcy przypuszczają, że Housha i Kairoseki mają podobne pochodzenie geologiczne. Wciąż trwają prace nad ustaleniem różnic w składzie obu minerałów.
- A co właściwie dają te kamyczki? – zapytał Franky.
- Kamienie te pozwalają stać się niewidzialnym.
- Niewidzialnym?! – wykrzyknął Sanji. Jego marzenie jednak nie jest nie do spełnienia. Owszem, nie może już posiąść mocy owocu suke suke, ale może mieć coś, co nie dość, że pozwoli mu zdobyć podobne zdolności nie będąc wrażliwym na właściwości Kairoseki.
- Tak. Niewidzialnym.
- Czy kamienie Housha działają jak Kairoseki? Również przez dotyk człowiek odczuwa ich właściwości?
- Tak. Cała wyspa jest częściowo zbudowana z Housha. Dlatego tylko dotykając wyspy, można ją zobaczyć.
- Przypuszczam, że używanie tych kamieni ma jakieś efekty uboczne, prawda? – Robin drążyła temat.
- Ma pani rację – przytaknął gajger. – Zbyt częste używanie kamieni ma daleko idące konsekwencje. Najczęściej kończy się jedynie trwałymi zmianami skórnymi i pogorszeniem zdrowia... Pozostają bardzo szpetne blizny...
- ...szpetne... blizny... – jęknął kuk. Najwidoczniej cudowne kamienie przestały być aż tak cudowne, jak mu się wydawało.
- ...W najgorszych przypadkach kończy się chorobą psychiczną i impotencją.
- ...impotencją...!? – tego już Sanji znieść nie mógł. Jego marzenia legły w gruzach.
- Dość przynudzania... Chodźmy pozwiedzać! – Typowa nadpobudliwość Luffy’ego powróciła. – Głodny jestem...
Pożegnali się więc z Kiiro-sama i umówili się, że zostaną na wyspie 3 godziny potrzebne na ustawienie Log Pose i wypłyną w dalszą podróż. Luffy, Usopp i Franky ruszyli na poszukiwanie miejsca, w którym mogliby napełnić żołądki. Robin i Chopper poszli do księgarni, Sanji – na targ, uzupełnić zapasy. Nami właściwie nie miała pomysłu, jak spędzić czas na wyspie. Bezmyślnie ruszyła przed siebie.
Nie zauważyła nawet, kiedy znalazła się na peryferiach miasta. Widok był nieciekawy. W porównaniu z tętniącym życiem centrum pełnym urodziwych kobiet, ta część miasta wyglądała jak cmentarz pełen niepogrzebanych trupów. Z obrzydzeniem patrzyła na zdeformowane ciała mężczyzn wijących się w bolesnych konwulsjach, ludzi o okropnie oszpeconych twarzach, dzieci-mutanty i inne upośledzone istoty. Chciała jak najszybciej opuścić to przygnębiające miejsce. Szybkim krokiem skierowała się poza miasto.
Wkrótce ponownie znalazła się w lesie. Odetchnęła z ulgą. Mimo że była sama na nieznanym sobie terenie, czuła się bezpiecznie. Szła beztrosko ścieżką otoczoną gęstymi drzewami, gdy niespodziewanie wyszła na skąpaną w słońcu polanę. Nami stanęła oko w oko z grupką mężczyzn zgromadzonych u wejścia do jaskini. Nie zauważyli jej, byli bowiem bardzo zaangażowani w cichą dyskusję.
- ...już tu dłużej nie wytrzymam – syknął jeden z nich. – Ta wyspa to piekło na ziemi! Wszędzie same baby, baby, baby! Zwariować można!
- Ale przecież nie możemy wypłynąć! Rozbijemy się!
Rozmowa wyraźnie się ożywiła, mężczyźni przestali szeptać.
- Nie rozbijemy się! Jakoś oni tu przypłynęli! Zresztą! Niektórym już się udało! Na pewno teraz wiodą sobie szczęśliwe życie w Królestwie Kamabakka! Nam też się uda!
Wystąpienie to spotkało się z aprobatą zebranych.
- Dosyć banicji!
Mężczyźni poderwali się w ekstatycznym amoku i już mieli ruszyć na podbój Grand Line, ku swojej ziemi obiecanej, jakiegoś tam Królestwa Kamabakka, gdy zauważyli Nami. Na chwilę zastygli w bezruchu.
- Ty... ty jesteś jedną z tych spoza wyspy! – zawołał jeden z nich.
W jednym momencie wszyscy doskoczyli do dziewczyny i zaczęli się przekrzykiwać. Przez chwilę Nami próbowała ich jakoś uciszyć, ale w końcu nie wytrzymała i wrzasnęła:
- Cisza!!!!
Poskutkowało od razu.
- Teraz po kolei. Czego chcecie?
- Pomóż nam wydostać się z tego piekła! – zawołał jeden z nich.
Teraz, kiedy się uspokoili, mogła się im bliżej przyjrzeć. Byli ubrani równie nietypowo jak mieszkańcy miasta. Dodatkowo przyjęli przekomiczne pozy, które coś Nami przypominały, jednak w tym zamieszaniu nie mogła skojarzyć, co. Próbowała pozbierać myśli.
- Czemu niby miałabym wam pomagać? – zapytała ze złowieszczym błyskiem w oku.
Mężczyźni spojrzeli po sobie. Żaden nie potrafił znaleźć sensownej odpowiedzi.
- Zapłacimy ci? – wydusił wreszcie któryś z desperatów, nie wierząc właściwie, że uda im się nakłonić do czegokolwiek przybyszkę przy pomocy pieniędzy.
- Okej! To was wyniesie jakieś... 100 000 000 beri.
- Ileee?!
- Jeżeli to nasze jedyne wyjście... to może jednak powinniśmy zapłacić?
- Ale przecież nie mamy tyle pieniędzy! Mamy tylko to, co nam zostało po zakupie statku.
- No to szukajcie pomocy u kogo innego – Nami nie zamierzała tracić czasu pomagając jakimś dziwnym ludziom, którzy na dodatek nie są w stanie jej za to zapłacić. Odwróciła się na pięcie i ruszyła w drogę powrotną do miasta, kiedy jeden z chwycił ją za nadgarstek.
- Poczekaj.
- Puszczaj!
- Nie odwracaj się od nas. Zdobędziemy te pieniądze. Okama się nigdy nie poddaje!
- O-okama?
Nikt jednak nie zwracał na nią uwagi. Ich ekstatyczny optymizm powrócił, przynosząc ze sobą falę gorączkowych okrzyków. Nami westchnęła zrezygnowana. Z tymi wariatami się w życiu nie dogada. Nie zwracając na nich uwagi ruszyła do miasta. Nie uszła jednak nawet dwudziestu kroków, kiedy uświadomili sobie, że odchodzi i dołączyli do niej.
Kiedy wreszcie opuścili las i wcisnęli się w zatłoczone ulice, Nami zdała sobie sprawę, że niedługo mija umówiony czas. Próbowała spławić towarzyszących jej okamów, jednak nie chcieli się od niej odczepić. Nalegali, by udała się z nimi na ich statek i pomogła im wypłynąć. Nawigatorka jednak zdecydowała, że najpierw musi wrócić na Thousand Sunny.
Gdy już dotarła do miejsca, gdzie zarzucili kotwicę, wszyscy już tam byli. Musiała się dużo spóźnić, skoro nawet Zoro zdążył odnaleźć drogę do statku. Nie zdążyła nawet się odezwać, kiedy usłyszała jęk Sanjiego.
- Nami-chan... kim oni są? – W jego głosie ewidentnie słychać było zazdrość.
- Jaki z ciebie przystojniak – zagadnął jeden z okamów i puścił oczko do kuka.
- Masz takie cudownie dłuugie nooogi – dodał kolejny z lubieżnym uśmiechem.
- Nami-chan... co tu się dzieje...? – Sanji asekuracyjnie zrobił krok w tył.
Towarzysze Nami postąpili ku niemu o krok. Kucharz ponownie się cofnął. Obejrzał się za siebie. Za nim rozciągała się długa plaża. Tubylcy chyba tylko na to czekali. Rzucili się ku niemu jak jeden mąż, przekrzykując się wzajemnie.
- Cukiereczku mój!
- Przystojniaczku!
- Blondasku cudowny!
Uciekając, Sanji nie omieszkał podziękować w duchu Zeffowi, bo to dzięki jego treningowi miał teraz ponadprzeciętnie potężne nogi i mógł uciec. Jednak pościg był tuż za nim. A biegł najszybciej, jak potrafił...
Tymczasem reszta załogi poczyniła przygotowania do wypłynięcia. Właściwie czekali tylko na Sanjiego. Ale kuka ani widu, ani słychu.
- Zostawmy tego lowelasa, wreszcie ktoś go pokochał – ironizował Zoro.
- Kto nam będzie wtedy gotował, kretynie? – warknął Usopp.
- Sanji... głodny jestem... – Luffy postękiwał cicho, opierając się i wpatrując bez nadziei w kierunku, w którym pobiegł kucharz.
- Poooodniieeeeściieee kooootwiiiicęęę! – dało się słyszeć z oddali. – Poooodniieeeścieee koootwiiiiicęęę!
- Sanji!
- Podnieść kotwicę – zarządziła Nami. – Żagiel na maszt. Wypływamy.
W chwili, gdy odbili od brzegu i wyspa zniknęła, na pokład wskoczył kuk. Padł jak długi i zaczął cicho powtarzać:
- ...piekło... ta wyspa... to piekło...

***

Jakiś czas później.
Wyspa Momoiro.


Wyspa snów, Momoiro, podobnie jak Amazon Lily właściwie pozostaje w sferze mitów i legend. To tutaj, na lądzie różowej flory i fauny, w Królestwie Kamabakka, mieszkają ci o sercach niewieścich...
- Zaczekaj!
- Stój!
Sanji uciekał tak szybko, jak tylko mógł, ile miał sił w nogach, ile tchu w piersi.
- Znooooooooowuuuuuu teeeeen kooooooszmaaaaaarrr!!
cookie1417

Pirat

Licznik postów: 42

cookie1417, 03-04-2009, 01:37
Hahaha, Sajni ma niezłego pecha. :rotfl: A fanfick zapowiada się całkiem ciekawie, styl dobry. Big Grin

Naj: Fanfik, nie fanfick! Błagam CięTongue
Najuch

Imperator

Licznik postów: 2,656

Najuch, 03-04-2009, 03:43
Dobra pora na komentarz : ANBYLIWYBYL.
Niesamowity fik po prostu. Genialny, świetny, wciągający i totalnie czaderski!
Styl jest okej, nie uprzykrza czytania, ale jaki pomysł! Pomysł na wyspę tak wypaśny, że nie powstydziłby się go Oda. Największa chyba zaleta tego fika. Ogólnie reakcje Sanji'ego są tutaj wyśmienite po prostu. Pomysł, że takich rzeczy jak Kariouseki jest więcej po prostu wgniata w ziemię... Można z tego zrobić niezły wypasTongue
Sama analogia do Kamabakka po prostu cudowna. Zaznacz, że to spoiler, lepiej, bo ludzie nie skumają o co biega.
Kapitalna jednoczęściówka! Pokazałaś, że bez walk i akcji( i nie będąc Vampircią) można stworzyć cudo i majstersztyk. Naładowane wypaśnymi pomysłami do tego.
Liczę na znacznie więcej od CiebieSmile

(Szkoda, że nie ma Twojego wieku w profilu, bo chciałbym wiedzieć ile trzeba mieć lat, żeby mieć takie pomysłySmile)
Włóczykij

Super świeżak

Licznik postów: 242

Włóczykij, 03-04-2009, 11:43
Dobre, troszkę słabe na początku ale finał świetny Big Grin ach i jeszcze to:

Cytat:- Nami-chwaaaan! Robin-swaaaaan! Śniadanie gotowe! – zawołał Sanji z miłosnym entuzjazmem akurat, gdy Nami ustawiała ster. Wróciła na pokład i ruszyła spokojnie ku jadalni, kiedy usłyszała wrzask mew.
- Chłopaki! Chyba zbliżamy się do wyspy! – zawołała wesoło.
Luffy’emu dwa razy nie trzeba było powtarzać. Wybiegł na pokład z talerzem pełnym jedzenia i z entuzjazmem zaczął wypatrywać suchego lądu.

Po pierwsze to jest Nami-swaaaaaaan i Robin-chwaaaaaaaan, a po drugie zastąp czymś ten entuzjazm bo troszkę mnie gryzie w oczy to, nie wiem czy innych ale mnie tak Big Grin
Jolly

Legendarny pierwszy oficer

Licznik postów: 1,506

Jolly, 03-04-2009, 17:38
Dziękuję za te pozytywne opinie.

Naj, spoiler jest zaznaczony. Może i mało widoczny, ale jednak. I nie licz na za wiele ode mnie, bo mimo wszystko krytycznie podchodzę do swoich umiejętności pisarskich, więc rzadko piszę. A co do mojego wieku. W tym roku skończę dziewiętnaście. Ale myślę, że nie od wieku to zależy. Mi się po prostu
Spoiler

przejadł Mr. 2 i Emporio Ivankov w mandze

i musiałam jakoś wyładować agresję ;) No i mam dosyć fizyki jądrowej ^^u

Włóczykiju, Sanji (przynajmniej dla mnie) jest bardzo drażniący i nawet jeśli tutaj przesadziłam, to myślę, że niewiele.
xxx

Wilk morski

Licznik postów: 83

xxx, 06-04-2009, 22:49
jolly-roger napisał(a):krytycznie podchodzę do swoich umiejętności pisarskich, więc rzadko piszę


A to źle. Powinnaś bardziej ufać w swoje umiejętności, bo jak na razie to wychodzi ci całkiem dobrze. Ja także pierwszy raz umieściłam swoje opowiadanie w internecie, co zachęciło mnie do dalszej pracy. Im więcej będziesz pisać, tym będziesz w tym lepsza. Muszę powiedzieć ci, że pierwszy rozdział wyszedł o wiele lepiej i ciekawiej niż u mnie. Czekam na dalsze owoce twojej pracy i bardziej pozytywne nastawienie :] . No i nie bać się krytyki, bo ona często otwiera oczy na istotne szczegóły o których się zapomina, lub nie zwraca na nie uwagi Tongue .
Picia000123

Kapitan z paradise

Licznik postów: 314

Picia000123, 06-04-2009, 23:01
Bardzo fajny fanfik, szkoda tylko że Sanji ma tak w plecy, chociaż to nie moja ulubiona postać.
Jolly

Legendarny pierwszy oficer

Licznik postów: 1,506

Jolly, 12-06-2009, 23:56
Niech będzie, że zaś coś napisałam.

Od razu zaznaczam - nie potrafię opisywać akcji.

Podziękowania dla Xatona :padam: (miszczu! mózgu! Big Grin) i dla Chmielcia :padam:
Czytacie na własną odpowiedzialność.
___________________________________

Gówniany dzień

- Nie, znowu nie tak!
Chopper miał już dość. Cały czas gdzieś popełniał błąd, nie potrafił jednak dociec, z czego on wynika. Próbował już chyba wszystkiego.
Od dłuższego czasu bardzo poważnie myślał o tym, co ich czeka po drugiej stronie Red Line. Po przygodzie na przerażającym Thriller Bark miał świadomość, że w Nowym Świecie spotkają wielu potężnych piratów i (co było jeszcze bardziej prawdopodobne) wielu równie potężnych żołnierzy Marynarki. Młodego renifera dręczyła myśl, że jest zbyt słaby. Czasem dochodził do bardzo ponurych wniosków, że wcale nie pomaga reszcie załogi, a w najtrudniejszych momentach wręcz zawadza. Chopper miał świadomość, że w obliczu tych wszystkich niebezpieczeństw, jakie czekają ich w Nowym Świecie, siła i determinacja Luffy’ego mogą nie wystarczyć.
Właśnie z tego powodu Chopper już od dwóch tygodni prawie wcale nie wychodził ze swojej kajuty. Nieprzerwanie szukał sposobu, by stać się silniejszym, wytrzymalszym i szybszym. W jego mniemaniu owym sposobem było ulepszenie Rumble Ball. Początkowo to, co chciał osiągnąć, wydawało mu się nierealne. Ale… skoro dla Luffy’ego nie ma rzeczy niemożliwych, więc i on zmusił się do uwierzenia, że może mu się udać.
Postawił sobie klarowny cel – uzyskać takie Rumble Ball, które pozwoli mu osiągać formę, którą obecnie dają mu trzy dawki narkotyku i, co najważniejsze, kontrolować wtedy swoje poczynania. Tylko w pełni świadomy mógłby maksymalnie wykorzystać możliwości, jakie daje mu Monster Point. Nie dbał o to, że jego organizm może nie wytrzymać takiej dawki medykamentu. Musiał stać się silniejszy za wszelką cenę.
Jednak jego badania po raz kolejny skończyły się fiaskiem. Chopper nie potrafił dociec, który ze składników Rumble Ball jest odpowiedzialny za stymulację aktywności mózgu. Co rusz przygotowywał nową mieszaninę specyfików, jednak jedyne, co otrzymywał, to jedno wielkie NIC.
Po pierwszej nieudanej próbie przygotował sobie sporych rozmiarów zlewkę, by służyła jako śmietnik. Wylądował tam już bielusieńki proszek cuchnący zgniłymi jajami; i gęsta, oleista ciecz obrzydliwie śmierdząca fekaliami; i kryształki o zapachu amoniaku; i purpurowa mikstura, która o mało co nie wypaliła dziury w probówce; i pachnący popiołem przezroczysty płyn; i odpychająca breja jakiejś czarnej substancji; i wiele innych produktów nieudanych reakcji.
Chopper westchnął cicho. Do wypełniających zlewkę odpadów miała za chwilę dołączyć perlista maź o przyjemnym zapachu wanilii. Doktor powoli tracił wiarę. W jego oczach próżno byłoby szukać tego dawnego radosnego błysku. Teraz kryjący się tam smutek wypierała powoli rozpacz.
Renifer westchnął ponownie i ostrożnie podniósł probówkę z perlistą mazią. Nie zastanawiał się długo i pewnym ruchem przelał zawartość do zlewki, a następnie wrzucił naczynie do pojemnika z zużytym sprzętem.
Usłyszał bulgotanie i zamarł, w przerażeniu wpatrując się w odpady. Tak bardzo skupił się na swoich badaniach, że zaniechał najważniejszych środków bezpieczeństwa! Bezmyślnie łączył te wszystkie otrzymane substancje i na myśl mu nie przyszło, że mogą przecież wejść z sobą w reakcje. A teraz ta mieszanina wrzała wściekle, żarząc się coraz jaśniej.
- Wybuchnie! – ryknął Chopper.
Nie wiele myśląc, złapał menzurkę i wyleciał z kajuty jak z procy, by jak najszybciej wylać bulgocącą ciecz do oceanu. Zwinnie zeskoczył ze schodków i wpadł między należące do Nami drzewka pomarańczowe… i runął jak długi, potykając się na wyciągniętych nogach pogrążonego w twardym śnie Zora. Szklane naczynie wypadło Chopperowi z rąk i upadło z trzaskiem pół metra dalej, rozbijając się w drobny mak. Wrząca ciecz rozlała się po porośniętym trawą pokładzie i powoli wsiąknęła w cienką warstwę gleby.
Przez cały czas Chopper wpatrywał się w substancję, modląc się, by nie wybuchła. Na szczęście jednak maź wkrótce wniknęła całkowicie, pozostawiając na trawie jedynie białawy nalot. Doktor odetchnął z ulgą.
Podniósł się i otrzepał futerko. Powoli odwrócił się i już miał wracać do kajuty, kiedy zatrzymał go wzrok Nami.
Zoro otworzył jedno oko i ocenił sytuację. Najwyraźniej nie widział powodu, by przerywać drzemkę, bo jedynie ziewnął potężnie i powtórnie oddał się swojemu ulubionemu zajęciu.
Spojrzenie Nami ciskało błyskawice. Biedny Chopper skulił się i zmalał w sobie, nie mógł jednak uniknąć gniewu nawigatorki.
- P-p-p-posprzą-tam… - wyjąkał cicho, drżąc jak osika.
- NO JA MYŚLĘ!
„Chyba nie zauważyła, że coś wylałem…” – pomyślał Chopper z nadzieją. – „Oby tylko nic się nie stało jej pomarańczom… Wyrzuci mnie wtedy za burtę… Bez wątpienia…”
Wciąż śmiertelnie przerażony poszedł po narzędzia. Nami odprowadziła go nienawistnym spojrzeniem.
- Nami, co się tak złościsz? – zaczął Usopp i zerwał pomarańczę. - Przecież widziałaś, że nie zrobił tego spe… - urwał, widząc minę nawigatorki.
- JAK ŚMIESZ ZRYWAĆ MOJE POMARAŃCZE BEZ POZWOLENIA?! – wrzasnęła. Odetchnęła głęboko i dodała spokojniej - To cię będzie kosztować 100 000 beli.
- CO?! Przecież to tylko jeden owoc!
- Przymknijcie się. Spać nie można – warknął Zoro.
Nawigatorka jedynie prychnęła gniewnie, zadarła głowę i poszła sprawdzić, czy płyną zgodnie z kierunkiem wyznaczonym przez Log Pose.
- Bojciu… co za baba… - narzekał Usopp, obierając pomarańczę. Niedbale rzucał skórki na trawnik. – Powinniśmy znaleźć sobie inną nawigatorkę… - i wpakował sobie cały owoc do ust.
- Wypluj te słowa – powiedział Zoro, nie otwierając oczu.
- STFU!
Jak na zawołanie Usopp wypluwał niepołknięte resztki pomarańczy, wyklinając wściekle.
- OBRZYDLISTWO! – wrzeszczał na całe gardło. – I ONA KAŻE MI ZA TO PŁACIĆ?! STFU! NIE MA MOWY! STFU! DURNY BABSZTYL! STFU!
- UWAŻAJ, CO MÓWISZ, KRETYNIE!!!! – Sanji nie mógł nie bronić swojej uroczej Nami-swan. – NIKT CI NIE KAZAŁ JEŚĆ TEJ POMARAŃCZY!!
Kuk wyszedł na pokład i odpalił papierosa. Zmierzył plującego na wszystkie strony Usoppa i zmarszczył nos.
- Poza tym mógłbyś się umyć, bo śmierdzisz jak barani klocek.
- Pierwszy raz muszę się z tobą zgodzić, kuku – Zoro podniósł się z obrzydzeniem na twarzy. – Jak się zaraz nie wykąpiesz, Usopp, to ci zafunduję kąpiel w morzu.
- Ahahaha! – Luffy zataczał się ze śmiechu, ale jakimś cudem udało mu się dotrzeć do pomarańczarni. – Usopp, jedziesz gnojem na kilometr! Ahahaha!
- Yohohoho!
- Kąpałeś się w szambie, czy co? – Franky nie był jednak tak rozbawiony jak Luffy.
Usopp zrobił obrażoną minę i splunął potężnie… gnojem. Obrzydliwie cuchnąca breja wylądowała na pokładzie z nieprzyjemnym mlaskiem. Wszyscy zaniemówili. Jedynie Zoro pozostał niewzruszony.
- Dobra, Usopp, przegiąłeś. Nie dość, że rzucasz mięsem, to jeszcze plujesz gównem?
W chwili, gdy szermierz akurat wyrzucał śmierdzącego strzelca za burtę, do pomarańczarni wrócił Chopper.
- Zoro! – wrzasnął. – Co ty robisz?!
I już chciał się rzucić kompanowi na ratunek, gdy Robin (która pojawiła się ni stąd ni zowąd) chwyciła go delikatnie za kark.
- Przecież nie potrafisz pływać, Doktorze – odpowiedziała z miłym uśmiechem na zrozpaczoną minę renifera.
- Usopp nie jest kotwicą, da sobie radę – dodał Sanji, odpalając kolejnego papierosa i sprawnie formując kółko z dymu.
Luffy i Brook wyglądali za burtę, próbując zobaczyć, co się dzieje z Usoppem.
- Nie wypływa… - powiedział po chwili napiętej ciszy kościotrup.
- Kretyn – mruknął Zoro, zostawił swoje katany na statku i wskoczył do morza.
Nie musieli długo czekać. Wkrótce szermierz wynurzył się, taszcząc bezwładnego Usoppa. Snajper wypluł trochę wody i zaczerpnął głęboko powietrza.
Kiedy wyciągnęli go na pokład, wciąż jeszcze dyszał ciężko.
- Kąpiel nic nie dała. Dalej cuchniesz łajnem – orzekł Sanji, marszcząc noc. – Ale co to za szopka była? Żeby aż cię trzeba było ratować?
Usopp wziął jeszcze kilka głębokich oddechów.
- Co tu się dzieje? Coś się stało? – mówiąc to Nami rozglądała się podejrzliwie po oranżerii.
- Nie mogłem się ruszyć… Sparaliżowało mnie… - wysapał snajper Słomianych wpatrując się w pozostałych w przerażeniu.
- Jak to?
- Wygląda na to, że pomarańcza jakimś dziwnym trafem zadziałała niczym diabelski owoc – powiedziała spokojnie Robin, patrząc przyjaźnie na Choppera. – Prawda, panie Doktorze?
Renifer nie odpowiedział.
- Jak diabelski owoc?! COŚCIE ZROBILI MOIM POMARAŃCZOM?!
Nikt jednak nie zwrócił uwagi na gniew Nami. Wszyscy wpatrywali się w Usoppa.
- Z… zjadłem… d… diabelski… owoc…?
- Na to wygląda – powiedziała z uśmiechem Robin. – Najwyraźniej COŚ wywołało mutację pomarańczy.
Chopper spojrzał na nią nieśmiało.
- No to mamy kolejną moc owocu na pokładzie – Luffy wyszczerzył zęby.
- Taa… - przytaknął mu kuk. - Szkoda tylko, że tak śmierdzi…
- Ahahaha! Usopp zjadł owoc gnoju! – kapitan skręcał się ze śmiechu.
- Yohohoho!
Jednak nikomu innemu nie było do śmiechu. Zwłaszcza Usoppowi. Zaczęły ponosić go nerwy. Wkrótce nad całą oranżerią unosił się nieprzyjemny odór.
- Dungdiver… - wydyszał Usopp.
Nagle cała ziemia w pomarańczarni zamieniła się w gnój. Większość załogi uniknęła zapadnięcia się w łajnie – jedynie Chopper nie odskoczył i zanurzył się prawie po szyję. Luffy wisiał niczym małpa, trzymając się rękami masztu i ryczał ze śmiechu.
- Koe koe no mi… interesujące – nawet Robin nie potrafiła oprzeć się komizmowi sytuacji, w jakiej się znaleźli i uśmiechnęła się rozbawiona.
- Ja ci się pośmieję… - złorzeczył Usopp pod nosem. – Dung storm…
Potężne grudy łajna uniosły się, zawisły chwilę w powietrzu i wszystkie, jak jeden duch, z zawrotną szybkością wymierzyły w kapitana. Śmiech sparaliżował Luffy’ego. Nie zrobił nic, żeby uniknąć ataku. Po chwili ociekał gnojem, wciąż jednak nie przestawał rechotać. Jednak jedna wyjątkowo obrzydliwa breja gnoju trafiła go prosto w twarz, skutecznie odcinając mu dopływa tlenu i działając jak knebel. Zachłysnął się i połknął łajno, krzywiąc się straszliwie.
- Obrzydlistwo – splunął i ponownie zaczął się śmiać.
- Tak? – Usopp patrzył na niego złowieszczo, mamrocząc pod nosem niewyszukane obelgi. – A co powiesz na to? DUNG TWISTER!
Wypełniający oranżerię gnój zaczął wirować, formując powoli coś na kształt trąby powietrznej. Tornado z łajna przybierało na sile w zastraszającym tempie.
- Przestań!! Rozwalisz statek!! – wrzasnął Franky, jednak na próżno.
Tornado zaczynało wchłaniać drzewka pomarańczowe. Nami pisnęła przerażona.
- Moje… moje… drzewka… - zrozpaczona osunęłaby się na kolana, jednak Sanji wsparł ją silnym ramieniem.
- Dosyć tego.
Luffy przestał się śmiać. Usopp najwyraźniej miał zamiar zniszczyć statek, a na to kapitan pozwolić mu nie mógł. Przestało być śmiesznie, zrobiło się niebezpiecznie.
- Gomu gomu no... MUCHI!
Luffy najwyraźniej próbował zniszczyć twór Usoppa, jednak na prożno. Gdy jego noga zetknęła się z wirem, siła dośrodkowa wciągnęła go do środka.
- LUFFY! – Chopper, wciąż zakopany w łajnie, wpatrywał się z przerażeniem w ogromnych rozmiarów tornado.
- GYAAAAAAAAAAA!!!!!!!
- Nie panuję nad tym! Nie panuję już nad łajnem! – wrzasnął spanikowany Usopp.
- Trzeba coś zrobić, zanim to gówno rozwali nam statek – Zoro zacisnął zęby na rękojeści miecza.
- HYAKU-HACHI… POUNDO HOU!!!
Atak Zora nic jednak nie dał. Łajno wymknęło się spod kontroli i szerzyło spustoszenie na pokładzie Thousand Sunny.
- RAIN TEMPO!!
Lunęło. Intensywny deszcz powoli rozrzedzał gnój, aż w końcu całkiem go zmył. Luffy wylądował z trzaskiem na pokładzie i momentalnie zaczął się śmiać. Wszyscy byli do szczętu przemoknięci.
- Gówniany dzień – skwitował Sanji odpalając papierosa.
_________________________________

Parę uwag.
~ morał 1: nigdy nie wyśmiewajcie Usoppa!
~ morał 2: dajcie Usoppowi łajno, a zawojuje świat!

Wsjo.
Aizen

Pirat

Licznik postów: 44

Aizen, 13-06-2009, 02:35
"Owoc gnoju" to było za wiele, moja psychika została skrzywiona na zawsze.
Subskrybuj ten wątek Odpowiedź