Niech będzie, że zaś coś napisałam.
Od razu zaznaczam - nie potrafię opisywać akcji.
Podziękowania dla Xatona :padam: (miszczu! mózgu!

) i dla Chmielcia :padam:
Czytacie na własną odpowiedzialność.
___________________________________
Gówniany dzień
- Nie, znowu nie tak!
Chopper miał już dość. Cały czas gdzieś popełniał błąd, nie potrafił jednak dociec, z czego on wynika. Próbował już chyba wszystkiego.
Od dłuższego czasu bardzo poważnie myślał o tym, co ich czeka po drugiej stronie Red Line. Po przygodzie na przerażającym Thriller Bark miał świadomość, że w Nowym Świecie spotkają wielu potężnych piratów i (co było jeszcze bardziej prawdopodobne) wielu równie potężnych żołnierzy Marynarki. Młodego renifera dręczyła myśl, że jest zbyt słaby. Czasem dochodził do bardzo ponurych wniosków, że wcale nie pomaga reszcie załogi, a w najtrudniejszych momentach wręcz zawadza. Chopper miał świadomość, że w obliczu tych wszystkich niebezpieczeństw, jakie czekają ich w Nowym Świecie, siła i determinacja Luffy’ego mogą nie wystarczyć.
Właśnie z tego powodu Chopper już od dwóch tygodni prawie wcale nie wychodził ze swojej kajuty. Nieprzerwanie szukał sposobu, by stać się silniejszym, wytrzymalszym i szybszym. W jego mniemaniu owym sposobem było ulepszenie Rumble Ball. Początkowo to, co chciał osiągnąć, wydawało mu się nierealne. Ale… skoro dla Luffy’ego nie ma rzeczy niemożliwych, więc i on zmusił się do uwierzenia, że może mu się udać.
Postawił sobie klarowny cel – uzyskać takie Rumble Ball, które pozwoli mu osiągać formę, którą obecnie dają mu trzy dawki narkotyku i, co najważniejsze, kontrolować wtedy swoje poczynania. Tylko w pełni świadomy mógłby maksymalnie wykorzystać możliwości, jakie daje mu Monster Point. Nie dbał o to, że jego organizm może nie wytrzymać takiej dawki medykamentu. Musiał stać się silniejszy za wszelką cenę.
Jednak jego badania po raz kolejny skończyły się fiaskiem. Chopper nie potrafił dociec, który ze składników Rumble Ball jest odpowiedzialny za stymulację aktywności mózgu. Co rusz przygotowywał nową mieszaninę specyfików, jednak jedyne, co otrzymywał, to jedno wielkie NIC.
Po pierwszej nieudanej próbie przygotował sobie sporych rozmiarów zlewkę, by służyła jako śmietnik. Wylądował tam już bielusieńki proszek cuchnący zgniłymi jajami; i gęsta, oleista ciecz obrzydliwie śmierdząca fekaliami; i kryształki o zapachu amoniaku; i purpurowa mikstura, która o mało co nie wypaliła dziury w probówce; i pachnący popiołem przezroczysty płyn; i odpychająca breja jakiejś czarnej substancji; i wiele innych produktów nieudanych reakcji.
Chopper westchnął cicho. Do wypełniających zlewkę odpadów miała za chwilę dołączyć perlista maź o przyjemnym zapachu wanilii. Doktor powoli tracił wiarę. W jego oczach próżno byłoby szukać tego dawnego radosnego błysku. Teraz kryjący się tam smutek wypierała powoli rozpacz.
Renifer westchnął ponownie i ostrożnie podniósł probówkę z perlistą mazią. Nie zastanawiał się długo i pewnym ruchem przelał zawartość do zlewki, a następnie wrzucił naczynie do pojemnika z zużytym sprzętem.
Usłyszał bulgotanie i zamarł, w przerażeniu wpatrując się w odpady. Tak bardzo skupił się na swoich badaniach, że zaniechał najważniejszych środków bezpieczeństwa! Bezmyślnie łączył te wszystkie otrzymane substancje i na myśl mu nie przyszło, że mogą przecież wejść z sobą w reakcje. A teraz ta mieszanina wrzała wściekle, żarząc się coraz jaśniej.
- Wybuchnie! – ryknął Chopper.
Nie wiele myśląc, złapał menzurkę i wyleciał z kajuty jak z procy, by jak najszybciej wylać bulgocącą ciecz do oceanu. Zwinnie zeskoczył ze schodków i wpadł między należące do Nami drzewka pomarańczowe… i runął jak długi, potykając się na wyciągniętych nogach pogrążonego w twardym śnie Zora. Szklane naczynie wypadło Chopperowi z rąk i upadło z trzaskiem pół metra dalej, rozbijając się w drobny mak. Wrząca ciecz rozlała się po porośniętym trawą pokładzie i powoli wsiąknęła w cienką warstwę gleby.
Przez cały czas Chopper wpatrywał się w substancję, modląc się, by nie wybuchła. Na szczęście jednak maź wkrótce wniknęła całkowicie, pozostawiając na trawie jedynie białawy nalot. Doktor odetchnął z ulgą.
Podniósł się i otrzepał futerko. Powoli odwrócił się i już miał wracać do kajuty, kiedy zatrzymał go wzrok Nami.
Zoro otworzył jedno oko i ocenił sytuację. Najwyraźniej nie widział powodu, by przerywać drzemkę, bo jedynie ziewnął potężnie i powtórnie oddał się swojemu ulubionemu zajęciu.
Spojrzenie Nami ciskało błyskawice. Biedny Chopper skulił się i zmalał w sobie, nie mógł jednak uniknąć gniewu nawigatorki.
- P-p-p-posprzą-tam… - wyjąkał cicho, drżąc jak osika.
- NO JA MYŚLĘ!
„Chyba nie zauważyła, że coś wylałem…” – pomyślał Chopper z nadzieją. – „Oby tylko nic się nie stało jej pomarańczom… Wyrzuci mnie wtedy za burtę… Bez wątpienia…”
Wciąż śmiertelnie przerażony poszedł po narzędzia. Nami odprowadziła go nienawistnym spojrzeniem.
- Nami, co się tak złościsz? – zaczął Usopp i zerwał pomarańczę. - Przecież widziałaś, że nie zrobił tego spe… - urwał, widząc minę nawigatorki.
- JAK ŚMIESZ ZRYWAĆ MOJE POMARAŃCZE BEZ POZWOLENIA?! – wrzasnęła. Odetchnęła głęboko i dodała spokojniej - To cię będzie kosztować 100 000 beli.
- CO?! Przecież to tylko jeden owoc!
- Przymknijcie się. Spać nie można – warknął Zoro.
Nawigatorka jedynie prychnęła gniewnie, zadarła głowę i poszła sprawdzić, czy płyną zgodnie z kierunkiem wyznaczonym przez Log Pose.
- Bojciu… co za baba… - narzekał Usopp, obierając pomarańczę. Niedbale rzucał skórki na trawnik. – Powinniśmy znaleźć sobie inną nawigatorkę… - i wpakował sobie cały owoc do ust.
- Wypluj te słowa – powiedział Zoro, nie otwierając oczu.
- STFU!
Jak na zawołanie Usopp wypluwał niepołknięte resztki pomarańczy, wyklinając wściekle.
- OBRZYDLISTWO! – wrzeszczał na całe gardło. – I ONA KAŻE MI ZA TO PŁACIĆ?! STFU! NIE MA MOWY! STFU! DURNY BABSZTYL! STFU!
- UWAŻAJ, CO MÓWISZ, KRETYNIE!!!! – Sanji nie mógł nie bronić swojej uroczej Nami-swan. – NIKT CI NIE KAZAŁ JEŚĆ TEJ POMARAŃCZY!!
Kuk wyszedł na pokład i odpalił papierosa. Zmierzył plującego na wszystkie strony Usoppa i zmarszczył nos.
- Poza tym mógłbyś się umyć, bo śmierdzisz jak barani klocek.
- Pierwszy raz muszę się z tobą zgodzić, kuku – Zoro podniósł się z obrzydzeniem na twarzy. – Jak się zaraz nie wykąpiesz, Usopp, to ci zafunduję kąpiel w morzu.
- Ahahaha! – Luffy zataczał się ze śmiechu, ale jakimś cudem udało mu się dotrzeć do pomarańczarni. – Usopp, jedziesz gnojem na kilometr! Ahahaha!
- Yohohoho!
- Kąpałeś się w szambie, czy co? – Franky nie był jednak tak rozbawiony jak Luffy.
Usopp zrobił obrażoną minę i splunął potężnie… gnojem. Obrzydliwie cuchnąca breja wylądowała na pokładzie z nieprzyjemnym mlaskiem. Wszyscy zaniemówili. Jedynie Zoro pozostał niewzruszony.
- Dobra, Usopp, przegiąłeś. Nie dość, że rzucasz mięsem, to jeszcze plujesz gównem?
W chwili, gdy szermierz akurat wyrzucał śmierdzącego strzelca za burtę, do pomarańczarni wrócił Chopper.
- Zoro! – wrzasnął. – Co ty robisz?!
I już chciał się rzucić kompanowi na ratunek, gdy Robin (która pojawiła się ni stąd ni zowąd) chwyciła go delikatnie za kark.
- Przecież nie potrafisz pływać, Doktorze – odpowiedziała z miłym uśmiechem na zrozpaczoną minę renifera.
- Usopp nie jest kotwicą, da sobie radę – dodał Sanji, odpalając kolejnego papierosa i sprawnie formując kółko z dymu.
Luffy i Brook wyglądali za burtę, próbując zobaczyć, co się dzieje z Usoppem.
- Nie wypływa… - powiedział po chwili napiętej ciszy kościotrup.
- Kretyn – mruknął Zoro, zostawił swoje katany na statku i wskoczył do morza.
Nie musieli długo czekać. Wkrótce szermierz wynurzył się, taszcząc bezwładnego Usoppa. Snajper wypluł trochę wody i zaczerpnął głęboko powietrza.
Kiedy wyciągnęli go na pokład, wciąż jeszcze dyszał ciężko.
- Kąpiel nic nie dała. Dalej cuchniesz łajnem – orzekł Sanji, marszcząc noc. – Ale co to za szopka była? Żeby aż cię trzeba było ratować?
Usopp wziął jeszcze kilka głębokich oddechów.
- Co tu się dzieje? Coś się stało? – mówiąc to Nami rozglądała się podejrzliwie po oranżerii.
- Nie mogłem się ruszyć… Sparaliżowało mnie… - wysapał snajper Słomianych wpatrując się w pozostałych w przerażeniu.
- Jak to?
- Wygląda na to, że pomarańcza jakimś dziwnym trafem zadziałała niczym diabelski owoc – powiedziała spokojnie Robin, patrząc przyjaźnie na Choppera. – Prawda, panie Doktorze?
Renifer nie odpowiedział.
- Jak diabelski owoc?! COŚCIE ZROBILI MOIM POMARAŃCZOM?!
Nikt jednak nie zwrócił uwagi na gniew Nami. Wszyscy wpatrywali się w Usoppa.
- Z… zjadłem… d… diabelski… owoc…?
- Na to wygląda – powiedziała z uśmiechem Robin. – Najwyraźniej COŚ wywołało mutację pomarańczy.
Chopper spojrzał na nią nieśmiało.
- No to mamy kolejną moc owocu na pokładzie – Luffy wyszczerzył zęby.
- Taa… - przytaknął mu kuk. - Szkoda tylko, że tak śmierdzi…
- Ahahaha! Usopp zjadł owoc gnoju! – kapitan skręcał się ze śmiechu.
- Yohohoho!
Jednak nikomu innemu nie było do śmiechu. Zwłaszcza Usoppowi. Zaczęły ponosić go nerwy. Wkrótce nad całą oranżerią unosił się nieprzyjemny odór.
- Dungdiver… - wydyszał Usopp.
Nagle cała ziemia w pomarańczarni zamieniła się w gnój. Większość załogi uniknęła zapadnięcia się w łajnie – jedynie Chopper nie odskoczył i zanurzył się prawie po szyję. Luffy wisiał niczym małpa, trzymając się rękami masztu i ryczał ze śmiechu.
- Koe koe no mi… interesujące – nawet Robin nie potrafiła oprzeć się komizmowi sytuacji, w jakiej się znaleźli i uśmiechnęła się rozbawiona.
- Ja ci się pośmieję… - złorzeczył Usopp pod nosem. – Dung storm…
Potężne grudy łajna uniosły się, zawisły chwilę w powietrzu i wszystkie, jak jeden duch, z zawrotną szybkością wymierzyły w kapitana. Śmiech sparaliżował Luffy’ego. Nie zrobił nic, żeby uniknąć ataku. Po chwili ociekał gnojem, wciąż jednak nie przestawał rechotać. Jednak jedna wyjątkowo obrzydliwa breja gnoju trafiła go prosto w twarz, skutecznie odcinając mu dopływa tlenu i działając jak knebel. Zachłysnął się i połknął łajno, krzywiąc się straszliwie.
- Obrzydlistwo – splunął i ponownie zaczął się śmiać.
- Tak? – Usopp patrzył na niego złowieszczo, mamrocząc pod nosem niewyszukane obelgi. – A co powiesz na to? DUNG TWISTER!
Wypełniający oranżerię gnój zaczął wirować, formując powoli coś na kształt trąby powietrznej. Tornado z łajna przybierało na sile w zastraszającym tempie.
- Przestań!! Rozwalisz statek!! – wrzasnął Franky, jednak na próżno.
Tornado zaczynało wchłaniać drzewka pomarańczowe. Nami pisnęła przerażona.
- Moje… moje… drzewka… - zrozpaczona osunęłaby się na kolana, jednak Sanji wsparł ją silnym ramieniem.
- Dosyć tego.
Luffy przestał się śmiać. Usopp najwyraźniej miał zamiar zniszczyć statek, a na to kapitan pozwolić mu nie mógł. Przestało być śmiesznie, zrobiło się niebezpiecznie.
- Gomu gomu no... MUCHI!
Luffy najwyraźniej próbował zniszczyć twór Usoppa, jednak na prożno. Gdy jego noga zetknęła się z wirem, siła dośrodkowa wciągnęła go do środka.
- LUFFY! – Chopper, wciąż zakopany w łajnie, wpatrywał się z przerażeniem w ogromnych rozmiarów tornado.
- GYAAAAAAAAAAA!!!!!!!
- Nie panuję nad tym! Nie panuję już nad łajnem! – wrzasnął spanikowany Usopp.
- Trzeba coś zrobić, zanim to gówno rozwali nam statek – Zoro zacisnął zęby na rękojeści miecza.
- HYAKU-HACHI… POUNDO HOU!!!
Atak Zora nic jednak nie dał. Łajno wymknęło się spod kontroli i szerzyło spustoszenie na pokładzie Thousand Sunny.
- RAIN TEMPO!!
Lunęło. Intensywny deszcz powoli rozrzedzał gnój, aż w końcu całkiem go zmył. Luffy wylądował z trzaskiem na pokładzie i momentalnie zaczął się śmiać. Wszyscy byli do szczętu przemoknięci.
- Gówniany dzień – skwitował Sanji odpalając papierosa.
_________________________________
Parę uwag.
~ morał 1: nigdy nie wyśmiewajcie Usoppa!
~ morał 2: dajcie Usoppowi łajno, a zawojuje świat!
Wsjo.