Tajemnica tego jednego skarbu.
Ten temat nie posiada streszczenia.
Aktualnie ten wątek przeglądają: 1 gości
1 2
Subskrybuj ten wątek Odpowiedź
Zwierzak

Nowicjusz

Licznik postów: 13

Zwierzak, 19-04-2009, 01:14
Meg: UWAGA FIK ZAWIERA SPOILER!

Tajemnica tego jednego skarbu.

Wiatr przerwał cisze, zwiewając liście z drzew, które mknęły w kierunku płomieni, zamieniając się w pył. Domy trzeszczały za każdym razem, już nieliczne stały całe. Ludzie jak stada bezmózgich stworzeń tratujących się nawzajem uciekały w siną dal. Płomienie zajmowały kolejne budynki, które trzeszczały i skrzypiał jakby oddawały ostatnie oznaki życia zanim umrą i się zawalą.
Ponownie wiatr ustał, a ludziom zwrócił rozum, zatrzymali się w panice. Od dobrych paru godzin, nic nie było bardziej przerażającego niż ta cisza i... te oczekiwanie –Z której strony?- Zastanawiali się.- Co tym razem zostanie zamienione w pył, ilu ludzi zginie?
Chmury się rozstąpiły.
-Zaraz się zacznie!- Ktoś krzykną, nie mylił się, energia po chwili przecięła wyspę, niszcząc kolejne jej połacie.
Wrzaski rozpaczy unosiły się w powietrzu, krzyki i płacz, oraz jęki dogorywających ludzi. Przy takim akompaniamencie w samym epicentrum stała para ludzi. Znali się nie od dziś, zmagali się ze sobą odkąd w swoim towarzystwie chwycili za rękojeści swych mieczy. Od tamtej pory stoczyli kilka pojedynek, ale ten był inny. Trwał zdecydowanie za długo, zwykle kończyło się pokojowym rozstaniem, dla ich dobra. Jednak dziś szczęk, ich klinczujących ostrzy wydawały się domagać krwi.
Spojrzał w jego żółte ślepia, nikt z znanych mu ludzi nie miał tak przenikliwego i poważnego wzroku. Uśmiechną się jak to miał w zwyczaju i napiją mięśnie. Znów zmógł się wiatr szarpiąc jego wręcz czerwonymi włosami. Oboje postanowili wykonać podobny ruch, przynajmniej jemu się tak wydawało, jednak ogromne czarne ostrze nagle niezauważalnie zmieniło kont nachylenia, nieomal wybijając mu rękojeść z dłoni.
Obaj od siebie odskoczyli, Sokoleoko stał nie wzruszony lekko unosząc kącik ust. Shanks jak zwykle go nie zawiódł swą postawą. Oboje oderwali wzrok od siebie, szybko ogarniając okolicę, która wyglądała jakby przed chwilą skończyły się tu działania wojenne na szeroką skalę.
-Nie sądzisz...-Zaczął Czerwonowłosy.
-…że wystarczy?- Dokończył Michałek.
-O tym pojedynku będą jeszcze długo śpiewać w karczmach.- Oznajmił wesoło Shanks.
Sokoleoko poprawił kapelusz i zawiesił swe ostrze na plecy. Spojrzał ostatni raz na swego rywala, lekko uchylając rąbek kapelusza.
-Na razie.- Pożegnał się rudy.
To dla niego było nie pojęte, pirat takiej klasy, był taki beztroski. On utrzymywał powagę, zawsze. Gdy stawał na przeciw przeciwnika, ten miał widzieć po jednym jego spojrzeniu, iż tu kończą się żarty. Pokręcił głową, czego by o nim nie powiedział jest to najbardziej zawzięty przeciwnik z jakim walczył. Zatrzymał się przy swojej dryfującej trumnie, w oddali zauważył swój okręt „Pływający nagrobek” i okręt czerwonowłosego.
-Pamiętaj co powiedziałem Białobrodemu.- Rzucił na odchodne Michawek zasiadając w swej szalupie.
-Nie bądź głupi, to nie dla ciebie, to nie będzie pojedynek jak ten tu.- Ostrzegł czerwonowłosy.
-Sam mówiłeś, że coś musi się zmienić.- Przypomniał odpływający mężczyzna.
-Nie w ten sposób.- Mrukną do siebie, oglądając krajobraz po ich potyczce.- Chyba właśnie mu pomógł osiągnąć jeden z celów. Jeśli dobrze rozumuje.- Pomyślał, zwykle walczyli w bardziej odludnych miejscach, tym razem najlepszy fechtmistrz wyzwał go akurat w największym mieście po tej stronie Nowego Świata.
Po takiej walce jego reputacja jeszcze bardziej podskoczy, to na pewno nie umknie Światowemu Rządu. Odwrócił się w stronę odpływającemu „Pływającemu nagrobkowi” jednak ich kapitan w swej ponurej łódce płyną w zupełnie inną stronę, z powrotem, do kontrolowanej przez Światowy Rząd części Grand Line.
-Co on wyprawia?- Zastanawiał się lekko rozbawiony mężczyzna, tak naprawdę ukrywając pod uśmiechem niepokój o posunięcia tego pirata.
***
Zwyrodnialcy... Łajzy... Mordercy...Psubracia... szeptano po kontach. Jednak nikt nie odważył im powiedzieć tego w twarz, ba mało który odważył się spojrzeć im prosto w oczy. Ci co robili za kelnerów wnosili jedzenie do komnaty i szybko się z tamtą ulatniali.
W pomieszczeniu gdzie siedziała szóstka parszywców unosił się gwar i perfidny śmiech. Szóstce sprzymierzeńców światowego rządu przyglądała się trójka wysokich rangą marines. Byli zażenowani zachowaniem większości zebranych, Czarnobrody obżerając się z pełnymi ustami, zaczął opowiadać o swej walce z „Ognistą Pięścią” plując jak mała armatka jedzeniem na wszystkie strony. Moira ściągnął właśnie bandaż z głowy grożąc naśmiewającemu się z niego Doflamingo, co opierzonego jeszcze bardziej motywowało do docinek. Jedyna kobieta z pośród Schichibukai wyglądała jakby myślami była przy kimś innym. Tylko dwóch z pośród całej szóstki wyglądało na „normalnych”. Ogromny mężczyzna czytający biblie, co jakiś czas tylko zerkający na resztę i mężczyzna opierający nogi o stół i lustrujący jednym okiem wszystko co się wokół działo, bujając się na krześle.
W sumie przed rozpoczęciem wojny z białobrodym każdy z nich się wyszumiał, teraz za niecałe pół godziny więzieni zostanie wyprowadzony i zacznie się... wojna.
Z niewiadomych przyczyn, dla marines najbardziej do tego palił się blondyn, którego opatulała kurtka z różowego pierza. Donquixote podniósł kielich z winem wznosząc toast.
-Za wspaniałych pogromców Białobrodego!
Czarnobrody się szyderczo uśmiechną połykając resztki i podniósł swój puchar.
-Za Schichibukai!- Wrzasną, jednak Boa wydawała się nie słuchać niczego co inni mówią, Kuma w skupieniu czytał swą lekturę, a Moira coś prychną pod nosem.
-Nie ładnie.- Roześmiał się blondyn formując znany jemu gest dłonią. Mimowolnie Gecko sięgał po swój kielich.
-Puszczaj mnie szczurze!- Syknął przez zęby i w tym momencie jego cień ruszył na prowokatora.
-Dosyć!- Warknęła kobieta w podeszłym wieku.- Bądźcie grzecznymi chłopcami, nie z sobą macie walczyć.- Dodała Tsuru
W pomieszczeniu wzniosło się głośne Kishishishi... oraz śmiech Donquixote.
-Grzeczni chłopcy?- Obaj się odezwali, zaraz się piorunując wzrokiem, mimo wszystko cofnęli swe techniki ostrzegając się nawzajem.
-Pamiętajcie wiele od was zależy, a nagroda będzie sowita.- Przypomniała po raz enty vice Admirał. Jednak żaden nie zareagował tak jakby nagroda ich nie obchodziła. Spojrzała na lewo gdzie Sokoleoko mierzył ją swym ponurym wzrokiem.
-Pierwszy.- Przeszło jej przez myśl.- Można powiedzieć, że był częściowo założycielem tej organizacji. Gdy kobieta chciała się odezwać doszło do eksplozji.
-Co to!?- Zdziwiona się odezwała.
-Ten dziadyga już przybył?- Zdziwił się blondyn, stając na równe nogi, poprawiając okulary przeciw słoneczne. Do okna wychodzącego na Gran Line podszedł brunet drapiąc się po czarnej brodzie, zaczynając się głośno śmiać.
-Słomiany wraz z jakąś grupka ciąga truchło Ognistej Pięści.- Oznajmił szokując prawie wszystkich, tylko Kuma był nie wzruszony, a szermierz się lekko uśmiechną, reszta z Hancock naczelne przykleili się do szyby.
-Nowa era.- Szepną teatralnie blondyn wskazując na horyzont, gdzie pojawił się okręt.
-Białobrody.- Mruknęła vic-Admirał nagle wszystko się posypało cały misterny plan.- Co ten gówniar w ogóle tam robił!- Pozwoliła sobie na uniesienie.
-Godny rywal.- Rozbawiony odezwał się Marshall D. Teach- Ale tron jest mój!- Warknął pod nosem.
Boa spoglądała jak jej ukochany ciągnie ciało, z tej odległości nie mogła stwierdzić czy Ace żyje, pomagali mu jacyś nie znajomi. Stąd mogą jedynie ocenić, że cała ta ekipa ratunkowa jest ciężko pokiereszowana. Podniosła wzrok widząc coraz dokładniej jeszcze łupione z ornamentem przypominającą białego wieloryba.
-Luffy...- Jej słowa zagłuszył świst i wybuch ściany obok zebranych Schichibukai i Marines. Wszyscy spojrzeli na rozciętą ścianę i idących w jej kierunku Mihawka i Bartolomea.
-Marnujemy czas.- Odezwał się mężczyzna poprawiając kapelusz. Blondyn zaśmiał się ruszając za przykładem kamrata, a zanim reszta z organizacji.
Tsuru spojrzała jeszcze przez okno, na flotę pięciu admirałów, na pokładzie których marynarze uwijali się jak w ukropie.- Pokaż nam Białobrody co tam masz.- Mruknęła nieznacznie się uśmiechając.
Cała szóstka stała na betonowym molo gdzie słomiany wraz z kompanami ciągnął swego brata.
-Zabijmy gówniarza!- Zaproponował Moria rwąc się do walki, chciał się odpłacić swemu oprawcy sromotnie, za upokorzenie jakiego doznał. Brunetka chciała go powstrzymać, ale pomoc przyszła z najmniej oczekiwanej strony.
-Moria naprawdę chcesz się poniżać w walce z tak ciężko rannym przeciwnikiem?- Zapytał Sokoleoko spoglądając w dal.- Nasz cel jest tak blisko, a ty chcesz płotkę.
Boa w duchu dziękowała za podejście do życia jakie ze sobą niósł szermierz. Spojrzała na niego, ten kantem oka ją zmierzył i poruszał wargami jakby coś mówił. Ona jak zahipnotyzowana powtarzała jego gesty.- Czas na spełnienie obietnicy?- Mruknęła.- O co mu chodzi?- Zastanawiała się.
***
Na dziobie okrętu stała cała rozjuszona załoga Białobrodego. Sam kapitan siedział na swym tronie podpięty do swych sprzętów medycznych, kończąc rum. Blondyn spoglądał na armadę Marynarki przed nimi, gdy nagle horyzontalnie przez okręty przeszło jasne światło a te się posypały jakby przecięte.
-Kapitanie!- Krzyknął Marco.- Coś niepokojącego się dzieje w przystani okręty marynarki został rozwalone!- Zdał raport mężczyzna.
-Po szczątkach ktoś skacze!- Obwieścił pirat z bocianiego gniazda.
-To... Sokoleoko!- Ostrzegł.
-Ten smarkacz?- Burknął mężczyzna na tronie z wielkim białym wąsem pod nosem.- A to pies jednak mówił prawdę.- Warkną z dozą rozczarowania, miał nadzieje, że i jego zgładzi jak całą tą przebrzydłą ekipę zdradzieckich piratów.
-Od ster burty płynie jakiś okręt!- Krzyknął sternik, mężczyzna na bocianim gnieździe spojrzał w tamtym kierunku.- To pływający Nagrobek!- Oznajmił obserwator spoglądając przez lunetę.
***
W przystani marynarze ratowali wysokich oficerów tonących z powodu utraty sił, diabelskie owoce jak kotwice ciągnęły ich na dno. Na betonowym molo, na ziemi siedziała zaskoczona Boa i Moira. Donquixote Doflamingo klęczał wrzeszcząc wniebogłosy.
-Zabije psa! Mihawk NIE ŻYJESZ!- Wrzeszczał spoglądając na nadgarstek któremu brakowało dłoni.
Kuma spokojnie z dala wszystkiemu się przyglądał i analizował całą sytuacje.
-Nie wchodzicie mi w drogę. Powiedział – Prychną czarnobrody gładząc się po brzuchu.- Tyle brakowała a ciemność by go pochłonęła.- Mrukną do siebie, pokazując dłonią parę centymetrów.
-Mimo że mógł nas pozabijać bez ostrzeżenia i od tyłu nie zrobił tego.- Odezwał się jak dotąd milczący gigant.
-Podziękuje mu robiąc z jego głowy popielniczkę.- Syknął blondyn.- Pożałuje.- Dodał po chwili, gdyby wziął tą gadkę na poważnie i był by bardziej ostrożny nie doszło by do tego.
Boa wypuściła powietrze z ulgą, widząc jak jej ukochany skorzystał z całego tego zamieszani i wraz z kompanami odpłyną małą łupinka.
-Białobrody chyba się wycofuje.- Mruknął Moira na widok okrętu obierającego kurs na sterburtę.
-Uda im się.- Pomyślą Hancocko nagle czując koło siebie ciepło i przerażeniem spoglądała na mężczyznę, który znikąd się pojawił. Te okulary, lekki zarost, biały mundur z nałożonym na niego płaszczem.
- Kizaru?- Mruknęła.

P.S Mimo że z początku na to nie wygląda to raczej opek będzie opowiadało słomianych przynajmniej jest taki zarys
RedHatMeg

Piracki oficer

Licznik postów: 661

RedHatMeg, 19-04-2009, 07:29
Jest tutaj parę literówek, właściwie bardzo duzo literówek.
Zwierzak napisał(a):Ktoś krzykną
pamiętaj o ł. Wiele razy o nim zapominałaś w tym fiku.
Zwierzak napisał(a):bardziej przerażającego niż ta cisza i... te oczekiwanie –Z której strony?- Zastanawiali się.- Co tym razem zostanie zamienione w pył, ilu ludzi zginie?
Dialogi zaczynaj od akapitu i powinno być "to oczekiwanie".
Zwierzak napisał(a):-Białobrody.- Mruknęła vic-Admirał nagle wszystko się posypało cały misterny plan.- Co ten gówniar w ogóle tam robił!- Pozwoliła sobie na uniesienie
Raz - "mruknęła" powinno być z małej litery (to samo w innych dialogach). Dwa - "wiceadmirał", "wice-admiral", ewentualnie "vice-admira", ale nie "vic-admirał". No i trzy - zapomniałaś z w słowie "gówniarz".
Takich błedów było bardzo duzo. Weź to przeredaguj.

To teraz coś miłego:
Podobał mi się początek (wiadomo - moja shanskowa obsesja Big Grin ; jednak jeśli ten pojedynek wydarzył sie w czasie teraźniejszym, czyli po wypadku z Higumą, to nie miałby miejsca, bo Mihawk nie walczyłby z jednorękim) i to, że uczyniłaś głównym bohaterem Mihawka (chyba, ze się mylę?). Mam nadzieję, że to ładnie rozwiniesz.
Jolly

Legendarny pierwszy oficer

Licznik postów: 1,506

Jolly, 19-04-2009, 11:23
Zgadzam się. Strasznie dużo błędów. Błędy stylistyczne, gramatyczne, interpunkcyjne, brak końcówek fleksyjnych. I o ile na to jeszcze można przymknąć oko, to już "Michałek" czy "Moira" przyprawiło mnie o palpitacje serca. Może następnym razem warto by było kogoś poprosić, żeby przeczytał i poprawił błędy, co?

Ogólnie rzecz biorąc klimacik fajny. I ja mam nadzieję, że Mihawk rzeczywiście będzie głównym bohaterem, ale Twoje PS raczej na to nie wskazuje... Zapowiada się niezła jatka, więc czekam na następne części :)
Grigorij

Legendarny pierwszy oficer

Licznik postów: 1,334

Grigorij, 19-04-2009, 16:11
Pomimo wielkiej ilości błędów i literówek bardzo fajna historia. Jednak jedna rzecz mi nie pasuje:
Spoiler

Przecież Luffy po Ace'a udał się do Impel Down a Shichibukai zebrali się w Mariejoi. Zatem czemu są w tej samej lokacji?

Ale i tak szykuje się zacny fanficek.
Najuch

Imperator

Licznik postów: 2,656

Najuch, 19-04-2009, 17:44
Cytat:Dwa - "wiceadmirał", "wice-admiral", ewentualnie "vice-admira", ale nie "vic-admirał

To zupełna nieprawda. Tylko "wiceadmirał" i nic poza tym.
Zwierzak

Nowicjusz

Licznik postów: 13

Zwierzak, 20-04-2009, 21:14
I
Wszedł na pokład okrętu, na którym już nie było od tylu lat. Ostatni raz tamtego pamiętnego pojedynku z Shanksem. Wydawało się, że dla tego okrętu czas stoi w miejscu, tylko załoga się postarzała. Oraz ornament jakim była szara płyta nagrobkowa, z wyrytym napisem „Jedyne co pewne, to nasza śmierć” naliczyła więcej imion pod tym mottem.
-Kapitanie.- odezwał się jeden z jego kamratów, spojrzał w kierunku brodatego mężczyzny, który przez te lata go zastępował.
-Co w Nowym Świcie?- zapytał były pies rządu.
-Już nie reprezentujemy takiej siły, jak kiedyś.- zauważył pierwszy oficer.
-To już nie jest ważne.- mruknął Mihawk
- Słomiany kapelusz i jego załoga, to jest to czego szukam.- mruknął pod nosem.
-Admirał!- krzyknął jeden z jego piratów.
Sokolooki podskoczył jak oparzony, odwracając się w stronę mężczyzny pojawiającego się na pokładzie jego okrętu.
- Schichibukai do czegoś zobowiązuje.- Odezwał się Kizaru.- Jednak już wiem jak się z takimi rozprawić.- dodał, krocząc powoli w kierunku mężczyzny.
-Zdrada i to z twoich rąk.- prychną Admirał do cofającego się szermierza.
-Kapitanie, to coś dla pana.- mruknął zastępca wręczając mu niewielki nuż.
-Żenujące.- odezwał się mężczyzna z kilkudniowym zarostem. Mihawk staną w pozycji obronnej, czekając na nieuniknione. Mężczyzna w białym garniturze spokojnie podchodził do swej ofiary. Szermierz nie był, aż tak niebezpieczny w jego mniemaniu. W ogóle mało który z ludzi mógłby być, dla niego zagrożeniem. Zatrzymał się przed fechtmistrzem na wyciągnięcie dłoni.
-Wiesz co cię czeka?- zapytał Admirał, w odpowiedzi otrzymał zamach dłonią szermierza. Kizaro przewrócił oczami. Dał mu nadto dużo czasu, światło błysło tak nagle, mknąc w stronę głowy Sokolookiego. Tak szybko jak się pojawił znikło, gdy Juracul’owi puściła się krew z nosa. Zdziwiony admirał spoglądał na efekty swego czynu. Tym razem zlekceważył przeciwnika.
-Ten nóż.- Wydyszał admirał, zaciskając oczy z bólu, ostrze utkwiło głęboko.
-Nie prosiłem o litość.- Odezwał się były Schichibukai.
-Gdy byś podszedł do tej walki poważnie, nie rozmawiałbym z tobą teraz. Szermierz potrafi ocenić swoje jak i przeciwnika możliwości. W chłodnych kalkulacjach mam szanse tylko w dwóch przypadkach, na szczęście oba są mi dobrze znane.- Oznajmił mężczyzna puszczając rękojeść noża.
-To z szacunku, mimo że ty mi go nie okazałeś.- Oświadczył sięgając za plecy po swój ogromny miecz.
-Już jesteś trupem.- Ostatnie słowa z ust Kizara jakie padły po cichym świście powietrza. Na okręcie wszyscy wiwatowali oprócz najbliższych kamratów Sokolookiego. Oni wiedzieli, że ten mężczyzna, który teraz spoglądał na martwego przeciwnika nie lubuje się w takiej walce. Jednak nie był by piratem gdy nie złamał jakiejś życiowej zasady. Po zatem nie mogli przegrać, gdy tu właśnie się tak naprawdę zaczyna ich podróż.
-Włożyć go do szalupy, wraz z bronią, która pozbawiła go mocy.- rozkazał brunet ruszając w stronę kajuty, na odchodne dodając.-Kurs Nowy świat.
***
W przystani z zaskoczeniem spoglądano na zakrwawionego pasażera małej łupinki. Jeden z oficerów się ocknął podchodząc do ciała admirała. Chwycił za ostrze, które mężczyźnie zostało włożone w dłonie i padł jak długi, na ciało Kizara.
-To ostrze jest zrobione z kariouseki.- Wydyszał.
Całe zamieszanie obserwowała trójka rządowych piratów. Mężczyzna w opierzonej kurtce zazgrzytał zębami na ten widok, miał nadzieje, że pochwycą zdrajcę, a zanim go wcisną do wiezienia on by się nad nim poznęcał. Wysoki blady Schichibukai stojący za blondynem ciągle się chichrał w swój charakterystyczny sposób. W pewnym sensie triumfował, to Doflamingo z niego przez cały dzień szydził. Jedynie Marshall D. Teach siedział na ziemi i spoglądał posępnym wzrokiem na odpływające dwa okręty.
-Czemu?- przeszło mu przez myśl.
-Dziś miał zginąć człowiek najbliższy One Piece, a on tak po prostu odpływa!?- wrzeszczał w myślach.
Od strony szczątków okrętów szedł postawny siwy mężczyzna, zatrzymując się przy trójce.
-Wielcy Shichibukai, pokonani przez jednego z nich.-Rozbawiony oznajmił, klepiąc Morie w plecy, ten pod naporem „klepnięcia” lekko się zachwiał i zwrócił swój rozgniewany wzrok na wiceadmirała. Zazgrzytał zębami, widząc jak ów mężczyzna spał przy jego boku, nagle się budząc.
-Jesteście do dupy.- dodał rozbawiony idąc przed siebie, jednak jego śmiech zamilkł widząc kogo nieśli marynarze.
***
Oficer stał wyprostowany jak struna spoglądając na dobrze umeblowany gabinet, tylko ta koza żrąca papier psuła kompozycje.
-Podwyższono za niego nagrodę.- odezwał się w końcu oficer, dodając.- Jednak to wciąż za...- Nie dokończył, gdyż przerwał mu głównodowodzący.
-On nie umywa się do tamtej czwórki.- zaczął.- Ogłosić gdzie się da, że to zdrajca rządu, a nasi agitatorzy niech obwieszczają, iż również i piratów.- oświadczył mężczyzna z brodą zawiniętą w długi warkocz. Gestem dłoni wyprosił swego podkomendnego, ten zasalutował i natychmiast wyszedł. Nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji. Pogłoski o sojusz Czerwonowłosego z Białobrodym są niepokojące, a możliwość, iż Sokolooki dołączył by do któregoś z nich wprowadzało go w wielki niepokój. Nie miał pojęcia ile Mihawk wie. Był cichy, kręcił się to tu, to tam i jak to powiedział na zebraniu podczas którego szukali następcę parszywca Crocodile’a „Jestem tu tylko jako obserwator”.
-Czyżby był czyjąś wtyczką?- przeszło mu przez myśl. Westchną cicho zaczynając głaskać swą kozę, to go lekko odprężało i koiło skołatane nerwy.
***
Na jednej z letnich wysp kotwiczył okręt z kanciastym ornamentem przypominającym węża, niedaleko niego na plaży obijała się spora grupka piratów.
-To tydzień od ucieczki Słomianego.- odezwał się brunet z włosami spiętymi przy szyi w kucyk. Zaciągną się papierosem i wypuścił szare obłoczki.
-Białobrody wypuścił go na pierwszej lepszej wyspie Nowego Świata, zabierając gdzieś jego starszego brata.- dodał spoglądając w stronę kapitan.
- Ace żyje?- odezwał się w końcu Shanks podnosząc butelkę rumu.
-Nie wiadomo.- zdał raport Ben.
- Nie liczył bym na wiele.- zaraz dodał pierwszy.
-Czy naprawdę musi dojść do wojny?- zastanawiał się rudy mężczyzna. Próbował odciągnąć białobrodego od ataku na marynarkę i w pewnym sensie mu się udało, jednak zrobił to za niego Sokolooki. Jeszcze jedna rzecz go nurtowała, co zrobi jego młody przyjaciel, gdyby brat mu umarł?
-I... jeszcze to.- Oświadczył jego zastępca wręczając gazetę. Jednoręki pirat wziął ją i otworzył na środku, widząc listy gończe. Zaczął je przeglądać i uśmiechną się, zatrzymując się przy jednym z nich.
-To jest jakbyś zmartwychwstał.- Oświadczył Shanks wspominając stare czasy.

To był zwyczajny dzień, jeśli w Nowym Świecie takie były. Wtedy po tych morzach pływało wielu wielkich piratów, ale tamtego dnia, przeznaczenie chciało, żeby dwóch obiecujących piratów spotkało legendę. Dwa okręty kotwiczyły przy ogromnym statku z ornamentem wieloryba. Obaj szli po kładce, spoglądając na siebie kantem oka.
-Jak tam twoje ramie?- zapytał rozbawiony czerwonowłosy, poprawiając słomiany kapelusz. Poważny jak zwykle pirat z obnażoną klatka piersiową pokręcił tylko ręką, robiąc koła.
-Czyli przeżyjesz.- podsumował Shanks.
-Nie zapominaj co ci zrobiłem wcześniej.- próbował się odgryźć brunet, na co beztroski rozmówca się roześmiał i usprawiedliwił szybko.
-Wtedy akurat słonce mnie oślepiło.- parskną wchodząc na pokład legendarnego kapitana. Mihawk lekko podniósł kącik ust do góry, krocząc przed oblicze wielkiego mężczyznę. Z tego co słyszał, jego rywal miał okazje już spotkać się wcześniej z Białobrodym, gdy był w załodze Króla Piratów .
-Dwa psy, które w ostatnich czasach najgłośniej szczekają- odezwał się mężczyzna podnosząc ogromny kufel piwa.
-Jeden szczyl z wielkim scyzorykiem, na plecach zgrywający fechtmistrza wielkiego formatu.- zaczął Edward Newgate. spoglądając na szermierza.
-Oraz drugi... farmer z uśmiechem od ucha, do ucha.-po jego słowach Shanks się roześmiał.
-Farmer.- powtórzył.
-Dziadku masz gadane.- Dodał uspokajając się.
Sokolooki stał i przysłuchiwał się obelgą najsilniejszego człowiek na świecie. Nie uczestniczył w rozmowie po między dwoma kapitanami, aż w końcu poruszyli ciekawy temat.
-To piraci żądzą w Nowym Świecie, nie Marynarka!- Warknął mężczyzna z ogromnym białym wąsem pod nosem, ocierając brodę z trunku, który spływał po niej.
-My rządzimy tu, a marynarka w drugiej połowie Grand Line.- Burknął Shanks podnosząc kufel.
-Jednak rząd nie daje za wygraną, ciągle atakuje, a niewinni płacą za tą walkę najwyższą cenę.-Dodał zanim się napił.
-Co masz na myśli?- W końcu się odezwał Juracule.
-Że to do niczego nie prowadzi, coś się musi zmienić.- Wyjaśnił rudy.
-Psia mać, BABY!- Warknął postawny mężczyzna ze swojego tronu.
- To jest naturalna kolej rzeczy, my plądrujemy, oni nas łapią, jednak tu... prawo nosi moje imię!- zaznaczył mężczyzna i mimo sprzeciwu zabieganych pielęgniarek dalej poił się trunkiem.
-Zmieni się, coś na pewno.- odezwał się szermierz, wstając i odchodząc w kierunku podestu.
-Gówniarzu mamusia cię wzywa!?- Warknął najsilniejszy człowiek, odprowadzając wzrokiem bruneta, który przed zejściem lekko uchylił rąbek kapelusza.


-Coś się zmieni.- mrukną Shanks spoglądając na swą załogę.
-Pakować się na pokład.- rozkazał.
- Przez mojego starego rywala, czeka nas sporo atrakcji.- dodał spoglądając na wzburzone morze. Ten obraz pasował mu do przedstawiającej się sytuację. Rząd pewnie wyśle swych piratów do Nowego Świata. Co by o tej szóstce nie mównic są nie bezpieczni, a szczególnie Czarnobrody, Moria, który gdy ma w zapasie cienie robi się niebezpieczny, Kuma o którym słyszał ciekawe historie, no i pyskaty alfons Doflamingo. Nie umniejszając siły reszty, to o nich było najgłośniej. Szczerze nie sądził by teraz admiralicja pociągnęła „na hura” w stronę Nowego Świata wciąż jest jeszcze Rebelia.
***
W zaciemnionej kajucie, przy mapie, siedział czwórka ludzi. Marne światło świec, swym bladym blaskiem podkreślała ich rysy twarzy. Wszyscy spoglądali w kapitana, który gładził rękojeść Kokoutou Yoru. Nie widzieli jego wzroku, który ukrywał się pod rąbkiem kapelusza, w końcu na nich spojrzał.
-Więc nie jesteście pewni.- odezwał się jak zawsze poważny.
-Nikt nie wie gdzie ta wyspa.-oznajmił brodaty mężczyzna z odciętym prawym uchem.
-Pedro.- Odezwał się szermierz.
- To jest na razie nie ważne, potrzebujemy załogi Słomianego Kapelusza.
Reszta zdziwionym wzrokiem zmierzyła kapitana, znali dobrze plan, więc po co słomiani?
-Kapitanie.- odezwała się łysy mężczyzna z hiszpańska bródką.- Po co nam ten konus? I czy nie powinniśmy się jakoś zabezpieczyć?- Zapytał.
Sokolooki zmierzył trojkę rozmówców, wśród nich była kobieta, której wcześniej nie widział, ale skoro Pedro ją wpuścił na spotkanie znaczy, że radziła sobie znakomicie podczas jego nie obecności. Po jego prawej stronie siedział Alan „Łysy” Jons człowiek, który niegdyś wyzwał go na pojedynek na Grand Line, a teraz był jednym z filarów załogi, no i Pedro „Uszko” Castello. Ten ostatni był najbardziej narwanym członkiem tej załogi. Przez co stracił ucho gdy zaatakował Shnksa, w głębi ducha za to mu dziękował. Pewnie nigdy by nie doszło do pojedynku między nimi, gdyby nie musiał bronić honoru swej załogi. Na szczęście, brodaty mężczyzna stał się po tamtym incydencie roztropniejszy.
-Przed czym chcecie się zabezpieczyć?- Zapytał w końcu.
-Przed ludźmi pokroju Akoiji, czy Kizara, dokładnie przed owocem typu Logia.- Sprecyzował Łysy.
-Wiecie co powiedział mi wiceadmirał Money D. Garp?- zapytał dowódca, wiedząc że nikt nie zna odpowiedzi, od razu kontynuował.
-Różnica pomiędzy ludźmi posiadającymi owoc, a tymi bez nich polega na tym, że ci pierwsi zjedli coś w mniemaniu ich załatwiającego za nich większość problemów. Człowiek bez owocu, gdy jest na skraju śmierci, nie może liczyć, że jego ciao nagle uniknie ciosu ,zamieni się w ogień czy w coś innego. W tedy poznajesz swą wartość, przełamujesz wszystkie bariery i albo to masz i jesteś wstanie robić cuda , albo giniesz.- Skończył monolog Mihawk.
-Mądrość wiceadmirała.- Mruknęła kobieta.
-To było przełożenie na nasze, jego krótkiego „jak ktoś myśli, że nie można mu przywalić, to nie walczył zemną!”- Wyjawił dowódca rozbawiając całą resztę.
-Tak więc czekamy na słomianych.- Wywnioskował pierwszy, głaszcząc się po brodzi.
-Tak...-Mruknął Sokolooki, wbijając spojrzenie w jedyną kobietę w towarzystwie.
-Jeszcze czekamy.- dodał po chwili ciszy, opuszczając wzrok na nie kompletną mapę.

P.S Sorry za błędy niestety są. Dysortografia i równierz wiem, że to wymówka i dowód na moje lenistwo, iż dotąd się z tym nie uporałem. Jednak przymnie nawet Word wymięka i błaga bym przestał pisać, gdy ma poprawiać po mnie. No mimo wszystko mam nadzieje, że wyeliminowałem większość błędów.
RedHatMeg

Piracki oficer

Licznik postów: 661

RedHatMeg, 20-04-2009, 21:46
Wszystko jest piękne. Podoba mi się, że wprowadziłeś załogę Mihawka, a wstawki Białowąsa z flashbacka były super ("Farmer", "Gówniarz z wielkim scyzorykiem" :rotfl: ). No i jestem ciekawa, po co Sokolemu Słomiani.
Najuch

Imperator

Licznik postów: 2,656

Najuch, 21-04-2009, 04:01
Dobre! Poważnie dobre. Nie ma co się oszukiwać, w końcu fik, w którym dzieją się jakieś przyzwoite rzeczy.

Błędów niestety jest masa. Poproś kogoś, by poprawiał Ci rozdziały przed wrzuceniem, bo to straszliwie w oczy kole. Nie mniej styl jakim dysponujesz naprawdę jest niczego sobie i ma spory klimat!

Dobrym pomysłem jest wrzucenie na początek kilku "światowych" zdarzeń. Śmierć Kizaru szybka i prosta... Trochę szkoda potężnego wojownika, który mógłby wiele pokazać, ale Mihawk przedstawiony doskonale.

Proszę Cię, znajdź sobie Beta readera, a we mnie masz już fanaSmile
PozdroSmile
Chlor

Kapitan z nowego świata

Licznik postów: 531

Chlor, 21-04-2009, 15:35
Zwierzak napisał(a):Jednak dziś szczęk, ich klinczujących ostrzy wydawały się domagać krwi.

Co to są "klinczujące" ? o_O

(No i niepotrzebny przecinek)
Zwierzak

Nowicjusz

Licznik postów: 13

Zwierzak, 21-04-2009, 15:51
Klincz- To jest obustronne przytrzymanie, taki impas, może termin z boksu nie pasuje do szermierki, ale jakoś mi tak słów zabrakło do opisania tego czynu.

Cieszę się, że podobają się te wypociny. Postaram się znaleźć jakiegoś speca od ortografii.
Najuch

Imperator

Licznik postów: 2,656

Najuch, 21-04-2009, 16:55
Nie musi to być spec. Wystarczy zwykła osoba, która wyłapie literówki... Ja niestety nie mam czasu, bo na maksa zajmuję się swoim fikiem, ale kogoś z forum możesz poprosić.
Chlor

Kapitan z nowego świata

Licznik postów: 531

Chlor, 21-04-2009, 18:02
Zwierzak napisał(a):Sokolooki stał i przysłuchiwał się obelgą najsilniejszego człowiek na świecie

obelgom i człowieka <:

Zwierzak napisał(a):krzykną, westchną,
i tak dalej...
Wciąż często zapominasz "ł" gdy piszesz w trzeciej osobie w czasie przeszłym /:

Poza tym faktycznie jest ciekawie i zapowiada się ciekawie, ale te błędy na litość boską... odbierają mi przyjemność z czytania <:
Zwierzak

Nowicjusz

Licznik postów: 13

Zwierzak, 27-04-2009, 23:52
No i trzeba słomki wprowadzić do fabuły
Meg: UWAGA FIK ZAWIERA SPOILER!
II
Miesiąc od ucieczki Luffyego. Trzydzieści dni szeptania o słabości Światowego Rządu. Pięć tygodni niepewności i w końcu decyzja. Pierwszą ofiarą jej wdrożenia w życie, było pojmanie jednego z Eleven Supernovas Demonicznego Mnicha Urouge’a, o ile pojmaniem można było nazwać, to co z nim zrobiono. Rząd jak najszybciej chciał odbudować swoją zszarganą reputację. Nie tylko oni mieli coś do udowodnienia, a fakt, że po tak długim czasie na horyzoncie pojawiła się załoga Słomianego Kapelusza, tylko dodawała sprawie większego priorytetu. Każdemu z nich według „zasług” wzrosła nagroda.
Głosami tysiąca propagatorów niosła się wieść, o człowieku z sokolim wzrokiem, chcącym się pozbyć wszystkich kamratów po fachu, albo siłą ich wcielić do jedynej słusznej załogi.
Nowy Świat, to właśnie tam skierowały się oczy każdego, kto coś znaczył i kto miał coś do powadzenia. Zastanawiając się co będzie dalej? Jak szybko sytuacja wróci do wcześniejszego statusu quo i czy w ogóle wróci?
***
Morskie fale przecinał jak miecz, kadłub mknącego statku. Wiatr nadymał żagle do granic możliwości. Mimo, że parę sztag odpięło się od pokładu nikt tym sobie nie zawracał głowy. Statkowi towarzyszył drżący głos, powtarzający w kółko, sześciu ich było... sześciu ich było...
Na pokładzie było wielkie zamieszanie, on cały przemoczony wypluwał wodę z ust. Lewa ręka mu drżała, spojrzał na nią i tak jak się spodziewał, strużka karmazynowej cieczy drążyła sobie drogę od jego ramienia, do samej dłoni. Jego wzrok zatrzymał się na kapitanie, przy którym mały renifer krzątał się jak oszalały.
Sześciu... sześciu...
Gdyby Luffy nie zatopił ich statku, to byłby koniec. Podniósł się lekko na prawej dłoni, by sprawdzić, czy czasem coś ich nie goni.
-Co z nami będzie...
-Usopp!- zawołał zirytowany do długonosego, który wciąż miał napiętą swoja procę, jakby zaraz ktoś miał na nich wyskoczyć. Ten na widok spojrzenia zielonowłosego zamilkł.
-Okręt z sześciorgiem Shichibukai i ich załogami zatopiony.—mruknął blondyn zapalając papierosa.
-Nie źle zdołali go pokiereszować.- zaraz dodał, spoglądając na nieprzytomnego i przemoczonego bruneta.
-Który ci to zrobił?- zapytał, spoglądając na ramię równie przemoczonego towarzysza klęczącego przed nim.
-Ponoć to Shichibukai, ale musi być nowy.- odezwał się szermierz, chwytając się za ramię.
- Za czasów kiedy byłem łowcą nagród, widziałem jego list gończy, nie przekraczał pięćdziesięciu milionów.- oznajmił Zoro.
-Następca Mihawka?- zastanawiał się Sanji, na co Roronoa wzruszył ramionami. Dobrze, że zdołał na czas wyłowić Luffyego, jednak po tylu dniach tułaczki i skromnej pomocy Silvera w końcu się odnaleźli. Ledwo wpłynęli do Nowego Świata, a tu cała szóstka rządowych piratów robi czystkę.
Z rozmyślań wyrwał go widok przenoszonego kapitana pod czujnym okiem Choppera.
-Sanji przymocuj sztag.- Odezwała się Nami, próbując się uspokoić, za pomocą powrotu do obowiązków.
-Oczywiście!- za ćwierkotał mężczyzna i z uśmiechem na ustach zaczął wykonywać rozkazy pomarańczowowłosej.
-Panie szermierzu.- Usłyszał głos brunetki.
- Powinien pan iść z raną do Doktora- zwróciła uwagę, spoglądając na wciąż krwawiące ramie. Zoro prychną cicho zanim się odezwał.
-To nic takiego.- zaczął, klepiąc się po ranie.
-Teraz ważny jest Luffy.- oświadczył wstając i ruszając w stronę masztu, na który zaczął się spinać. Lewa dłoń wciąż mu drżała, z każdą chwilą miał problem z jej ruszaniem, aż w połowie drogi opadła bezwładnie. Ledwo się utrzymał, spojrzał szybko w dół i odetchną z ulgą, nikt tego nie widział. Nie mógł przecież w takim momencie, gdy kapitan jest nie przytomny okazać słabości. Wszedł jakoś na bocianie gniazdo, które również używał jako sale treningową. Rozejrzał się po ciężarach i próbował zmusić swoją lewą ręki do wysiłku, niestety bez efektu.
-Co jest grane?- Zastanawiał się, w ogóle jej nie czuł, szczypał się, nawet nacią lekko i nic, zero oznak bólu, mrowienia, czegokolwiek. Usiadł przy ciężarkach, nie potrafiąc zebrać myśli.
Pragnie zostać najlepszym szermierzem świata i uparcie dąży do tego celu. Jednak jego styl to Santouryu ,walka trzema katanami, jak ma dalej tak walczyć, bez jednej ręki?
Westchną cicho, dobywając treningowy miecz z odważnikami.
- Może to przejściowe?- przeszło mu przez myśl.
-Skoro tak ma być, trzeba stawić czoło przeciwnością losu.- powiedział do siebie, zaczynając machać ostrzem . Jednak po chwili upuścił miecz na ziemię. Próbując ją podnieść bezwładną dłonią.
-Dalej...-szeptał.
-Dalej!- warknął
-Dalej!- krzyknął, padając na kolana. Mimo jego szeptów, warczeń , krzyków, ręka ani drgnęła, załamany oparł się o ścianę, gdy podniosła się kładka pod którą pojawił się czerwony cylinder.
-Podobno jesteś ranny.- odezwał się kosmaty młodzieniec, niosąc ze sobą, swoją torbę lekarską.
-Nic takiego.- mruknął, jednak lekarz podszedł do szermierza i natychmiast zaczął opatrywać ramię mężczyzny. Zoro spoglądał na czyny malca z lękiem, nie chciał by jego słabość została wykryta.
-Podnieś ją, tak mi trudno ją opatrzyć.- odezwał się Chopper. Tego się obawiał, jego spojrzenie spotkało się z ponaglającym wzrokiem doktora.
-Nie...- zaczął kulawo, jak to miało brzmieć? Nie potrafię ruszyć ręką? On człowiek, który zawsze pcha naprzód, teraz miał się zatrzymać z powodu niewładnej dłoni.
–Nie potrafię nią ruszać.- w końcu odpowiedział, siląc się na niefrasobliwy ton wypowiedzi.
-Co?- prawie wykrzyczał renifer, ściągając szybko opatrunek, by dokładnie przyjrzeć się ramieniu.
***
Kilkanaście szalup kołysało się na falach. Towarzyszyły im przekleństwa, krzyki, oraz szamotanina.
-To nie moja wina.- oświadczyła Boa przeczesując włosy.
-To przez tego drągala, on ciebie postrzelił.- dodała wskazując na Kume, do którego podskoczył Moria kołysząc całą szalupą.
-Przez ciebie uciekł mi słomiany!- wycedził przez zęby
-Już miałem go wrzucić do odmętów morza, ale twój promień musiał wystrzelić!- wrzeszczał dalej, targając za kołnierz postawnego mężczyzny.
-Celowałem w Słomianego Kapelusza, nie moja wina, że Hancocko na mnie wpadła.- beznamiętnie odparł Tyran. Blady pirat zazgrzytał zębami rozglądając się po szalupach, gdzie były ich załogi. Na jednej z nich siedział nowy nabytek. Nie wykazał się w walce z słomianym, ale dopadł jego pierwszego oficera . Przyjrzał mu się dokładniej, nie wysoki, ani postawny z wąsami uwiązanymi w warkocze, wyglądał komicznie. Ubrany jak obdartus i jego broń, wyglądająca jak powiększona purpurowo-czarna szpilka. Obaj piraci zmierzyli się wzrokiem, Moria prychną siadając w szalupie, rozpychając się pomiędzy swymi ludźmi.
-Mam nadzieje Chirurg, że następnym razem, dołączysz do głównej batalii.- burkną spoglądając przez ramie, na młodego pirata.
-Na pewno.-odparł krótko, był pełen podziwu, dla prawie całej rządowej zgrai. Słyszał wiele o tych legendach i aż mu tchu w piersi zabrakło jak zaatakowali słomianego, gdyby nie potknięcie jedynej kobiety, słomiany nie zdołał by zatopić statku, a nie mówiąc już o przeżyciu. Jego rozmyślanie przerwało skrobanie metalu o jego szalupę. Spojrzał na opierzonego blondyna, który zamiast lewej dłoni miał niedługie ostrze. Słyszał, że zrobił mu to, ten przeklęty zdrajca Mihawk.
-Kuma skontaktowałeś się z Rządem?- Odezwał się w końcu Donquixote zażenowanym głosem.
-Za niedługo coś nam przyślą.- Odparł cyborg.
Tylko Czarnobrody leżał odprężony sącząc butelkę rumu, którą udało mu się uratować. Płyną przez Nowy Świat z najpotężniejszą załogą, jeśli napotkają Yonkou nie zjednoczonych mogą ich pokonać, a droga do One Piece stanie przed nim otworem. Wtedy będzie o krok od zostaniem Królem. Uśmiechną się do siebie, przypominając moment, gdy zranił słomianego smarkacza. Nawet człowiek, który był warty 300 000 000 beli musi się przed nim ukorzyć.
***
Statek spokojnie bujał się w niewielkiej zatoce. Zakotwiczył skryty za wysokimi palmami i bujną roślinnością wyspy. Długonosy brunet wychylał się za drewnianą barierkę rufy, by upewnić się, iż z morza ich nie widać. Koło niego krzątał się cieśla, czujnym okiem sprawdzając, czy po za zerwanymi sztagami, statek bardziej nie ucierpiał.
-Robin- chwan nie możesz iść sama!- krzykną zaniepokojony kucharz spoglądając na archeolog, która właśnie schodziła na ląd.
-Nic mi nie będzie.- zapewniła brunetka, uśmiechając się w stronę zaniepokojonego blondyna.
-Pójdę z tobą!- postanowił i wyskoczył za burtę z plecakiem.
-Sanji tylko wracajcie szybko!- zarządziła Nami obawiając się ataku z każdej strony. W końcu to Nowy Świat, a oni już spotkali Shichibukai.
-Oczywiście Nami-swan!- zaćwierkotał mężczyzna, kobieta się do siebie uśmiechnęła, w sumie nie spodziewała się innej odpowiedzi.
Zamieszanie na okręcie obserwował z bocianiego gniazda zielonowłosy. Westchną cicho, słysząc jak lekarz podnosi klapę by wyjść.
-Pamiętaj co mi obiecałeś.- odezwał się szermierz, nie spoglądając w stronę Choppera.
-To zły pomysł.- odparł lekarz na odchodne, zmartwionym wzrokiem spoglądając na swego przyjaciela.
-Przyrzekłeś.- ponownie się odezwał Zoro, wbijając wzrok w kosmatego rozmówce.
-Wiem.- mruknął renifer schodząc z bocianiego gniazda. Mężczyzna znów spojrzał na odchodzącą parę ściskając się za zabandażowane lewe ramię.
***
Robin przyglądała się uważnie okolicy. Sanji odsłaniał przed nią liście i inne krzewy bujnej roślinności. Co nieco rozbawiło archeolog. Dążąc tak krętymi ścieżkami wytyczonymi przez florę, doszli do małego jeziorka, które tętniło życiem. Co jakiś czas nad powierzchnie tafli wyskakiwały jakieś ryby i z pluskiem dawały nura w lazurowe odmęty. Zanim kobieta zdążyła zauważyć, jej towarzysz przygotował jej herbatę i rozłożył koc. Pokładowy kucharz często tak robił, gdy miała okazje z nim zwiedzać nowo poznane wyspy.
-Przerwa?- zapytał, kobieta się uśmiechnęła i skorzystał z propozycji mężczyzny. W ciszy upijali aromatyczny napój, przyglądając się okolicy. Słychać było jak wyspa żyje własnym życiem, odgłosy zwierząt dochodziły z każdej strony, jakby dawały znać gdzie są, by w ich kierunku się nie zbliżać.
-Dym.- przerwał zmowę milczenia mężczyzna, wskazują na szare kłębowisko powoli się unoszące. Robin szybko dopiła herbatę i wstał za jej przykładem poszedł kucharz, zbierając wszystko co rozłożył.
-Przejdźmy się tam.- zarządziła, była pewna, że to jakieś ognisko, lub dym z kominku, nie wyglądało to na nic innego. Para powoli i ostrożnie zbliżała się do celu. Z oddali widzieli małe chatki z drewna, dachy pokryte liśćmi palmowymi. Czym bliżej podchodzili, tym głośniejszy jazgot rozbawionych dzieci dochodził ich uszu. Nie długo musieli czekać by je ujrzeć, to tu, to tam biegały i się bawiły. Niektóre okładały się patykami, jakby były to miecze, inne spokojniejsze rzucały skórzanymi piłkami w stronę ściętych pniaków. Starowinki przy chatach coś szyły i plotkowały, ale ten beztroski styl zaraz się skończył, przerwany brutalnie nadchodzącą parą. Ciekawe dzieci przerwały swe zajęcia z daleka bystrym wzrokiem spoglądały na kobietę i mężczyznę. Starsi osadnicy już nie patrzyli tak gościnnie, a wręcz wrogo. Wzrok Robin przykuł drewniany maszt, po środku wioski, na którym trzepotała znana jej bandera.
-Białobrody.- odezwała się widząc czaszkę z wąsem pod nosem.
-Ratunku!- niósł się krzyk, wszyscy spojrzeli w tym kierunku. Zza zarośli wybiegł ranny mężczyzna.
-Zaatakowała naszą wioskę.- wysapał pokiereszowany brunet, padając na kolana.
- Strzyga morduje bezlitośnie, chce zasłynąć jako ta, która najbardziej zalezie za skórę Yonkou- dodał zanim padł na ziemię. Wśród zebranych ludzi uniósł się gwar i panika.
-Musimy uciekać!- padła propozycja.
-Dokąd?- ktoś inny zapytał.
-Boże miej nas w swojej opiece!- krzyknęła starowinka wznosząc modły do nieba.
-Kim jest Strzyga?- odezwała się archeolog, ale nikt nie raczył jej słuchać. Jednak szybko się to zmieniło, gdy nad głowami wieśniaków przeleciał pniak. Zaraz spojrzeli na rozgniewanego blondyna.
-Nieładnie nie odpowiadać na pytania damy.- oznajmił
-Strzyga to najbardziej szalona korsarka w regionie.- odparł jeden mężczyzna, drżącym głosem i prawie szeptem, jakby bał się iż samym wypowiedzeniem jej imienia, mógłby ją wywołać z lasu.
-Ile wynosi nagroda za jej głowę?- zapytał Sanji.
Wszyscy spoglądali po siebie jakby szukali odpowiedzi, u towarzyszy. W końcu cisze przerwała Robin.
-Możecie nas zaprowadzić do tej wioski?- pytanie to pozbawiło oddechu mieszkańców i zasiało przerażającą cisze. Nikt nawet nie drgną, nie śmiał się ruszyć.
-Ja wam pokaże!- Pisną chłopak przewracając się.
-Nie Timi!- za dzieckiem wybiegła szatynka, podnosząc go z ziemi.
-To ja wam pokażę.- po chwili dodała.
-Kobieta ma za was narażać życie?!- warknął oburzony kucharz.
-Musisz im wybaczyć.- Odezwała się kobieta posyłając dziecko w dłonie zbyt przerażonej matki, by nawet ruszyć za swą pociechą.
- Nas broni Białobrody, po zatem co zdolniejsi mężczyźni, od razu ruszają na morze.- wyjaśniła spuszczając wzrok.
- Zemną moja droga nic ci nie grozi.- zapewnił kucharz. dokładnie mierząc wzrokiem kobietę. Włosy spięte w kok piegi usiały jej rumiane policzka. Nie była, aż tak choinie obdarowana przez naturę jak jego kompanki, ale wszystko było na swym miejscu.
-Mam na imię Kali.- Przestawiła się szatynka
-Jak uroczo.-wtrącił rozmarzony mężczyzna, gdy w tym czasie jego towarzyszka przedstawiła się i jej przyjaciela.
-Uratujecie ich?- zapytała spoglądając rozpaczliwym wzrokiem na nowych towarzyszy. Zanim kucharz zdołał zapewnić dziewczynę o swym całkowitym oddaniu dla sprawy, wtrąciła się archeolog.
-Proponuje byście opuścili swe domostwa i udali się jak najdalej stąd.- zaproponowała, dodając.
- My na razie, tylko się przyjrzymy z kim nam przyjdzie walczyć.
- Robin- chwaaaan jesteś taka mądra.- Zaćwierkotał blondyn spoglądając na towarzyszkę.
-Więc w drogę.- zarządziła brunetka i ruszyła za przewodniczką w odmęty miejscowej flory. Szli szybkim krokiem, omijając drzewa i krzewy, przy tym rozglądając się czujnie. Oczy brunetki spoczęły na przewodniku, który się przedzierał przez odmęty wyspy jak by robił to nie raz.
-Widzę, że znasz dobrze tą wyspę.- zagadnęła.
-Nie najgorzej.- odparła Kali.
- Aczkolwiek pochodzę z Uma, następnej wyspy.- dodała uchylając się przed liśćmi, po których maszerowały spokojnie mrówki.
-Mam nadzieje, że powstrzymacie tą szaloną kobietę.- powiedziała w tle słysząc zapewnienia Sanjego.
-Całkiem możliwe, iż jeśli jej tu nie powstrzymamy to uderzy na moją rodzinną wyspę.- oświadczyła zaniepokojonym głosem.
-Na pewno nie zawiedziemy.- zapewniał dalej kucharz, gdy szatynka nagle go uciszyła wskazując przed siebie. Para towarzyszy się do niej przybliżyła i za krzewów zauważyła zniszczoną wieś. Wszędzie gdzie okiem sięgnąć leżał jakiś wieśniak. Trójka wyszła z ukrycia, zmierzając do swego celu. Wiatr niósł kurz z rumowiska jakie pozostało po wsi.
-Nie żyje.- po raz wtóry oznajmił blondyn, odchodząc od kolejnego ciała.
-Tutaj - zawołała piegata, podtrzymując ciężko ranionego mężczyznę.
-Gdzie Strzyga?- zapytała Kali. Mężczyzna z lękiem spoglądał na nią, zwrócił wzrok na nadchodzącą parę.
-Strzyga płynie na Uma.- poinformował sycząc z bólu.
-Nie...-mruknęła szatynka, zakrywając usta dłonią. Sanji odsuną dziewczynę od mężczyzny podnosząc go na barana.
-Trzymaj się zaniesiemy cię do jej wsi.- oświadczył kucharz wraz z resztą ruszając w drogę powrotną.
***
Spoglądał ze szczytu siwego klifu, na dobijające do brzegu szalupy. Lekko podniósł kącik ust do góry. Tak jak myślał, ich największą słabością jest to, iż nie mają lidera. Jednak teraz to było nie istotne. Usłyszał cichy szelest za nim. Nie spoglądając na intruza odezwał się.
- Co się stało?- zapytał zatrzymując wzrok na brunetce przy której stały dwie inne kobiety.
-Czy to rozsądne?- zapytał brodaty mężczyzna bez ucha.
-Nie lepiej było by zmierzyć...- w słowo pierwszego wtrącił się kapitan.
-Nie, on musi w ostatecznym rozrachunku poprzeć moją sprawę.- stwierdził Mihawk
-Jednak nadal bym nalegał, by pan to przemyślał.- oświadczył Pedro.
-Muszę to zrobić.- odezwał Sokolooki, odwracając się w końcu do rozmówcy.
- Od teraz każdy nasz ruch będzie groził śmiercią. Nie ma już łatwych zadań. Dlatego trzeba pchać słomianego dalej.- oświadczył mężczyzna schodząc z klifu.
-Nasz cel jest daleko, a po drodze musimy zebrać jego elementy.- dodał na odchodne szermierz.
Pedro spoglądał przez chwile na wybrzeże, ciężko wzdychając. Jeszcze nie do końca rozumiał, do czego słomiany jest potrzebny kapitanowi, lecz zaczynał się domyślać. Przynajmniej mu się tak wydawało. Również nie rozumiał dlaczego kapitan robi z tego taką tajemnice? Chyba nie postanowił zmienić ich celu w sekrecie przed załogą? Pokręcił głową, besztając się za takie myśli.
-On nigdy nie zawiódł.- mruknął do siebie mężczyzna podążając za kapitanem.
***
Szatynka zdyszana w końcu przekroczyła uradowana balustradę statku. Przerzucając plecak na pokład. Zanim zdołała się rozejrzeć zimne ostrze pojawiło się przy jej szyi.
-Kim jesteś?- usłyszała głos mężczyzny i w jego kierunku podniosła wzrok.
-Jestem Kali- przedstawiła się niemrawo, uśmiechając do zielonowłosego mężczyzny.
-Głąbie ,tak witasz kobiety!- warknął Sanji wskakując na pokład, gdy szermierz chował katanę do pochwy.
-Idiota.- mruknął Zoro, gdy usłyszał zaciekawiony głos gościa.
-Po co ci trzy katany?- przyglądała się ostrzą z dziką fascynacją.
-Gubisz je tak często, że nosisz zapas?
Mężczyzna zmarszczył czoło, słysząc jeszcze śmiech Usoppa, za którym chował się Chopper.
-Walczę nimi, mój styl to Santouryu- oznajmił klepiąc prawą ręką po rękojeściach swych ostrzy.
-Chciała bym to zobaczyć.- powiedziała wbijając w niego swe błagalne spojrzenie.
-Nic wielkiego.- usłyszała od odchodzącego mężczyzny.
-Dwa miecze w dłoni i trzeci w ustach.- wyjawił kierując się w stronę masztu.
-Gdy dama prosi...!- warknął blondyn, jednak w słowo wszedł mu doktor.
-Zoro nie powinien forsować przez jakiś czas tego ramienia.
-To Zoro.- odezwała się nawigator wchodząca na pokład.
-Walczył już z gorszymi ranami.- zauważyła i spojrzała na gościa.
-Jestem Nami.- przedstawiła się zaraz kontynuując.
-Co cię do nas sprowadza?- zapytała
-Mam prośbę.- zaczęła.
-Dlatego chciała bym rozmawiać z kapitanem.- dodała niepewnie.
-Niestety jest nie dysponowany.- oznajmiła pomarańczowowłosa.
-To z pierwszym oficerem.
Na te słowa w śród załogi zapadała cisza i konsternacja, aż ją przełamał długonosy brunet.
-To JA! Kapitan USOPP.- oznajmił dumnie wypinając pierś do przodu.
-Ale ja pytam poważnie.- oznajmiła, a jej rozmówca nieco się zgarbił zaraz powracając do swej poprzedniej pozy.- Ty nieświadoma niewiasto.- zaczął wyniosłym głosem.
- Ja i tysiące moich kamratów rozsianych po Grand Line siejemy taką grozę, iż jak się o nas wspomina fale przestają się bujać, kryjąc się ze stracha w najdalszych zakątkach Nowego Świata.
-Nie macie pierwszego?- zdziwionym głosem odezwała się po chwili szatynka, całkowicie ignorując zbyt cherlawego jak na jej gust pirata. Słysząc w tle protesty długonosego.
-Gdy nie ma kapitana, to kto odpowiada za was, nawet swoim życiem?- zapytała nie dowierzając. Wszyscy spoglądali po sobie, gdy Sanji zapalił papierosa i spojrzał na maszt.
-Zoro jest pierwszym.- oznajmił, tamten prawie spadł słysząc słowa blondyna. Cała załoga najpierw spojrzała na kucharza, a potem na zeskakującego zielonowłosego.
-Chopper idź go zbadać.- Szepną Usopp nachylając się do lekarza.
- Może coś złapał na tej wyspie.
-Wiec?- Odezwał się Roronoa, nadal niepewny w roli jaką tak znienacka mu zaproponowano.
-Czy mogła bym z wami płynąć na następną wyspę?- zapytała dziewczyna.
-Mogę zapłacić.- zaraz dodała, na co szermierz westchną. Ta cala Kali użyła kluczowego słowa. Już czuł za sobą jej obecność.
-Zoro.- Zaćwierkotała Nami, nawet się nie musiał obracać już widział oczami wyobraźni jej oczy zakryte chciwością.
-Niech będzie.- westchną
-Wiedziałam, że jesteś inteligentny.- pochwaliła szermierza Nami podchodząc do dziewczyny.
-O jakiej sumie rozmawiamy?- zadała kluczowe w tej chwili pytanie.
-Trzydzieści tysięcy.- odparła kobieta.
- Myślę, że wystarczy.- stwierdziła siadając przy stole z parasolem, gestem dłoni wskazując miejsce obok siebie. Szatynka skorzystała, zasiadając obok, zaraz przy paniach pojawił się kucharz serwując napoje i ciasto.
-Sądzę, iż moja wieś może również zapłacić wam za pojmanie Strzygi.- odezwała się niepewnie dziewczyna.
-Wiem, że o dużo proszę.
-Kim jest Strzyga?- zapytała nawigator.
-Jest najniebezpieczniejszą korsarką w regionie.-wyjaśniła piegata upijając trochę zimnego napoju.
-Dla swoich chorych ambicji, niszczy wyspy w okolicy. Właśnie dlatego chce wrócić do rodzimej wioski, gdyż jest następnym celem tej kobiety.
W normalnych okolicznościach zapewne by się zgodziła, na łatwy zarobek. Jednak do teraz Luffy się nie przebudził, a za sobą mieli Shichibukai. Tu nie można wyłącznie podążać za swoimi zachciankami, mimo że pokusa jest wielka.
-Zobaczymy.- odezwała się po krótkim namyśle pomarańczowowłosa.
-Dziękuje.- podziękowała Kali.
-Nie powiedziałam tak.-zastrzegła Nami.
-Ale to i tak więcej niż się spodziewałam.-oznajmiła dziewczyna szeroko się uśmiechając.
RedHatMeg

Piracki oficer

Licznik postów: 661

RedHatMeg, 28-04-2009, 21:45
Zwierzak napisał(a):choinie
"Chojnie", człowieku!
A i jeszcze coś. Ciagle robiłaś taki błąd...
Zwierzak napisał(a):Po co ci trzy katany?- przyglądała się ostrzą z dziką fascynacją.
-Gubisz je tak często, że nosisz zapas?
Jeśli mówi to jedna osoba i nikt jej nie przerywa, to nie zaczynasz po myślniku od nowego akapitu. Wiec to powinno być tak:
- Po co ci trzy katany?- przyglądała się ostrzą z dziką fascynacją. - Gubisz je tak często, że nosisz zapas?

Ale fik był ciekawy. Może przy tej Strzydze trudniej się czytało, aleta zraniona ręka Zoro dodaje dramatyzmu do całej sytuacji.
Najuch

Imperator

Licznik postów: 2,656

Najuch, 29-04-2009, 00:09
Cytat:Zwierzak napisał/a:
choinie

"Chojnie", człowieku!
Meg, spadłem z krzesłaTongue Jak już poprawiasz, to proszę Cię, chociaż dobrze to zrób... Pewnie przeoczenie, prawda?
A co do Ciebie Zwierzak, to już mnie w ogóle zmiażdżyłeś.

HOJNIETongue Przez "H".

Doskonale robisz klimat Zwierzak... Ręka Zoro, akcja z Mihawkiem itp... Za szybko wyjechałeś ze "światowym klimatem" Mam takie wrażenie... Ale ogólnie jest bardzo fajnieSmile Masz we mnie fana w dalszym ciągu. Bardzo podobał mi się Sanji mówiący "Zoro jest pierwszym".
Wrzucaj dalejSmile
1 2
Subskrybuj ten wątek Odpowiedź