No i trzeba słomki wprowadzić do fabuły
Meg: UWAGA FIK ZAWIERA SPOILER!
II
Miesiąc od ucieczki Luffyego. Trzydzieści dni szeptania o słabości Światowego Rządu. Pięć tygodni niepewności i w końcu decyzja. Pierwszą ofiarą jej wdrożenia w życie, było pojmanie jednego z Eleven Supernovas Demonicznego Mnicha Urouge’a, o ile pojmaniem można było nazwać, to co z nim zrobiono. Rząd jak najszybciej chciał odbudować swoją zszarganą reputację. Nie tylko oni mieli coś do udowodnienia, a fakt, że po tak długim czasie na horyzoncie pojawiła się załoga Słomianego Kapelusza, tylko dodawała sprawie większego priorytetu. Każdemu z nich według „zasług” wzrosła nagroda.
Głosami tysiąca propagatorów niosła się wieść, o człowieku z sokolim wzrokiem, chcącym się pozbyć wszystkich kamratów po fachu, albo siłą ich wcielić do jedynej słusznej załogi.
Nowy Świat, to właśnie tam skierowały się oczy każdego, kto coś znaczył i kto miał coś do powadzenia. Zastanawiając się co będzie dalej? Jak szybko sytuacja wróci do wcześniejszego statusu quo i czy w ogóle wróci?
***
Morskie fale przecinał jak miecz, kadłub mknącego statku. Wiatr nadymał żagle do granic możliwości. Mimo, że parę sztag odpięło się od pokładu nikt tym sobie nie zawracał głowy. Statkowi towarzyszył drżący głos, powtarzający w kółko, sześciu ich było... sześciu ich było...
Na pokładzie było wielkie zamieszanie, on cały przemoczony wypluwał wodę z ust. Lewa ręka mu drżała, spojrzał na nią i tak jak się spodziewał, strużka karmazynowej cieczy drążyła sobie drogę od jego ramienia, do samej dłoni. Jego wzrok zatrzymał się na kapitanie, przy którym mały renifer krzątał się jak oszalały.
Sześciu... sześciu...
Gdyby Luffy nie zatopił ich statku, to byłby koniec. Podniósł się lekko na prawej dłoni, by sprawdzić, czy czasem coś ich nie goni.
-Co z nami będzie...
-Usopp!- zawołał zirytowany do długonosego, który wciąż miał napiętą swoja procę, jakby zaraz ktoś miał na nich wyskoczyć. Ten na widok spojrzenia zielonowłosego zamilkł.
-Okręt z sześciorgiem Shichibukai i ich załogami zatopiony.—mruknął blondyn zapalając papierosa.
-Nie źle zdołali go pokiereszować.- zaraz dodał, spoglądając na nieprzytomnego i przemoczonego bruneta.
-Który ci to zrobił?- zapytał, spoglądając na ramię równie przemoczonego towarzysza klęczącego przed nim.
-Ponoć to Shichibukai, ale musi być nowy.- odezwał się szermierz, chwytając się za ramię.
- Za czasów kiedy byłem łowcą nagród, widziałem jego list gończy, nie przekraczał pięćdziesięciu milionów.- oznajmił Zoro.
-Następca Mihawka?- zastanawiał się Sanji, na co Roronoa wzruszył ramionami. Dobrze, że zdołał na czas wyłowić Luffyego, jednak po tylu dniach tułaczki i skromnej pomocy Silvera w końcu się odnaleźli. Ledwo wpłynęli do Nowego Świata, a tu cała szóstka rządowych piratów robi czystkę.
Z rozmyślań wyrwał go widok przenoszonego kapitana pod czujnym okiem Choppera.
-Sanji przymocuj sztag.- Odezwała się Nami, próbując się uspokoić, za pomocą powrotu do obowiązków.
-Oczywiście!- za ćwierkotał mężczyzna i z uśmiechem na ustach zaczął wykonywać rozkazy pomarańczowowłosej.
-Panie szermierzu.- Usłyszał głos brunetki.
- Powinien pan iść z raną do Doktora- zwróciła uwagę, spoglądając na wciąż krwawiące ramie. Zoro prychną cicho zanim się odezwał.
-To nic takiego.- zaczął, klepiąc się po ranie.
-Teraz ważny jest Luffy.- oświadczył wstając i ruszając w stronę masztu, na który zaczął się spinać. Lewa dłoń wciąż mu drżała, z każdą chwilą miał problem z jej ruszaniem, aż w połowie drogi opadła bezwładnie. Ledwo się utrzymał, spojrzał szybko w dół i odetchną z ulgą, nikt tego nie widział. Nie mógł przecież w takim momencie, gdy kapitan jest nie przytomny okazać słabości. Wszedł jakoś na bocianie gniazdo, które również używał jako sale treningową. Rozejrzał się po ciężarach i próbował zmusić swoją lewą ręki do wysiłku, niestety bez efektu.
-Co jest grane?- Zastanawiał się, w ogóle jej nie czuł, szczypał się, nawet nacią lekko i nic, zero oznak bólu, mrowienia, czegokolwiek. Usiadł przy ciężarkach, nie potrafiąc zebrać myśli.
Pragnie zostać najlepszym szermierzem świata i uparcie dąży do tego celu. Jednak jego styl to Santouryu ,walka trzema katanami, jak ma dalej tak walczyć, bez jednej ręki?
Westchną cicho, dobywając treningowy miecz z odważnikami.
- Może to przejściowe?- przeszło mu przez myśl.
-Skoro tak ma być, trzeba stawić czoło przeciwnością losu.- powiedział do siebie, zaczynając machać ostrzem . Jednak po chwili upuścił miecz na ziemię. Próbując ją podnieść bezwładną dłonią.
-Dalej...-szeptał.
-Dalej!- warknął
-Dalej!- krzyknął, padając na kolana. Mimo jego szeptów, warczeń , krzyków, ręka ani drgnęła, załamany oparł się o ścianę, gdy podniosła się kładka pod którą pojawił się czerwony cylinder.
-Podobno jesteś ranny.- odezwał się kosmaty młodzieniec, niosąc ze sobą, swoją torbę lekarską.
-Nic takiego.- mruknął, jednak lekarz podszedł do szermierza i natychmiast zaczął opatrywać ramię mężczyzny. Zoro spoglądał na czyny malca z lękiem, nie chciał by jego słabość została wykryta.
-Podnieś ją, tak mi trudno ją opatrzyć.- odezwał się Chopper. Tego się obawiał, jego spojrzenie spotkało się z ponaglającym wzrokiem doktora.
-Nie...- zaczął kulawo, jak to miało brzmieć? Nie potrafię ruszyć ręką? On człowiek, który zawsze pcha naprzód, teraz miał się zatrzymać z powodu niewładnej dłoni.
–Nie potrafię nią ruszać.- w końcu odpowiedział, siląc się na niefrasobliwy ton wypowiedzi.
-Co?- prawie wykrzyczał renifer, ściągając szybko opatrunek, by dokładnie przyjrzeć się ramieniu.
***
Kilkanaście szalup kołysało się na falach. Towarzyszyły im przekleństwa, krzyki, oraz szamotanina.
-To nie moja wina.- oświadczyła Boa przeczesując włosy.
-To przez tego drągala, on ciebie postrzelił.- dodała wskazując na Kume, do którego podskoczył Moria kołysząc całą szalupą.
-Przez ciebie uciekł mi słomiany!- wycedził przez zęby
-Już miałem go wrzucić do odmętów morza, ale twój promień musiał wystrzelić!- wrzeszczał dalej, targając za kołnierz postawnego mężczyzny.
-Celowałem w Słomianego Kapelusza, nie moja wina, że Hancocko na mnie wpadła.- beznamiętnie odparł Tyran. Blady pirat zazgrzytał zębami rozglądając się po szalupach, gdzie były ich załogi. Na jednej z nich siedział nowy nabytek. Nie wykazał się w walce z słomianym, ale dopadł jego pierwszego oficera . Przyjrzał mu się dokładniej, nie wysoki, ani postawny z wąsami uwiązanymi w warkocze, wyglądał komicznie. Ubrany jak obdartus i jego broń, wyglądająca jak powiększona purpurowo-czarna szpilka. Obaj piraci zmierzyli się wzrokiem, Moria prychną siadając w szalupie, rozpychając się pomiędzy swymi ludźmi.
-Mam nadzieje Chirurg, że następnym razem, dołączysz do głównej batalii.- burkną spoglądając przez ramie, na młodego pirata.
-Na pewno.-odparł krótko, był pełen podziwu, dla prawie całej rządowej zgrai. Słyszał wiele o tych legendach i aż mu tchu w piersi zabrakło jak zaatakowali słomianego, gdyby nie potknięcie jedynej kobiety, słomiany nie zdołał by zatopić statku, a nie mówiąc już o przeżyciu. Jego rozmyślanie przerwało skrobanie metalu o jego szalupę. Spojrzał na opierzonego blondyna, który zamiast lewej dłoni miał niedługie ostrze. Słyszał, że zrobił mu to, ten przeklęty zdrajca Mihawk.
-Kuma skontaktowałeś się z Rządem?- Odezwał się w końcu Donquixote zażenowanym głosem.
-Za niedługo coś nam przyślą.- Odparł cyborg.
Tylko Czarnobrody leżał odprężony sącząc butelkę rumu, którą udało mu się uratować. Płyną przez Nowy Świat z najpotężniejszą załogą, jeśli napotkają Yonkou nie zjednoczonych mogą ich pokonać, a droga do One Piece stanie przed nim otworem. Wtedy będzie o krok od zostaniem Królem. Uśmiechną się do siebie, przypominając moment, gdy zranił słomianego smarkacza. Nawet człowiek, który był warty 300 000 000 beli musi się przed nim ukorzyć.
***
Statek spokojnie bujał się w niewielkiej zatoce. Zakotwiczył skryty za wysokimi palmami i bujną roślinnością wyspy. Długonosy brunet wychylał się za drewnianą barierkę rufy, by upewnić się, iż z morza ich nie widać. Koło niego krzątał się cieśla, czujnym okiem sprawdzając, czy po za zerwanymi sztagami, statek bardziej nie ucierpiał.
-Robin- chwan nie możesz iść sama!- krzykną zaniepokojony kucharz spoglądając na archeolog, która właśnie schodziła na ląd.
-Nic mi nie będzie.- zapewniła brunetka, uśmiechając się w stronę zaniepokojonego blondyna.
-Pójdę z tobą!- postanowił i wyskoczył za burtę z plecakiem.
-Sanji tylko wracajcie szybko!- zarządziła Nami obawiając się ataku z każdej strony. W końcu to Nowy Świat, a oni już spotkali Shichibukai.
-Oczywiście Nami-swan!- zaćwierkotał mężczyzna, kobieta się do siebie uśmiechnęła, w sumie nie spodziewała się innej odpowiedzi.
Zamieszanie na okręcie obserwował z bocianiego gniazda zielonowłosy. Westchną cicho, słysząc jak lekarz podnosi klapę by wyjść.
-Pamiętaj co mi obiecałeś.- odezwał się szermierz, nie spoglądając w stronę Choppera.
-To zły pomysł.- odparł lekarz na odchodne, zmartwionym wzrokiem spoglądając na swego przyjaciela.
-Przyrzekłeś.- ponownie się odezwał Zoro, wbijając wzrok w kosmatego rozmówce.
-Wiem.- mruknął renifer schodząc z bocianiego gniazda. Mężczyzna znów spojrzał na odchodzącą parę ściskając się za zabandażowane lewe ramię.
***
Robin przyglądała się uważnie okolicy. Sanji odsłaniał przed nią liście i inne krzewy bujnej roślinności. Co nieco rozbawiło archeolog. Dążąc tak krętymi ścieżkami wytyczonymi przez florę, doszli do małego jeziorka, które tętniło życiem. Co jakiś czas nad powierzchnie tafli wyskakiwały jakieś ryby i z pluskiem dawały nura w lazurowe odmęty. Zanim kobieta zdążyła zauważyć, jej towarzysz przygotował jej herbatę i rozłożył koc. Pokładowy kucharz często tak robił, gdy miała okazje z nim zwiedzać nowo poznane wyspy.
-Przerwa?- zapytał, kobieta się uśmiechnęła i skorzystał z propozycji mężczyzny. W ciszy upijali aromatyczny napój, przyglądając się okolicy. Słychać było jak wyspa żyje własnym życiem, odgłosy zwierząt dochodziły z każdej strony, jakby dawały znać gdzie są, by w ich kierunku się nie zbliżać.
-Dym.- przerwał zmowę milczenia mężczyzna, wskazują na szare kłębowisko powoli się unoszące. Robin szybko dopiła herbatę i wstał za jej przykładem poszedł kucharz, zbierając wszystko co rozłożył.
-Przejdźmy się tam.- zarządziła, była pewna, że to jakieś ognisko, lub dym z kominku, nie wyglądało to na nic innego. Para powoli i ostrożnie zbliżała się do celu. Z oddali widzieli małe chatki z drewna, dachy pokryte liśćmi palmowymi. Czym bliżej podchodzili, tym głośniejszy jazgot rozbawionych dzieci dochodził ich uszu. Nie długo musieli czekać by je ujrzeć, to tu, to tam biegały i się bawiły. Niektóre okładały się patykami, jakby były to miecze, inne spokojniejsze rzucały skórzanymi piłkami w stronę ściętych pniaków. Starowinki przy chatach coś szyły i plotkowały, ale ten beztroski styl zaraz się skończył, przerwany brutalnie nadchodzącą parą. Ciekawe dzieci przerwały swe zajęcia z daleka bystrym wzrokiem spoglądały na kobietę i mężczyznę. Starsi osadnicy już nie patrzyli tak gościnnie, a wręcz wrogo. Wzrok Robin przykuł drewniany maszt, po środku wioski, na którym trzepotała znana jej bandera.
-Białobrody.- odezwała się widząc czaszkę z wąsem pod nosem.
-Ratunku!- niósł się krzyk, wszyscy spojrzeli w tym kierunku. Zza zarośli wybiegł ranny mężczyzna.
-Zaatakowała naszą wioskę.- wysapał pokiereszowany brunet, padając na kolana.
- Strzyga morduje bezlitośnie, chce zasłynąć jako ta, która najbardziej zalezie za skórę Yonkou- dodał zanim padł na ziemię. Wśród zebranych ludzi uniósł się gwar i panika.
-Musimy uciekać!- padła propozycja.
-Dokąd?- ktoś inny zapytał.
-Boże miej nas w swojej opiece!- krzyknęła starowinka wznosząc modły do nieba.
-Kim jest Strzyga?- odezwała się archeolog, ale nikt nie raczył jej słuchać. Jednak szybko się to zmieniło, gdy nad głowami wieśniaków przeleciał pniak. Zaraz spojrzeli na rozgniewanego blondyna.
-Nieładnie nie odpowiadać na pytania damy.- oznajmił
-Strzyga to najbardziej szalona korsarka w regionie.- odparł jeden mężczyzna, drżącym głosem i prawie szeptem, jakby bał się iż samym wypowiedzeniem jej imienia, mógłby ją wywołać z lasu.
-Ile wynosi nagroda za jej głowę?- zapytał Sanji.
Wszyscy spoglądali po siebie jakby szukali odpowiedzi, u towarzyszy. W końcu cisze przerwała Robin.
-Możecie nas zaprowadzić do tej wioski?- pytanie to pozbawiło oddechu mieszkańców i zasiało przerażającą cisze. Nikt nawet nie drgną, nie śmiał się ruszyć.
-Ja wam pokaże!- Pisną chłopak przewracając się.
-Nie Timi!- za dzieckiem wybiegła szatynka, podnosząc go z ziemi.
-To ja wam pokażę.- po chwili dodała.
-Kobieta ma za was narażać życie?!- warknął oburzony kucharz.
-Musisz im wybaczyć.- Odezwała się kobieta posyłając dziecko w dłonie zbyt przerażonej matki, by nawet ruszyć za swą pociechą.
- Nas broni Białobrody, po zatem co zdolniejsi mężczyźni, od razu ruszają na morze.- wyjaśniła spuszczając wzrok.
- Zemną moja droga nic ci nie grozi.- zapewnił kucharz. dokładnie mierząc wzrokiem kobietę. Włosy spięte w kok piegi usiały jej rumiane policzka. Nie była, aż tak choinie obdarowana przez naturę jak jego kompanki, ale wszystko było na swym miejscu.
-Mam na imię Kali.- Przestawiła się szatynka
-Jak uroczo.-wtrącił rozmarzony mężczyzna, gdy w tym czasie jego towarzyszka przedstawiła się i jej przyjaciela.
-Uratujecie ich?- zapytała spoglądając rozpaczliwym wzrokiem na nowych towarzyszy. Zanim kucharz zdołał zapewnić dziewczynę o swym całkowitym oddaniu dla sprawy, wtrąciła się archeolog.
-Proponuje byście opuścili swe domostwa i udali się jak najdalej stąd.- zaproponowała, dodając.
- My na razie, tylko się przyjrzymy z kim nam przyjdzie walczyć.
- Robin- chwaaaan jesteś taka mądra.- Zaćwierkotał blondyn spoglądając na towarzyszkę.
-Więc w drogę.- zarządziła brunetka i ruszyła za przewodniczką w odmęty miejscowej flory. Szli szybkim krokiem, omijając drzewa i krzewy, przy tym rozglądając się czujnie. Oczy brunetki spoczęły na przewodniku, który się przedzierał przez odmęty wyspy jak by robił to nie raz.
-Widzę, że znasz dobrze tą wyspę.- zagadnęła.
-Nie najgorzej.- odparła Kali.
- Aczkolwiek pochodzę z Uma, następnej wyspy.- dodała uchylając się przed liśćmi, po których maszerowały spokojnie mrówki.
-Mam nadzieje, że powstrzymacie tą szaloną kobietę.- powiedziała w tle słysząc zapewnienia Sanjego.
-Całkiem możliwe, iż jeśli jej tu nie powstrzymamy to uderzy na moją rodzinną wyspę.- oświadczyła zaniepokojonym głosem.
-Na pewno nie zawiedziemy.- zapewniał dalej kucharz, gdy szatynka nagle go uciszyła wskazując przed siebie. Para towarzyszy się do niej przybliżyła i za krzewów zauważyła zniszczoną wieś. Wszędzie gdzie okiem sięgnąć leżał jakiś wieśniak. Trójka wyszła z ukrycia, zmierzając do swego celu. Wiatr niósł kurz z rumowiska jakie pozostało po wsi.
-Nie żyje.- po raz wtóry oznajmił blondyn, odchodząc od kolejnego ciała.
-Tutaj - zawołała piegata, podtrzymując ciężko ranionego mężczyznę.
-Gdzie Strzyga?- zapytała Kali. Mężczyzna z lękiem spoglądał na nią, zwrócił wzrok na nadchodzącą parę.
-Strzyga płynie na Uma.- poinformował sycząc z bólu.
-Nie...-mruknęła szatynka, zakrywając usta dłonią. Sanji odsuną dziewczynę od mężczyzny podnosząc go na barana.
-Trzymaj się zaniesiemy cię do jej wsi.- oświadczył kucharz wraz z resztą ruszając w drogę powrotną.
***
Spoglądał ze szczytu siwego klifu, na dobijające do brzegu szalupy. Lekko podniósł kącik ust do góry. Tak jak myślał, ich największą słabością jest to, iż nie mają lidera. Jednak teraz to było nie istotne. Usłyszał cichy szelest za nim. Nie spoglądając na intruza odezwał się.
- Co się stało?- zapytał zatrzymując wzrok na brunetce przy której stały dwie inne kobiety.
-Czy to rozsądne?- zapytał brodaty mężczyzna bez ucha.
-Nie lepiej było by zmierzyć...- w słowo pierwszego wtrącił się kapitan.
-Nie, on musi w ostatecznym rozrachunku poprzeć moją sprawę.- stwierdził Mihawk
-Jednak nadal bym nalegał, by pan to przemyślał.- oświadczył Pedro.
-Muszę to zrobić.- odezwał Sokolooki, odwracając się w końcu do rozmówcy.
- Od teraz każdy nasz ruch będzie groził śmiercią. Nie ma już łatwych zadań. Dlatego trzeba pchać słomianego dalej.- oświadczył mężczyzna schodząc z klifu.
-Nasz cel jest daleko, a po drodze musimy zebrać jego elementy.- dodał na odchodne szermierz.
Pedro spoglądał przez chwile na wybrzeże, ciężko wzdychając. Jeszcze nie do końca rozumiał, do czego słomiany jest potrzebny kapitanowi, lecz zaczynał się domyślać. Przynajmniej mu się tak wydawało. Również nie rozumiał dlaczego kapitan robi z tego taką tajemnice? Chyba nie postanowił zmienić ich celu w sekrecie przed załogą? Pokręcił głową, besztając się za takie myśli.
-On nigdy nie zawiódł.- mruknął do siebie mężczyzna podążając za kapitanem.
***
Szatynka zdyszana w końcu przekroczyła uradowana balustradę statku. Przerzucając plecak na pokład. Zanim zdołała się rozejrzeć zimne ostrze pojawiło się przy jej szyi.
-Kim jesteś?- usłyszała głos mężczyzny i w jego kierunku podniosła wzrok.
-Jestem Kali- przedstawiła się niemrawo, uśmiechając do zielonowłosego mężczyzny.
-Głąbie ,tak witasz kobiety!- warknął Sanji wskakując na pokład, gdy szermierz chował katanę do pochwy.
-Idiota.- mruknął Zoro, gdy usłyszał zaciekawiony głos gościa.
-Po co ci trzy katany?- przyglądała się ostrzą z dziką fascynacją.
-Gubisz je tak często, że nosisz zapas?
Mężczyzna zmarszczył czoło, słysząc jeszcze śmiech Usoppa, za którym chował się Chopper.
-Walczę nimi, mój styl to Santouryu- oznajmił klepiąc prawą ręką po rękojeściach swych ostrzy.
-Chciała bym to zobaczyć.- powiedziała wbijając w niego swe błagalne spojrzenie.
-Nic wielkiego.- usłyszała od odchodzącego mężczyzny.
-Dwa miecze w dłoni i trzeci w ustach.- wyjawił kierując się w stronę masztu.
-Gdy dama prosi...!- warknął blondyn, jednak w słowo wszedł mu doktor.
-Zoro nie powinien forsować przez jakiś czas tego ramienia.
-To Zoro.- odezwała się nawigator wchodząca na pokład.
-Walczył już z gorszymi ranami.- zauważyła i spojrzała na gościa.
-Jestem Nami.- przedstawiła się zaraz kontynuując.
-Co cię do nas sprowadza?- zapytała
-Mam prośbę.- zaczęła.
-Dlatego chciała bym rozmawiać z kapitanem.- dodała niepewnie.
-Niestety jest nie dysponowany.- oznajmiła pomarańczowowłosa.
-To z pierwszym oficerem.
Na te słowa w śród załogi zapadała cisza i konsternacja, aż ją przełamał długonosy brunet.
-To JA! Kapitan USOPP.- oznajmił dumnie wypinając pierś do przodu.
-Ale ja pytam poważnie.- oznajmiła, a jej rozmówca nieco się zgarbił zaraz powracając do swej poprzedniej pozy.- Ty nieświadoma niewiasto.- zaczął wyniosłym głosem.
- Ja i tysiące moich kamratów rozsianych po Grand Line siejemy taką grozę, iż jak się o nas wspomina fale przestają się bujać, kryjąc się ze stracha w najdalszych zakątkach Nowego Świata.
-Nie macie pierwszego?- zdziwionym głosem odezwała się po chwili szatynka, całkowicie ignorując zbyt cherlawego jak na jej gust pirata. Słysząc w tle protesty długonosego.
-Gdy nie ma kapitana, to kto odpowiada za was, nawet swoim życiem?- zapytała nie dowierzając. Wszyscy spoglądali po sobie, gdy Sanji zapalił papierosa i spojrzał na maszt.
-Zoro jest pierwszym.- oznajmił, tamten prawie spadł słysząc słowa blondyna. Cała załoga najpierw spojrzała na kucharza, a potem na zeskakującego zielonowłosego.
-Chopper idź go zbadać.- Szepną Usopp nachylając się do lekarza.
- Może coś złapał na tej wyspie.
-Wiec?- Odezwał się Roronoa, nadal niepewny w roli jaką tak znienacka mu zaproponowano.
-Czy mogła bym z wami płynąć na następną wyspę?- zapytała dziewczyna.
-Mogę zapłacić.- zaraz dodała, na co szermierz westchną. Ta cala Kali użyła kluczowego słowa. Już czuł za sobą jej obecność.
-Zoro.- Zaćwierkotała Nami, nawet się nie musiał obracać już widział oczami wyobraźni jej oczy zakryte chciwością.
-Niech będzie.- westchną
-Wiedziałam, że jesteś inteligentny.- pochwaliła szermierza Nami podchodząc do dziewczyny.
-O jakiej sumie rozmawiamy?- zadała kluczowe w tej chwili pytanie.
-Trzydzieści tysięcy.- odparła kobieta.
- Myślę, że wystarczy.- stwierdziła siadając przy stole z parasolem, gestem dłoni wskazując miejsce obok siebie. Szatynka skorzystała, zasiadając obok, zaraz przy paniach pojawił się kucharz serwując napoje i ciasto.
-Sądzę, iż moja wieś może również zapłacić wam za pojmanie Strzygi.- odezwała się niepewnie dziewczyna.
-Wiem, że o dużo proszę.
-Kim jest Strzyga?- zapytała nawigator.
-Jest najniebezpieczniejszą korsarką w regionie.-wyjaśniła piegata upijając trochę zimnego napoju.
-Dla swoich chorych ambicji, niszczy wyspy w okolicy. Właśnie dlatego chce wrócić do rodzimej wioski, gdyż jest następnym celem tej kobiety.
W normalnych okolicznościach zapewne by się zgodziła, na łatwy zarobek. Jednak do teraz Luffy się nie przebudził, a za sobą mieli Shichibukai. Tu nie można wyłącznie podążać za swoimi zachciankami, mimo że pokusa jest wielka.
-Zobaczymy.- odezwała się po krótkim namyśle pomarańczowowłosa.
-Dziękuje.- podziękowała Kali.
-Nie powiedziałam tak.-zastrzegła Nami.
-Ale to i tak więcej niż się spodziewałam.-oznajmiła dziewczyna szeroko się uśmiechając.