Mam nadzieję, że tym razem wypowie się ktoś więcej niż tylko Jackie, bo to jednak przykre, gdy nawet nie wiesz, czy ludzie to jeszcze czytają.
Rozdział V
Minął ponad miesiąc i choć był to krótki okres na znajomość dwóch osób, czas rozłąki przybliżał się coraz bardziej. Jednak Ingrid nie chciała dopuszczać do siebie myśli, że wkrótce Luffy odpłynie. Wolała spędzić dni, które im pozostały, w jak najlepszej atmosferze. Nigdy nie poruszali tematu rozstania, nie rozmawiali o przyszłości. Czasami Ingrid zastanawiała się czy Luffy czuje to samo, co ona. Kochała go, nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, ale nigdy nie odważyła się powiedzieć mu o tym wprost. Jego uczucia pozostawały dla niej tajemnicą, bo chociaż traktował ją dobrze i z czułością, nie był typem romantyka. W kwestii miłości fizycznej był bardzo otwarty i zawsze wprost sygnalizował czego chce, jednak w sferze emocjonalnej sprawiał wrażenie dość nieporadnego. Na szczęście Ingrid nie oczekiwała po piracie, że będzie dawał jej kwiaty, opiewał jej przymioty, czy całował po rękach. Mężczyźni z natury byli prostolinijni, a piraci tacy jak Luffy, w szczególności.
Dopiero teraz Ingrid zrozumiała o ile prostsze jest życie, gdy ma się kogoś u boku. Wcześniej śmiała się z dziewcząt, które za wszelką cenę chciały wyjść za mąż, ale powoli zaczynała je rozumieć.
Czemu ze wszystkich mężczyzn na świecie, ja musiałam trafić na pirata? – Pomyślała z żalem, gdy obdzierała kurę z pierza.
Wyjrzała za okno i spojrzała na Luffiego, który właśnie rąbał drwa. Choć dni były chłodniejsze, pracował bez koszuli, co trochę rozpraszało Ingrid, bo lubiła obserwować jego napięte mięśnie. Kobiety z wioski bez wątpienia zazdrościły jej kochanka, ale czasami Ingrid żałowała, że nie zadurzyła się w kimś miejscowym. Przynajmniej nie martwiłaby się, że pewnego dnia ją opuści i sielanka się skończy.
- A któż to, do czorta? – Zdziwiła się, gdy przez okno zobaczyła, że do jej domu zmierza elegancko ubrany mężczyzna.
Przybysz ukłonił się Luffiemu zdejmując kapelusz i po chwili rozległo się pukanie do drzwi. Ostatnimi czasy spotkania z nieznajomymi nienajlepiej się kończyły, więc Ingrid otworzyła z niechęcią i podejrzliwością.
- Pani Ingrid Fir? – Spytał mężczyzna.
- O co chodzi?
- Nazywam się Jens Fedde, przybywam w interesach – przybysz cmoknął kobietę w dłoń.
- Chce pan kupić drewno?
- Nie, chcę kupić las.
Zapanowała cisza, w czasie której Ingrid zastanawiała się, czy przypadkiem się nie przesłyszała.
- Las nie jest na sprzedaż – oznajmiła, gdy się zreflektowała.
- Dam pani za niego trzysta milionów beli.
- Nie jest na sprzedaż.
- W porządku, niech będzie czterysta milionów.
- Głuchyś pan? Powiedziałam, że las nie jest na sprzedaż.
Kosmiczne sumy nie zrobiły na Ingrid żadnego wrażenia, ani przez chwilę nie okazała wahania.
- Cóż, myślę, że powinna pani przemyśleć moją propozycję. Pojawię się jutro i wtedy porozmawiamy na spokojnie. A póki co, proszę się dobrze zastanowić.
- Zdania nie zmienię.
Mężczyzna nie wyglądał na zniechęconego. Ukłonił się i grzecznie wyszedł, co jednak wcale nie pocieszyło Ingrid. Miała przeczucie, że tak łatwo nie uwolni się od natrętnego kupca.
- Nudzi mi się – jęknął Luffy, nie mając co ze sobą zrobić.
Pogoda nie dopisywała, padało od rana, więc jakiekolwiek spacery i inne rozrywki na świeżym powietrzu nie wchodziły w grę.
- Idź nakarmić świnię – rzuciła od niechcenia Ingrid, zajęta cerowaniem skarpet.
- Już nakarmiłem świnię, chcę porobić coś fajnego – Luffy oplótł kobietę swymi gumowymi rękami i zaczął pocierać policzkiem o jej plecy, łasząc się niczym kot.
- Nie mogę jednocześnie cerować i robić „czegoś fajnego.”
- Ale mi się nuuuuudzi!
Wtem rozległo się pukanie do drzwi. Nieco zaskoczona Ingrid wstała i poszła otworzyć. Niezbyt się ucieszyła, gdy zastała Jensa Fedde.
- Dzień dobry, to jeszcze raz ja. Obiecałem, że przyjdę.
Kobieta miała ochotę zatrzasnąć natrętowi drzwi przed nosem, ale ponieważ lało, wpuściła go do środka.
- Przemyślała pani moją ofertę?
Zamiast powiedzieć co o tym wszystkim myśli, Ingrid wolała dowiedzieć się najpierw co nieco na temat planów mężczyzny.
- Czemu tak bardzo panu zależy na tym lesie? Co pan zamierza? – Spytała podejrzliwie.
- No tak, powinienem był od razu powiedzieć o swych zamiarach. W końcu ma pani prawo wiedzieć – Jens usiadł za stołem. – Zapewne wie pani, że to jeden z najpiękniejszych terenów w całym North Blue. Niestety, kiepsko zagospodarowany. Chciałbym to zmienić.
- To znaczy?
- Planuję tu wybudować hotel, przybliżyć to miejsce ludziom. Oczywiście będzie pani dostawać część dochodów. Procent jest do uzgodnienia.
- Proszę więc znaleźć sobie innego kontrahenta, nie interesuje mnie pański hotel – rzekła spokojnie Ingrid.
- Pani chyba nie rozumie o jakich pieniądzach tu mowa. Będzie pani żyła w luksusie i nie będzie musiała pani pracować.
- Proszę pana, ten las jest dla mnie bardzo ważny, ale wątpię, żeby ktoś taki jak pan to zrozumiał, więc do widzenia – Ingrid podeszła do drzwi i otworzyła je, sugerując, że chce się jak najszybciej pozbyć gościa.
- Pani chyba zwariowała, żeby odrzucać taką propozycję.
- Możliwe, ale dobrze mi z tym. Do widzenia.
Tym razem Jens nie wyglądał na zadowolonego, wprost przeciwnie. Wcisnął kapelusz na głowę i opuścił dom, nawet się nie pożegnawszy. Ingrid zamknęła za nim drzwi i westchnęła.
- Co za śmieszny koleś – stwierdził Luffy. – Zamiast kupować las, żeby wybudować hotel, mógłby znaleźć gotowy hotel i go kupić.
Głupia uwaga pirata sprawiła, że Ingrid mimowolnie się uśmiechnęła.
Jesienią w oberży panował znacznie większy ruch niż w lecie. Ludzie z chęcią spędzali czas w cieple, popijając grzane piwo. Luffy, Ingrid i Asdis nie byli pod tym względem inni. Nawet nie przeszkadzał im hałas oraz niekulturalne rozmowy niektórych klientów. Z przyjemnością oddawali się własnym dyskusjom.
- Wydaje mi się, że źle zrobiłaś odrzucając ofertę tego faceta – stwierdziła Asdis.
- Chyba żartujesz? Zapomniałaś jak ważny jest dla mnie ten las? – odparła Ingrid, paląc fajkę.
- No tak, ale... – młodsza z kobiet zastanawiała się, czy na pewno powiedzieć, to co ma na myśli. – Gdybyś go sprzedała, nic by już cię tu nie trzymało.
Ingrid tylko uniosła brew, zdziwiona wypowiedzią koleżanki.
- Wybierasz się gdzieś? – Wypalił nagle pirat.
- Nie, nigdzie się nie wybieram – mruknęła Ingrid, nie wierząc, że ten temat w ogóle został poruszony.
- No to świetnie! To znaczy, że możesz dołączyć do mojej załogi – uradował się Luffy.
- Już coś kiedyś o tym powiedziała– wycedziła kobieta.
- W sumie teraz jak o tym myślę, to smutno by mi było gdybyś odeszła – wtrąciła się Asdis.
- Proszę, skończcie już ten temat – po głosie dało się poznać, że Ingrid jest przygnębiona.
- Przepraszam – jęknęła szwaczka, żałując, że to ona zaczęła.
Rozmowa zeszła na inne tory i po jakimś czasie atmosfera się rozluźniła. Gdyby mogli, przyjaciele chętnie posiedzieliby dłużej, ale każdy miał jakieś obowiązki, więc w końcu doszli do wspólnego wniosku, że czas się zbierać. Na zewnątrz było jeszcze jasno i idąc wzdłuż głównego traktu, dało się widzieć dym unoszący się nad wzgórzami.
- Czy to przypadkiem nie dochodzi z twojego lasu? – spytała zaintrygowana Asdis.
Ingrid wytężyła wzrok i po chwili obserwacji z przerażeniem odkryła, że to rzeczywiście jej las płonie. Szybko zerwała się do biegu, a Luffy pognał za nią.
- Zawiadomię sołtysa – zdążyła jeszcze krzyknąć krawcowa, ale koleżanka już jej nie usłyszała.
Gdy Ingrid dobiegła na miejsce, zauważyła wielki jęzor ognia ogarniający korony drzew. Zacisnęła pięści i opadła na kolana, a krew odpłynęła jej z twarzy.
Chociaż największy potok łez już minął, Ingrid wciąż pochlipywała. Leżała w łóżku, trzymając się kurczowo kołdry i miała nadzieję, że szybko zaśnie, bo nic innego nie przynosiło jej ukojenia, nawet dłoń partnera, gładząca ją po włosach.
- Sołtys powiedział, że straty nie są takie straszne – Luffy pocieszył kobietę, ale niezbyt to pomogło.
Tak naprawdę w obecnej chwili nic nie było w stanie poprawić Ingrid humoru, więc w pewnym momencie pirat zostawił ją w spokoju i udał się do drzwi.
- Dokąd idziesz? – spytała.
- Muszę coś załatwić. Śpij – Luffy odparł z dziwną dla siebie powagą i wyszedł.
Kiedy Ingrid wstała rano, Luffiego wciąż nie było. A może wrócił i ponownie wybył? Tego nie wiedziała, ale nie martwiła się zbytnio o niego. Po pierwsze wiedziała, że król piratów umie o siebie zadbać, a po drugie jej umysł wciąż zaprzątała kwestia lasu. Marzyła, by okazało się, że wydarzenia z poprzedniego dnia były tylko koszmarnym snem. Ubrała więc płaszcz i pobiegła na miejsce pożaru, ale tak jak się spodziewała, zastał ją widok zwęglonych drzew. Wiedziała, że roślinność się odrodzi i wszystko wróci do normy, ale nie umiała przeboleć straty choćby ułamka boru. Czuła, że pożar nie był dziełem przypadku, ale wolała nie wyciągać pochopnych wniosków.
Po powrocie do chaty Ingrid odkryła, że Luffy zdążył wrócić. Wyglądał na podejrzanie zadowolonego.
- Co cię tak cieszy? – Mruknęła kobieta.
- Proszę – pirat wręczył jej gruby plik banknotów. – To pieniądze za pokrycie strat.
Ingrid nie wierzyła własnym oczom i choć trzymała w dłoni mnóstwo pieniędzy, wcale nie poczuła ulgi.
- Skąd to masz? – Spytała surowo i wiedziała już, że odpowiedź jej się nie spodoba.
- Odszukałem tego drania Jensa i powiedziałem, że jak nie odda ci za straty, to wyrzucę go przez okno – odparł beztrosko Luffy.
W tym momencie w Ingrid wstąpiła taka wściekłość, że miała ochotę coś rozwalić.
- Wyłudziłeś od niego pieniądze? – Syknęła.
- Przecież to on podpalił las.
- Nie masz na to żadnych dowodów!
- Ale to oczywiste.
Już wcześniej Ingrid przeszło przez myśl, że to natrętny kupiec postanowił się zemścić. Teoria była całkiem logiczna, gdyż pogoda nie sprzyjała naturalnym pożarom, ale mimo wszystko nie potrafiła zaakceptować działań Luffiego.
- Nie obchodzi mnie co ty i twoim kompani robią na morzu, ale tu masz przestrzegać prawa! – Krzyknęła wzburzona kobieta.
- On go nie przestrzegał.
- Nie masz dowodów, że to on!
- Ale wiem! I ty też wiesz!
Po raz pierwszy wzajemnie podnieśli na siebie głos. Ingrid czuła jak powoli przestaje tracić nad sobą kontrolę. W końcu nie wytrzymała i wymierzyła Luffiemu policzek. Pirat nie zareagował, choć jego spojrzenie zrobiło się zimne jak lód.
- Chcesz sprowadzić na nas władze? Tego chcesz? Żebyśmy razem zginęli?! – Wrzasnęła kobieta.
- Nie zawiadomi władz, bo sam miałby kłopoty – wycedził pirat.
Bez względu na wściekłość, Ingrid nie mogła zaprzeczyć, że Luffy miał sporo racji. Był dużo mądrzejszy niż myślała.
- Nie chcę tych pieniędzy, musisz je oddać – rzekła już spokojniej i położyła banknoty na stole.
- Nie.
Ponieważ dalsza dyskusja nie miała sensu, kobieta zamknęła się w sypialni, by pozbierać myśli. Zastanawiała się, czy nie zareagowała trochę za ostro, bo jakby na to nie patrzyć, Luffy miał sporo racji. Różnica między nimi polegała na tym, że ona starała się postępować zgodnie z zasadami, a on działał instynktownie. Nie mogła go winić, w końcu był piratem i pewnie zawsze tak rozwiązywał problemy. Wiedziała, że go nie zmieni.
- Luffy? – Gdy Ingrid ochłonęła, wyszła ze swej kryjówki, chcąc porozmawiać w bardziej cywilizowany sposób.
Pirat siedział przed domem i wyglądał na wkurzonego, co stanowiło dla niej zupełnie nowe zjawisko. Wręcz się go bała.
- Przepraszam – wydukała. – Chyba trochę przesadziłam. – Gdy nie uzyskała odzewu, zdobyła się na nieco śmielszy krok. – Nigdy nie mówiłeś mi co tak naprawdę do mnie czujesz... czy w ogóle coś czujesz, ale... teraz chyba wiem – urwała. Zastanawiała się, czy nie zapędziła się zbyt daleko. Mina pirata nie uległa zmianie. – Zrobiłeś to dla mnie i doceniam to. – Ingrid wzięła głęboki oddech. – Kocham cię, nawet jeśli robisz rzeczy, których nie pochwalam.
W końcu spojrzał na nią i choć nic nie powiedział, ucieszyła się, że w jego oczach nie było już chłodu, który widziała wcześniej.
---------------
przp. aut.: Przyznam szczerze, iż z tego rozdziału jestem średnio zadowolona, moja wena przypominała sinusoidę, raz była, raz nie, ale obiecuję, że w następnym rozdziale będzie więcej akcji i niespodzianek :hyhy: