Temat, który mnie zainspirował do tego tekstu.

Patronem i edytorem jest Bufaloxxx.

Umieszczam 1 i 2 część tekstu, jeszcze bez korekty (od Shimiego):
Część I
Seriale vs. Anime
W ludzkiej naturze leży ciągłe dążenie do sporów, rywalizacji. Z racji, że w "Cywilizowanych krajach" wojen zasadniczo nie ma, to pragnienie sporu odnajduje swe ujście w tak codziennych sprawach, jak porónywanie przedmiotu "X" do "Y" w celu porównania jego jakości, funkcjonalności, ceny... i wielu, wielu innych kryteriów. Wiem, wstęp jest zbyt górnolotny w stosunku do tematu, aczkolwiek takie mądre hasełko jakoś mi pasowało na początek. Postaram się wyczerpać temat, stąd szykujcie się na dłuższe czytanie (być może podzielę tekst na 2 części, zobaczę w trakcie pisania).
Przede wszystkim nie traktujcie tego jako jakiegoś zbioru wiedzy. O ile w przypadku mangi i anime niektórzy uważają mnie za osobę "ogarniającą temat" i zasadniczo się z tym zgadzam, o tyle w kwestii seriali jestem nieomal całkowicie zielony. Jedyną przewagę jaką mam, jest fakt, że przez lata oglądania wielu filmów, anime, czytania książek, debatowania na forach dyskusyjnych, wyrobiłem w sobie bardziej krytyczne myślenie, łatwiej mi przychodzi przedstawianie swoich wrażeń (a to wbrew pozorom wymaga praktyki!) oraz szybciej dostrzegam pewne błędy. Niemniej jednak nadal mi daleko do tego, by dotrzymać kroku ludziom będącym na bieżąco z tym wszystkim. Mimo to myślę, że obejrzałem już na tyle dużo produkcji Amerykańskich (i nie tylko), iż mogę się wypowiadać bez większych przeszkód.
Na początek może powiem o tym, jakie serie już widziałem. "Black Sails", "Daredevil", "Heroes", "Spartakus", "House of Cards", "Vikings", "Marco Polo", "Krew z Krwi" (Polski), "Prison Break", "Gra o Tron", "Breaking Bad". Nie wymieniłem wszystkich, bo niektóre wywaliłem z dysku kosztem innych, lepszych. Po spędzeniu tak wielu godzin stwierdzam, że seriale co do zasady są lepsze niż anime. Nie miażdżą ich, z czym niektórzy moim zdaniem przesadzają. Według mnie są "jedynie" lepsze, choć biblioteka tytułów seriali jest sporo obszerniejsza. Na ten moment, przy pomocy internetu jestem w stanie wymienić więcej animowanych tytułów, które są lepsze od seriali (jeśli idziemy w myśl zasady "masa + jakość"), ale czas gra na niekorzyść "Chińskich bajek". Z tego co widzę, to rocznie wychodzi więcej godnych uwagi tytułów (dla widza, który ceni sobie ten typ produkcji co np. ja, wielu użytkowników naszego forum, youtuber "Buki"). W 2014 i 2015 roku obejrzałem dość mało Japońskich produkcji. Po "Hunter x Hunter (2011)" i "Space Brothers" zacząłem odczuwać niedosyt dobrych produkcji. Po paru miesiącach nudy, przeczytaniu kilku książek zacząłem myśleć nad powiedzeniem "czemu nie" dla seriali.
Zaczęło się od znamienitego, doskonałego (choć S3 nieco słabszy!) "House of Cards", gdzie podziwiamy Kevina Spacey w roli Francisa Underwooda. Polityka. Coś dla politologa, w miarę aktywnego komentatora polityki w sieci - coś wspaniałego. Polecam! Kevin Spacey to (wstawcie najgorsze znane Wam bluzgi)... ale za to jaki zajebisty i cwany! Nieco wcześniej obejrzałem 1 sezon "Gry o Tron", przeczytałem całość aż do tego, na którym kończy się 5ty. Nieco zawiedziony, postanowiłem poszukać Vikingów, którzy mnie dokumentnie kupili, a kreacja Ragnara Lothbroka jest moim zdaniem jedną z najlepszych w serialach w ogóle. A oblężenie Paryża i pokaz jego umiejętności aktorskiej, charyzmy... coś znakomitego!
Potem poszło już gładko i wiedziałem, że wsiąknąłem w seriale na dobre. Znalazłem tu to, czego w anime mi zabrakło. Na dobry początek, warto wspomnieć o tym, że scenarzyści nie traktują widza jak idiotę i nie muszą mu tłumaczyć odrazu wszystkiego. No i najważniejsze, reżyseria. Mówiąc delikatnie, nie jestem fanem reżyserii Japończyków. Fakt, widziałem niewiele produkcji i nie mam kompetencji, by to oceniać, ale to co zdążyłem ujrzeć wystarcza mi za powód. Preferuję podejście Amerykanów, choć poszczególni reżyserzy (należący raczej do starszego grona Mangaków/Reżyserów niźli młodszego).
Zauważyłem również to, że jest rozsądniejsze rozłożenie treści tytułu. Produkt Amerykański dedykowany dla tego samego typu odbiorcy co ja, wydaje się być atrakcyjniejszy. Nie zrozumcie mnie źle, odniosłem jedynie wrażenie, że seriale częściej zachęcają do sięgnięcia po kolejny odcinek niż anime. Właśnie to jest powód, dla którego coraz bardziej odchodzę od "bajek" i "wkręcam" się w seriale. Lepsza budowa napięcia. W przypadku anime przez lata słyszałem, że dana produkcja "na początku ssie, ale koniec jest miodny" (np. w przypadku "Triguna"). W serialach póki co unikam takich doświadczeń (choć parę razy bywało, że finał rozczarowywał lub był budową kolejnego sezonu, jak "Black Sails" albo w przypadku tego pierwszego "Heroes" od S1 do S3). Choć wynika to bardziej z faktu, że oglądam większość serii z polecenia, nie szukając samemu. Człowiek nie ma już tyle wolnego czasu, który może swobodnie "marnować", więc postanowiłem wybierać tylko te wartościowe produkcje.
Warto też wspomnieć o braku cenzury. To co znane Wam było w anime jako "brutalne", w większości serialach poszłoby jako bajki w wieczorynce gdzieś tam w tle (złośliwi by powiedzieli "tam gdzie jest ich miejsce"). No dobra, "Hellsing Ultimate" i tytuł tego typu są w stanie dotrzymać kroku serialom! Ucinanie kończyn za pomocą tępych narzędzi, spalone zwłoki, ujrzenie ciała dzięki absolutnej regeneracji ("Cheerleaderka" z "Heroes"), miażdżenie ludzi... jest tu tego wiele. A najlepsze jest to, że podobno najbrutalniejszych serii jeszcze nie widziałem!
Warto tu uwagę na coś co prawda oczywistego, ale nieznanego dla wbrew pozorom dość licznej grupy. Anime nie spadły zdecydowanie swoim poziomem. Fakt, można dyskutować, który etap był najlepszy dla Japońskiej animacji. Fakt, każdą typ charakteru przedstawiono już setki razy, zmieniając jedynie otoczenie, uniwersum i parę detali. No bo nie oszukujmy się, do tego sprawdza się (z grubsza) większość zmian. One są dla widza z rynku Japońskiego. Taka ich kultura, ich potrzeby. Popatrzcie sobie na rok wydawania anime, mniej więcej, wychodzi tyle samo produkcji "dobrych", co dawniej. Fakt, wybitnych, wyjątkowych tytułów jest mniej, ale moim zdaniem to inny temat na dyskusję, bardziej w stylu "Regresu w kulturze", który moim zdaniem jest widoczny na większości płaszczyzn. Wielu widzów nie lubi aktualnego trendu w anime (zrozumcie ich, chcą zarobić, a to nie my im płacimy), dlatego zamiast narzekać, idźcie tam, gdzie jest lepszy kontent, a taki jest w serialach! Zapraszam do drugiej części, którą napiszę może w tym, a może już w nowym roku.
Część II
W drugiej części zajmę się przede wszystkim opiniami dotyczącymi poszczególnych seriali. Krótki opis, mój komentarz, ocena. Przyjąłem sobie dość proste kryteria. Reżyseria, umiejętność zaciekawienia widza, ciekawy scenariusz, poziom aktorstwa, realizm, muzyka itd. Rzecz jasna, nie będę się skupiał na nich w samych opisach lub powyższych kryteriach, ale ocenę wystawię już "łączną". Opis ma charakter luźny, mający Was zachęcić do zapoznania się z daną produkcją.
Ważne, bedą to praktycznie same pozytywne polecanki. Widziałem co prawda parę seriali, które olałem po 1 odcinku, ale nie chce mi się o nich pisać, choć zrobię tu raz wyjątek.
Zacznę od jednej z moich ulubionych produkcji. "Wikingowie" to serial opowiadający o historycznych, nordyckich wojownikach. Jest tu nakreślony mocno konflikt na tle religijnym, gdzie zarówno Bóg, jak i jego odpowiedniki w kulturze Wikingów, mają swoje racje. Wróżbici, czy jak kto woli "ludzie dający spoilery" to znakomity pomysł, który był dość popularnym "zawodem" w tamtym czasie (choć podobno w dużej mierze jest to fikcja scenarzysty, pomysły ekipy filmowej). Początek może być m.in. z tego powodu nużący, ale stanowi to w moim mniemaniu niezbędny wstęp ku dalszej rozbudowie fabuły. Gdy już natomiast fabuła się rozkręci, to akcja szaleje na całego!
Kupił mnie tu przede wszystkim Ragnar Lothbrok. Kiedyś usłyszałem od koleżanki fajne hasło - "Ragnar Lothbrok, gwałcił i rabował - wszystkie się godziły". Zresztą, wystarczy wejść na dowolnego tumblra lub podsłuchać, jak fanki serialu rozmawiają w swoim gronie o aktorach... wróć! Nie ten temat! Definitywnie Ragnar jest jedną z lepszych kreacji w historii seriali. Gdy trzeba, jest niepowstrzymaną bestią, rozsądnym ojcem, wybitnym królem, doskonałym wojownikiem, dyplomatą. Można by rzec - taki odpowiednik człowieka jak Korwin - urodzony przywódca (co do jego poglądów, z którymi się zarówno zgadzam, jak i nie, można się sprzeczać, aczkolwiek z aspektów fizycznych i intelektualnych do opisu pasuje), który zdarza się raz na "x" urodzeń i przy odpowiednim zrządzeniu losu może być znamienitym władcą.
Wybaczcie, nie jestem jedyny, który utożsamia "Wikingów" z "Ragnarem". Travis Fimmel był po prostu strzałem w 10 na castingu. Nie oznacza to, że inni Wikingowie są mniej warci uwagi. Rolo (nie, to nie ten z "Code Geass") to olbrzymi niedźwiedź, niewiele gorszy od swojego brata, Ragnara, który będzie miał spory udział w 3 sezonie. Albo Floki, genialnie zagrany przez Gustafa Skarsg?rda, bezgranicznie oddany Bogom. Last but not least, znakomity Athelstan! "Klecha", jego ewolucja, umiejętności adaptacji, walka z samym ze sobą... No i jest jeszcze Paryż, moim zdaniem jeden z najlepszych wątków, jakie widziałem w serialach. Myślę, że "Wikingowie" całościowo zasługują na +8/10. Btw. "WarCraft" z "Ragnarem" nadchodzi!!!
No i przejdźmy gładko do "Black Sails"! Produkcja wprost doskonała dla fanów "One Piece" i "Black Lagoon" (moje osobiste skojarzenia, które miałem przy 1 seansie, w chwili gdy piszę te słowa, oglądam całość jeszcze raz w oczekiwaniu na kolejny sezon i już zniknęły). Dla fanów "Wikingów" tym bardziej. Toby Stephens w roli kapitana Flinta jest po prostu zbyt zajebisty (wybaczcie, inne w miarę cenzuralne słowo nie pasuje, a on definitywnie na to zasługuje).
Były członek Brytyjskiej floty trafia do Nassau, historycznego miasta znajdującego się na wyspie "New Providence". Staje się tym samym piratem i wraz ze swoją załogą stara się zdobyć okręt przewożący złoto o wartości 5 milionów Hiszpańskich dolarów! Można by rzecz, złota era piratów!
Serial od twórców "Spartakusa" to niesamowity krok naprzód, widać lepiej wykreowanych bohaterów, dobrze dobrane realia, które dają większe możliwości na kontynuację. No i świeżość. Dobrych filmów o "Piratach" nie ma za dużo, a stanowią oni ciekawy materiał na wiele zajmujących historii. Niektóre ujęcie to istne arcydzieła, a finałowe minuty ostatniego odcinka 1 sezonu są niesamowite.
Moim skromnym zdaniem, "Black Sails" posiada te same zalety, co "Wikingowie" - doskonale zarysowane realia historyczne, celowo przy tym unikam słowa "oddania", bo moja wiedza historyczna jest zbyt uboga, by stwierdzić, co jest pomysłem autorów, a co faktem historycznym. Pomijając pewną słodziutką prostytukę, to trudno znaleźć tu jakiś element niepoważny. Brutalność, sceny walki, walki które niejednokrotnie zależą od pomysłowości samych wojowników, odpowiednio dawkowana liczba informacji, przepiękne scenerie (nie wiem, które są lepsze). No i byłbym zapomniał, obie produkcje mają takie intra, które odrazu automatycznie kupują swojego odbiorcę. A najlepsze w obu seriach jest dopiero przed nami! "Black Sails" wystawiam ocenę -8/10, lekko naciągane za wybitny trailer kolejnego sezonu, taki kredyt zaufania.
Kolejna znamienita produkcja. Tym razem warto jej się bliżej przyjrzeć, albowiem odpowiada za nią Netflix, który być może będzie produkował anime! Parę lat temu, gdy nie oglądałem seriali, postawiłem sobie za punkt honoru obejrzeć "House of Cards". Dla politologia, który poszedł na ten kierunek z powodu faktycznych zainteresowań, jest to produkcja typu "must watch!". Już od pierwszej chwili jesteśmy rzuceni w wir wielkiej polityki USA. Naszym prowadzącym będzie REWELACYJNY Francis Underwood. Tak jak dotychczas chwaliłem Ragnara, jak i Flinta, tak kreacja Kevina Spaceya, moim zdaniem, miażdży wszystkie inne. To jest po prostu inna, wyższa klasa. Co zresztą czuć we wszystkich serialach "Netflixa". Można byłoby go określić takim mangowym "MadHousem" - ich flagowe dzieła to z reguły wyjątkowo dopracowane perełki (piszę tak, bo np. "Marco Polo", którego również widziałem, jest dla mnie tylko dobry) lub twory b. dobre. "House of Cards" to zdecydowanie brylant w ich koronie.
Wszystko jest w nim dopracowane na milimetr. Od genialnie dobranych garniturów, poprzez zawiłą osobowość Franka, który samą grą twarzy jest w stanie przeistoczyć się z miłego Pana w człowieka, którego nie sposób się bać. Zresztą, ten Pan stawia się postaci, która jest bardzo inspirowana pewnym Europejskim politykiem. Większość zdań wypowiedzianych ustami Kevina Spaceya można oprawić w ramkę i powiesić na ścianie. Warto też zwrócić uwagę na specyficzny zabieg twórców, jednostronną komunikację polityka z widzami. Trzeci sezon co prawda nieco odstaje poziomem, ale to nadal coś nieosiągalnego dla większości.
Jest to przede wszystkim produkcja skierowana do widzów dojrzałych, wiedza z polityki co prawda nie jest niezbędna, aczkolwiek bez niej widz sporo traci. Sam co prawda jestem cienki, jeśli idzie o znajomość polityki USA, ale wiedza ogólna w zupełności wystarcza. Zresztą, to wszystko prawda. Bill Clinton powiedział: "99% akcji z House of Cards to są fakty". I to pokazuje, że nie tylko w naszej Polskiej polityce są brudy. +9/10, "dychy" nie ma przez odrobinę słabszy sezon 3. IMO wątek homoseksualny zajął niepotrzebnie dużo czasu (homoseksualiści, ludzie o lewicowych poglądach - nie zrozumcie mnie źle, widziałem m.in. "Tajemnice Brokeback Mountain" i naprawdę mi się ta produkcja podobała, odradzam ją jednak ludziom darzącymi niechęcią gejów), był zbyt słaby, zbyt oklepany. Ktoś inny powinien go dostać więcej.
Teraz coś roźluniejszego na odstresowanie, czyli "Heroes". "Herosi" (nie, to nie od tego serialu wziąłem nick) to naprawdę ciekawa produkcja, która moim zdaniem może przypaść przede wszystkim fanom "Bleacha" lub "Hunter x Hunter". Formuła ta sama (mowa o "Bleachu), miodność z oglądania również. Co prawda z sezonu na sezon jest coraz gorzej, ale nawet trzeci potrafi pozytywnie zaskoczyć.
Akcja serialu kręci się wokół bohaterów, którzy nagle otrzymują niezwyłe umiejętności (np. 100% regeneracja, niezależnie od ilości obrażeń, Marco pozdrawia swoje fanki! Albo umiejętność kontrolu czasu i przestrzeni.). To wszystko dzieje się nie bez powodu, muszą się zjednoczyć aby powstrzymać nadchodzącą zagładę!
To co spodobało mi się w serialu to fakt, że autor dość dobrze podszedł do tematu. Nie mamy tu głupich rozwiązań fabularnych rodem z tasiemców dla 13, 14 latków (no dobra, nie aż tak często) tylko poważniej stąpających po ziemi bohaterów, którzy wiedzą, kiedy muszą zabić, a kiedy brutalnie nastraszyć. Warto zwrócić na to uwagę, że moc nie jest gwarantem sukcesu. Są specjaliści, którzy poprzez naturalny trening, sztukę samokontroli są w stanie pokonać wielu skutecznych "super-ludzi". Kimś taki jest Noa, który jest jednym z najiaśniejszych punktów tego serialu. Gdy trzeba, jest kochającym ojcem, takim dobrym tatulkiem, który ciężko haruje cały tydzień, a w niedzielę odbija sobie czas z rodzinką. Nie zawsze taki jest, a gdy poczuje zagrożenie, to lepiej nie wchodzić mu w drogę.
Całkiem nieźle, jak na "zwykły" serial wypadają postacie, które z reguły kupują swoich odbiorców od pierwszego wejrzenia. Podobne wrażenia odczuwałem przy "Bleachu", którego zresztą właśnie za to od wielu lat chwalę. Nawet, jak jego poziom spadł w sadze poświęconej Arrancarom, to same nowe postacie były całkiem fajnie zaprojektowane, a w serialu - zagrane.
Podobieństw można się doszukiwać również przy samej budowie poszczególnych sag. Podobnie jak w przypadku "Bleacha", w każdej w zasadzie chodzi o to samo. Generalnie, scenariusz idealny jest taki, że i "Heroes" i "Bleach" po zakończeniu 1 sezonu nie mają kontynuacji. Szczególnie "Wybielacz"by na tym zyskał. Dlaczego? Moim zdaniem, "Firma" daje większe możliwości sztucznie poszerzanego uniwersum (kasa misiu, kasa), bo po zakończeniu pierwszej partii odcinków, nadal za dużo nie wiemy o samej "Firmie". Poza tym, "Heroes" po prostu lepiej wypada. Dziwactwa zaczynają się dopiero od pewnego odcinka w S3 (takie naprawdę mocne, nie mówię o jakimś mniejszym spadku poziomu), ale nawet one nie są dla mnie dostatecznie mocne, by olać na pewnym etapie "Herosów", tak samo jak "Bleacha". Za S1 daję +7/10, potem ocena spada do 6/10 za S3.
Tym razem lekka odskocznia od tematu, bo polecę dwa Polskie seriale. Zacznę od bliższego mi "Paktu". Dla osób wrażliwych - będzie polityka, choć bez agitacji. Tylko naprawdę obiektywna, ważna sprawa (a z racji, że parę osób lubi mnie czytać, to wykorzystam okazję) Nie znam pierwowzoru tego serialu (powstał na podstawie Norwskiego odpowiednika), ale po przeczytaniu intrygującej książki "Niebezpiecze związki Bronisława Komorowskiego" oraz zapoznaniu się z rozlicznymi materiałami p. Wojtka Sumlińskiego, dostrzegam duże podobieństwa. Daruję sobie dłuższy wywód, ale polecam zapoznać się z tą książką. To naprawdę ważna książka, którą w moim mniemaniu powinien przeczytać każdy Polak interesujący się sprawami tego kraju.
No, ale do rzeczy. 6-odcinkowa produkcja, w której główne skrzypce gra Marcin Dorociński (znany m.in. z "Pitbulla", b. dobrego "Jack Strong"). Przez długi czas nie znałem go, bo zwyczajnie nie interesowało mnie tego typu kino. Polscy fani Mangi łatwo odnajdą się w realiach i miło przekonają, że p. Dorociński ma swoje momenty, jak bohaterowie z bogatej "Hameryki". Niekiedy przewijałem sobie poszczególne momenty, gdy w jednej chwili spokojny człowiek staje się być kimś zupełnie nieobliczalnym. Klimatem kojarzy mi się odrobinę z "Monsterem". Oczywiście są to skojarzenia jak najbardziej luźne, które mi po prostu przyszły w pierwszej chwili, gdy pomyślałem o tym produkcie. W kwestii porównania chodzi o bohatera, poczucie stałej obserwacji, wetknięcia przez niego w niezłe... sami wiecie co.
Nie chcę za bardzo spoilerować, więc daruję sobie opis. Seria ma zaledwie 6 odcinków, więc każda minuta jest dla widza na wagę złota. Polacy "umieją" w tego typu gatunki filmowe, warto rzucić im parę groszy za płytę na dvd, by mogli dalej produkować równie dobre produkcje. Bez taryfy ulgowej, daję "Paktowi" stabilne -8/10.
Druga propozycja jest inna, choć również w tych klimatach. Intrygujący tytuł "Krew z Krwi" momentalnie mnie zachęcił do zaznajomienia się z 1 odcinkiem, tuż po usłyszeniu o tej produkcji. Opowiada on o rodzinie mafijnej, która na wskutek różnych zbiegów wydarzeń trafia w samo oko cyklonu wojen gangów. To jest inny świat, świat w którym większość ludzi by poległa. W tym drugim świecie równoległym zasady są proste, acz okrutne. Spóźnisz się z zapłatą - zmiażdżymy ci palce w imadle. Albo w ramach ostrzeżenia zabijemy twoje dziecko lub w okrutny sposób zwierzę.
Główną bohaterką jest Karmen, która kupiła mnie od samego początku. Po pierwsze, od lat nie widziałem tak dobrze zagranej "suki". Ale takiej typowej, wyrafinowanej, doprowadzonej do ostateczności "suki". Obserwujemy ewolucję tej postaci od samego początku serii, jak musi się dostosowywać wobec przeciwności losu oraz wraz z nią dowiadujemy się, że czasem są dwa wyjścia z sytuacji. Tragiczne i jeszcze gorsze. Co więcej, musi to wszystko pogodzić ze swoją prawdziwą osobowością, kochającą matką, która chce dobra i bezpieczeństwa swoich dzieci. Moim osobistym zdaniem, Pani Agata Kulesza jest taką wzorową "babą z jajami". Zaufajcie mi, gdyby miała mocnego Standa, to Jotaro miałby przed sobą baaardzo ciężki orzech do zgryzienia!
Oba sezony tworzą całkiem spójną, dobrą całość, poza drobnymi niedopracowaniami z sezonu drugiego, to całość mogę ocenić na naprawdę mocną +8/10, stawiając ją nieco wyżej niż "Pakt" (choć to wynika przede wszystkim z ilości odcinków "Krwią..." mogłem się nasycić, "Paktem" póki co nie bardzo).
Tym razem krótki wpis dotyczący "Daredevila". Przede wszystkim dlatego, że nie chce mi się o tym serialu pisać. W internecie znajdziecie o tym wszystko (a najlepiej to polecam materiay od vlogera "Ichaboda"), a mi się ten serial szczerze średnio podobał. Co prawda dałem mu wysoką ocenę, niezwykle podobała mi się kreacja Kingpina, poziom brutalności, który momentami moim zdaniem był mocny, GENIALNE retrosy młodego "Daredevila", intrygujące podejście do wiary, naprawdę dobra fabuła... No właśnie, mogę pisać o tym w superlatywach, ale pisanie o tym serialu nie sprawia mi najmniejszej frajdy, po prostu nie wiążę z nim jakiś cieplejszych więzi, jak z innymi produkcjami. Mimo to daję 9/10, dychy właśnie nie dam za to o czym pisałem.
"Marco Polo" jest kolejną produkcją od "Netflix". Najmniej mi się podobała ze wszystkich, które tu oglądałem. Serial jest naprawdę intrygującą propozycją dla fanów kultury Hunów, Monogłów, dawnych Chin. Głównym bohaterem jest tu Marco Polo, podróżnik, który "umie mówić obrazami". Trafia on na dwór wielkiego władcy stara się na nowo odnaleźć w nowym otoczeniu.
W "Marco Polo" najbardziej przypadł mi do gustu Kublai, wielki wódz, który jest całkiem zręcznym politykiem i dobrym dowódcą. Całkiem niezłą postacią jest również główny wróg, który jest całkiem nieźle "skrzywiony".
Lubicie kino quasi-historyczne (nie wiem, czy mogę określić go mianem serialu historycznego), rozgrywki polityczne, całkiem niezłe bitwy? Nie przeszkadzają wam pewne elementy fantastyczne (niewidomy super-zabójca)? "Marco Polo" może Wam w takim razie przypaść do gustu. Daję mu -7/10.
To tyle, w trzeciej części zajmę się jeszcze "Grą o Tron" i dwoma, moim zdaniem, gorszymi serialami. Mówię tu o "Mr. Robot" i "Spartakusie" (choć ten dopiero zaczyna się psuć po 1 sezonie). Będzie coś jeszcze, ale nadal nie uformowałem swoich myśli w jakąś sensowną formę.