Najuch napisał(a):Szkoda tylko, że zdecydowałeś się na D. Gray-mana. To anime nie jest tak znane jak trzy pozostałe. Lepszym patentem byłoby według mnie wysłanie ich do Dragon Balla
Myślałem nad tym na początku, ale doszedłem do wniosku że świat DB miażdży wszystkie inne i ciężko było by wymyślić coś silniejszego niż Goku xD.
A teraz wielka premiera kolejnego rozdziału. Dodam że wreszcie wymyśliłem tutył xD, trochę tandetny, ale ciekaw jestem jak wam się podoba. Poniższy rozdział, był trochę pisany na siłę, bo weny nie miałem za grosz, zobaczymy czy wam się spodoba, no to jazda:
Rozdział Ósmy
Czarny Motyl spoczął mu na palcu.
- Ryoka wtargnął na teren Seretei, jest na terenie waszej dywizji wyeliminujcie go.
- Tak jest!
Owad odeciał.
Roronoa kroczył ścieżką, oglądał pobliskie budynki. Nagle zauważył że z za ściany obserwuje go jakiś człowiek w czarnym stroju.
-Hej ty! Chodź no tu! – krzyknął natychmiast.
Postać wyszła zza ściany i niepewnie powiedziała:
- Ja? O co chodzi?
- Gdzie znajdę tu kogoś dobrze poinformowanego?
- Ja nic nie wiem.
- Na pewno? – spytał Zoro prześwietlając shinigamiego przerażającym wzrokiem.
- Ratunku zostanę zabity! – wrzasnął wystraszony młodzieniec.
Na wołanie zareagowała grupa dziesięciu osób, którzy natychmiast pojawili się na miejscu zdarzenia.
- Lueck, znów się mazgaisz? – odrzekł jeden z nich.
- Nie, ja się wcale nie boje, ale to jest... – wskazał palcem na Zoro, a nogi trzęsły mu się jak galareta.
Wszyscy spojrzeli w stronę pirata.
- To ten ryoka, dostaliśmy rozkaz aby go zlikwidować, a ty znów nic nie robisz mimo że pierwszy dotarłeś na miejsce! To tylko zwykły człowiek nie jest tak groźny jak pusty.
- Nitoryou Takanami! – rozległ się krzyk.
Wszyscy Shinigami popadali ranni na ziemie.
- Chcecie mnie zlikwidować? Może za sto lat. – powiedział spokojnie.
- Niemożliwe, jakim cudem zwykła dusza jest tak silna?
- A kto powiedział, że jestem zwykłą duszą? – rzekł z obłąkanym uśmiechem na twarzy, po czym ruszył dalej.
Był bardzo zaskoczony że to miejsce aż tak różni się od poprzednich, które miał okazję odwiedzić, a szczególnie od obszaru, na którym wylądował. Wszystkie budynki były bardzo ładne i zadbane, można było śmiało powiedzieć że wszędzie panował przepych. Szermierzowi bardzo się to nie podobało, że w Rukongai panuje przerażająca bieda, kosztem wszystkich bogactw obecnych tutaj.
- To on łapać go!
Kolejna grupa przyszła by go pochwycić. Natychmiast wyciągnął miecz i w kilka sekund było już po wszystkim. Roronoa zauważył że wszyscy napastnicy mają takie same odzienie, więc zdarł szaty z jednego z leżących i przywdział je na siebie. Niezbyt podobał mu się strój, był nie poręczny i niewygodny, ale wiedział że musi mieć go na sobie, aby uniknąć kłopotów.
Czuł się totalnie zagubiony, nie wiedział gdzie ma szukać informacji, wszędzie czaili się wrogowie, już wiedział że powrót do załogi będzie trudniejszy niż zakładał. W pewnym momencie zauważył duży budynek, nad którym była wygrawerowana liczba trzy. Pomyślał że może warto tam ruszyć. Ukradkiem wszedł na posesje, przed budynkiem nie było nikogo kto mógłby go zauważyć, podszedł do drzwi, a że były uchylone dyskretnie za nie zajrzał. Zobaczył blondyna z długimi włosami i grzywką zaczesaną na lewe oko i drugiego osobnika, który wyglądał jakby zdawał mu jakiś raport. Pirat od razu pomyślał że może to być kapitan, o którym mówił Arnie, adrenalina w jego krwi podskoczyła, poczuł podniecenie, już we krwi czuł że bez walki nie zdobędzie żadnych informacji. Poczekał aż jego cel zostanie sam i gdy nadarzyła się taka sposobność, wszedł do środka i rzekł:
- Witam kapitanie. Niestety nie udało nam się jeszcze pochwycić intruza.
- Podejdź bliżej.
Dystans między nimi się zmniejszył. I nagle blondyn w błyskawicznym tempie dobył miecza i znalazł się nad Zoro, z zamiarem rozpłatania go na pół jednym atakiem, lecz w ostatniej chwili atak został zablokowany.
- Widzę że jesteś lepszy niż myślałem. Ale nie zrobisz ze mnie głupca. Myślisz że nie znam swoich ludzi? A tak poza tym jestem Kira Izuru porucznik trzeciego oddziału i bardzo nie lubię, gdy ktoś porusza temat kapitana w mojej obecności.
Natychmiast odskoczyli od siebie. Szermierz dobył drugiego ostrza i powiedział:
- Jestem tu tylko żeby uzyskać kilka informacji, wcale nie musimy walczyć, ale jeśli chcesz chętnie cię pochlastam.
- Nie dostaniesz żadnych informacji i jeśli myślisz, że mnie pokonasz ,to powiem ci, że porywasz się z motyką na słońce.
- Odnajdę moich przyjaciół i nikt mi w tym nie przeszkodzi!
- Przyjaźń, jaka to piękna rzecz, ale co jeśli ktoś komu ufasz wbije ci nóż w plecy?
- To się nigdy nie stanie!
- Też tak myślałem...
Obaj z niesamowitą prędkością zaczęli walkę, stal zabrzęczała. Kira okładał pirata swoim mieczem z ogromną przytłaczającą siłą. Padał cios za ciosem, każdy był z ledwością blokowany. W pewnym momencie blondyn zniknął i nagle Zoro poczuł dotkliwe cięcie na plecach i upadł krztusząc się krwią.
- Co to było?
- To Shunpo, dziwne że o tym nie słyszałeś.
- Nie o to pytałem kretynie, gdzie twój honor, jak można atakować przeciwnika od tyłu.
- A co to za różnica i tak zginiesz.
W tym momencie, szermierzowi puściły nerwy. To już przestała być zwykła walka o zdobycie informacji, teraz musiał bronić urażonej dumy. Musiał pokazać kto tu rządzi, podniósł się z ziemi, wzmocnił uścisk na rękojeściach i powiedział:
- Nitoryou Sai Kiri!
Ostrza rozpoczęły szaleńczy taniec, który pozostawił dwie rany na klatce piersiowej porucznika. Ten splunął krwią i natychmiast zniknął, znów pojawił się za plecami pirata, ten jednak przejrzał wszystko, uprzedził przeciwnika i jako pierwszy zadał cios, kolejna rana pojawiła się na ciele blondyna.
- Już widzę jak się poruszasz. – powiedział do zaskoczonego ciosem przeciwnika.
- I tak nie przyniesie ci to zwycięstwa. Ale widzę że muszę zacząć walczyć na poważnie.
Porucznik położył dłoń na swoim mieczu i krzyknął:
- Unieś klingę Wabisuke!
Jego miecz zalśnił fioletową energią, a następnie gwałtownie zmienił kształt. Teraz Blodyn trzymał miecz który był zakończony dużym kwadratowym hakiem. Rzucił zimne spojrzenie w kierunku przeciwnika i zniknął. Teraz obaj poruszali się z niesamowitą prędkością, obaj szukali odpowiedniego momentu by uderzyć. W końcu miecze zderzyły się z niesamowitą prędkością, krzyk stali dał się słyszeć w całym Seretei, a siła zderzenia dała swój upust wywołując potężny podmuch, który zmiótł całą konstrukcję, w której się znajdowali. Obaj dalej kontynuowali natarcie, grad uderzeń padał po obu stronach, a iskry leciały z mieczy. Nieoczekiwanie Izuru, odskoczył od przeciwnika i zapytał:
- Liczyłeś?
- Co miałem liczyć?
- Liczbę uderzeń.
W tym momencie Zoro poczuł jak jego ręce opadają bezwładnie pod olbrzymim ciężarem własnych mieczy.
- Co jest do cholery?
- Mój zanpaktuo nazywa się Wabisuke, co oznacza przepraszać, podwaja wagę każdej uderzonej rzeczy i sprawia że przeciwnik ugina się pod ciężarem własnego oręża i wygląda jakby przepraszał. To koniec, po 10 uderzeniach na każdy miecz, obydwa ważą około 700kg, nie dasz rady nimi walczyć.
Pirat wyraźnie spanikował, został pozbawiony swojej broni, nie miał jak walczyć, nie miał jak się bronić, nie wiedział co robić. W pewnym momencie, wpadł na pewien pomysł.
- To jeszcze nie koniec.
Z całej siły pochwycił rękojeści wbitych w ziemie ostrzy i krzyknął:
- Ichi Gorilla!
- Ni Gorilla!
Jego mięśnie rąk powiększyły się do nieludzkich rozmiarów. Bezproblemowo uniósł swoje miecze. Przeciwnik był tak wstrząśnięty tym widokiem ze stał i się patrzył. Szermierz bezzwłocznie przystąpił do kończącego ataku. Przyjął pozycję i krzyknął:
- Nitoryou Iai Rashomon!
Atak został wyprowadzony z nieziemską szybkością. Kira zdążył zasłonić się mieczem, lecz pod naporem takiej mocy i takiego ciężaru, miecz od razu rozsypał się na kawałki, a on sam został niemalże przecięty na pół, splunął krwią i padł na ziemię. Efekt nałożony na miecze zniknął.
- Nie doceniłem cię. Jesteś bardzo silny, jakich informacji potrzebujesz?
- Chce się spotkać z najlepiej poinformowaną osobą w tej mieścinie.
- Hahaha. – zaśmiał się ale natychmiast przestał, bo rana na niewiele mu pozwalała. – Zginiesz tam, ten człowiek jest tysiąckroć silniejszy ode mnie, ale jak chcesz idź do budynku pierwszej dywizji, tam go spotkasz. To bardzo stary człowiek ,ale nie daj się zwieść pozorom.
- Dzięki ruszam, po drodze powiem komuś żeby cię opatrzyli, trzymaj się!
- Nie w tą stronę. – powiedział z trudem Kira, ale zbyt chicho by tamten usłyszał.
Pirat pędził przed siebie, biegł ile sił w nogach i nagle się zatrzymał.
- Cholera gdzie ja jestem? – pomyślał.
Bił się po głowie że też nie zapytał o dokładną drogę, czy chociażby o wygląd miejsca, do którego ma się kierować. Postanowił zapytać kogoś o drogę. Normalnie unikał ludzi, bo przestało go bawić wyżynanie wszystkiego dookoła. Myślał przez dłuższą chwilę, co ma teraz zrobić, aż nagle z zadumy wyrwał go pewien dziecięcy głosik.
-Trawka? Kaktus? Meszek?
Zoro spojrzał pod nogi i zobaczył małą dziewczynkę o różowych włosach, która ciągła go za szatę?
- Kaktusiku nie wiesz gdzie może być Ken-chan?
- Nie jestem żadnym Kaktusem, głupi dzieciaku!
- Nie dobry Meszek! – powiedziała, wyskoczyła w górę i zostawiła odcisk buta na twarzy szermierza.
- Ty mała cholero! – zdenerwowany rzucił się by ukarać dziewczynkę, ale bez skutku, była strasznie szybka i ciągle mu uciekała.
- Jestem Kusajishi Yachiru. Trawko, pomóż mi znaleźć Ken-chana.
Krew się w nim gotowała, ale w pewnym momencie wpadł na pomysł jak wykorzystać całą sytuację.
- Przecież to tylko głupi dzieciak – pomyślał i natychmiast przeszedł, do realizacji planu.
- Gdybyś nie była taka mała zlikwidowałbym cię od razu. Ale dobra pomogę ci, jeśli ty pomożesz mi odnaleźć budynek pierwszej dywizji.
- Zgoda! – krzyknęła i natychmiast wskoczyła na głowę pirata.
- Złaź ze mnie!
- Wio koniku! Naprzód! – wrzasnęła i pociągnęła silnie za zielone włosy.
- Ałaa!!
Nie był w stanie się oprzeć takim torturom, natychmiast zaczął biec, niczym stado wściekłych koni.
-Tędy! – wskazywała palcem mała.
Minęła godzina. Zmęczony Zoro przystanął aby odsapnąć:
- Czy ty na pewno znasz drogę? Jesteśmy tu szósty raz! – Dał upust swoim nerwom.
- Teraz na pewno w prawo, nie obijaj się! – dała sygnał do biegu ciągnąc, biedaka za włosy.
W całej tej bieganinie minęły następne trzy godziny. Roronoa miał wrażenie że zwiedził całe Seretei.
- Yachiru-chaaan! Widzę że znalazłaś nową ofiarę twoich zabaw. – powiedziała postać stojąca na murze, pod którym się zatrzymali
- To była tylko głupia zabawa? Cholerny dzieciuch! – Wrzeszczał w niebogłosy zmęczony pirat.
Rzucili się na siebie, lecz już po chwili walka była skończona, i zielonowłosy leżał na ziemi z rozwalonym nosem i odbitymi podeszwami Kusajishi na twarzy.
- Nanao-chan! – zawołał człowiek przyglądający się całej sytuacji.
Po chwili pojawiła się czarnowłosa kobieta w okularach, a on zwrócił się do niej:
- Zaprowadź Yachiru-chan do Zarakiego. A ty przyjacielu – tu zwrócił się do Zoro – chyba potrzebujesz odrobiny odpoczynku, może dasz się skusić na sake, dziś nie mam z kim pić.
- Bardzo chętnie. – odpowiedział.
Już po chwili obaj byli w budynku ósmej dywizji. Zasiedli przy stole, a mężczyzna w kwiecistym płaszczu postawił dziesięć flaszek na stole.
- Jestem Kyoraku Shunsui, kapitan ósmego oddziału, ale to już pewnie wiesz. A ty kim jesteś przyjacielu?
Szermierz odessał się od pustej już flaszki i odpowiedział:
- Roronoa Zoro, pirat z Grand Line.
- Hola, hola, jedna butelka i już bombeczka? Słabą głowę masz.
- Mówię prawdę i wcale nie jestem pijany!
- To może zobaczymy, który z nas jest lepszy w te klocki?
- Nie ma sprawy.
Obaj spojrzeli sobie w oczy, i zaczęli pić jak szaleni, nawet nie można było stwierdzić, kiedy szkło było puste i ile litrów w siebie wlali. Już po chwili oboje leżeli i nie mogli się ruszyć.
- Widziałeś moją porucznik? – zaczął kapitan, lecz wypowiadanie słów szło mu z niesamowitą trudnością.
- Tę w okularkach?
- Tak. Nanao-chan jest taka słodziutka, nie sądzisz? A jakie ma cycuszki.
- Kobiety? To nie dla mnie.
- Eee tam, na każdego przychodzi czas, na pewno masz już jakąś sztukę na celowniku. – zapytał podchwytliwie Shunsui.
- Może i mam, ale nic ci do tego, stary zboczony pijaczyno!
Obaj się zaśmiali, po czym schlani na umór zasnęli.
Nazajutrz obaj wstali z koszmarnym bólem głowy.
- Ja chyba nigdy nie przestane pić.
- Mój łeb! – krzyknął Zoro zrywając się z podłogi.
- Nie tak głośno, bo mi bębenki po pękają.
- Przez tę libację, całkowicie zapomniałem o moim celu, muszę się udać do budynku pierwszej dywizji.
- No to masz szczęście, bo Yama-jisan to mój mistrz, wiec mam u niego specjalne względy.
- Wczoraj szukałem tego budynku i nie potrafiłem go znaleźć. Zaprowadzisz mnie?
- Nie musisz prosić, każdy, kto ze mną pije jest moim przyjacielem.
Już po chwili obaj byli na zewnątrz. Kyoraku szedł przodem, lecz nagle się zatrzymał i zapytał:
- Wiesz co? wczoraj nie dowiedziałem się od ciebie najważniejszej rzeczy. Z którego jesteś oddziału?
Zoro, tego się właśnie najbardziej obawiał. Już wiedział że nikt tutaj nie uwierzy, że jest z Grand Line.
Kropla potu spłynęła mu po czole, przełknął ślinę i powiedział:
- Jestem z trzeciego oddziału.
- Kto jest twoim porucznikiem?
To pytanie, wywołało w piracie, falę obawy. Czuł energię bijącą od kapitana który stoi przed nim i wiedział że bez trzeciego miecza nie ma zbyt dużych szans na zwycięstwo. Bił się teraz po głowie że nie ma w zwyczaju zapamiętywać, imion swoich przeciwników.
- Nie wiem. – odpowiedział.
- Jak to nie wiesz? – Shunsui spojrzał na niego podejrzliwym wzrokiem.
- Jestem nowy. – w ostatniej chwili spontanicznie powiedział Zoro.
- Dobra, kiedyś cię jeszcze wyciągnę na sake. Masz może ochotę, trochę się rozruszać?
Zoro odetchnął z ulgą i powiedział:
- To znaczy?
Kapitan zniknął i pojawił się na dachu budynku naprzeciwko i krzyknął:
- W akademii na pewno nauczyli cię Shunpo, skorzystaj z tego, ja dostosuje się do twojego tempa, a będziemy u celu szybciej.
Zoro znów nie wiedział co zrobić, nie znał tej techniki, jedynie kilka razy dane mu było ją zobaczyć, ale pomyślał że ta niewiele różni się od tej, którą opanował niedawno.
- Soru. – wypowiedział i pomknął w kierunku Kyoraku.
Obydwaj pędzili z niesamowitą prędkością, skacząc po dachach budynków. W pewnym momencie, kapitan znów się zatrzymał i zapytał:
- To nie jest Shunpo prawda?
- Masz rację.
- Więc co to jest?
- To Soru, technika, którą sam wymyśliłem.
- Wydaje się być o wiele szybsza, jak na nowego członka swojego oddziału twoja prędkość jest godna podziwu, musisz mnie tego nauczyć.
- Jak będzie czas to spróbuję.
- Coś jest z tym gościem nie tak. – pomyślał przez moment, ale zaraz znów ruszyli.
Już po chwili, byli u celu.
- Dziadku Yama! To ja twój uczeń, otwórz! – krzyczał.
Ze środka nie dochodził jednak żaden dźwięk, co wydawało się bardzo dziwne, bo głównodowodzący tylko podczas alarmu rusza się z tego miejsca, a ten obecnie nie został ogłoszony . Zawsze był albo wpuszczany, albo wyganiany przez porucznika.
- Co jest, czemu nikt nie otwiera, moja sprawa nie bardzo może czekać. – powiedział Zoro.
- Czuję że coś jest nie tak, pewnie zapłacę za to drogo, ale wchodzę tam siłą.
Kyoraku zasadził potężnego kopniaka w drzwi, które natychmiastowo rozpadły się na drobne kawałki. Weszli do środka. Pod Shunsiem ugięły się nogi, nigdy nie spodziewał by się zobaczyć czegoś takiego.
Na środku pomieszczenia był pal, a na nim wbita głowa, głównodowodzącego. Wokół było mnóstwo krwi i kawałków rozczłonkowanego ciała. Na ścianie widniał krwawy napis „Nowy Porządek”. Nie mógł wydusić z siebie ani słowa. W pewnym momencie zobaczył pół żywego Sasakibe i bezzwłocznie do niego podbiegł:
- Kapitanie Kyoraku, ja umieram... – powiedział z wielkim trudem.
- Powiedz kto to zrobił, pomszczę was! – krzyczał wściekły.
- Zielonowłosy wojownik... –powiedział, po czym skonał mu na rękach.
Shunsui wstał, wszystkie żyłki na jego oczach były teraz bardzo widoczne, nigdy w życiu nie był tak wściekły, odwrócił się i spojrzał z mściwym spojrzeniem, na Zoro, który nie zdołał jeszcze ogarnąć całej sytuacji i powiedział:
- Ty cholerny typku, czułem że coś z tobą nie tak, zapłacisz mi za to.
Chwycił w dłonie obydwa miecze i krzyknął:
- Bankai!