Nowy Porządek
Ten temat nie posiada streszczenia.
Aktualnie ten wątek przeglądają: 1 gości
Subskrybuj ten wątek Odpowiedź
pajas13

Wilk morski

Licznik postów: 59

pajas13, 24-03-2009, 15:53
kiedy bedzie nastepna czesc tej epopei? bo to sie zaczyna naprawde ciekawie Big Grin
RdR

Pierwszy oficer

Licznik postów: 1,157

RdR, 25-03-2009, 22:59
No i po dłuższej przerwie moja wena wróciła (pewnie dlatego że mam pięć dni weekendu i nie czuje się niczym ograniczony xD). Nie przedłużając, zapraszam wszystkich do czytania Wink.

Rozdział Siódmy

- Co jest do cholery? Jak to nie żyje? Czy to sprawka Akatsuki!? – krzyknął Shikamaru.
Wtem obok niego rozległ się głośny huk spowodowany sporych rozmiarów eksplozją.
- Śmierć waszego Hokage jest nam na rękę, ale z przykrością muszę stwierdzić że to nie my ją sprzątnęliśmy. – Powiedział blondyn znajdujący się na grzbiecie wielkiego białego ptaka.
Zszedł niżej i dołączył do niskiego i garbatego towarzysza.
- Ma rację, my przyszliśmy tutaj za tym piaskowym Jinchuuriki. Ja nazywam się Sasori, a on to Deidara, dobrze zapamiętajcie, bo jeśli będziecie stawiać opór, to ostatnią rzeczą jaką odtworzy wasza pamięć będą nasze imiona.
- Nie oddamy wam go, dopiero przed chwilą go odzyskaliśmy. – odpowiedział zbulwersowany Lee.
- Większość z nas nie ma już czakry, nie damy im rady, co robić! – taktyk bił się z myślami.
Wszyscy czterej stali nad nieprzytomnym Gaarą i myśleli jak się z tego wywinąć. Nieoczekiwanie pod ich stopami znalazło się kilka białych pająków. Shikamaru wiedział co się szykuje, więc bezzwłocznie rzucił się na ratunek i zakrył swoim ciałem Kazekage.
- Katsu!
Nastąpiła ogromna eksplozja, spora ilość kurzu sprawiła że widoczność była praktycznie zerowa. Niespodziewanie z chmury dymu wystrzeliły dwie dłonie i pochwyciły ogromnego białego ptaka, co wprawiło napastników w nie małe zdziwienie.
- Gomu Gomu no Rocket! – krzyknął Luffy i poleciał z ogromną szybkością w stronę przeciwnika.
Jego głowa wbiła się w brzuch blondyna, który krzyknął z bólu, a siła odrzutu roztrzaskała go o pobliski budynek. Garbaty członek organizacji, szybko przyjął postawę obronną, lecz atak, którego się spodziewał nigdy nie nastąpił. Pirat stał na grzbiecie bomby i uderzając ją w głowę darł się:
- Ja też chce tak jak ten koleś przed chwilą! Leć! Leć! Leć!
- Co to za idiota! – pomyślał nie mogąc wyjść z zaskoczenia, na widok głupoty oponenta.
- Sasori-senpai odsuń się! – Krzyczał wściekły Deidara podnosząc się z gruzu. – Przeklinaj dzień, w którym zakpiłeś z mojej sztuki.
- Katsu!
Tym razem eksplozja była o wiele większa niż poprzednia. Pirat został wyrzucony wysoko w powietrze, a fala uderzeniowa zmiotła kilka konstrukcji. W końcu opadł na ziemię i nie mógł się już podnieść, ponieważ obecne obrażenia w połączeniu z tymi których doznał w poprzedniej walce nie pozwalały mu na to.
- Bierzemy Jinchuurikiego i wynosimy się. – powiedział garbaty ninja.
- Nigdy! – krzyknął ledwo się trzymający na nogach Lee. Cały był we krwi, która zmieszana z ziemią sprawiała że wyglądał, jakby zaraz miał wyzionąć ducha.
- Doceniam twój upór, ale jedyne co możesz zrobić w twoim obecnym stanie to umrzeć, a tego chyba nie chcesz? Opór jest bezcelowy.
- Wolę zginąć, niż pozwolić ci na skrzywdzenie moich przyjaciół!
- Cóż za szlachetna postawa, myślę że pozwolę ci żyć.
W tym momencie zdarł przepaskę zasłaniającą mu usta, a Rock spostrzegł że przeciwnik jest lalką.
Sasori wystrzelił jedną igłę z paszczy, trafiła idealnie, wbiła się w udo. Ninja w zielonym uniformie natychmiast padł na ziemię.
- Nie bój się to tylko jad paraliżujący, za jakiś czas przejdzie. Deidara bierz naszą zdobycz, bo zaczynam tracić cierpliwość.
- Tak jest senpai. – odpowiedział i zabrał się do wykonania rozkazu.
Nagle poczuł jak dziwna energia z ogromną siłą wbija się w jego brzuch.
- Rasengan!
Mistrz eksplozji nabrał rotacji jaką miała niebieska kula i wystrzelił z niesamowitą prędkością roztrzaskując się o skałę przed wejściem do wioski. Lalkarz groźnie zmierzył przybyłego ninja i z pod stroju organizacji wyciągnął wielki metalowy ogon.
- Kolejny robak do zdeptania?
W tym momencie przed garbatym akatsuki pojawiła się kobieta o różowych włosach i wymierzyła mu niesamowicie silny cios pięścią w twarz. Lalka natychmiast rozsypała się na drobne kawałeczki, a z jej wnętrza wyłonił się czerwono włosy młodzieniec.
- Kuchiyose Tsuiga no Jutsu! – krzyknął trzeci zamaskowany ninja, który pojawił się na dachu jednego z budynków.
Sześć ogromnych psów wyskoczyło spod ziemi wbijając swoje zęby w ciało Sasoriego.
- Drużyna siódma przybywa! – krzyknął Naruto.
Sakura rozejrzała się wokoło i zobaczyła wielu nie przytomnych ninja, chwilowo jej uwagę przykuł chłopak w słomianym kapeluszu.
- Sakura, zabierz Gaare i Shikamaru do szpitala, natychmiast. Ja, Choji i Luffy przeżyjemy. – powiedział z trudnością Lee.
Sakura spojrzała na Shikamaru, który leżał obok Gaary, wyglądał bardzo źle. Jego plecy były jedną wielką raną z której powoli lała się krew. Bezzwłocznie podbiegła do nich.
- Zabieram ich do szpitala, dacie radę? –rzuciła do swoich przyjaciół.
- Tak, będzie dwóch na dwóch, chyba że tamten już padł. – odpowiedział Kakashi.
Kunoichi wraz z rannymi natychmiast zniknęła. Lalkarz dziwnie się uśmiechał.
- Co cię tak bawi? Przecież jesteś unieruchomiony i zaraz zginiesz – odrzekł kopiujący ninja.
Nagle z boków lalkarza wysunęły się ogromne wirujące ostrza, które natychmiast zamieniły trzymające go pieski w fruwające flaki. Zaraz zza wroga wyleciały dwa białe malutkie ptaszki.
-Katsu!
Obydwaj zostali trafieni, jednak eksplozja nie była na tyle silna żeby ich powalić. Hatake natychmiast odchylił opaskę z lewego oka ukazując przeciwnikom swój Sharingan.
- No to się zabawimy. – powiedział z uśmiechem długowłosy blondyn.
- Deidara! Czujesz to co ja? Odwieczne połączenie telepatyczne zniknęło... – krzyknął Sasori, a wyraz jego twarzy wyraźnie okazywał przerażenie.
- Tak, cholera co mogło się stać? Przecież on był... – jego twarz oblał zimny pot.
- Musimy wracać! - obaj natychmiast zniknęli.
- Co tu się działo... – wycedził Naruto oglądając wszystkie zniszczenia.

Dwa dni później.
Powoli otworzył oczy, rozejrzał się wokoło i stwierdził że jest w szpitalu.
- Nareszcie się obudziłeś, spałeś dwa dni. – Powiedziała Ino, która sprawowała pieczę nad pacjentem.
- Dwa dni. O cholera przespałem dziesięć posiłków! – krzyknął przerażony
Ino zaśmiała się głośno, ale zaraz posmutniała.
- Coś się stało? – zapytał Luffy.
- Hokage naszej wioski została zabita, podczas całego tego zamieszania i dziś jest pogrzeb.
- Przykro mi. Kim jest hokage?
- To władca naszej wioski, najsilniejszy ninja, zawsze uwielbiany przez wszystkich. Piątym władcą była Tsunade-sama i mimo że rządziła krótko, to wszyscy ją uwielbiali. Że też musiało do tego dojść. – opowiadała, a tonacja głosu wyraźnie wskazywała że ciężko jej o tym mówić.
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze, zobaczysz. – powiedział pirat.
Niby tak proste słowa, ale w tej chwili tego jej było trzeba, przywrócenia nadziei. Od razu poczuła się lepiej.
- Dziękuje ci. Teraz już rozumiem, że nie warto się użalać, muszę ją godnie pożegnać. Wiem że jej nie znałeś, ale może wybierzesz się z nami na pogrzeb?
- Dobra, tylko daj mi coś do jedzenia bo zaraz umrę z głodu.
Oboje się zaśmiali, a kunoichi przyniosła mu ogromny stek, który został pochłonięty w ciągu sekundy.
Dochodziła dwunasta, na dziedzińcu zbierali się wszyscy mieszkańcy Konohy. Każdy był ubrany na czarno. Szli z bólem i żalem w sercu. Na środku znajdowała się trumna z ciałem, a nad nią zdjęcie. Drużyna dziesiąta wraz z piratem i Gaarą przyszła na miejsce. Niebo zaszło ciemnymi chmurami i zaczęło obficie padać. To nastrój jaki teraz emanował z serc konoszan, udzielił się matce naturze.
- Babcia Tsunade... – powiedział Naruto.
Jirayia, który również przybył na pogrzeb, głęboko przeżywał śmierć najlepszej kobiety a zarazem przyjaciółki jaką miał. W jego głowie pojawiały się teraz wszystkie wspólnie spędzone chwile. Ciężko było mu znieść myśl że został sam, Orochimaru został pochłonięty przez zło, a teraz zabrano mu jeszcze ją, jego oczy zaszły łzami, lecz szybko je otarł. On wiedział tak jak wiedzieli wszyscy że nie wolno mu teraz płakać, zasadą wszystkich shinobich było nieokazywanie uczuć. Wszyscy po kolei zaczęli podchodzić z kwiatami, wnętrze wszystkich krwawiło z rozpaczy. Naruto zbliżył się i położył kwiat, spojrzał na zdjęcie i od razu przypomniał sobie wszystkie wspólnie momenty. Czuł jakby jeszcze wczoraj wraz ze zboczonym pustelnikiem poszukiwali jej po całym świecie. Przypomniał sobie wspólną walkę z Orochimaru i Kabuto, oraz wszystkie momenty, w których kłócili się o to na jaką misję ma iść. Pochwycił naszyjnik, który od niej dostał, a po jego policzku popłynęła gorzka łza. Luffy obserwował wszystko i wiedział że osoba zmarła musiała być kimś ważnym dla wszystkich tu obecnych. Jego głowę naszły pytania czy wyglądał by tak samo, gdyby zabrano mu jego przyjaciół, ale szybko odegnał złe myśli. Gdy ceremonia się skończyło niebo pojaśniało, a wszyscy shinobi rozeszli się w swoją stronę.
- Hej ty! – zawołał Naruto w kierunku Luffiego.
- Ja?
- Tak ty. Chciałbym ci bardzo podziękować za ocalenie Gaary. Nie wiem jak mam ci się odwdzięczyć.
- Żaden problem, wystarczy że dasz mi trochę mięsa!
- To dobrze się składa, bo właśnie wybierałem się do Ichiraku Ramen. Chodź ze mną, ja stawiam!
- Żarcie, idziemy!
W tym momencie cała drużyna dziesiąta zaczęła się szyderczo śmiać.
- Z czego się śmiejecie? – zapytał blondyn.
- Zobaczysz - odpowiedzieli jednogłośnie.
- Na mnie już czas, muszę wrócić do mojej wioski i pochować rodzeństwo. Luffy dziękuje za uratowanie mnie, a tobie Naruto za troskę. Mam nadzieję że się jeszcze spotkamy. – powiedział Kazekage, po czym ruszył w stronę wyjścia z wioski.
- Jasne, trzymaj się. – rzucili mu wszyscy na pożegnanie.
Pirat i ninja udali się na wcześniej wspomniany posiłek. Obaj usiedli przy barze.
- Jak zwykle Ramen dla mnie i dla kolegi.
- Dużo, bardzo dużo żarcia! – krzyknął słomiany kapelusz.
W końcu doczekali się pierwszej porcji, obaj pochłonęli ją w całości niemal jednocześnie. Spojrzeli na siebie beznamiętnie.
- Kto zje więcej?
- Dobra i tak mnie nie pokonasz.
Sprzedawca w pocie czoła, produkował przerażające ilości specjalności zakładu. A obaj klienci jedli szybciej niż przewidywał. W końcu ilość pustych misek całkowicie zasłoniła im dostęp do baru.
- Już nie mogę!
- Ja też!
- Nadal remis. – powiedział Luffy.
-Taa.
Nagle obaj wydali z siebie potężne beknięcia, które sprawiły że cały budynek zadrżał w posagach.
Sprzedawca, posprzątał i zmordowany padł na stołek przy barze.
- Nigdy więcej! Naruto wywieś kartkę że dziś już nieczynne, i możesz od razu zapłacić.
Wyciągnął z kieszenie swój portfel żabkę i wysypał na stół mnóstwo pieniędzy.
- Widzę że na ostatniej misji nieźle się wzbogaciłeś.
- Taaa, i już wszystko wydałem, czemu zgodziłem się płacić?
W tym momencie spojrzał na Luffiego, którego brzuch osiągnął olbrzymi rozmiar.
- Czym ty jesteś? – zapytał zaskoczony odkryciem.
- Gumowym człowiekiem.
- Pierwszy raz coś takiego widzę, słyszałem że przybyłeś z innego świata.
- Tak i muszę tam wrócić, bo moi przyjaciele czekają na mnie. Ale nie wiem gdzie zacząć.
- Spokojnie jakoś ci pomogę, jak chcesz możesz u mnie nocować.
- Dzięki! Jesteś super dresiku!
- Dresiku? Ja ci dam dresika! – zaczęli się szarpać, ale po chwili obaj już się śmiali.

***

- Cholera, umawia się z nami na herbatkę, a później nie przychodzi. Co to ma być? – Wrzasnął zbulwersowany Nnoitora.
- Wiecej szacunku! Nie zapominaj że wszystko co masz zawdzięczasz Aizenowi! – skontrował Kaname.
- Spokojnie panowie, nie ma powodów do krzyku. Aizen wraz z pierwszą trójką Espady udał się by pojmać bardzo silnego vasto lorde w głębi Hueco Mudo. – powiedział cynicznie się uśmiechając Gin.
- Też zaczyna mnie denerwować to czekanie. Nie mógł przełożyć lub odwołać spotkania? A teraz siedzimy tu bezczynnie.
- Yammy, cierpliwości, jak zwykle dajesz się ponieść emocjom, które cię zaślepiają. – odrzekł Uluqiora.
- Nie wiem jak wy, ale ja nie będę tu dłużej marnował czasu. Do następnego. – rzekł szósty arrancar i skierował się w stronę drzwi.
- Czekaj Grimmjow! Masz tu siedzieć, dopóki Aizen-sama nie przybędzie! –wrzeszczał zbulwersowany Tousen.
Jednak jego słowa nie spotkały się z żadną rekcją.
- Nie utrzymacie go w ryzach. – rzekł z uśmiechem Szayel.
W tym momencie drzwi do komnaty, w której się znajdowali otworzyły się z hukiem. Wszyscy z niedowierzaniem spoglądali w stronę przybysza. W wejściu stał Stark, był cały we krwi, jego odzienie było poszarpane, a górnej części nie miał w ogóle, na dodatek ledwo trzymał się na nogach. Stojący w pobliżu Grimmjow wziął go pod ramię, posadził na jego stałym miejscu a sam zasiał na swoim.
- Co się do cholery stało? – Zapytał nerwowo były kapitan dziewiątej dywizji.
- Aizen, Halibel i Barragan nie żyją... – powiedział z ledwością.
- Jak to nie żyją!? – w tym momencie zazwyczaj spokojny i wyśmiewający wszystko Ichimaru Gin spanikował. Pamiętał wiele walk jakie stoczył razem z przyjacielem i niezmierzony strach go obleciał na samą myśl że może istnieć coś potężniejszego od niego. Nigdy w życiu nie czuł się tak zagubiony.
- Nie mów że to Vasto Lorde... – powiedział przerażony.
- Nie, to był ktoś inny. Po walce z Pustym ujrzałem czarny otwór na niebie, z początku myślałem że to Garganta, ale bardziej przypominało wir. Wyłonił się z niego człowiek, ale jakiś dziwny, bo posiadał Zanpaktuo. Jego miecz w formie Shikai jest najpotężniejszą rzeczą, jaką w życiu widziałem. Zamiast ostrza posiadał złotą podłużną szyję smoka... – w tym momencie gwałtownie zakasłał wypluwając krew. – Ubrany był w długi czarny płaszcz z wysokim kołnierzem, sięgający trochę poniżej kolan oraz spodnie w tym samym kolorze. Jego miecz wydłużył się i smocze zęby z ogromną prędkością wbiły się w moją klatkę piersiową, nagle poczułem impuls, który najprawdopodobniej połamał mi wszystkie żebra... – znów zakasłał, ogromnym trudem było dla niego cokolwiek mówić. – W tym momencie straciłem przytomność, a gdy się obudziłem Halibel, Barragan i Aizen-sama byli martwi... – Łzy pociekły mu z oczu. – Nie mogłem nic zrobić, przepraszam...
Wszyscy członkowie Espady zamarli na skutek usłyszanej opowieści.
- Przecież to nie możliwe... – powiedział Ichimaru, wytrzeszczając swoje czerwone ślepia.
- Trzeba dokonać zemsty! Za wszelką cenę, za sprawiedliwość! – krzyknął Tousen.
Wszyscy przytaknęli, za wyjątkiem zszokowanego byłego kapitana trzeciej dywizji, był w takim stanie że nie wiedział co się z nim dzieje.
- Musimy zacząć zbierać siły, Yammy zabierz Gina i Starka do szpitala. – rozkazał Kaname, który czuł się w obowiązku opanować sytuację.
Dziesiąty arracnar przerzucił na barki pacjentów i ruszył w stronę szpitala. W tym momencie wszyscy poczuli gigantyczny nacisk reiatsu, była to energia o wiele bardziej przytłaczająca niż Aizenowska. Stark ostatkiem sił krzyknął:
- To z pewnością on! Musi być gdzieś na terenie Las Noches.
- Co on tu robi, przyszedł nas wszystkich wyrżnąć ? – Zapytał podenerwowany Zommari.
- Nie bójcie się, nikogo nie chcę zabijać, daruje nawet temu, którego miałem się pozbyć. – odezwała się postać zza pleców wszystkich, którzy zwrócenie byli w kierunku drzwi.
Ich oczom ukazał się wysoki dobrze zbudowany mężczyzna o nadzwyczaj zimnym wyrazie twarzy, którą zdobiły dwa wytatuowane małe, czarne trójkąciki skierowane wierzchołkami w dół po jednym pod każdym okiem. Miał czerwone źrenice, podobnie jak Gin, oraz długie za łopatki gęste ciemnozielone włosy. Jego strój zgadzał się z tym opisanym przez pierwszego espadę. Wszyscy natychmiast wyciągnęli miecze.
- Spokojnie, bez nerwów, przecież wiece że mogę was wszystkich zmieść za jednym zamachem, nie szkoda wam życia? – mówiąc to podniósł poziom wydzielanego reiatsu do niewyobrażalnego poziomu.
Wszyscy momentalnie zamarli. Jedyne Ichimaru Gin z obłąkanym wzrokiem i wyrazem twarzy powoli zbliżał się do przybysza. Gdy znalazł się obok niego, najszybciej jak tylko potrafił dobył miecza i potężnie ciął. Ostrze zatrzymało się w dłoni wroga, który natychmiast przyciągnął Kapitana do siebie i z impetem wbił mu kolano w brzuch, a ten prawie natychmiast zemdlał.
- Już mówiłem że nie przyszedłem tu walczyć, a tym bardziej z osobą, której miecz jest tępy z obu stron.
- To jaki jest twój cel? – zapytał Uluqiora.
- Jako że nie lubię kraść, zjawiłem się przed wami żeby oznajmić że pożyczam sobie to cudeńko. – powiedział cynicznie, a z kieszeni wyciągnął Hougyoku, po czym zniknął.
pajas13

Wilk morski

Licznik postów: 59

pajas13, 25-03-2009, 23:38
no no no a ten zielonowłosy kawaler to kto?! kurcze podoba mi sie ten fik :d
Vampircia

Legendarny pierwszy oficer

Licznik postów: 1,499

Vampircia, 25-03-2009, 23:44
Mam takie pytanie, czy ściśle trzymasz się fabuły anime, które wykorzystujesz, czy tworzysz własny świat alternatywny? Nie jestem na bieżąco ani z Naruto, ani z Bleachem, więc dlatego pytam. Postacie są bardzo in character, wybacz mi to anglosaskie nazewnictwo. Luffy nazywający Naruto dresikiem, boskie Big Grin Dogadali się, ciekawe, czemu mnie to nie dziwi Wink
RdR

Pierwszy oficer

Licznik postów: 1,157

RdR, 26-03-2009, 13:18
Wiesz, generalnie to w każdym anime wybrałem sobie moment, w którym osadziłem akcję, w żadnym nie skorzystałem z obecnych wydarzeń. Główny powód to taki że zależy mi pokazaniu niektórych postaci, które w obecnych wydarzeniach już nie żyją. Fabuły się aż tak kurczowo nie trzymam, czasem naginam niektóre fakty na potrzeby fika np. Podczas Bitwy w Edo jedynymi uczestniczącymi w niej generałami byli Tiedol i na końcu Cross, Sokaro, ani Cloud nie było. Co do postaci staram się żeby były in character, ale wiadomo to nie zawszę się udaje.
xxx

Wilk morski

Licznik postów: 83

xxx, 26-03-2009, 14:14
Biedna Tsunade, lubiłam ją...
Fajnie ze Luffy i Naruto się dogadują, ale chyba wolałabym zobaczyć ich kłótnie :] . Mogłoby dojść do bardzo inteligentnej wymiany zdań Tongue . Jestem strasznie ciekawa co u Zoro. Bleacha oglądam od niedawna i nie wszystko rozumiem.
gook

Piracki wojownik

Licznik postów: 174

gook, 28-03-2009, 22:14
Naruto i Luffy - genialne. xD Nigdy nie oglądałam Naruto, Bleacha ani niczego innego więc trochę mi się tak dziwnie czytało, bo nie kojarzyłam postaci ani nic. W każdym bądź razie podobało mi się.
Fantomasik

Super świeżak

Licznik postów: 244

Fantomasik, 28-03-2009, 22:18
tak!!Ja chce więcej !!!
To wciąga jak muszla klozetowa!!!
RdR co ile wychodzą .........chaptery(czy jak to tam się nazywa)????
Fantomasik

Super świeżak

Licznik postów: 244

Fantomasik, 29-03-2009, 00:30
a ja myślałem że ty masz wene po pijaku tak jak większośc xDA tak wogule to z niecierpliwością czekam jutra...
Fantomasik

Super świeżak

Licznik postów: 244

Fantomasik, 29-03-2009, 01:01
więc na kacu nawet nie próbuj pisac bo stracisz wszystkich fanów...
Najuch

Imperator

Licznik postów: 2,656

Najuch, 29-03-2009, 01:04
Nie wydaje mi się, aby Naruto był wstanie zjeść tyle co Luffy.

Ogólnie widzę, że masz całkiem niezły styl. Ewidentnie czerpiesz z innych fików na stronie - widzę tu wpływy Meg, Vampirci i swojeTongue
Historia póki co nie skrzypie i wielki plus za to. Ciekawi mnie bardzo jak to wszystko się rozwiąże. Skoro wprowadziłeś przeciwnika, który jest w stanie załatwić Aizena albo Tsunade, to przeczuwam, że zrobi się naprawdę ciekawie.

Szkoda tylko, że zdecydowałeś się na D. Gray-mana. To anime nie jest tak znane jak trzy pozostałe. Lepszym patentem byłoby według mnie wysłanie ich do Dragon BallaTongue

Ogólnie dalej podtrzymuję zdanie, że nie lubię Cross Overów, ale w twoim wypadku jakoś tak fajnie to idzie.
RdR

Pierwszy oficer

Licznik postów: 1,157

RdR, 05-04-2009, 16:47
Najuch napisał(a):Szkoda tylko, że zdecydowałeś się na D. Gray-mana. To anime nie jest tak znane jak trzy pozostałe. Lepszym patentem byłoby według mnie wysłanie ich do Dragon BallaTongue

Myślałem nad tym na początku, ale doszedłem do wniosku że świat DB miażdży wszystkie inne i ciężko było by wymyślić coś silniejszego niż Goku xD.

A teraz wielka premiera kolejnego rozdziału. Dodam że wreszcie wymyśliłem tutył xD, trochę tandetny, ale ciekaw jestem jak wam się podoba. Poniższy rozdział, był trochę pisany na siłę, bo weny nie miałem za grosz, zobaczymy czy wam się spodoba, no to jazda:

Rozdział Ósmy

Czarny Motyl spoczął mu na palcu.
- Ryoka wtargnął na teren Seretei, jest na terenie waszej dywizji wyeliminujcie go.
- Tak jest!
Owad odeciał.
Roronoa kroczył ścieżką, oglądał pobliskie budynki. Nagle zauważył że z za ściany obserwuje go jakiś człowiek w czarnym stroju.
-Hej ty! Chodź no tu! – krzyknął natychmiast.
Postać wyszła zza ściany i niepewnie powiedziała:
- Ja? O co chodzi?
- Gdzie znajdę tu kogoś dobrze poinformowanego?
- Ja nic nie wiem.
- Na pewno? – spytał Zoro prześwietlając shinigamiego przerażającym wzrokiem.
- Ratunku zostanę zabity! – wrzasnął wystraszony młodzieniec.
Na wołanie zareagowała grupa dziesięciu osób, którzy natychmiast pojawili się na miejscu zdarzenia.
- Lueck, znów się mazgaisz? – odrzekł jeden z nich.
- Nie, ja się wcale nie boje, ale to jest... – wskazał palcem na Zoro, a nogi trzęsły mu się jak galareta.
Wszyscy spojrzeli w stronę pirata.
- To ten ryoka, dostaliśmy rozkaz aby go zlikwidować, a ty znów nic nie robisz mimo że pierwszy dotarłeś na miejsce! To tylko zwykły człowiek nie jest tak groźny jak pusty.
- Nitoryou Takanami! – rozległ się krzyk.
Wszyscy Shinigami popadali ranni na ziemie.
- Chcecie mnie zlikwidować? Może za sto lat. – powiedział spokojnie.
- Niemożliwe, jakim cudem zwykła dusza jest tak silna?
- A kto powiedział, że jestem zwykłą duszą? – rzekł z obłąkanym uśmiechem na twarzy, po czym ruszył dalej.
Był bardzo zaskoczony że to miejsce aż tak różni się od poprzednich, które miał okazję odwiedzić, a szczególnie od obszaru, na którym wylądował. Wszystkie budynki były bardzo ładne i zadbane, można było śmiało powiedzieć że wszędzie panował przepych. Szermierzowi bardzo się to nie podobało, że w Rukongai panuje przerażająca bieda, kosztem wszystkich bogactw obecnych tutaj.
- To on łapać go!
Kolejna grupa przyszła by go pochwycić. Natychmiast wyciągnął miecz i w kilka sekund było już po wszystkim. Roronoa zauważył że wszyscy napastnicy mają takie same odzienie, więc zdarł szaty z jednego z leżących i przywdział je na siebie. Niezbyt podobał mu się strój, był nie poręczny i niewygodny, ale wiedział że musi mieć go na sobie, aby uniknąć kłopotów.
Czuł się totalnie zagubiony, nie wiedział gdzie ma szukać informacji, wszędzie czaili się wrogowie, już wiedział że powrót do załogi będzie trudniejszy niż zakładał. W pewnym momencie zauważył duży budynek, nad którym była wygrawerowana liczba trzy. Pomyślał że może warto tam ruszyć. Ukradkiem wszedł na posesje, przed budynkiem nie było nikogo kto mógłby go zauważyć, podszedł do drzwi, a że były uchylone dyskretnie za nie zajrzał. Zobaczył blondyna z długimi włosami i grzywką zaczesaną na lewe oko i drugiego osobnika, który wyglądał jakby zdawał mu jakiś raport. Pirat od razu pomyślał że może to być kapitan, o którym mówił Arnie, adrenalina w jego krwi podskoczyła, poczuł podniecenie, już we krwi czuł że bez walki nie zdobędzie żadnych informacji. Poczekał aż jego cel zostanie sam i gdy nadarzyła się taka sposobność, wszedł do środka i rzekł:
- Witam kapitanie. Niestety nie udało nam się jeszcze pochwycić intruza.
- Podejdź bliżej.
Dystans między nimi się zmniejszył. I nagle blondyn w błyskawicznym tempie dobył miecza i znalazł się nad Zoro, z zamiarem rozpłatania go na pół jednym atakiem, lecz w ostatniej chwili atak został zablokowany.
- Widzę że jesteś lepszy niż myślałem. Ale nie zrobisz ze mnie głupca. Myślisz że nie znam swoich ludzi? A tak poza tym jestem Kira Izuru porucznik trzeciego oddziału i bardzo nie lubię, gdy ktoś porusza temat kapitana w mojej obecności.
Natychmiast odskoczyli od siebie. Szermierz dobył drugiego ostrza i powiedział:
- Jestem tu tylko żeby uzyskać kilka informacji, wcale nie musimy walczyć, ale jeśli chcesz chętnie cię pochlastam.
- Nie dostaniesz żadnych informacji i jeśli myślisz, że mnie pokonasz ,to powiem ci, że porywasz się z motyką na słońce.
- Odnajdę moich przyjaciół i nikt mi w tym nie przeszkodzi!
- Przyjaźń, jaka to piękna rzecz, ale co jeśli ktoś komu ufasz wbije ci nóż w plecy?
- To się nigdy nie stanie!
- Też tak myślałem...
Obaj z niesamowitą prędkością zaczęli walkę, stal zabrzęczała. Kira okładał pirata swoim mieczem z ogromną przytłaczającą siłą. Padał cios za ciosem, każdy był z ledwością blokowany. W pewnym momencie blondyn zniknął i nagle Zoro poczuł dotkliwe cięcie na plecach i upadł krztusząc się krwią.
- Co to było?
- To Shunpo, dziwne że o tym nie słyszałeś.
- Nie o to pytałem kretynie, gdzie twój honor, jak można atakować przeciwnika od tyłu.
- A co to za różnica i tak zginiesz.
W tym momencie, szermierzowi puściły nerwy. To już przestała być zwykła walka o zdobycie informacji, teraz musiał bronić urażonej dumy. Musiał pokazać kto tu rządzi, podniósł się z ziemi, wzmocnił uścisk na rękojeściach i powiedział:
- Nitoryou Sai Kiri!
Ostrza rozpoczęły szaleńczy taniec, który pozostawił dwie rany na klatce piersiowej porucznika. Ten splunął krwią i natychmiast zniknął, znów pojawił się za plecami pirata, ten jednak przejrzał wszystko, uprzedził przeciwnika i jako pierwszy zadał cios, kolejna rana pojawiła się na ciele blondyna.
- Już widzę jak się poruszasz. – powiedział do zaskoczonego ciosem przeciwnika.
- I tak nie przyniesie ci to zwycięstwa. Ale widzę że muszę zacząć walczyć na poważnie.
Porucznik położył dłoń na swoim mieczu i krzyknął:
- Unieś klingę Wabisuke!
Jego miecz zalśnił fioletową energią, a następnie gwałtownie zmienił kształt. Teraz Blodyn trzymał miecz który był zakończony dużym kwadratowym hakiem. Rzucił zimne spojrzenie w kierunku przeciwnika i zniknął. Teraz obaj poruszali się z niesamowitą prędkością, obaj szukali odpowiedniego momentu by uderzyć. W końcu miecze zderzyły się z niesamowitą prędkością, krzyk stali dał się słyszeć w całym Seretei, a siła zderzenia dała swój upust wywołując potężny podmuch, który zmiótł całą konstrukcję, w której się znajdowali. Obaj dalej kontynuowali natarcie, grad uderzeń padał po obu stronach, a iskry leciały z mieczy. Nieoczekiwanie Izuru, odskoczył od przeciwnika i zapytał:
- Liczyłeś?
- Co miałem liczyć?
- Liczbę uderzeń.
W tym momencie Zoro poczuł jak jego ręce opadają bezwładnie pod olbrzymim ciężarem własnych mieczy.
- Co jest do cholery?
- Mój zanpaktuo nazywa się Wabisuke, co oznacza przepraszać, podwaja wagę każdej uderzonej rzeczy i sprawia że przeciwnik ugina się pod ciężarem własnego oręża i wygląda jakby przepraszał. To koniec, po 10 uderzeniach na każdy miecz, obydwa ważą około 700kg, nie dasz rady nimi walczyć.
Pirat wyraźnie spanikował, został pozbawiony swojej broni, nie miał jak walczyć, nie miał jak się bronić, nie wiedział co robić. W pewnym momencie, wpadł na pewien pomysł.
- To jeszcze nie koniec.
Z całej siły pochwycił rękojeści wbitych w ziemie ostrzy i krzyknął:
- Ichi Gorilla!
- Ni Gorilla!
Jego mięśnie rąk powiększyły się do nieludzkich rozmiarów. Bezproblemowo uniósł swoje miecze. Przeciwnik był tak wstrząśnięty tym widokiem ze stał i się patrzył. Szermierz bezzwłocznie przystąpił do kończącego ataku. Przyjął pozycję i krzyknął:
- Nitoryou Iai Rashomon!
Atak został wyprowadzony z nieziemską szybkością. Kira zdążył zasłonić się mieczem, lecz pod naporem takiej mocy i takiego ciężaru, miecz od razu rozsypał się na kawałki, a on sam został niemalże przecięty na pół, splunął krwią i padł na ziemię. Efekt nałożony na miecze zniknął.
- Nie doceniłem cię. Jesteś bardzo silny, jakich informacji potrzebujesz?
- Chce się spotkać z najlepiej poinformowaną osobą w tej mieścinie.
- Hahaha. – zaśmiał się ale natychmiast przestał, bo rana na niewiele mu pozwalała. – Zginiesz tam, ten człowiek jest tysiąckroć silniejszy ode mnie, ale jak chcesz idź do budynku pierwszej dywizji, tam go spotkasz. To bardzo stary człowiek ,ale nie daj się zwieść pozorom.
- Dzięki ruszam, po drodze powiem komuś żeby cię opatrzyli, trzymaj się!
- Nie w tą stronę. – powiedział z trudem Kira, ale zbyt chicho by tamten usłyszał.
Pirat pędził przed siebie, biegł ile sił w nogach i nagle się zatrzymał.
- Cholera gdzie ja jestem? – pomyślał.
Bił się po głowie że też nie zapytał o dokładną drogę, czy chociażby o wygląd miejsca, do którego ma się kierować. Postanowił zapytać kogoś o drogę. Normalnie unikał ludzi, bo przestało go bawić wyżynanie wszystkiego dookoła. Myślał przez dłuższą chwilę, co ma teraz zrobić, aż nagle z zadumy wyrwał go pewien dziecięcy głosik.
-Trawka? Kaktus? Meszek?
Zoro spojrzał pod nogi i zobaczył małą dziewczynkę o różowych włosach, która ciągła go za szatę?
- Kaktusiku nie wiesz gdzie może być Ken-chan?
- Nie jestem żadnym Kaktusem, głupi dzieciaku!
- Nie dobry Meszek! – powiedziała, wyskoczyła w górę i zostawiła odcisk buta na twarzy szermierza.
- Ty mała cholero! – zdenerwowany rzucił się by ukarać dziewczynkę, ale bez skutku, była strasznie szybka i ciągle mu uciekała.
- Jestem Kusajishi Yachiru. Trawko, pomóż mi znaleźć Ken-chana.
Krew się w nim gotowała, ale w pewnym momencie wpadł na pomysł jak wykorzystać całą sytuację.
- Przecież to tylko głupi dzieciak – pomyślał i natychmiast przeszedł, do realizacji planu.
- Gdybyś nie była taka mała zlikwidowałbym cię od razu. Ale dobra pomogę ci, jeśli ty pomożesz mi odnaleźć budynek pierwszej dywizji.
- Zgoda! – krzyknęła i natychmiast wskoczyła na głowę pirata.
- Złaź ze mnie!
- Wio koniku! Naprzód! – wrzasnęła i pociągnęła silnie za zielone włosy.
- Ałaa!!
Nie był w stanie się oprzeć takim torturom, natychmiast zaczął biec, niczym stado wściekłych koni.
-Tędy! – wskazywała palcem mała.
Minęła godzina. Zmęczony Zoro przystanął aby odsapnąć:
- Czy ty na pewno znasz drogę? Jesteśmy tu szósty raz! – Dał upust swoim nerwom.
- Teraz na pewno w prawo, nie obijaj się! – dała sygnał do biegu ciągnąc, biedaka za włosy.
W całej tej bieganinie minęły następne trzy godziny. Roronoa miał wrażenie że zwiedził całe Seretei.
- Yachiru-chaaan! Widzę że znalazłaś nową ofiarę twoich zabaw. – powiedziała postać stojąca na murze, pod którym się zatrzymali
- To była tylko głupia zabawa? Cholerny dzieciuch! – Wrzeszczał w niebogłosy zmęczony pirat.
Rzucili się na siebie, lecz już po chwili walka była skończona, i zielonowłosy leżał na ziemi z rozwalonym nosem i odbitymi podeszwami Kusajishi na twarzy.
- Nanao-chan! – zawołał człowiek przyglądający się całej sytuacji.
Po chwili pojawiła się czarnowłosa kobieta w okularach, a on zwrócił się do niej:
- Zaprowadź Yachiru-chan do Zarakiego. A ty przyjacielu – tu zwrócił się do Zoro – chyba potrzebujesz odrobiny odpoczynku, może dasz się skusić na sake, dziś nie mam z kim pić.
- Bardzo chętnie. – odpowiedział.
Już po chwili obaj byli w budynku ósmej dywizji. Zasiedli przy stole, a mężczyzna w kwiecistym płaszczu postawił dziesięć flaszek na stole.
- Jestem Kyoraku Shunsui, kapitan ósmego oddziału, ale to już pewnie wiesz. A ty kim jesteś przyjacielu?
Szermierz odessał się od pustej już flaszki i odpowiedział:
- Roronoa Zoro, pirat z Grand Line.
- Hola, hola, jedna butelka i już bombeczka? Słabą głowę masz.
- Mówię prawdę i wcale nie jestem pijany!
- To może zobaczymy, który z nas jest lepszy w te klocki?
- Nie ma sprawy.
Obaj spojrzeli sobie w oczy, i zaczęli pić jak szaleni, nawet nie można było stwierdzić, kiedy szkło było puste i ile litrów w siebie wlali. Już po chwili oboje leżeli i nie mogli się ruszyć.
- Widziałeś moją porucznik? – zaczął kapitan, lecz wypowiadanie słów szło mu z niesamowitą trudnością.
- Tę w okularkach?
- Tak. Nanao-chan jest taka słodziutka, nie sądzisz? A jakie ma cycuszki.
- Kobiety? To nie dla mnie.
- Eee tam, na każdego przychodzi czas, na pewno masz już jakąś sztukę na celowniku. – zapytał podchwytliwie Shunsui.
- Może i mam, ale nic ci do tego, stary zboczony pijaczyno!
Obaj się zaśmiali, po czym schlani na umór zasnęli.
Nazajutrz obaj wstali z koszmarnym bólem głowy.
- Ja chyba nigdy nie przestane pić.
- Mój łeb! – krzyknął Zoro zrywając się z podłogi.
- Nie tak głośno, bo mi bębenki po pękają.
- Przez tę libację, całkowicie zapomniałem o moim celu, muszę się udać do budynku pierwszej dywizji.
- No to masz szczęście, bo Yama-jisan to mój mistrz, wiec mam u niego specjalne względy.
- Wczoraj szukałem tego budynku i nie potrafiłem go znaleźć. Zaprowadzisz mnie?
- Nie musisz prosić, każdy, kto ze mną pije jest moim przyjacielem.
Już po chwili obaj byli na zewnątrz. Kyoraku szedł przodem, lecz nagle się zatrzymał i zapytał:
- Wiesz co? wczoraj nie dowiedziałem się od ciebie najważniejszej rzeczy. Z którego jesteś oddziału?
Zoro, tego się właśnie najbardziej obawiał. Już wiedział że nikt tutaj nie uwierzy, że jest z Grand Line.
Kropla potu spłynęła mu po czole, przełknął ślinę i powiedział:
- Jestem z trzeciego oddziału.
- Kto jest twoim porucznikiem?
To pytanie, wywołało w piracie, falę obawy. Czuł energię bijącą od kapitana który stoi przed nim i wiedział że bez trzeciego miecza nie ma zbyt dużych szans na zwycięstwo. Bił się teraz po głowie że nie ma w zwyczaju zapamiętywać, imion swoich przeciwników.
- Nie wiem. – odpowiedział.
- Jak to nie wiesz? – Shunsui spojrzał na niego podejrzliwym wzrokiem.
- Jestem nowy. – w ostatniej chwili spontanicznie powiedział Zoro.
- Dobra, kiedyś cię jeszcze wyciągnę na sake. Masz może ochotę, trochę się rozruszać?
Zoro odetchnął z ulgą i powiedział:
- To znaczy?
Kapitan zniknął i pojawił się na dachu budynku naprzeciwko i krzyknął:
- W akademii na pewno nauczyli cię Shunpo, skorzystaj z tego, ja dostosuje się do twojego tempa, a będziemy u celu szybciej.
Zoro znów nie wiedział co zrobić, nie znał tej techniki, jedynie kilka razy dane mu było ją zobaczyć, ale pomyślał że ta niewiele różni się od tej, którą opanował niedawno.
- Soru. – wypowiedział i pomknął w kierunku Kyoraku.
Obydwaj pędzili z niesamowitą prędkością, skacząc po dachach budynków. W pewnym momencie, kapitan znów się zatrzymał i zapytał:
- To nie jest Shunpo prawda?
- Masz rację.
- Więc co to jest?
- To Soru, technika, którą sam wymyśliłem.
- Wydaje się być o wiele szybsza, jak na nowego członka swojego oddziału twoja prędkość jest godna podziwu, musisz mnie tego nauczyć.
- Jak będzie czas to spróbuję.
- Coś jest z tym gościem nie tak. – pomyślał przez moment, ale zaraz znów ruszyli.
Już po chwili, byli u celu.
- Dziadku Yama! To ja twój uczeń, otwórz! – krzyczał.
Ze środka nie dochodził jednak żaden dźwięk, co wydawało się bardzo dziwne, bo głównodowodzący tylko podczas alarmu rusza się z tego miejsca, a ten obecnie nie został ogłoszony . Zawsze był albo wpuszczany, albo wyganiany przez porucznika.
- Co jest, czemu nikt nie otwiera, moja sprawa nie bardzo może czekać. – powiedział Zoro.
- Czuję że coś jest nie tak, pewnie zapłacę za to drogo, ale wchodzę tam siłą.
Kyoraku zasadził potężnego kopniaka w drzwi, które natychmiastowo rozpadły się na drobne kawałki. Weszli do środka. Pod Shunsiem ugięły się nogi, nigdy nie spodziewał by się zobaczyć czegoś takiego.
Na środku pomieszczenia był pal, a na nim wbita głowa, głównodowodzącego. Wokół było mnóstwo krwi i kawałków rozczłonkowanego ciała. Na ścianie widniał krwawy napis „Nowy Porządek”. Nie mógł wydusić z siebie ani słowa. W pewnym momencie zobaczył pół żywego Sasakibe i bezzwłocznie do niego podbiegł:
- Kapitanie Kyoraku, ja umieram... – powiedział z wielkim trudem.
- Powiedz kto to zrobił, pomszczę was! – krzyczał wściekły.
- Zielonowłosy wojownik... –powiedział, po czym skonał mu na rękach.
Shunsui wstał, wszystkie żyłki na jego oczach były teraz bardzo widoczne, nigdy w życiu nie był tak wściekły, odwrócił się i spojrzał z mściwym spojrzeniem, na Zoro, który nie zdołał jeszcze ogarnąć całej sytuacji i powiedział:
- Ty cholerny typku, czułem że coś z tobą nie tak, zapłacisz mi za to.
Chwycił w dłonie obydwa miecze i krzyknął:
- Bankai!
Grigorij

Legendarny pierwszy oficer

Licznik postów: 1,334

Grigorij, 05-04-2009, 19:58
Wszystko fajnie, tylko jedna rzecz mi nie pasuje. Jak Zoro mógł się schlać na umór? Przecież prawdziwy szermierz nigdy nie da się pokonać przez alkohol.
RdR

Pierwszy oficer

Licznik postów: 1,157

RdR, 05-04-2009, 21:56
grzesiek_blue napisał(a):Wszystko fajnie, tylko jedna rzecz mi nie pasuje. Jak Zoro mógł się schlać na umór? Przecież prawdziwy szermierz nigdy nie da się pokonać przez alkohol.

Przecież pił z osobą, która nie była jego wrogiem. xD
Grigorij

Legendarny pierwszy oficer

Licznik postów: 1,334

Grigorij, 05-04-2009, 23:24
RdR napisał(a):Przecież pił z osobą, która nie była jego wrogiem. xD
Ale zawsze musi być gotowy. W końcu nie wiadomo kiedy przyjdzie stoczyć następną walkę.
Subskrybuj ten wątek Odpowiedź